Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

NOWE KSIAŻKI

• Otrzymaliśmy drugi monumentalny album poświęcony Cmentarzowi Orląt – zapewne z okazji dawno zapowiedzianego jego otwarcia po odbudowie – niestety, nadal odkładanego. Album ma inny charakter niż tamten pierwszy, omawiany przez nas w CL S/01. Po pierwsze przedstawia dzieje – od chwili zakończenia Obrony – powstania nekropolii Lwowskich Dzieci w latach dwudziestych i wczesnych trzedziestych, a nie historię czasu II wojny, zniszczenia i współczesnej odbudowy (o czym głównie traktuje tamten pierwszy). Po drugie zaś stanowi oryginalne dzieło grafiki książkowej wysokiej klasy. Jego tytuł brzmi: Cmentarz Obrońców Lwowa. Mortui sunt ut liberi vivamus. Trzeba wymienić czworo autorów: redaktorkę Lidię Smyczyńską, konsultantów prof. Tadeusza Łodzianę i dra Janusza Smazę (obu znanych z naszych łamów) oraz autora opracowania graficznego Leszka Hołdanowicza (wyd. BIS PRESS, Warszawa 2000).
Wartością albumu jest sposób podejścia do materiału fotograficznego. Album jest czarno-biały, z przewagą czerni. Zdjęcia nie są upiększane – przeciwnie, potraktowano je surowo, pogłębiając czarno-białe kontrasty. Teksty są oszczędne (i również graficznie potraktowane), zawierają jednak mnóstwo mało znanych lub zapomnianych szczegółów. We wstępie przytoczono wypowiedzi szeregu działaczy i pisarzy. Na końcu albumu zamieszczono spis osób spoczywających na Orlęcej Nekropolii. Album ma format A4 i 180 stron. Z tych 3/4 to ilustracje, głównie zdjęcia, trochę rysunków z epoki, planików.
Oba albumy uzupełniają się doskonale. A przecież to przypadek, bo przygotowały je dwa niezależne zespoły wspaniałych ludzi i twórców.

• Mamy już dziewiąty, opasły tom (380 stron oraz ponad 450 ilustracji) dokumentu naprawdę bezcennego: Kościoły i klasztory rzymskokatolickie dawnego województwa ruskiego pod redakcją prof. Jana Ostrowskiego (wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2001). Tom obejmuje pas terenu od Lwowa na południe, aż po Karpaty. Przedstawiono 29 świątyń, w tym 3 w Stryju, różnej wartości i stanu zachowania. Przewagę mają niewielkie kościółki wiejskie lub małomiasteczkowe, w większości zmasakrowane przez sowieckich barbarzyńców. Tylko dwa z nich – w Stryju i w Szczercu – przetrwały II wojnę bez większego uszczerbku. Wiele innych nie istnieje...
Bardzo interesujące dla nas – poza głównym tematem – są zawarte na początku każdego opracowania kościoła opisy historyczne miejscowości, które, podobnie jak w książkach dra T. Kukiza (o czym pisaliśmy w CL 1/02), tworzą podwaliny przyszłego pełnego s ł o w n i k a geograficzno-historycznego Małopolski Wschodniej, w czym i nasz kwartalnik ma niejaki udział.
Wśród opracowanych miejscowości i kościołów widzimy przede wszystkim Stryj i Żydaczów, a także Kochawinę, Żurawno (miejsce urodzenia Mikołaja Reja), bliższe Lwowa m.in. Hodowicę i Nawarię, Szczerzec i Siemianówkę, Rozdół (Lanckorońskich), a całkiem na południu Skole (dobrze nam znane z poprzedniego numeru CL), a w sercu gór – Feliciental.
To ostatnie hasło przyciąga naszą uwagę jako ciekawostka. Znamy tę nazwę, wycieczka TMLiKPW z Krakowa przejeżdżała tamtędy w 2001 roku (obecnie oczywiście inaczej się nazywa). Domyślaliśmy, że była to kolonia austriacko-niemiecka z okresu zapędów germanizacyjnych Austrii w 1. połowie XIX w. Teraz poznaliśmy szczegóły: wieś nazywała się dawniej Smorze i powstała w XVI w. na mocy przywileju królowej Bony. Właścicielami byli m.in. Wysoczańscy i Kropiwniccy. Po I rozbiorze przejął ją rząd austriacki, a w 1835 r. założono tu kolonie niemieckie Annaberg i Felizienthal, sprowadzając osadników z zachodnich Czech. Dla nich to zbudowano w 1861 r. drewniany kościółek. Niemcy żyli tam do II wojny światowej. Od 1989 r. kościół jest cerkwią prawosławną.

