Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Tymon Terlecki, PAPIEROWA MAGIA

Gdybym miał zeznać pod przysięgą, co z mego lwowskiego dzieciństwa zapadło we mnie najgłębiej, odpowiedziałbym: książki. Były w tym dzieciństwie, jak w każdym, rzeczy i sprawy rozmaite, miłości i nienawiści, awersje i pasje, wydarzenia przerastające miarę dziecinnej wyobraźni i zgryzoty, smutki, sypiące się co dzień, dzień po dniu przenikające duszę, jak pył – smutek materialnego świata. Ale tamto wszystko kołuje na dalekim nieboskłonie pamięci gwiezdną mgławicą. Tę jedną sprawę czuję w sobie dotykalnie. Trwa ona we mnie nieprzerwanym ciągiem. Wiąże mnie z utraconą ziemią, z niedosięgalnym niebem.

Tylko małe rzeczy zaczynają się w okreś­lonym miejscu. Ważne i ważkie zdają się nie mieć początku – giną w mroku albo wynurzają się z nieskończonej jasności. Może dlatego nie umiem powiedzieć, kiedy zaczęła się ta papierowa magia, choć znam łożysko, którym torowała sobie drogę przez mój kraj dziecinny.

Gdy mówię: łożysko, nie jest to wcale przenośnia. Chodzi tu bowiem o ulicę. Ulica Batorego we Lwowie rzeczywiście przypomina wąwóz, głęboki parów, łoże wodne. Zaczyna się od placu Halickiego wąską, po obu stronach równo ściętą gardzielą. Przez kilkadziesiąt metrów bramujące ją spady wyciągają się w linię prostą: z lewej strony sąd, więzienie i III Gimnazjum, z prawej domy przeważnie dosyć wiekowe. Ale im bliżej końca, gdzieś od ślepej bocznicy Bourlarda prostopadłe brzegi gną się i łamią, wreszcie rozwierają się w szeroki rozlew skweru. Jego zielony bluzg spada w dwa wąskie ramiona ulicy Pańskiej i w odnogę ul. Kochanowskiego. Impet jest tak gwałtowny, że jezdnia w tym miejscu wydaje się bielić gęsto ubitą pianą.

Nad tą grą linii i płaszczyzn chwieje się gra światłocienia: u wejścia ul. Batorego leży wieczny półmrok, nad ujściem rozwiera się szerokie, chciałoby się także powiedzieć, wieczne światło. Ta zapewne prosta historia, zdarzająca się w niejednym mieście, ma dla mnie sens duchowy, jedyny na świecie i niepowtarzalny. Wędrówka ulicą Batorego stanowiła w ciągu wielu lat, najmłodszych i najtkliwszych, drogę od ciemności do światła, od pożądania do posiadania, od przeczuć do uświadomień.

Bo ta ulica była, jest i zostanie ulicą książek, ich czarodziejską ojczyzną, schronieniem i wiekuistym przybytkiem. Charles Péguy wierzył, że wszystkie drogie mu rzeczy tego świata: katedry gotyckie, winnice, płaskie drogi Ile de France odnajdzie w raju. Ja pokornie wiem, że gdziekolwiek pamięć moja sięgnie poza granice życia, moja miłość wytyczy tę drogę pełną książek, drogę rosnącą z mroków ku jasności, aby trwała wieki wieczne jak w lwowskim dzieciństwie.

W owym czasie cały prawy brzeg ulicznego wądołu zajmowały antykwarnie, handle starych książek. Ten ciąg okien nie zlewa się we wspomnieniu w bezkształtne zbiegowisko. Pamiętam je, każde z osobna, jak ludzkie twarze.

Zaczynało się to wszystko na granicy mroku od czarnych dziupli, w których siedzieli Bodekowie. Była to rodzina, a raczej klan, może szczep tak rozrodzony, tak jednolicie czarny i smagły, że aż trudny do ogarnięcia. Jak w fantasmagorii E.T.A. Hoffmanna nie mieli oni określonych granic osobowości, przechodzili, przelewali się jeden w drugiego. Z upływem lat nauczyłem się zgadywać zawartość książek, nigdy nie doszedłem do rozeznania się w niepokojącym istnieniu lwowskich Bodeków. Być może dlatego, że dorastali, starzeli się, umierali i za długimi wąskimi kontuarami, ciągnącymi się od okien w głąb sklepów, jedni wstępowali w miejsce innych.

