Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Beata Obertyńska, O MAMINEJ STOROŻCE

Przyparta okolem do podnóża Karpat, skolska dolina Oporu musiała chyba od początku swego istnienia robić wrażenie olbrzymiej błękitnej miski o stromych, świerkowym lasem porosłych ścianach.
Rzeka – kilkoma pętlami rzucona na jej dno – parła z gór suta, zaśpieszona... W roztopy rozlewała się buro po całej dolinie, w susze prześlizgiwała się szmaragdowym grzbietem między białymi od spieki kamieniami brzegów, które z kolei zima zakuwała w lód. Okrążywszy Skole1 szerokim łukiem, otarłszy się o północny i wschodni skłon ku rzece osuniętego lasu, Opór przed samym opuszczeniem doliny wpadał znienacka na zakręt, a ten przekazywał go wąskiej gardzieli wgniecionego między spadziste zbocza jaru. Wpadał weń zły i zbuntowany, pobielały od pian, sprężysty od szumu i prąc dalej kamienistym łożyskiem – pod Dębiną dopiero wyszarpnąwszy się z cieśni – odłapywał kolor i dech...
A tam daleko, na przeciwległym krańcu równiny, rozsiadło się Skole, mizerna jeszcze wtedy i głęboko prowincjonalna mieścina, rozpłatana na pół „cesarską drogą” na Węgry. Gościniec ten, biegnąc od Stryja na południe, wypływał na skolską dolinę dosłownie w tym samym miejscu, w którym – od przeciwnej strony prąc z gór ku Stryjowi – Opór wlatywał w jar. Tyle że droga szła wysokim kabłąkiem terenu, a rzeka szumiała nisko pod nią, dnem lesistego parowu. I tak pewnie „chodziły koło siebie” od początku. Nie było innego sposobu dostania się przez górzyste pasmo Karpat na Węgry jak właśnie tym szlakiem. Najpierw wywęszyła go rzeka, a potem wszędzie niemal równolegle do jej biegu ludzie zbudowali drogę.
Nabyty przez dziadziów2 spłacheć gruntu leżał w najbliższym sąsiedztwie owego wąskiego przełyku rzeki. Był częścią sporej pochyłości, spływającej łagodnie od strony lasu, a urwanej znienacka na samym obrzeżu jedynego w okolicy płaskowzgórza. Rozgładzone na skłonie pochyłości wąskie paski chudych górskich owsów i zagoniki „baraboli” docierały dotychczas aż po krawędź urwiska. Teraz kupiona przez dziadziów parcela położyła się im w poprzek, odcięła im dostęp do obrzeża stoku i sama usadowiła się na wysokim gzymsie terenu. Za sobą miała więc pasiak cudzych zagoników, przed sobą na dnie wąwozu bity gościniec, a przed sobą już tylko rzeką rozsrebrzony, szeroki, otwarty świat.
Boże! Co za świat! Opór tym swoim ostatnim zbuntowanym zakrętem podpełzał tak blisko pod Storożkę, że się jego nieustanny szum wdychiwało nieświadomie, razem z powietrzem.
A dookoła nic, tylko jak okiem sięgnąć – garby, pasma i płynny kontur zachodzących na siebie gór, zrazu zielonych, potem granatowych, wreszcie błękitnych, roztartych potem przez oddal w mętny opal, w pastelową mgłę... I to powietrze! To jedyne na świecie, wonne, przeczyste, błogosławione powietrze!
O kolei, która niebawem przeciąć miała wzdłuż cały „widok” przed Storożką, ani się jeszcze śniło komu... Pociągi dochodziły ledwie do Stryja, skąd dyliżansem – takim prawdziwym, grającym na trąbce – lub najętymi końmi ruszało się na południe, ku małym, na sztabowych chyba tylko mapach wymienianym miejscowościom, jak Lubieńce, Synowódzko, Dębina czy pierwsza za Skolem: Demnia, Świętosław i dalej. Storożka leżała mniej więcej w połowie drogi między Dębiną a Skolem...
Ta ówczesna Dębina – czyli stara karczma z zajazdem, parę przydrożnych domeczków i kruszące się resztki dawnego folwarku – nie robiła wcale wrażenia „miejscowości”. Była właściwie tylko nazwą. Wzięła ją w spadku po wspaniałych odwiecznych dębach, krórych niedobitki rozrzucone już tylko z rzadka po łąkach nad Oporem dotrwały jeszcze mojego dzieciństwa. [...]
Dom na Storożce
Lato, kiedy budowa domu była już w toku, spędzili dziadziowie w najbliższym jej sąsiedztwie. Dębina, choć w praktyce najbliższa, nie wchodziła w rachubę z powodu braku możliwych na lato mieszkań. Samo Skole krztusiło się białym od gościńca rozwlekanym pyłem, stanęło zatem na Demni, nikłym jeszcze wtedy, wokół tartaków Ryszarda Schmidta narosłym skupisku domków i domeczków. W tejże więc Demni najęli dziadziowie mieszkanie i przez całe lato dochodząc spacerkiem na Storożkę tuczyli „pańskim okiem” radośnie rosnący drewniany dom nad urwiskiem. [...]
Jak długo trwała budowa Storożki, nie wiem, przypuszczam jednak, że już na następne lato zjechali wszyscy z Zimorowicza pod własny, biały jeszcze od młodych gontów dach.
Jeśli chodzi o sam dom, to doprawdy trudno o coś prostszego w założeniu: podłużne, deskami z zewnątrz obite i gontem nakryte pudełko, z oknami, gdzie należy, i z drzwiami, gdzie się patrzy. Na całą południową długość domu kryta, pod okap dachu cofnięta weranda; dwa kominy, dwie kadzie i jedna drabina. Doprawdy – trudno mniej.
Wnętrza wysokie, bielone. Także bielone kamyczkowe piece, na tyle właśnie od ściany odsunięte, aby dzieci, przepychając się tamtędy dla zabawy, mogły sobie na pewno ubielić plecy. Piecom tym późną jesienią czarownie grało w nosie. Cichutko, rzewnie, ciągliwie...
Tylko dwa stryszkowe pokoiki były drewniane. Niskie jak pudełka zapałek, złociły się od żywicznych desek, pełnych znajomych już potem atłasowych słojów, pęknięć i sęków. Schodki na górę wiodły stromsze prawie od drabiny, a zaraz nad nimi stroszyła się już szurpata lewa strona gontów albo szeroko rozprzestrzeniona biel schnących na sznurach prześcieradeł.
Sprzęty Storożka miała sosnowe, nielakierowane, tak samo jak podłogi. Z latami dopiero namuliło pod dach trochę „lepszych” mebli i obrazów, ale zawsze takich, które dobrotliwie harmonizowały z drzewno-wapiennym tłem. Na lato przyjeżdżały zawsze z Zimorowicza (a potem z Zaświecia) kilimki, dywany i różne szmatki-makatki, którymi na czas pobytu zasnuwało się bielone kąty i przyrzucało łóżka, żeby było kolorowo i ładnie.
Nic zresztą łatwiejszego na takim prostym tle jak ładność! Ot, wiecha gencjany w glinianym dzbanie, pęk jarzębiny przypięty skosem nad drzwiami, gałąź sosny z ciężarkami zielonych jeszcze szyszek... Wszystko to razem było oczywiście bardzo letniskowe, bez śladu pretensji czy udawania, ale wygodne, mieściwe i najdroższe! [...]
I tak się zaczęła w życiu Mamy Storożka. Od dziewiątego roku życia [czyli od 1882 – przyp. red.] do pierwszej wojny światowej wszystkie letnie, a czasem jesienne miesiące spędzała zawsze w tym najmilszym jej zakątku świata, który był dla niej tym, czym dla ptaka powietrze, a dla ryby woda. Naprawdę i do dna szczęśliwa była dopiero tam, owiewana tamtym powietrzem, kołysana tamtymi wichrami, wsłuchana w głos tamtej zielonej, rodzonej rzeki, której szum pragnęła słyszeć przy konaniu... [...]