Na marginesie: jesteśmy pełni uznania dla twórców i wydawców serii Materiały do dziejów sztuki sakralnej na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczypospoltej, nie możemy jednak zrozumieć, dlaczego stosuje się nazwę województwo ruskie, a nie np. Małopolska Wschodnia, równie historycznie uzasadnioną (i bardziej adekwatną do tematu dotychczasowych tomów, nie mówiąc o względach, których tu rozwijać nie ma potrzeby).

• Tę książkę przyjmujemy ze szczególną satysfakcją, ponieważ ucieleśnia ona nasze głębokie i często wyrażane sugestie, by dokumentować wzajemne związki Lwowa z innymi miastami polskimi, szczególnie uniwersyteckimi, ale nie tylko. I nie tylko w naszej powojennej epoce.
W Lublinie, pod redakcją (i zapewne za namową) prof. Władysława Stążki, prezesa tamt. oddziału TMLiKPW, grono osób spisało Lwowsko-Kresowe korzenie wyższych uczelni Lublina (wyd. Tow. Miłośników Lwowa i Kresów Płd.Wsch., Lublin 2000). W mieście tym działają dziś, jak wiemy, dwa uniwersytety – KUL i UMCS, a ponadto Akademia Medyczna, Akademia Rolnicza i Politechnika. W książce redaktorzy zamieścili nie tylko artykuły i notki biograficzne powojennych pracowników naukowych, ale omówiono również szeroko Wkład Uniwersytetu Jana Kazimierza w dzieło tworzenia Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w latach międzywojennych. W sumie przedstawiono około 230 postaci (w większości ze zdjęciami) różnych specjalności i z różnych okresów XX wieku. Autorami biogramów są – poza samym prof. Stążką – Grażyna Karolewicz, Adam Chruszczewski, Krystyna Harasimiuk, Andrzej Wróbel, Franciszek Pawłowski i Iwo Pollo.
Wśród uczonych, którzy opuszczając z konieczności Lwów, związali się na stałe z Lublinem, znajdujemy takie znakomite nazwiska jak słynny okulista Tadeusz Krwawicz, geograf i twórca słynnego Chóru Erjana Jan Ernst, chirurg Tadeusz Jacyna-Onyszkiewicz, ftyzjatra Tadeusz Kielanowski, biochemiczka i autorka wspomnień Janina Opieńska-Blauth i wiele innych. Ale nie znaleźliśmy nazwisk o. Alberta Krąpca, profesora i b. rektora KUL-u, ani prof. Andrzeja Nikodemowicza, kompozytora, który przed ponad 20 laty przeniósł się ze Lwowa do Lublina.
Niech lubelska książka będzie wzorem dla podobnych inicjatyw oddziałów TMLiKPW oraz środowisk uczelnianych. Kilka ośrodków ma się już czym pochwalić w tej dziedzinie, podobno coś powstaje w Poznaniu. Czekamy niecierpliwie!
Ale czy tylko chodzi o uczelnie i tylko o epokę powojenną? Ludzie ekspatriowani ze Lwowa i Ziem Południowo-Wschodnich zajęli różne stanowiska w administracji, szkolnictwie, instytucjach, przemyśle, przedsiębiorstwach. Byli artyści, literaci, muzycy i inni, którzy odcisnęli swoje piętno na życiu gospodarczym i duchowym Lublina i Lubelszczyzny (nie zapominajmy, że nie tylko stolica się liczy!). I odwrotnie: Lublin we Lwowie. Nie zapomnijmy postaci wielkiego poety renesansu Sebastiana Klonowica, który swoje życie podzielił między Lwów i Lublin. Tak udane dzieło trzeba więc kontynuować!
Nasza Redakcja musi się wytłumaczyć z wielkiego opóźnienia publikacji powyższego tekstu. Został on napisany zaraz po otrzymaniu książki z Lublina – przed rokiem. I utonął w stosie materiałów, pomimo iż książkę tę powitaliśmy z wielkim aplauzem! Proszę nam wybaczyć – poprawimy się zaraz po otrzymaniu drugiego opracowania, do którego wyżej zachęcamy!
Miło nam, że wykorzystaliście herby z przygotowanej przez nas pocztówki (autorem graficznego opracowania herbów był nieżyjący już art. plastyk Bohdan Prądzyński). Przymierzamy się do wydania drugiej takiej kartki, bo dalsze herby zebraliśmy dzięki naszym Czytelnikom.