Bodekowie byli podobni do siebie jak liście, ale każda z twarzy okiennych miała swoje odrębne rysy, inaczej mówiła okładkami i tytułami książek. Powyżej Bodeków były tylko książki o literaturze i sztuce: tam kupiłem pamiętną rzecz Porębowicza o Dan­tem i Kozickiego o Michale Aniele. Na rogu Bourlarda patrzyły przez szybę książki społeczno-polityczne. Sklep Koehlera, leżący na pograniczu cienia i światła, miał w witrynach przeważnie nowe książki, w nieskalanych okładkach, jak w nowych, nakrochmalonych mundurkach. Książki „używane” były tam rzadkie i nosiły karteczki z ceną, co oznaczało, że tutaj nie można się targować.

Z innymi twarzami tak nie było. Twarz okienna zmniejszała się wewnątrz w twarz ludzką. Znałem zawiłości, słabe strony i ukryte myśli każdej z nich. Trzeba było, bo między nimi a mną rozgrywał się nieprzerwany dramat. Twarze okienne stanowiły przedmiot pożądania, twarze ludzkie zagradzały drogę ku spełnieniu. Z twarzami okiennymi mówiło się mową spojrzeń, mową aniołów i zakochanych. Z twarzami wewnątrz należało twardo się użerać, obniżając wymienioną cenę do połowy i dokładając do niej małe dodatki. To kluczenie, cała strategia kupowania wymagała trzeźwości w ocenie sytuacji, wytrzymałości nerwów i przenikliwości psychologicznej. Ileż w tym zdarzyło się błędnych obliczeń, przegranych batalii, gorzkich klęsk! Jak oszałamiające były triumfy!

Na najdalszym skraju, już prawie u wylotu ul. Fredry – tam, gdzie łamały się linie brzegów, w wielkiej secesyjnej landarze, między sklepem „modniarki” a sklepem z papierosami, znajdował się niepozorny antykwariat Igla. Na wystawie leżało kilkanaście byle jak rozrzuconych książek. Za nimi stał pan Igiel – zawsze stał, nie pamiętam, aby kiedykolwiek siedział. Odwrócony bokiem do światła, miał okulary odsunięte na czoło i wodził nosem po książce. Bardzo nie lubił, gdy mu w tym przeszkadzano. Opuszczał wtedy grube i wypukłe szkła na zaczerwienione oczy, mrużył spękane, łuszczące się powieki i odpowiadał z wyżyny pytaniem na pytanie:

– Po co si pitać... i tak nie kupisz. W dalszym ciągu znajomości zmieniał drugą część formuły na staromodne: ... i tak kawaler nie kupisz.

Ale kupiłem u niego Miriamowskie wydanie Norwida – nie rozcięty egzemplarz na czerpanym papierze, numerowany i syg­nowany. Było to szaleństwo, choć popełnione z rozmysłem. Pytałem wiele razy o cenę, wytrzymując zniecierpliwienie ślepo­wrona, oglądałem ze wszystkich stron, targowałem się na zabój.

Ale ja si ni lubi handryczyć – mówił antykwariusz, chwiejąc wysoko siwą głową i nie wypuszczając z rąk książki, którą czytał i chciał spokojnie czytać dalej.

Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że stary Igiel był znakomitym bibliopolą i miał do czynienia nie z ubogim szczeniactwem, przedwcześnie zatrutym książkomanią, ale z co najbogatszymi zbieraczami i znawcami.

Jeszcze dziwniejszym okazem był pan Tuleja. Jego antykwariat gnieździł się obok tylnego wejścia do pasażu Mikolascha w malutkiej uliczce, która wydawała się odpryskiem ulicy Batorego. Książki nie stały tutaj w rzędach, ale stożyły się jedne na drugich, ciągnęły się zatorami jak kra w niezgruntowaną głąb kantoru. Pan Tuleja nosił zimą i latem tabaczkowy paltot, szalik bordo, a także kapelusz. Bodaj nie lubił sprzedawać swoich książek, lubił za to rozmawiać. Chętnie wyciągał mnie na spytki, ale nie przypominam sobie, abym u niego cokolwiek kupił. Być może powziął nieuleczalne powątpiewanie co do mojej zdolności, zwanej przez uczonych ekonomistów „siłą nabywczą”. A może był w wyższym jeszcze stopniu niż ja opętany namiętnością posiadania.

Znacznie później, niedługo przed opuszczeniem Lwowa, odkryłem składy drukowanej starzyzny w okolicach Rynku. Stało się to – wstyd powiedzieć – za sprawą warszawianina, Stefana Napierskiego. Zbierał on ze znawstwem polskie druki z XIX wieku: zapomnianych poetów, niedocenione pamiętniki, przekłady, o których pamięć dawno przepadła. Utrzymywał, że nigdzie w Warszawie jego połowy nie były tak niespodziewane i bogate, jak w staroświeckiej, biało bielonej antykwarni jeszcze jednego Bodeka.

