Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Elżbieta Mokrzyska, PROFESOR MAKAREWICZ

Dramatyczny – by nie powiedzieć: tragiczny – obraz naszego dzisiejszego prawodawstwa karnego i praktyki prawniczej w Polsce zwraca nasze myśli ku wielkiemu profesorowi prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza, rektorowi tej uczelni i senatorowi RP, Juliuszowi Makarewiczowi, którego 45 rocznica śmierci minęła w ubiegłym roku. Oto niewielki wybór z zestawu materiałów, dostarczonych nam przez p. dr Jolantę Olbrycht-Roguską, wnuczkę znakomitego karnisty. Serdecznie za to dziękujemy.

Prof. Juliusz Makarewicz jako rektor UJK

Dziełem życia J. Makarewicza jest polski kodeks karny z 1932 roku, którego był głównym współtwórcą (wraz z prof. Wacławem Makowskim). Kodeks był wysoko oceniany przez środowiska naukowe i polityczne ówczesnej Europy, świadcząc o dojrzałości polskiej myśli prawniczej. Kodeks ów był pierwszym, prawdziwie nowoczesnym, pełnym przenikliwości i precyzji prawniczej dziełem kodyfikacyjnym. Z tego też powodu dokonania Makarewicza dla polskiej nauki są nie do przecenienia.

Zasługą profesora Makarewicza jest wprowadzenie do prawa zasad subiektywizmu i indywidualizacji kary, uwzględnienie elementu stanu społecznego niebezpieczeństwa czynu ze strony sprawcy, nowatorskie ujęcie podżegania i pomocnictwa. Makarewicz wprowadził także koncepcję dwutorowości: wina sprawcy stanowi istotną podstawę odpowiedzialności, ale zarazem podstawę tę stanowi stan społecznego niebezpieczeństwa ze strony sprawcy.

Idee Makarewicza znalazły w latach międzywojennych odbicie w kodeksach karnych Danii, Szwajcarii i Włoch. Miarą nowoczesności tego aktu prawnego było i to, że obowiązywał on w Polsce bez mała lat 40, do końca lat sześćdziesiątych. Dopiero potem zaczęto prawo karne „poprawiać”, a efekty znamy z własnych obserwacji i mediów...

Juliusz Makarewicz urodził się w Samborze w 1872 r. Oboje jego rodzice czynnie uczestniczyli w powstaniu styczniowym. Ojciec był inżynierem kolejowym (jego dziełem jest m.in. wiadukt kolejowy nad ul. Lubicz w Krakowie) i z tego tytułu musiał zmieniać miejsca zamieszkania. Juliusz uczył się w Tarnowie i Krakowie, i tu w 1899 r. podjął studia prawnicze, kontynuował je w Niemczech. Pracę zawodową rozpoczął znowu w Krakowie i już wtedy musiał odznaczać się samodzielnością myślenia, skoro czołowy przedstawiciel krakowskiej klasycznej szkoły prawa karnego prof. E. Krzymuski utrącił jego docenturę na uniwersytecie.

Dopiero po kilku latach został w Krakowie profesorem nadzwyczajnym. Przez kilka lat niemal samotnie przeciwstawiał się poglądom luminarzy miejscowej szkoły prawniczej. Szczęśliwie w 1907 r. został zaproszony na Uniwersytet Lwowski jako profesor zwyczajny prawa karnego.

Aktywność naukowa prof. Makarewicza we Lwowie zaowocowała wydaniem wielu fundamentalnych prac, które postawiły go na czołowym miejscu wśród polskich karnistów 1. połowy XX w. Wydany po raz pierwszy w 1932 r. Kodeks karny z komentarzem stanowi do dziś podstawowe źródło do badania i interpretacji ustawy karnej. Wiedzę z niego czerpało i czerpie wiele pokoleń polskich prawników. W latach 30. był Makarewicz prezesem sekcji prawa karnego Komisji Kodyfikacyjnej RP, czynnym członkiem Polskiej Akademii Umiejętności.

