Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Zofia Dudrówna, SKOLE SKOLE MOJA MIŁOŚĆ

Już pod koniec lipca 1944 roku wiadomo było, że front po załamaniu się pod Tarnopolem zbliża się do nas w szybkim tempie. Niemcy zaczęli budować umocnienia i zapory. Masy żołnierzy niemieckich w opłakanym stanie przewalały się przez Skole w kierunku Węgier. W miasteczku zapanował zamęt frontowy.

Do naszego ogromnego, pięknego ogrodu i sadu cofający się Niemcy wpuścili olbrzymie stado – chyba 150 krów. Wygłodniałe zwierzęta rzuciły się do obgryzania wszystkiego, co było na ich drodze. Wszystkie młode drzewa owocowe, krzewy porzeczek, szpalery kwiatów, grządki z jarzynami – wszystko po kilku godzinach zamieniło się w jedno wielkie klepisko.
W kierunku Węgier uciekali nie tylko obdarci żołnierze niemieccy, ale także Ukraińcy, którzy wysługując się cały czas okupantom niemieckim, zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka po przyjściu sowietów. U nas w domu koczowali nie tylko prości żołnierze Wehrmachtu – po 40 osób naraz, ale na górze zajęli sobie kwatery żandarmi frontowi. Oni to zaczęli nagabywać mojego brata i wmawiać mu, że czeka na sowietów. To wystarczyło, żeby młodego chłopca zabrać gdzieś lub rozstrzelać. Spakowaliśmy mu więc najpotrzebniejsze rzeczy i wysłaliśmy go do znajomych pań, u których nie było żadnych mężczyzn, ażeby zszedł z oczu żandarmom. Dom tych pań był oddalony od nas około kilometra, położony blisko kościoła.
Ulotki AK-owskie, które do nas z rzadka docierały, nakazywały pozostanie na miejscu, aby nie opuszczać ziem wschodnich. Wiadomo było zresztą, że front będzie posuwał się dalej na zachód, więc po co skazywać się na dobrowolną tułaczkę na Węgry (inne drogi ku zachodowi były już odcięte), skoro można przesiedzieć front we własnej piwnicy. My – to znaczy ja z rodzicami, a brat u znajomych, również w piwnicy, skąd po przejściu frontu miał wrócić do domu.
Okazało się to jednak nie takie proste. Groza wisiała w powietrzu, poprosiliśmy więc naszych księży o odprawienie mszy św. w intencji szczęśliwego przetrwania frontu, który zbliżał się nieubłaganie. Msza miała się odbyć 15 sierpnia, w święto Matki Boskiej. Słychać już było detonacje wysadzanych torów i mostów, samoloty sowieckie krążyły zrzucając bomby, my zaś znosiliśmy do piwnicy co się tylko dało, by tam przetrwać to piekło.
Tymczasem 8 sierpnia wkroczyli do nas żandarmi z rozkazem opuszczenia domu w ciągu godziny. Nie wiadomo co brać, popędzają nas, żeby szybciej się pakować, bo za chwilę wysadzą dom w powietrze. Nie wiedzieliśmy, co chcą z nami zrobić. W końcu spędzili nas z tobołkami, z całą masą ludzi, na plac koło „Sokoła”. W tym czasie podpalili tartak i ciągnące się kilometrami składy desek – piekło na ziemi. I znowu nas przeganiają.
Z ludzi, którzy mieli ręczne wózki, sformowali ogromną kolumnę i ten smutny pochód popędzili w stronę Węgier. Takich zaś jak my, którzy wzięli z domu tyle, ile się dało unieść w rękach, skierowali na dworzec kolejowy, gdzie czekał już transport wagonów towarowych, wyładowany – jak się okazało – bombami i paczkami z amunicją. Załadowali nas na te bomby, doprowadzając ciągle nowych ludzi. Domy pod lasem wylatywały już w powietrze. Wypatrywaliśmy rozpaczliwie mego brata, ale go nie było wśród doprowadzanych. Transport ruszył – ostatnie spojrzenie na nasz czerwony dach, wyłaniający się zza pagórka. Dookoła szloch stłoczonych w wagonach ludzi, straszliwe zmęczenie po upalnym dniu i przeżyciach nerwowych, trudnych do opisania.
Skole, widok ogólny