Wycieczek było tyle, ile wzgórz przed oczami. To znaczy – mogło ich być tyle, ale z niewiadomych mi bliżej przyczyn na niektóre z nich „chodziło się” tylko oczami, podczas gdy inne musiały być z urzędu przynajmniej raz w roku odbyte naprawdę. Inaczej lato nie byłoby ani pełne, ani ważne...
Do takich nawiedzanych oczami tylko należała na przykład Tokarnia – fiołkowy stożek na palonych złotościach letnich zachodów, łagodna lesista Tokarnia, zamykająca sobą faliste dno horyzontu. Nie słyszałam, aby ktokolwiek ze Storożki był kiedy na Tokarni. Nie było zwyczaju...
Wycieczka na Zełemin, lesisty szczyt po tamtej stronie Oporu, była łatwa i najbliższa, opłacająca się w dodatku szerokim, prawie z lotu ptaka oglądanym widokiem na całą skolską dolinę, dla przybyszów ze Storożki tym jeszcze osobliwym, że rozciągającym się na „ich” połowę lasu i gór, a zatem najmniej ich oczom opatrzoną i znaną.
A potem była Paraszka, bodajże najwyższy ze skolskich szczytów – poważna już, całodzienna piesza wycieczka. Broniły do niej dostępu trzy garby wysokich Korczanek, które trzeba było kolejno i z coraz większym trudem pokonywać, aby się wreszcie dostać na szczyt samotnie nad okolicą królującej Paraszki.
Wysokim „c” wakacji została jednak na zawsze jazda do Bubniszcz, zwykle w kilka wozów, z całym ładunkiem prowiantu, kociołków, koszów i naczyń, daleka całodzienna wycieczka, z której wracało się już wygwieżdżoną nocą po ledwie rozeznawanej przed końmi białawej smudze gościńca. Bubniszcze opowiem gdzie indziej, jako że mają prawo do osobnej wzmianki w maminym życiu [i my w innym numerze przekażemy – przyp. red.]
Podobną, choć nie tak już ważną jak tamta, była jazda do Rozhurcza. Też końmi, też promem przez rzekę, a potem także przez bukowy las. Trzeba było tylko dobrze znać drogę, aby trafić do maleńkiej, w lesie zatajonej, kamiennej, niewiadomego kultu świątynki? pustelni? zbójeckiej kryjówki? – któż zgadnie... Maleństwo to, trochę tylko większe od dużej chałupy, wybrzuszone, bochenkowate, miało na dwóch niziutkich poziomach kilka w skale wykutych izb, z których największa z rodzajem ofiarnego głazu czy ołtarza w głębi. Prócz tego kilka zabawnie głębokich, wąziutkich okienek i kilkanaście w kamieniu wydłubanych schodeczków.
Rozhurcze można tylko opowiedzieć. Dziadzio próbował je rysować, a my po latach fotografowaliśmy je do upadłego, ale nic z tego nie wyszło. Dopiero gdyby jakiś helikopter zawisnął jak koliber przed zboczą, a jakiś uprzejmy olbrzym na boki odgiął las, można by zrobić uczciwe zdjęcie Rozhurcza i pokazać światu to cudeńko. Ale tak...