W czasie II wojny brał Makarewicz udział w tajnym nauczaniu akademickim. Okupanci sowieccy wywieźli go do Rosji, ale wypuścili po kilku miesiącach dzięki interwencji American Academy of Arts. Po wojnie nie wyjechał ze Lwowa. Żył tam w trudnych warunkach jeszcze przez 10 lat, zmarł w 1955 r. Spoczął na Cmentarzu Łyczakowskim.

Kim był Juliusz Makarewicz poza swoją działalnością prawniczą i profesorską? Warto zacytować parę ustępów ze wspomnień syna Romana.

[...] Mój ojciec był polskim narodowcem. Spokojnym, umiarkowanym, bez hurra-patriotyzmu, surm i defilad. Mógł powiedzieć za Kasprowiczem:

Rzadko na moich wargach

– niech dziś to warga ma wyzna –

jawi się krwią przepojony,

najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Rzadko, bardzo rzadko wymieniał słowo ojczyzna. Pamiętam jednak dobrze parę fragmentów jego patriotycznego wzruszenia. W listopadzie 1918, mając 13 wszystkowiedzących lat, wpadłem do domu z wiadomością: Tatusiu, Polacy zajęli już cały Lwów. Ojciec się nie odezwał, ale przytulił mnie mocno do siebie i wtedy to pierwszy i ostatni raz w życiu widziałem w jego oczach łzy. I jeszcze jeden drobny, a wymowny przykład. W 1919 r. pierwsze wydanie Polskiego Prawa Karnego poświęca PATRIAE RENASCENTI EX URBE SEMPER FIDELI HOMMAGIUM.

Niepraktykujący katolik, należał do partii chrześcijańsko-demokratycznej (chadecja), którą reprezentował w Senacie RP. Wybrał tę partię niewątpliwie przez uraz do wszelkich skrajności prawicowych czy lewicowych [...]. W ruchu chrześ­cijańsko-demokratycznym widział możliwości stosowania zasad etycznych, jakie daje religia. [...]

Przez akcję „Rozwoju” miał się podnieść polski stan posiadania na Kresach Wschodnich. Chadecja przez placówki „Rozwoju” starała się zorganizować polskich chałupników i drobny handel. Były to placówki o charakterze zdecydowanie ekonomicznym [...].

Ten profil polityczny nie byłby kompletny, gdybym pominął jego lwowski patriotyzm lokalny. [...] ... miasto fantastycznie rozrzucone na licznych wzgórzach, pokrytych zielenią, wiele parków dyskretnych i zachęcających w ciepłe wieczory do szeptów intymnych, za miastem lasy, piękna okolica bliższa i dalsza, sąsiedztwo malowniczego Podola i Karpat wydobywało z pamięci porównania do Faunów, chichotu Dryad ściganych.

Architektura miasta wykazywała wpływy Wiednia, piękne polskie zabytki rzucały się w oczy. Osobiście, gnębiony w Krakowie malarią i ischiasem, darował nowemu miejscu pobytu wszystkie jego intelektualne czy moralne niedostatki, z wdzięczności za powrót do zdrowia i doskonałe samopoczucie. Mogłem ubolewać nad lekkomyślnością otoczenia, ale nie dokuczało mi wcale. Ludzie lekkomyślni bywają w stosunkach codziennych przyjemniejsi od spiżowych charakterów. [...]

W listopadzie 1918 odkryłem rzecz nową, okazało się, że mimo pozorów kosmopolitycznych, Lwów jest miastem polskim, polskość swą pojmuje ogromnie naturalnie, ale ogromnie na serio. Ten odruch miasta, który połączył starców i dzieci, kobiety z wszystkich warstw, cnotliwe i lekkomyślne, który w czasie walk ulicznych, jak również w czasie późniejszego wielomiesięcznego ostrzeliwania miasta wytworzył z Polaków lwowskich jakby jedną wielką, bohaterską rodzinę, wydobył na jaw duszę Lwowa, duszę gorącą, rycerską. Mawiano dawniej o wybuchach lwowskiego patriotyzmu jako o tromtadracji. Okazało się, że to nie była poza, to jest polskość żywiołowa, która woli śmierć niż zakucie ducha w kajdany. Kiedy w dwa lata później podsunęli się bolszewicy pod samo miasto, kiedy oddziały kozackie pojawiły się na przedmieściach, a jednak później główne dowództwo (Stalin i Budionny) zaniechało wkroczenia do miasta, mówiono o obawach bolszewickich przed ludnością lwowską. Bolszewicy mieli informacje, że każdy dom będzie fortecą, przypuszczam, że mieli informacje dobre. [...]

