Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

LISTY DO REDAKCJI

Ze Lwowa przed samymi Świętami nadszedł list, nie tylko dla nas miły, ale potwierdzający sensowność naszego redakcyjnego działania:
    
Wielce Szanowny Panie Redaktorze! Wielce Szanowni Państwo!
Pragniemy podziękować za przekazywanie czasopisma „Cracovia–Leopolis” dla nas. Jest to bardzo ciekawe i żywe źródło informacyjne, z którego środowiska polskie ze Lwowa, Ziemi Lwowskiej, czerpią interesujące ich wiadomości
W imieniu Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie serdecznie dziękuję za pomoc i współpracę w roku 2001, w której szczególnie cenimy sobie szybkie reagowanie Państwa na potrzeby Polaków zamieszkałych na terenie Małopolski Wschodniej, podtrzymywanie ich na duchu oraz wspieranie ich działalności.
Z całego serca życzymy zdrowych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia oraz wiele szczęśliwych dni w Nowym Roku 2002, spełnienia marzeń i nadziei.
Z wyrazami głębokiego szacunku, uznania i przyjaźni.
Prezes Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie, Emilia Chmielowa


Bardzo dziękujemy wszystkim Czytelnikom, Autorom i Przyjaciołom, którzy nadesłali nam życzenia świąteczne i noworoczne.

Dr Tadeusz Kukiz po lekturze CL S/01 zwrócił nam uwagę na dwa błędy. W pierwszej sprawie cytujemy list Doktora:

Na stronie 2 przedrukowano z „Myśli Polskiej” (1998, nr 19) skrót tekstu Jerzego Wolaka Królowa Polski, w którym podał on, że obecny w katedrze lwowskiej na uroczystości Ślubów Jana Kazimierza nuncjusz papieski biskup Piotr Vido w czasie śpiewania Litanii Loretańskiej zaintonował trzykrotnie: „Regina Regni Poloniae, ora pro nobis”, co było pierwszym liturgicznym nazwaniem Maryi tym tytułem.
Było inaczej. Fakt ten miał miejsce nie w katedrze lwowskiej, gdzie Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 r. składał słynne Śluby, lecz w kościele Jezuitów, kilka dni później, przed obrazem Matki Boskiej Pocieszenia (obecnie wizerunek ten znajduje się w kościele św. Klemensa Dworzaka we Wrocławiu), a nuncjusz nazywał się Vidoni, nie Vido.


Bardzo dziękujemy za to sprostowanie. Trochę nam wstyd, że przekazaliśmy niezbyt precyzyjną informację, ale z drugiej strony równać się z Panem Doktorem, autorem tylu książek o obrazach Maryjnych (patrz Nowe Książki w tym numerze), w wiedzy o tych obrazach i wydarzeniach z nimi związanych – nie możemy.
Druga sprawa: dr Kukiz zauważył (s. 42), że pisząc o przyjeździe do Krakowa dzieci z różnych miejscowości Małopolski Wschodniej, wymieniliśmy m.in. Czerwonogród, a przecież to niemożliwe, bo miejscowość owa została zniszczona w czasie napadu banderowców w 1945 r. Oczywiście ma rację, a wiadomość tę przepisaliśmy nieuważnie z dostarczonej nam relacji, poprawiając jedynie Czerwonograd – czyli polski Krystynopol – na też polski Czerwonogród, lecz będący całkiem inną miejscowością. Jednak uwaga Pana Doktora, że powinniśmy używać historycznej, polskiej nazwy miasteczka, a nie sowieckiej, ukłuła nas boleśnie, bo właśnie na to zwracamy uwagę szczególną (jak żadne inne pismo „kresowe”). Tu zwiodło nas podobieństwo nazw, nasza wina! Doktorowi dziękujemy – cieszy nas, że tak dokładnie czyta CL.