Drugi krąg papierowej magii stanowiły księgarnie. Może najwcześniej poznałem księgarnię Gubrynowicza, lecz dopiero dziś potrafię określić jej urok. Był to urok mieszczańskiej osiadłości i zasobności, domowego, pachnącego ciepła. Sufity nachylały się tu nisko, pokoje były niezbyt wielkie. Ciąg­nęły się cienistą amfiladą wzdłuż wąskiej uliczki, łączącej przystanek kawiarni „Wiedeńskiej” z placem Katedralnym. Na ten plac wychodziło tylko jedno okno duże, drugie mniejsze i drzwi, a cała reszta, może sześć kwadratowych witryn, ciąg­nęła się w głąb ciasnego kanionu. Tramwaje zgrzytały w nim bez przerwy, śpiewały przeciągle na szynach i dzwoniły dzwonkami, w które uderzało się podeszwą. Trzeba było dziecinnego za­pamiętania, aby w rwą­cym strumieniu dźwię­ków czytać go­dzinami tytuły wystawionych książek i pożądać ich całą wrażliwością serca.

Zupełnie inna aura panowała u Altenberga na placu Mariackim. Ta księgarnia była wysoka, na wysokości półpiętra okalała ją drewniana galeryjka, biegnąca w koło. Wyniosła nawa miała coś ze świeckiego kościoła, ze świątyni rozumu i wiedzy, o której marzył lord Bacon. Promieniowanie kaloryferów wypełniało ją innym ciepłem, sztucznym i egzotycznie suchym. Ciemne boazerie bramowały grzbiety książek, jak obrazy. Można tu było przystawać przed półkami, nachylać się ku stołom ile się chciało. Tym większa była moja gorycz, gdy któregoś roku cały sklep opróżniono, na szyldzie zjawiło się nazwisko: Berta Stark, i po książkach objęły panowanie damskie trykotaże. Wydawało mi się to wtedy profanacją świętego miejsca. Omijałem je z daleka.

Trwała pośród tych zmiennych losów księgarnia Połanieckich, przy ul. Akademickiej, ale świeciła wczorajszymi ambicjami i szczyciła się przebrzmiewającą sławą. Można było w niej wyłowić pierwodruki Staffowskie, nigdy powtórnie nie wydane książki Brzozowskiego i tomy „Sympozjonu” redago­wanego przez Staffa pod opiekuńczym okiem Ostapa Ortwina, kiedy obaj byli młodzi.

Inne księgarnie na ul. Akademickiej i na ul. Kopernika mniej mnie pociągały, bo na ich wystawach polskie książki gęsto mieszały się z tytułami obcojęzycznymi, a na obcość przyszedł czas dopiero później. Były jednak jeszcze dwa miejsca, które ciąg­nęły z nieodpartą siłą. Jedno z nich, skład Książnicy-Atlasu, leżało in partibus infidelium, prawie u wjazdu na ul. Łyczakowską: biegaliśmy tam z Henrykiem Bolkotem, czułym przyjacielem, pierwszym i niezastąpionym, aby oglądać i kupować numery „Is­kier”. Drugie z tych miejsc, księgarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich na pl. Halickim, świeciła jasno, ale krótko już nad progiem lat młodzieńczych.

Miałem tam znajomego sprzedawcę, doradcę i kusiciela, Leporella tej papierowej rozpusty. Nazywał się bardzo stosownie – pan Szatan. W zgodzie ze swoim imieniem był czarny, przystojny, elegancki, jak model z żurnalu. Nieoczekiwanie, za któregoś mojego pobytu w Zakopanem, usłużny pan Szatan spadł z nieba do piekieł: magazyn z kryształowymi szybami odstąpiono na konfekcję, a skład główny wydawnictw Ossolińskich przeniesiono do małych klitek na ul. Ossolińskich. Dobry duch zmalał przy tej okazji i stracił coś z lucyferycznej wspaniałości. Ale uśmiechał się zawsze, ilekroć z dalekich szlaków wracałem do Lwowa i zachodziłem, aby go zobaczyć, pozdrowić w nim pokuszenia i urzeczenia dzieciństwa.