Również opóźnione jest (z tych samych co powyżej powodów) omówienie książki s. Marii Eny, Autorkę bardzo przepraszamy! W obu sprawach próbujemy się niniejszym zrehabilitować.

• S. Maria Ena, niepokalanka z Jazłowca, nadesłała nam opracowaną przez siebie książkę zatytułowaną Gdzie miłość dojrzewała do bohaterstwa, a poświęconą życiu, cnotom i zasługom siostry Wandy Garczyńskiej, niepokalanki, urodzonej w roku 1891 we Lwowie i zmarłej w 1954 r. w Warszawie. Jakkolwiek najbardziej owocny okres życia s. Wandy był związany z Warszawą i Szymanowem (od 1933 aż do śmierci, z roczną przerwą na pracę w Wałbrzychu), to jednak los sprawił, że pierwszą i najdłuższą część tego życia spędziła we Lwowie i Jazłowcu i tam została ukształtowana do przyszłej służby Bogu i ludziom.
Wanda Garczyńska urodziła się w starej i niegdyś zamożnej rodzinie szlacheckiej, jednak wysadzonej z siodła i osiadłej we Lwowie i Brzeżanach. Dziadek Wandy, Leon Syroczyński był rektorem Politechniki Lwowskiej, dwie ciotki niepokalankami w Jazłowcu.
Po latach szkolnych spędzonych u Niepokalanek w Niżniowie i Jazłowcu (matura w 1910 r.) Wanda Garczyńska podjęła pracę nauczycielki we Lwowie. Brała udział w Obronie Lwowa w 1918 r., a w wojnie bolszewickiej była pielęgniarką.

W 1926 r. mając lat 35, zdecydowała się wstąpić do zakonu. Ten dojrzały dla s. Wandy okres życia przebiegał najpierw we Lwowie, potem w Jazłowcu, Jarosławiu i najdłużej w Warszawie, w klasztorze przy ul. Kazimierzowskiej. Przed II wojną, w czasie jej trwania i w latach powojennych była nauczycielką i pełniła różne funkcje klasztorne. Ale głównym akcentem jej życia było dobro potrzebujących, szczególnie ujawniło się to w czasie wojny, kiedy – wykazując wielką odwagę fizyczną i moralną – aktywnie opiekowała się ludźmi w sytuacjach zagrożeń życiowych, wykazując wielką odwagę fizyczną i moralną. Uratowała wiele dzieci żydowskich i za to została odznaczona medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”.

