Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Anna Mączyńska-Bezrąkowa, WSPOMNIENIA Z KAZACHSTANU

Mojej córce, by wiedziała i pamiętała.

KIZIAK
Lato jest okresem przygotowania opału, czyli kiziaku.
Cały gnój bydlęcy razem ze skąpą podściółką, zebrany w ciągu zimy, rozprowadza się na klepisku około trzydziestocentymetrową warstwą. Taki placek obficie polewa się wodą i miesi kopytami końskimi, aż do uzyskania jednolitej masy. Potem masę tę wtłacza się w formy, podobne do form na cegły, tylko cztery razy większe, po czym wyrzuca się je z tych form na ziemię, gdzie schną aż do stwardnienia. Następnie układa się je w przewiewne piramidy do dalszego suszenia. Do zimy kiziak jest suchy, gotów do spalania.
Najlepszym, najbardziej kalorycznym gatunkiem jest kiziak barani.
Na wiosnę, gdy owce wypędza się już na trawę, kroi się łopatami gnój, udeptywany przez całą zimę przez owce w stajni, na kostki około 40×40 cm i grubości 15 do 20 cm. Kostki te o kolorze tytoniu i konsystencji twardego francuskiego ciasta schną przez całe lato w przewiewnie układanych piramidach.
Zarówno jeden jak i drugi kiziak można było otrzymać w kołchozie jako zapłatę za pracę na tzw. trudodni (jednostki rozliczeniowe przy wycenie zarobków). Oczywiście kiziak barani otrzymywali pracownicy należący do kierownictwa kołchozu i osoby wyżej postawione na drabinie społecznej. Niezależnie od kiziaku kołchozowego, kołchoźnicy, którym wolno było utrzymywać po jednej własnej krowie, robili – każdy na swoim podwórku – kiziak z łajna swojej krowy, mieszając go własnymi nogami.
Staszek Suchodolski, mąż Hani Jaruzelskiej, jechał pewnej zimy saniami z zaprzyjaźnionym Kazachem. Rozmowa zeszła na paczki przysyłane do Kazachstanu przez rodziny deportowanych.
Kazach: – Wy ciągle dostajecie paczki, a dlaczego wy niczego im nie wyślecie?
Staszek Suchodolski: – A cóż ja mogę stąd wysłać ?
Kazach po chwili namysłu: –Wyślij im kawałek kiziaku.
Rozmowa taka rzeczywiście miała miejsce. Niestety Staszek już nie żyje, ale może to poświadczyć jego żona mieszkająca w Sopocie.

BURAN
Specjalnością klimatyczną tego regionu są zimowe burany, stanowiące odpowiednik naszego wiatru halnego.
Zaczynało się to zwykle wieczorem nagłym ociepleniem do około minus 10 stopni (temperatura zimowa wahała się od –20 do –40 stopni). Z początku wiatr podrzucał jedynie śnieg z ziemi, po której zaczynały sunąć chmurki śniegowe z coraz większą prędkością. Potem śnieg zaczynał krążyć coraz wyżej, coraz prędzej, z coraz większą siłą. W połączeniu ze śniegiem padającym z góry stwarzało to jakąś dezorientującą potęgę.
Kto się znalazł w polu w czasie buranu, prawdopodobnie do domu nigdy już nie wrócił. Któregoś wieczoru moja siostra poszła po mleko do kołchozowej stajni, znajdującej się na końcu zabudowań, o jakieś 200 m od naszej kwartiry, czyli mieszkania. W czasie gdy czekała na udój, buran rozhulał się na dobre. Idąc po omacku, na szczęście w kierunku wioski, a nie stepu, z wyciągniętymi przed siebie rękami, natrafiła na ścianę jakiegoś domu. Nie odrywając rąk od ściany, obeszła chatę dookoła, a natrafiwszy na drzwi, zaczęła mocno walić, aby wycie buranu nie zagłuszyło jej stukania. Otworzono jej szparkę, bojąc się, by śnieg nie zasypał wnętrza chaty. Przecisnęła się do środka, a gospodarze widząc ją w stanie takiego przerażenia, pozwolili jej przenocować. My tymczasem z moją matką (a może i ojciec jeszcze żył) spędziłyśmy noc na modlitwie, sądząc, że Maruszka wyszedłszy ze stajni zgubiła drogę i zamarzła w stepie. Wczesnym rankiem gdy buran trochę przycichł, Maruszka zjawiła się i opowiedziała nam o swoich przeżyciach.
Buran to straszna siła, której boją się wszyscy. Doświadczony chłop, którego buran zastał z koniem i saniami w połowie drogi między fermą owczą a wioską, wolał dreptać w miejscu, odmrażając ręce i nogi, niż jechać na oślep, narażając się na pewną śmierć, mimo że do domu miał tylko parę kilometrów.