Widok ze Storożki na dolinę Oporu i Bieszczady Skolskie
Rok, w którym ck władze przystąpiły wreszcie do budowy linii kolejowej od Stryja po Ławoczne, był dla Skolego rokiem przełomowym.
Dla Storożki oczywiście też. To zupełnie tak, jakby się miało zrobić ogromną zakładkę na mapie i przyciągnąć Lwów pod sam storożański szkarp. Nie całkiem... ale prawie! Cóż to za ułatwienie! Cóż za oszczędność czasu! O ileż mniejsze zmęczenie! Wsiąść we Lwowie i wysiąść w Skolem, bez przesiadek, bez dyliżansów, bez najmowanych koni, bez strachu przed ulewą... Nie obeszło się oczywiście i bez żalu, że widok przed domem zostanie na całej szerokości przecięty kolejowym nasypem, że bliski huk przelatujących pociągów wypłoszy ciszę, zagłuszy szum rzeki, a w nocy nie da spać, perspektywa jednak stacji na miejscu i tysiąca innych z tym związanych udogodnień robiła swoje.
Budowa linii kolejowej szła etapami. W jesieni roku 1885 dociągnięto ją do Skolego, do Ławocznego jednak dowlokła się dopiero w dwa lata później. Kucie dwóch tuneli i budowa długiego wiaduktu na trasie musiały zwolnić tempo. Wreszcie w roku 1887 otwarto całą linię od Stryja aż po węgierską granicę3.
Trzy lata budowy kolei były w życiu miasteczka erą historyczną. Pomijając niewątpliwe późniejsze korzyści, już wtedy, w trakcie robót, Skole zaczynało rosnąć.
Pierwszym widomym tego znakiem był korzenny sklep, który przy samym rynku założył Niemiec Wagner. Niebawem głąb za sklepem zmieniła się w pokój do śniadań, gdzie schodziła się co dzień inżynierska elita na piwo, śledzika czy plotki. Interes ruszył z miejsca jak po maśle. Wagner tylko zacierał ręce, kłaniał się, dowcipkował, poganiał personel. Trzeba było dobrać chłopca do pomocy; trzeba było raz i drugi dokupić talerzy i szklanek – tych imponujących, ciężkich, całych w szklane wyboje i dołki, uchatych „halb” na piwo... [...]
Pod niejednym też dachem niejedna rodzina zgarnęła się ciaśniej do kupki, by móc choć jeden pokój wynająć. Popyt na kwatery był, rzecz jasna, ogromny i można się było drożyć nie na żarty. Nie bez tego, że wypadło przy wynajmie coś z urządzenia dokupić – jakąś kapę na łóżko, dywanik czy firanki, bo o kwiatach pod oknami już nawet nie mówię... Skole porastało w piórka, piękniało. Po świeżym, gliną złocącym się nasypie łaziły ludzkie mrówki. Tor rósł.
Wszystkie wyższe stanowiska przy budowie toru obsadzone były wyłącznie przez Polaków4, do samych robót używano przeważnie „sezonowych”, sprowadzanych z Czech, Węgier, a nawet z Rumunii. W miarę posuwania się robót klecono dla nich wzdłuż trasy baraki, do których niektórzy przyjeżdżali na lato z rodzinami. Pamiętam z opowiadań, że kiedy się roboty podczołgały pod Storożkę, z tychże baraków przyswoiła się jednego lata jakaś dziewczynina, którą dwunastoletnia Mama bardzo polubiła i z którą bawiła się doskonale, choć się z nią żadnym językiem porozumieć nie mogła. Mała smażone kartofle nazywała „krumple” i na jej pamiątkę słowo to jawiło się czasem dla żartu w naszym domowym kulinarnym słowniku.