• Znakomicie wprowadzona w problematykę historii Lwowa – także dzięki wielokrotnym podróżom naukowym do bibliotek i archiwów pozostałych pod Wysokim Zamkiem – pani profesor Henryka Kramarz napisała biografię wielkiego prezydenta Lwowa: Tadeusz Rutowski. Portret pozytywisty i demokraty galicyjskiego. Nazwisko T. Rutowskiego wiąże się w pamięci szerszego ogółu przede wszystkim z jego dzielną postawą w czasie I wojny światowej i deportacją do Rosji jako zakładnika w 1915 r. Nie jest to jednak jedyny powód do szacunku dla tej wybitnej i zasłużonej dla Lwowa postaci.
Tadeusz Rutowski przyszedł na świat w Tarnowie w 1852 r. – na rok bieżący przypada więc 150-lecie jego urodzin – w rodzinie ziemiańsko-inteligenckiej (był synem burmistrza Tarnowa). Ukończył studia prawnicze w Wiedniu, podjął pracę dziennikarską, a nawet wydawał własne pismo. Po kilku latach działalności w Krakowie przeniósł się w 1884 r. do Lwowa. Tu redagował pismo Rocznik Statystyki Przemysłu i Handlu Krajowego, angażując się w życie gospodarcze i społeczne. W 1887 r. został posłem do austriackiej Rady Państwa, a w dwa lata później do Sejmu Krajowego. W 1905 r. powołano go na stanowisko wiceprezydenta miasta Lwowa (pracował jako pierwszy zastępca kolejnych prezydentów Michała Michalskiego, Stanisława Ciuchcińskiego i Józefa Neumanna).

Na nowym stanowisku zajął się przede wszystkim tzw. regulacją miasta, a w dziele tym współpracował najbliżej z inż. Ignacym Drexlerem, wytyczając wspólnie kierunki rozwoju urbanistycznego Lwowa. Zabiegał o tworzenie infrastruktury miejskiej oraz podnoszenie walorów estetycznych ulic i osiedli.
Interesując się sztuką i historią, angażował się w życie kulturalne miasta, zakładał towarzystwa literacko-artystyczne, urządzał wystawy. W 1897 r. założył Miejską Galerię Obrazów, spowodował zakupy dla niej dzieł sztuki, w tym wielkich nazwisk zagranicznych i krajowych z różnych epok. Dalej założył Muzeum Narodowe im. Króla Jana III, zakupując w tym celu w 1908 r. tzw. Kamienicę Królewską przy Rynku (od Lubomirskich). Zabiegał o wybudowanie Pałacu Sztuki, co jednak nie doszło do skutku.

Najbardziej jednak znanym powodem do chwały Rutowskiego była jego godna postawa w czasie okupacji Lwowa przez Rosjan w 1915 r. Po rozsypce władz galicyjskich uznano go – jedynego z elity, który w mieście świadomie pozostał – za prezydenta miasta. Wykazał wtedy wielką energię i takt w różnych formach ochrony i wspierania bytu i zdrowia ludności.
Gdy Rosjanie wycofali się ze Lwowa, zabrali zakładników, w tym prezydenta Rutowskiego. W Rosji spędził dwa lata, wykazując tam ogromną aktywność patriotyczną na rzecz polskich Legionów. Powrócił entuzjastycznie witany. W czasie jego nieobecności przemianowano ul. Teatralną, gdzie mieszkał, na Rutowskiego. Niestety po roku dalszego zarządzania miastem, u progu niepodległości, Tadeusz Rutowski zmarł w marcu 1918 r.
Był człowiekiem wielkiego prestiżu i autorytetu moralnego, znakomitym organizatorem we wszystkich przejawach życia miasta i jego ludności. Był wybitnym lwowianinem i Polakiem.