Nasz ogromny transport z amunicją i ludźmi powoli ruszył i nad ranem znaleźliśmy się w Świętosławiu, wąskim przesmyku między górami. Z jednej strony kamieniołom, niżej szosa i rzeka Opór. Po drugiej stronie rzeki tor kolejowy i góra pokryta gęstym lasem. Pod tą zalesioną górą nasz transport zatrzymał się. Z tamtej strony, pod kamieniołomem, stało niemieckie działo i strzelało ponad naszymi głowami w kierunku ruskich, którzy już podchodzili pod Skole. Wykorzystałam ten moment i rzuciłam się w krystaliczny nurt rzeki, walącej z szumem po skałach. Nie mogłam sobie odmówić tej orzeźwiającej kąpieli po dniu straszliwych nerwów i potu (żeby uratować jak najwięcej rzeczy, miałam na sobie przez cały dzień pięć płaszczy, jeden na drugim). Do rzeki wzięłam jedyne mydło zabrane z domu. Na moment zapomniałam, gdzie jestem, pławiąc się pod cudownym wodospadem. Wtem straszliwy huk przeszył powietrze – pocisk wpadł do rzeki niedaleko mnie, w górę wyleciały kamienie i fontanny wody. Była to odpowiedź ruskich na strzelanie Niemców. Rzuciłam się do ucieczki, przewracając się na śliskich kamieniach, a przy tym zgubiłam to jedyne mydło, uratowane z domu. Strata była nie do odrobienia!
Niebo było bez chmurki, utrzymywała się przepiękna pogoda. Nasz transport toczył się dalej w kierunku Węgier. Zatrzymywał się często, gdyż Niemcy zaopatrywali się w amunicję oraz podkładali bomby pod mosty. Sowieci jednak szybko wypatrzyli ten ogromny transport. Zgroza! Zaczynają się naloty na nasz pociąg. Równocześnie słyszymy potworną kanonadę od strony Skolego – walą w nie armaty jednych i drugich. Nieszczęsne Skole! Tam został nasz jedyny syn i brat. Modlimy się o cud do Matki Boskiej. Naloty na pociąg nasilają się. Pilnują nas kałmucy w niemieckich mundurach, ale i oni uciekają w krzaki, gdy nadlatują ruskie myśliwce. Moi rodzice postanowili nie ruszać się z wagonu. Jeżeli w nas trafią, wszystko wyleci w powietrze i zginiemy, Najważniejsze, by nie zostać kalekami. Nasze trzy głowy okręcamy poduszką, żeby nie słyszeć huku, odmawiamy Pod Twoją obronę... Po dachu dudnią kule z karabinów maszynowych, bomby spadają po jednej i drugiej stronie.
Stacja Beskid, ostatnia na linii Stryj–Skole–Sławsko–granica węgierska (wcześniej czechosłowacka)
Ale w nasz transport nic nie trafiło! Wśród ludzi, którzy uciekli z wagonów i kryli się w zaroślach, byli ranni. Inni nie wytrzymali nerwowo i uciekli do lasu, tam jednak znaleźli śmierć od ukraińskich noży. Tak właśnie zginęły rodziny Urbańskich i Kunkiewiczów. Gdy przejeżdżaliśmy przez wieś Tarnawkę, podczas nalotu zginęła 16-letnia Ewa Tarnawska, najstarsza córka prezesa sądu w Skolem, zamordowanego wcześniej, w 1940 roku, przez bolszewików. Jego żona z trójką dzieci jechała razem z nami. Opiekowała się nimi wierna służąca, Rusinka Paulina. Podczas trwającego nalotu odważyła się zanieść w prześcieradle zabitą Ewę na odległy od torów cmentarz i pochować ją w wykopanym przez siebie grobie.
Naloty trwały codziennie. Gdy jedne samoloty odlatywały, inne przylatywały. Trudno uwierzyć, ale ani jedna bomba nie trafiła w ten pociąg-widmo. Najgorsze miało dopiero nadejść. 15 sierpnia przeżyliśmy najgorsze bombardowanie. Było to piekło, ale nastąpił cud Matki Boskiej. Już po wojnie dowiedzieliśmy się, że tego właśnie dnia księża skolscy, mimo szalejących walk frontowych, ukryci w piwnicy pod kościołem odprawili mszę św. przez nas na ten dzień zamówioną. Po tym koszmarnym bombardowaniu nasz pociąg wjechał w Ławocznem do dwukilometrowego tunelu na granicy polsko-węgierskiej. Tam nam już nic nie groziło.