Zjeździłem, chcąc nie chcąc, trochę świata i kupiłem dużo książek. W Paryżu spędzałem długie godziny nocy nad stołami księgarni Giberta na boulevard St. Michel i długie godziny dnia u bukinistów, na lewym brzegu Sekwany. U jednego z nich, naprzeciwko rue du Chat qui peche, nabyłem pierwsze tomy Prousta, prawie z takim ściśnieniem gardła, jak kiedyś u pana Igla pisma zebrane Norwida. Wiem, gdzie sprzedają książki w Brukseli, we Florencji i w Rzymie. Po londyńskim Charing Cross chodzę teraz jak po cmentarzu i żałuję książek: skarżą się one na ciemność, cierpią boleś­nie od wilgotnych dotknięć mgły. Lecz mówiąc prawdę, od czasu Lwowa już nigdy nie zaznałem i nie zaznam takiego współżycia książek z człowiekiem i takiej palącej ich bliskości.

Nie wyzwoliłem się ciągle z papierowej magii, choć ze skarbów zazdrośnie gromadzonych nie zostało nic: ani jedna karta. Pochłonął je wir cyklonu, trawi je lub wyrzuca na jakieś niewiadome brzegi jak trupy. Znowu obrastam w książki. Jest to posiadanie cierpkie i niepodobne do dawnego. Opadło już dziecinne złudzenie, że można przeczytać wszystkie książki, zwiedzić wszystkie kraje, zgruntować wszystkie głębie. W bibliotece Baworowskich, w klasztornych salach Ossolineum, w czytelni lwowskiej biblioteki uniwersyteckiej nie doznawałem żadnej wątpliwości. Dopiero pod czaszką olbrzyma w paryskiej Bibliotheque Nationale spadło na mnie mrożące rozeznanie, że pustynia książek jest nieobeszła jak pustynia świata. Nie można jej przebrnąć i nie można jej ogarnąć.

Dziś wiem, że nie przeczytam, nie posiądę wszystkich książek, że posiadane utracę znowu. I wiem także: mogą one przepaść, ale czyste wersety z nich wyjęte, ich Lwowa natchnione słowa zostaną, aby spowić tęsknotę na dnie serca, aby tęsknocie, jeśli zechce mówić, dać język cudownych zaklęć, zdolnych ocalić miejsca, czasy i rzeczy na całe życie i może – na całą wieczność.

POSŁOWIE

Na współczesnych mapach Polski nie ma już starego Semper Fidelis Lwowa, miasta pięknego, o bogatej, europejskiej kulturze, nauce i sztuce. W obcym teraz i odległym Lwowie nie ma też ulicy Stefana Batorego. Z panoramy tej ulicy znikły – już na zawsze – głębokie, półmroczne, pachnące starymi książkami i cieszące się zasłużoną sławą antykwariaty Bodeków, Koehlera oraz starego, dostojnego Zygmunta Igla.

Nie ma już we Lwowie zawsze przyjaznych każdemu klientowi „handlów” zarówno używanymi książkami, jak i budzącymi nie mniejsze zainteresowanie szperaczy, rocznikami pożółkłych gazet oraz wszelką papierową „makulaturą”. Nie ma Hoelzlów, Grundów, „jeszcze jednego Bodeka”, trochę dziwaka Tulei, ani też antykwariusza, ale też znakomitego znawcy księgarstwa, zawsze niezmiernie życzliwego bibliofilom Aleksandra Krawczyńskiego.

Po nich wszystkich, wyżej wspomnianych, ale również po licznych lwowskich księgarniach i znanych w całym kraju wydawnictwach, pozostały już tylko wzruszające wspomnienia i głęboki żal.

Autor tych sentymentalnych wspomnień o lwowskich antykwariuszach i księgarniach – Tymon Terlecki, znakomity pisarz, eseista, niestrudzony organizator polskiego życia naukowego na Zachodzie, profesor literatury polskiej na Uniwersytecie w Chicago – urodził się w 1905 r. w Przemyślu – dawne województwo lwowskie. Był wychowankiem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Zmarł w 2000 r. w Chicago.

Janina i Roman Chrząstowscy

Państwo J. i R. Chrząstowscy wydali po­­wyż­sze wspomnienie Tymona Terleckiego w formie pieczołowicie przygotowanej broszurki (Katowice–Warszawa 2000), w 44 egzemplarzach, przeznaczonych dla Swych Przyjaciół. Jedną z nich otrzymał p. prof. Jerzy Kowalczuk, który za przyzwoleniem p. Romana Chrząstowskiego przekazał ją nam do wykorzystania w „Cracovia-Leopolis”. Na koniec i my dostaliśmy taki egzemplarz od Pana Romana. Serdecznie dziękujemy w imieniu Czytelników i Redakcji.