Buran to oślepiająca wata śnieżna, która okręca się wokół człowieka, uderza ze wszystkich kierunków i pcha we wszystkich kierunkach.
Buran trwa przeważnie od wieczora do rana, ale bywają też i trzydniowe burany. Wtedy całe życie zamiera, ludzie nie wychodzą z domów nawet do karmienia bydła. Po buranie cała wioska przedstawia białą, pofalowaną równinę, z której sterczą tylko kominy. Wszystkie drzwi wejściowe otwierają się do wewnątrz, gdyż inaczej mieszkańcy byliby na całą zimę zamurowani. Po ustaniu buranu kopie się w śniegu tunele i schodki, by móc wyjść. Tunele te i schodki trwają aż do wiosny.
Obrazek z Kazachstanu. Rys. Anna Suchodolska
KSIĄDZ TADEUSZ FEDOROWICZ.
Na wstępie muszę przeprosić Księdza Fedorowicza, jeżeli jakieś opisane przeze mnie zdarzenia były nieco odmienne, ale piszę to, co pamiętam i jak pamiętam, a moja pamięć po tylu latach mogła trochę przekształcić fakty. Dlatego też pozwoliłam sobie przesłać księdzu brudnopis tego o nim rozdziału i to, co dalej napiszę, otrzymało jego akceptację.
Niedługo po naszym przyjeździe do Gieorgijewki dowiedziałyśmy się chyba pocztą pantoflową, że nasz kuzyn ksiądz Tadeusz Fedorowicz, przygotowawszy sobie walizeczkę z najpotrzebniejszymi szatami kościelnymi, składanym kielichem i mnóstwem komunikantów, zgłosił się do transportu jako prawnik – pod innym nazwiskiem – i przyjęto go, nic nie podejrzewając, do jednego z pociągów.
Zesłańcy, do których go przyłączono, zostali wywiezieni na północ od Kazania i skierowani do pracy przy wyrębie lasów. W tym czasie musiał on bardzo starannie zachowywać swoje incognito, gdyż i tak podejrzewano go o bliższe kontakty z Panem Bogiem, co ówczesna władza uważała za poważne przewinienie. Po podpisaniu umowy między gen. Sikorskim a rządem ZSRR, w czasie formowania wojska polskiego, ksiądz Fedorowicz otrzymał glejt, zezwalający mu na poruszanie się na obszarze całego Kazachstanu. Wtedy zaczął już jawną posługę duszpasterską, objeżdżając rzemiennym dyszlem większe skupiska Polaków.
W styczniu 1942 przyjechał też i do nas. W Wasylkówce – przysiółku Gieorgijewki, odprawił uroczystą mszę św. z udzieleniem I Komunii św. i innych sakramentów wszystkim tym, którzy go o to prosili. Jako dekorację ołtarza podczas tej mszy św. moja siostra zrobiła lilie z wiórów drewnianych. Kwiaty były pomalowane na biało, liście na zielono. Podobno bardzo ładnie wyglądało. Ja niestety nie mogłam uczestniczyć w tej mszy, ponieważ byłam daleko poza Gieorgijewką, na pracach kołchozowych. Ksiądz błogosławił również groby zmarłych Polaków, w tym i mego ojca, oraz odwiedzał liczne domy. Przyszedł też do nas, a był to okres, kiedy z jedzeniem było u nas bardzo trudno. Długo zastanawiałyśmy się, czym go poczęstujemy. Przypomniałyśmy sobie, że jako chłopak bardzo lubił kwaśne mleko, więc podałyśmy mu – jako przysmak – groch prażony na suchej patelni z kwaśnym mlekiem.
Z Gieorgijewki pojechał do miejscowości Kokpekty i Balszaja Bukoń, gdzie rozchorował się na zapalenie płuc. W czasie rekonwalescencji nauczył się robić na drutach i przez pewien czas w ten sposób pracował. Opiekowały się nim różne Polki; wśród nich zapamiętałam p. Pischnotową, której mąż miał we Lwowie duży sklep z lampami.
Gdy zaczęły się przetargi z paszportami (dowodami tożsamości), aresztowano też księdza Fedorowicza i poprowadzono wraz z grupą aresztantów przez Gieorgijewkę na stację kolejową. Dowiedziawszy się, gdzie mają oni nocować, poszłyśmy z moją matką na spotkanie z nim. Wspomnienie jak z koszmaru: brudni, zmęczeni ludzie, siedzący na gołej ziemi w izbie oświetlonej wyłącznie kopciłką. Do dziś mam to przed oczyma jako horror. Nazajutrz o 4 rano miano ich prowadzić dalej. Przed świtem wzięłam butelkę mleka i pled mojej matki i wyszłam daleko za wioskę na to spotkanie,
o którym sądziłam, że będzie ostatnie. Strażnik, który konwojował aresztantów, pozwolił nam porozmawiać chwilę na drodze, ale o czym się mówi w takich okolicznościach?