* * *
Nie będę opisywać naszych dalszych losów w transporcie przez Węgry do obozu Strasshoff koło Wiednia. I potem, jak znaleźliśmy się w Nadrenii w charakterze przymusowych robotników. I jak w kwietniu 1945 r. witaliśmy wkraczających Amerykanów. Moim celem jest bowiem w tym krótkim wspomnieniu nakreślenie losów Skolego i jego kościoła.
Jak opowiedziałam wcześniej, wszyscy ludzie ze Skolego zostali ewakuowani, nieliczni uciekli do lasu. Skole zostało wyludnione. Po kilku tygodniach walk Niemcy wycofali się. Najpierw wkroczyli partyzanci sowieccy – górami, ponieważ wąska przełęcz na tzw. Kłódce została przez Niemców tak zabarykadowana, że czołgi się tam nie mogły przedrzeć. Dowiedzieliśmy się o tym z relacji mojego brata, który – tak, jak my – cudem uniknął śmierci.
A groziła mu przede wszystkim ze strony Niemców za to, że wbrew zakazowi – zadekowany w piwnicy – pozostał, a także ze strony szalejących wtedy band ukraińskich.
A wreszcie ze strony sowietów, którzy po wkroczeniu przeszukiwali piwnice, tropiąc szpionów i germańców. W ruinach Skolego znaleźli tylko księży w kościelnych piwnicach oraz rodzinę i mego brata w sąsiedztwie kościoła. Wszyscy razem zostali przez partyzantów ruskich zabrani i przez lasy przeprowadzeni 20 kilometrów na placówkę NKWD w Synowódzku. Tam przeszli wiadome przesłuchanie, po czym księży po pewnym czasie wypuszczono na wolność. Mojego brata zabrano do obozu rekrutów w Majdanku – na miejscu niemieckiego obozu koncentracyjnego. Po wielu ciężkich przeżyciach znalazł się w oddziałach polskich, wkraczających do palącej się jeszcze po powstaniu Warszawy. Dzięki Bogu uszedł z tej wojny z życiem, a my pierwszym transportem repatriacyjnym wróciliśmy z Niemiec do Polski.
Niebawem odszukaliśmy się, a wtedy mój brat opowiedział nam taki oto epizod: gdy w czasie walk frontowych w Skolem nastąpiła chwilowa cisza, przekradł się do kościoła, i chcąc zobaczyć, co się z nami dzieje, wyszedł na wieżę kościelną. Przez lornetkę usiłował dojrzeć nasz dom, ale domu już nie było. Ledwo zdążyć wrócić do piwnicy, zaczął się ostrzał i wieża runęła.

* * *
Od tych tragicznych wydarzeń minęło ponad pół wieku, ale ja już nigdy potem nie byłam w Skolem, z którym wiążą się wspomnienia naszego pięknego dzieciństwa. Myślę, że serce by mi pękło, widząc ruinę pracy całego życia mojego wspaniałego Ojca, który poświęcał b e z i n t e r e s o w n i e swój czas i energię, aby jako burmistrz Skolego [Karol Dudra – przyp. red.], doprowadzić do rozkwitu to pięknie położone górskie miasteczko. Bardzo je ukochał, był jego honorowym obywatelem. Niech więc zostanie w moich oczach i wspomnieniach, a czasem także w snach, to Skole, które było...

ZOFIA DUDRÓWNA, ur. w Skolem. Gimnazjum i matura w Stryju. Po wojnie w Krakowie ukończyła Wyższą Szkołę Muzyczną (późniejszą Akademię Muzyczną) w klasie fortepianu, magister sztuki. Pracowała w szkolnictwie muzycznym, później w Akademii Muzycznej, obecnie na emeryturze.

Pani Zofia pisze wspomnienia. Obiecała, że udostępni nam także tę część, która będzie dotyczyć kontaktów Jej rodziny z domem na Storożce, czyli rodziną Młodnickich, która w Skolem spędzała wakacje i podejmowała ludzi literatury i sztuki. Czekamy niecierpliwie.