Kolejny list, od p. Marty Walczewskiej – napisany po lekturze wspomnień Zofii Lewartowskiej, które wydrukowaliśmy w CL S i 4/01 – ma walory historyczne i literackie:

Nie znałam zagadnienia repatriacji od tej strony, ale przeżyłam ją jako dziecko, kiedy w grudniu 1945 r. wraz z matką i dwoma siostrami musiałam wyjechać ze Lwowa. Jechałyśmy ostatnim transportem nauczycielskim. W naszym mieszkaniu przy ulicy Wyspiańskiego już mieszkał żołnierz sowiecki – inwalida, który z pomocą miejscowego Ukraińca włamał się i zajął jeden pokój.
Trzeba było pożegnać swoją ulicę, gdzie tak dobrze grało się w klasy na płytach z różowego kamienia. Nie powrócą już spacery z obręczą na Kajzerwald, zabawy na Górze Piaskowej. Widok dla dziecka niezapomniany: na schodach prowadzących do kościoła św. Antoniego pełno „kalesoniarzy” – pacjentów szpitala, mieszczącego się w szkole św. Antoniego na Łyczakowskiej, wygrzewających się w słońcu w bieliźnie. W dziecinnej pamięci pozostała Panorama Racławicka i Panorama Plastyczna miasta Lwowa, pokazana nam przez matkę przed wyjazdem z kochanego miasta. Rodzina wyjechała wcześniej, ojciec zginął w 1941 r. – wciąż jeszcze miałyśmy nadzieję, że się odnajdzie.
Musiałyśmy wyjechać. Mama zapakowała, co się dało, do skrzyń. Jakiś kierowca za wódkę ukradł gdzieś benzynę i zawiózł nas na dworzec. Nasza część bydlęcego wagonu była już zajęta. Paki zostały załadowane do dziesięciu wagonów. Nic nie zginęło. Pamiętam, jak ludzie na dworcu płakali. Ja dziwiłam się, czemu oni tak płaczą – przecież my tu wrócimy!
Wagon był wypełniony skrzyniami z dobytkiem ekspatriantów. Na środku stał piecyk, który dawał trochę ciepła. Urządzono nam legowisko na stosie skrzyń, pod dachem wagonu. Z góry widziałam łóżko, na którym leżał jakiś stary, chory człowiek. Wtedy nie rozumiałam tragizmu jego sytuacji. Ten pan umarł, gdzieś w drodze jego ciało wyniesiono z wagonu.
Pociąg jechał, stawał – nigdy nie było wiadomo na jak długo. Czasem brakowało węgla do parowozu, ale kiedy znalazła się wódka, okazywało się, że można jechać dalej. W Krakowie poszłyśmy do dalekich krewnych, mieszkających w pięciopokojowym mieszkaniu. Może nas przyjmą? Zosiu, z trojgiem dzieci, to niemożliwe! Po dziesięciu dniach transport dojechał do Katowic, gdzie umieszczono nas – rodziny, które nie miały się gdzie zatrzymać – w szkole, w sali gimnastycznej. Tu znowu miałyśmy legowiisko na skrzyniach pod sufitem. W takich warunkach spędziłyśmy święta Bożego Narodzenia.     Mijały dni i tygodnie. Mama odnalazła swego brata, który powrócił z Rumunii i szukał miejsca osiedlenia. Przejeżdżając przez Maków Podhalański – wysiadł, bo góry wydały mu się podobne do tych huculskich, które lwowiacy kochali. Tu założył gimnazjum. Mieszkał z dwoma synami w pokoju z kuchnią i przyjął nas serdecznie. Spałyśmy pokotem na podłodze. Mama zaczęła uczyć w szkole. Zajmowała się też remontem i dezynfekcją budynku, sąsiadującego ze szkołą, w którym w czasie wojny był szpital sowiecki. Tam zamieszkałyśmy. Powoli udało się odtworzyć dom rodzinny, ale tęsknota pozostała.


Tak się złożyło, że w niniejszym numerze zamieściliśmy również tekst radiowy ojca autorki powyższego listu, dra Henryka Breita o huculskich snycerzach z lat międzywojennych. Do następnego numeru!