Pan Bóg pozwolił, że spotkaliśmy się w Polsce i Ksiądz Tadzio, jak go nazywaliśmy w rodzinie, udzielał nam (mnie i memu mężowi) sakramentu małżeństwa w Laskach, chrzcił we Wrocławiu naszą córeczkę Annę Katarzynę, i również w Laskach podał jej I Komunię św., a także dawał jej ślub z Tomaszem Kraińskim, dla którego też jest wujem i z którym łączy go jeszcze bliższe pokrewieństwo niż ze mną.
Przy spotkaniach z Kazachstańczykami organizowanymi we Wrocławiu Ksiądz opowiadał, że kiedyś w Bukoni spotkał dwoje polskich dzieci bawiących się w piasku. Zapytał:
– W co się bawicie?
– My bawimy się w księdza.
– Jakże to?
– Ja robię pierogi, a on je zjada – odpowiedziała dziewczynka.
Taka to była zabawa w księdza.

INNI ZESŁAŃCY
W czasie naszego pobytu w Gieorgijewce przywieziono tam, jako do miejsca zsyłkowego, trzech profesorów uniwersytetu erewańskiego. Starszy z nich nazywał się Okunian, trochę młodszy Nawokatikian, nazwiska trzeciego nie pamiętam. Nie wiem, jak było bezpośrednio po ich przyjeździe, ale gdy wróciłam do domu z toczki, byli już zaprzyjaźnieni z moją matką. Jej ojciec Antym Nikorowicz był polskim Ormianinem. Obcowanie z jedynymi kulturalnymi ludźmi w swoim otoczeniu, z którymi mogła porozumieć się po francusku lub niemiecku, było dla niej dużą przyjemnością. Oni też chętnie z nami przestawali, a nawet jeden z nich usiłował nauczyć się mówić po polsku. Profesorowie ci byli najpierw siedem lat w więzieniu, gdzie w czasie śledztw poddawano ich przemyślnym torturom. Na przykład: stanie w celi o pochyłej podłodze, w lodowatej wodzie. W najniższym miejscu tej wody było prawie po kolana w najwyższym po kostki, ale utrzymanie się w tym najpłytszym miejscu było bardzo trudne. Drugą torturą było po prostu stanie. Profesor Nawokatikian, z którym stosunki były wręcz przyjacielskie, opowiadał, że stał raz trzy doby, a strażnicy zmieniali się co parę godzin. Po tych trzech dobach każda z jego nóg była równie gruba jak obwód tułowia, a może jeszcze bardziej spuchnięta. Tortury miały wymóc na nich przyznanie się do występowania przeciw władzy sowieckiej, organizowania zbrojnego powstania i szpiegostwa. Profesor powiedział nam, że po tych „zabiegach” podpisał przyznanie się do wszystkich zarzuconych mu czynów, z wyjątkiem szpiegostwa. Po siedmiu latach więzienia skazano ich na 10 lat zsyłki. Nie wiem, jak do tego doszło, że oni wyjechali z Gieorgijewki jeszcze przed nami. Potem długo korespondowaliśmy, nawet po powrocie do Polski.
Innymi zesłańcami byli Niemcy, od dawna zamieszkali w Republice Maryjskiej. Tych posądzano o sprzyjanie rodakom w czasie działań wojennych – i wszystkich przesiedlono. Byli to bardzo pracowici ludzie. Najlepiej zapamiętałam jedną z Niemek o imieniu Karolina – do dziś widzę jej miłą i łagodną twarz. Pewnego dnia znaleziono w jej posłaniu w szopie woreczek z około 2 kg pszenicy. Drżałam o nią wiedząc, że tym, którzy kradną oficjalnie workami, uchodzi to bezkarnie, ale co zrobią tej, która chciała ukraść 2 kg? Na szczęście oprócz wezwań do kancelarii kołchozowej, nie poniosła żadnych poważniejszych konsekwencji.