Zasięg średniowiecznego osadnictwa wołoskiego na Ziemi Czerwieńskiej• Kraina, którą (od XVI wielu) nazywamy Małopolską Wschodnią, a którą kiedyś określano jako Ziemię Czerwieńską, w pewnych okresach zaś jako Ruś Czerwoną (czy Halicką), potem województwo ruskie (niby jako spadek po owej Rusi) – była we wczesnym średniowieczu obszarem słabo zaludnionym, jeśli przykładać miarę terenów ją otaczających po stronie zachodniej, albo – za górami – południowej. Ludność autochtoniczną, przynajmniej w zachodniej części tego obszaru, mniej więcej po rzekę Stryj, stanowili we wczesnym średniowieczu (wczesnym – w rozumieniu tej części Europy, a nie Europy w ogóle) zachodniosłowiańscy Lędzianie, współtworzący naród polski, były to jednak peryferie ich osadnictwa. Nic dziwnego więc, że na ziemie te napływała ludność z różnych stron i z różnych powodów.
Można to, upraszczając, sprowadzić do trzech kierunków:
1) wschodniosłowiańscy Rusini, uchodzący przed Tatarami, którzy w pewnym okresie całkowicie podporządkowali sobie Ruś Kijowską i liczne skłócone między sobą księstewka, jakie tę Ruś tworzyły;
2) zachodniosłowiańscy Polacy, dla których kraj lędziański był ziemią s w o j ą, a polska tam obecność była niezbędna dla obrony kraju przed najazdami ze wschodu (właśnie owych Tatarów, którzy – jak dobrze pamiętamy – w 1241 r. doszli aż pod Legnicę);
3) zakarpaccy Wołosi – w istocie mieszana ludność z południowych Karpat: Wołosi (wraz z Mołdawianami tworzący w przyszłości naród rumuński) oraz Węgrzy z Siedmiogrodu.
Oprócz wymienionych przybywali tu też Niemcy, penetrujący wszelkie kierunki w Europie i wnoszący wiele w zakresie cywilizacji zachodnioeuropejskiej, Żydzi, Ormianie – kupcy i rzemieślnicy, opanowujący szlak handlowy z Bliskiego Wschodu, a także inni, którzy w naszej historii odegrali mniej istotną rolę.
Spośród wymienionych nacji najmniej wiemy o Wołochach, chociaż z podstawowych faktów zdajemy sobie sprawę: zasiedlili oni puste do tamtego czasu północne Karpaty i ich podnóża, w poszukiwaniu nowych obszarów do wypasu bydła. Ich potomkami, choć już nie czystej krwi, są Huculi, Bojkowie i Łemkowie.
O imigracji wołoskiej i ich organizacji na nowym terenie napisał książkę Grzegorz Jawor pt. Osady prawa wołoskiego i ich mieszkańcy na Rusi Czerwonej w późnym średniowieczu (Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2000). W pracy tej pokazano zasięg imigracji wołoskiej, nie ograniczającej się do obszarów górskich. Pasterze wskazali niejako drogę – potem, do XVI w., napłynęła szeroka fala ludności rolniczej i rzemieślniczej, która zorganizowała własne osady i rządziła się swoimi prawami.
Brzemienny dla naszej historii był jednak fak, iż ludność ta wyznawała prawosławie, podobnie jak wcześniej przybywający tu Rusini. Jest więc logiczne, że Wołosi, odcięci od swojego dawnego kraju i społeczności swego pochodzenia, zaczęli się łączyć z ludnością prawosławną – ruską, bo od Polaków oddzielała ich religia, tradycyjny obyczaj, pismo (Rumunia dopiero w 2. połowie XIX w. przeszła na pismo łacińskie). Z czasem nastąpiła więc rutenizacja Wołochów, ale i oni dali swój wkład w kulturę tego obszaru. Przytoczmy, co na ten temat pisze autor książki:
[...] Również analiza porównawcza poszczególnych elementów kultury ludowej zarówno materialnej, jak i duchowej (zwłaszcza muzyki i instrumentów muzycznych, tańca, magii, oraz zdobnictwa i góralskiego budownictwa – zarówno świeckiego, jak sakralnego), popularna zwłaszcza w okresie międzywojennym wśród przedstawicieli nauki rumuńskiej, utwierdziła ich w przekonaniu, iż jest to wynik dawnych migracji. Do podobnych wniosków doszli też R. Reinfuss i Z. Stieber podkreślając, że wspólnych cech, jakie łączą mieszkańców Karpat w dziedzinie kultury, nie można wyjaśnić bez uwzględnienia omawianych migracji. Zdaniem tych autorów wkład ten był niewspółmiernie duży w porównaniu z liczebnością emigrantów. Dość często, zarówno w historiografii polskiej, jak też czeskiej i słowackiej, wyrażane jest przekonanie o bałkańskich lub siedmiogrodzkich wzorcach organizacji górskiego wypasu owiec w północnych Karpatach. Podobieństw doszukuje się też czasem w sposobie wykonywania konkretnych przedmiotów i organizacji produkcji rzemieślniczej, w przypadku zawodów uznawanych w literaturze przedmiotu jako typowo wołoskie. [...] (w naszym kwartalniku pisaliśmy o tym parokrotnie – patrz np. nr 3/97, 3/01). Jedynie górna, bogatsza warstwa Wołochów (podobnie jak Rusinów) dołączyła do wyżej ówcześnie postawionej ludności polskiej, głównie szlachty. To przecież oni przynieśli do Polski herb „Sas”, którym pieczętowała się później duża część miejscowego ziemiaństwa w Małopolsce Wschodniej, z Dzieduszyckimi na czele.