Dziś [lata międzywojenne – przyp. red.] Lwów powraca do formy, powoli się rozbudowuje, czyści i reguluje. Utracił swoją biurokrację na rzecz Warszawy, za to pozyskał wybitne siły naukowe. Uniwersytet i Politechnika wykazują niebywały rozrost, towarzystwa naukowe wykazują tempo pracy, o które Lwowa dawniejszego nie można było posądzać. Teatry osiągnęły poziom wysoki, jak za Pawlikowskiego. Lwów ma warunki rozwoju gospodarczego niezwykle wielkie, niedoceniane, ma szanse odgrywania w Polsce pierwszorzędnej roli. Szczerze mu tego życzę. Kochane miasto.

[...] Nadeszły czasy, kiedy ojca „kochane miasto” przestało istnieć. Wielu oficerom rozbitej lwowskiej armii pomagał w ucieczce do Rumunii albo w powrocie do rodzin. Dawał im cywilne ubrania i wspomagał pieniężnie. Sam jednak nie wyjechał, nawet nie próbował. Może z uwagi na swój wiek, może w nadziei że Lwów, podobnie jak w pierwszej wojnie światowej, tylko czasowo dostał się w ręce nieprzyjaciół. A może przez swoją wielkopańskość, która nie pozwalała mu na mieszanie się z tłumem uchodźców. Może zatrzymały go w domu portrety rodzinne, obrazy współczesnych polskich malarzy i włoskiego Renesansu, księgozbiór polskich wydawnictw z XVII i XVIII wieku [...]

Okupanci sowieccy wywieźli ojca do Rosji [...] Po sześciu miesiącach władze sowieckie pozwoliły mu wrócić do Lwowa, na własne śmiecie, które wtedy dosłownie już tak wyglądały. Z dużego gmachu naszej willi przy ul. Mochnackiego 58 przydzielono mu dwupokojowe mieszkanie. [...]

Oczywiście była jeszcze możliwość powrotu do „wolnej” Polski, tzn. do Krakowa czy Wrocławia. Ale „pan z Mochnackego” nie mógł się dopatrzeć różnicy między wolnością Polski a wolnością sowieckiej Ukrainy. Wolał zostać we Lwowie i patrzeć na zachód słońca za Cytadelą lub na Wysoki Zamek, albo na ogród, w którym przed półwieczem sadził z żoną i dziećmi małe drzewka. Z tych drzewek wyrosły teraz olbrzymie drzewa. Tylko wszystko inne skarłowaciało, rozsypało się w próchno. [...]

W CL 3/97 zamieściliśmy wiersz autora powyższego wspomnienia, Romana Makarewicza, pt. „Kamionka Strumiłowa”, a także jego notkę biograficzną, podaną jeszcze za jego życia. Zmarł na Hawajach w 1998 r.