Następną partią zesłańców byli Czeczeńcy. Przepiękni ludzie, których za sprzyjanie Niemcom porywano z ulicy – bez bagaży – rozdzielając przy tym rodziny. Było to chyba na wiosnę 1944 roku. Ludzie ci byli na tyle hardzi, że woleli umierać z głodu, niż pracować w kołchozie. W zimie przy 40-stopniowym mrozie widziało się ich w letnich łachmanach, przez które przeświecało gołe ciało. W lepiankach, w których ich umieszczono, nie było opału, więc ginęli masowo z zimna i głodu. Okropne było widzieć błyszczące z głodu oczy tych ludzi i nie być w stanie im pomóc. Jednorazowe nakarmienie jednej osoby nie zmieniało sytuacji ogółu. Na początku, gdy coś miejscowym zginęło, twierdzono z całym przekonaniem, że to Polacy ukradli. Gdy przyjechali Niemcy, mówiono: Polacy to uczciwi ludzie, Niemcy to złodzieje, ale po przybyciu Czeczeńców – niestety nie bezpodstawnie – wszystkie kradzieże były na nich zrzucane. A oni woleli ukraść, niż zhańbić się pracą. Trudno się było z nimi porozumieć, gdyż nie wszyscy mówili po rosyjsku, a my po tylu latach władaliśmy biegle tym językiem. Poza moją matką, która wolała porozumiewać się z „Kazaczkami” na migi, niż używać rosyjskiego.
Autorka u Ojca Św. Jana Pawła IIZ Kazachami, jako pełnoprawnymi mieszkańcami tych ziem, była zupełnie inna sprawa. Od zamierzchłych czasów byli oni narodem pasterskim, koczowniczym. Za mieszkania służyły im skórzane jurty (okrągłe namioty), a w nich łóżka i okrągły, a raczej ośmiokątny stolik wysokości około 30 cm, przeważnie ładnie rzeźbiony. Dookoła tego stolika popijali herbatę z czareczek (często drewnianych, lakierowanych wewnątrz w przeróżne wzory), siedząc w kucki. Wszystkie posiłki odbywały się w tej pozycji, uważanej za wypoczynkową. Mięso, przeważnie gotowane, przynosiła na tacy kobieta, stawiając przed najstarszym z rodu, który to mięso palcami dzielił i rozdawał po uważaniu lepsze lub gorsze kawałki. Jeden ze starych Kazachów w rozmowie ze mną dziwił się, jak można jeść mięso łyżką i nożem, bo przecież smak mięsa ocenia się dotykiem, a to jeszcze powiększa przyjemność jedzenia. Przypomniałam sobie wtedy, że i dla mnie jedzenie gruszki widelczykiem nie ma żadnego uroku i dopiero gdy się ma pełne usta, a sok gruszkowy kapie po brodzie, to jest to! Żadnych krzeseł ani taboretów w jurcie nie było. Gdy zagoniono Kazachów do kołchoźnych ziemianek, urządzenie wnętrza pozostało takie samo jak w jurtach.
Utrzymywali się z hodowli wielbłądów, krów, kóz, a przede wszystkim owiec. Natomiast w ogóle nie uprawiali roli, z wyjątkiem małych poletek, na których siali pszenicę wyłącznie na kurmasz. Ten kurmasz charakterystycznym ruchem podrzucali do ust i żuli. Oprócz pszenicy uprawiali też tytoń, który drobniutko pokrojony wkładali z przodu między zęby i dolną wargę.
W 1933 r. władza sowiecka upaństwowiła ich stada, nie dając w zamian nic. Ludzie, którzy pamiętali te czasy, twierdzili, że jedna trzecia ludności kazachskiej wyginęła wtedy z głodu. Człowiek szedł drogą, padał i już nie żył. Po takich cięgach Kazachowie potulnie wstępowali do kołchozów, przechowując w sercach chęć zemsty. Aby zasymilować Kazachów, nadawano im rosyjskie nazwiska, takie jak Orumbajew, Mejrembekow, Bekbosynow itp.
Dziwny był ich stosunek do Polaków. Przy wszelkich transakcjach handlowych uważali za swój honorowy obowiązek trochę oszukać, ale niedługo potem przychodzili z jakimś prezentem: jajkiem, szklanką ajranu (coś między jogurtem i kwaśnym mlekiem) lub kilkoma baursakami, których wyrób nie był dla nas najapetyczniejszy.
Ogólnie Kazachowie zapisali się w naszych odczuciach i naszej pamięci w sposób sympatyczny.

Osoby z mojej najbliższej rodziny – cytowane we Wspomnieniach:
Mój ojciec – Wincenty Mączyński ur. 1869, doktor praw, emerytowany st. radca Prokuratorii Generalnej we Lwowie.
Moja matka – Karolina z Nikorowiczów Mączyńska ur. 1887.
Moja siostra – Maria (Maruszka) Mączyńska, obecnie Malcowa, ur. 1909, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.
Ja – Anna (Hania) Mączyńska, obecnie Bezrąkowa, ur. 1920 r., po egzaminie dojrzałości i 1 roku Instytutu Gospodarczego Kształcenia Kobiet w Snopkowie pod Lwowem.

Powyższe opowiadania stanowią wybrane części większej całości.