Biurko Maryli Wolskiej w domu na Storożce
No, a potem wszystkie przyjazdy i wyjazdy stały się o tyle prostsze i łatwiejsze! Świat naprawdę podpłynął pod Storożkę. Jednym z pierwszych, którzy z tego łatwego teraz dojazdu skorzystali, był Ujejski, chrzestny ojciec Mamy. Od lat prowadził bardzo ożywioną z babcią korespondencję, że się jednak z Pawłowa rzadko ruszał, osobiście znali się raczej przelotnie. W kumy po starej przyjaźni poprosił go dziadzio, potem brakło jakoś sposobności do częstszego stykania się, tak że całe ich kumostwo wyładowywało się w listach. Wreszcie taki stan rzeczy znudził się starszemu panu i teraz, gdy można to było zrobić bez łamanych sztuk, postanowił odwiedzić dziadziów w ich górskim, z listów tylko znanym mu ustroniu.
I tak we wrześniu w roku 1887, na same swoje imieniny (Kornela jest czternastego), zjawił się w Skolem, gruby, siwy, z torbą pełną konfitur i z szarym parasolem wetkniętym za rzemyki walizy. Kochany, swojski starszy pan, wcale nie żaden biblijny prorok o rozdartej szacie – prosty, gorący, pełen ciętości i humoru, wygrywający na fortepianie szalone polki i mazury, które nie tylko sam ad hoc komponował, ale i które gubił ad hoc w zawierusze siarczystego rytmu i nawale zalewających go melodii. Rzadko kiedy umiał któryś z nich powtórzyć czy zagrać dwa razy tak samo. [...]
Wiem też, że którejś z tych jesieni – bo zawsze przyjeżdżał we wrześniu – zjechał się na Storożce z Karolem Mikulim5. Łatwo sobie wyobrazić, jak często w czasie ich wspólnego pobytu dom, sam drewniany jak wiolonczela, dygotać musiał od śpiewu i muzyki. [...]

Fragmenty wspomnień Beaty Obertyńskiej pt. „Quodlibecik” (Maryla Wolska, Beata Obertyńska, „Wspomnienia”, Warszawa 1974)

1 Hasło Skole zamieściliśmy w Słowniku w CL 3/96, Skolszczyzna w CL 3/97, a Opór w CL 2/2000.
2 Dziadziowie autorki, a rodzice jej matki, Maryli Wolskiej, to Karol Młodnicki, malarz, i Wanda z domu Monne, niegdyś narzeczona Artura Grottgera.
3 Budowę tej i dwóch innych linii przez Karpaty opisał na łamach „Semper Fidelis” 2/92 Andrzej Rybicki z krakowskiego Muzeum Historii Fotografii.
4 Chodzi o to, że linię kolejową, tak jak i inne obiekty w Galicji tych czasów, budowali sami Polacy z Galicji, a nie Austriacy. Obecnie narzuca się wersję, że to co stworzono tam w XIX wieku (aż do I wojny) jest dziełem Austriaków, a to nieprawda. Niestety dzisiejsi Polacy nie wyczuwają tego fałszu.
5 Karol Mikuli (1819–97, uczeń Chopina), pianista, dyrygent, kompozytor, pedagog. Przez pół wieku był centralną postacią życia muzycznego Lwowa. Współtwórca polskiej szkoły pianistycznej.


BEATA OBERTYŃSKA, z domu Wolska (1898–1980) ur. w Skolem. W 1933 zdała egzamin w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie, przez cztery lata grała w teatrach lwowskich. Była równocześnie poetką (pierwszy tomik: Pszczoły w słoneczniku, 1927), powieściopisarką (pierwsza powieść: Gitara i tamci, 1926), nowelistką. W 1940 r. deportowana na nieludzką ziemię, a po po pwstaniu tam Armii Polskiej, była czynna w Pomocniczej Służbie Kobiet. Od 1944 w Londynie, kontynuowała działalność literacką. Pozostawiła cały szereg tomików poezji i prozy (m.in. W domu niewoli, 1946). Pośmiertnie wydano Wspomnienia jej i jej matki, poetki Maryli Wolskiej.