G. Jawor rozwiewa szereg mitów, głównie niepolskiej proweniencji. Przykładowo: znany historyk ukraiński M. Hruszewski (przełom XIX/XX w.) częste zatargi polsko-mołdawskie na Pokuciu interpretował woluntarystycznie jako antypolski ukraiński ruch narodowy w Halickiem, co nie znajduje oczywiście żadnego pokrycia w źródłach.

Leonia i Karol Wildowie wg współczesnego portretu• W wieku XIX Lwów zyskał bardzo wiele. Stając się stolicą kraju – miasta jednego z kilkunastu większych w Polsce, które co prawda już w ubiegłych wiekach systematycznie wzrastało, a w dwóch ostatnich stuleciach przeskoczyło byłą, zdegradowaną stolicę Rzeczypospolitej – rozwinął się w metropolię. Największy rozwój Lwowa nastąpił w okresie autonomii galicyjskiej, czyli od lat 60., to jednak w owych wcześniejszych kilkudziesięciu latach postęp był niemały. Nie mamy tu na myśli jedynie rozwoju urbanistycznego, ale przede wszystkim tworzenie się kultury nowoczesnego, stołecznego miasta.
Przypomnijmy niektóre ważne progi rozwoju: 1817 – narodziny Ossolineum, 1842 – otwarcie teatru Skarbkowskiego, 1844 – powstanie szkoły technicznej, która z czasem rozwinęła się w Politechnikę, 1841 – podjęcie zasklepiania pierwszych odcinków Pełtwi, co poza efektem sanitarnym zaowocowało powstaniem reprezentacyjnych arterii miasta. I tak dalej.
Powstanie tych inwestycji idzie w parze z rozwojem kultury duchowej. Uniwersytet jest co prawda jeszcze zniemczony, ale wielka biblioteka i wielki teatr są polskie. W mieście tworzy się warstwa inteligencji o coraz szerszym spectrum pochodzeniowym i zawodowym, a obok intelektualistów miejscowych, pojawiają się liczni przybysze – przykładem dziedzina muzyki: uczeń Chopina Karol Mikuli lub syn wielkiego Amadeusza – Franciszek X.W. Mozart. Rozwija się prasa, powstają wydawnictwa książkowe.