I jeszcze bardzo osobiste wspomnienie z lat dziecinnych wnuczki Jolanty (z niewielkimi skrótami):

Mój dziadek, profesor Juliusz Makarewicz, był żonaty z córką profesora okulistyki [z Krakowa – przyp. red.] Bolesława Wicherkiewicza, Marią. Mieli troje dzieci – dwóch synów, Emila i Romana, oraz córkę Zofię, moją matkę. Urodziłam się we Lwowie, w domu dziadka (babcia już nie żyła), gdzie mieszkali też moi rodzice, na ulicy Mochnackiego 58. Dom rodzinny był duży, wielopokojowy, z ogrodem. [...] Dziadek Juliusz, po powrocie z zajęć na Uniwersytecie, zajmował się mną. Latem o szóstej rano wychodziliśmy do ogrodu na trawę i w celu hartowania, chodziliśmy boso po rosie. Posiłki jedliśmy zawsze w jadalni. Dziadek upominał mnie, abym przed jedzeniem umyła ręce, bo na klamkach mogą być bakcyle i bakterie, jak mówił. Te tajemnicze istoty fascynowały mnie – to, że ich nie widzę, a są, i to groźne. Możliwe, że te słowa dziadka tkwiły w mojej podświadomości, bo na studiach przyrodniczych na UJ wybrałam kierunek mikrobiologii i w tej dziedzinie pracowałam czterdzieści lat. Pamiętam szczepienie mnie przeciw ospie – wrzeszczałam i wyrywałam się, ale gdy zjawił się dziadek, uspokoiłam się natychmiast.

Willa rodziny Makarewiczów we Lwowie przy ul. Mochnackiego 58

Dziadek zabierał mnie do Parku Stryjskiego i do lasu autem „na szesnasty kilometr”, gdzie zbierałam poziomki. Lato spędzaliśmy na Wólce Panieńskiej, gdzie dziadek miał letni dom.

Moja matka po separacji z moim ojcem przeniosła się do Krakowa, urządziła dla nas mieszkanie na pierwszym piętrze domu na ul. Czapskich 5, tam gdzie za swego życia dziadek Wicherkiewicz miał swoją prywatną klinikę okulistyczną (obecnie tam jest hotel). Przyszedł czas rozstania z ukochanym dziadkiem i ze Lwowem. Pamiętam jak bardzo płakałam, nie chcąc wyjeżdżać! Dalsze kontakty z dziadkiem były sporadyczne: na Boże Narodzenie w 1935 r. w Żegiestowie, gdzie byłam z matką, przyjechał dziadek do sanatorium, albo gdy w 1938 r. miał operację w szpitalu (obecnym kolejowym) w Krakowie i odwiedzałyśmy go tam z matką. Ostatni raz przyjechał do Krakowa po jakimś czasie na kontrolę lekarską.

Przed wojną 1939 r. matka prosiła go, aby przeniósł się do Krakowa lub Zakopanego, gdzie wówczas mieszkałyśmy, ale odmówił. Podczas wojny pisywał do nas i nawet wtedy przysyłał dla mnie drobne kwoty pieniężne.

Po wojnie [...] nie chciał się ze Lwowa repatriować. Napisał do matki: na trzęsawisku nie należy wykonywać ruchów. Kochał Lwów i swój dom i łudził się, że wszystko się zmieni, a on uratuje majątek dla dzieci.

Zmarł w kwietniu 1955 r. na wylew do mózgu, po dwóch tygodniach męczarni. Dostałam pozwolenie na wyjazd do Lwowa dopiero po pół roku po jego śmierci. Odwiedzający mnie Polacy w domu rodzinnym zrujnowanym, pustym i przerażającym (m.in. dr Mossing) opowiadali, że dziadek był postacią niezwykłą, ale nieufny – nie chciał się leczyć u lekarzy ukraińskich. Dużo przecierpiał – nawet psa mu zatłukli kamieniami ukraińscy chłopcy wrzeszcząc pańska sobaka! Musiał sam sprzątać śnieg na ulicy wzdłuż swojej posesji. Tak wspaniały człowiek, a tak straszną miał starość!

Został pochowany na Łyczakowie w grobowcu Makarewiczów.


JOLANTA OLBRYCHT, zam. ROGUSKA, ur. 1929 we Lwowie. Po wojnie w Krakowie, tu ukończyła w 1952 studia na Wydziale Fil.-Przyrodniczym UJ, doktorat z zakresu mykologii i bakteriologii lekarskiej 1980. Pracowała w laboratoriach służby zdrowia, od 1991 na emeryturze.