Tak się jednak w Polsce składało, że w miastach mieliśmy niedostatek mieszczaństwa i inteligencji. Do tej drugiej wchodziło trochę zubożałej szlachty – poprzez swoich wykształconych przedstawicieli, jednak mieszczaństwo (przede wszystkim kupiectwo, ale i drobni urzędnicy), obok niewielkiego odsetka całkiem zdeklasowanej szlachty, to w przeważającej mierze nie Polacy z pochodzenia: miejscowi Żydzi i Ormianie (choć trudno ich stawiać w jednym rzędzie) lub napływowi Niemcy, Czesi, nawet Francuzi. Wszyscy polszczyli się szybko, w drugim pokoleniu byli przeważnie Polakami (i patriotami, uczestnikami naszych powstań).
Szczególnym zawodem, na pograniczu kupiectwa i inteligencji, było księgarstwo. Szczególność ta odnosiła się również do pochodzenia: tu, jak i w sferze urzędniczej, element napływowy mieszał się ze szlacheckim.
Klasycznym przykładem tej właśnie sfery była rodzina księgarska W i l d ó w, której znakomity znawca tamtej właśnie epoki i Lwowa Zbigniew Sudolski poświęcił książkę pt. Walka z życiem. Korespondencja lwowskiej rodziny Wildów (Wydawnictwo „Ancher”, Warszawa 2001). Sudolskiego znamy jako autora książki Jeremi o Kornelu Ujejskim, którego postać i w tej książce przewija się nader często. Epokę i nastrój książki oddaje doskonale dobrana ilustracja na okładce: litografia z początku XIX w. (a raczej jej zgrabnie spreparowane fragmenty, co można sprawdzić, porównując z ilustracją nr 3).
Karol Wild założył w 1796 r. trzecią we Lwowie księgarnię (wcześniej byli już Piller i Pfaff), a w 1811 pierwszą wypożyczalnię – obie mieściły się przy ul. Krakowskiej. W latach 1816–19 wydawał czasopismo „Pamiętnik Lwowski”, przekształcone następnie
w „Pszczołę Polską”, a potem jeszcze
„Pamiętnik Galicyjski”, jednak wszystkie upadły z braku prenumeratorów. Wydał własnym nakładem kilka książek, był dostawcą nowości do Ossolineum.
Kontynuatorami firmy byli syn Ludwik, zięć Edward Winiarz (który potem miał własną znaną firmę), a wreszcie młodszy syn Karol Kazimierz, który uczynił z firmy Wildów jedną z przodujących w Galicji. Uruchomił działy antykwarski i nutowy oraz map i obrazów, wydawał „Dziennik Literacki” i inne pisma. Wydawał książki nie byle jakie, lecz wybitnych autorów, jak Szajnocha, Ujejski, Szujski, Łoziński i wielu innych.
Żoną Karola Wilda II była Leonia z Maciejowskich, córka lwowskiego lekarza i Francuzki. Cechowały ją uroda i wrażliwość, talent towarzyski i muzyczny, toteż w jej salonie zbierała się elita kulturalna miasta – literaci, uczeni, muzycy. Leonia miała niestety nieuleczalną w tamtej epoce gruźlicę, toteż dalsze lata jej życia zdominowały wyjazdy dla ratowania zdrowia – głównie do Meranu* (gdzie zresztą zmarła w 1878 r. w wieku 44 lat).
Wymianie listów między Karolem i Leonią Wildami oraz ich korespondencji z innymi osobami poświęcona jest omawiana tu książka. Jest to znakomita kopalnia wiedzy o Lwowie pierwszych trzech ćwierci XIX wieku, o ludziach tamtej epoki, ich problemach, obyczajach, interesach, a także – poezji, która wyrażała szczególne uczucia między Leonią Wildową a Kornelem Ujejskim.
* Uzdrowisko Meran (Merano), ówcześnie w austriackim południowym Tyrolu, obecnie we Włoszech. Tak się złożyło, że nazwa Meranu padała w poprzednim numerze CL, w artykułach o Zaleszczykach, zwanych niegdyś polskim Meranem.

• W Bibliotece „Cracovia-Leopolis”, po Listach ze Lwowa K. Makuszyńskiego i Zadwórze – Polskie Termopile S.S. Niciei, pojawiła się nowa pozycja: Tadeusza Kamińskiego Tajemnica Czarnego Lasu (Kraków 2001), jako trzeci tomik tego zasłużonego już wydawnictwa. Przez stanisławowian została przyjęta z radością i wzruszeniem, gdyż jest to opracowanie od dawna oczekiwane i szczególnie ważne.
W oparciu o dokumentację znawcy tematu, Adama Rubaszewskiego, T. Kamiński daje nam prawdę o eksterminacji polskiej inteligencji w Stanisławowie w czasie niemieckiej okupacji 1941–44. We wstępie autor krótko przedstawia zarys historii miasta, jego dzieje w czasie międzywojnia, a dalej obu okupacji, sowieckiej i hitlerowskiej. Jako młody jeszcze chłopiec był świadkiem stosunków panujących po wkroczeniu wojsk sowieckich i działań NKWD w Stanisławowie, podaje cały szereg danych, ilustrujących tragiczną scenerię wywozu Polaków na nieludzką ziemię oraz cierpienia wsi polskich w czasie „krwawych żniw” ukraińskich organizacji OUN i UPA.
Książka jest jednak poświęcona głównie tragedii mordu nauczycieli i innych przedstawicieli polskiej inteligencji w sierpniu 1941 r. – dramatu, który nigdy nie został rozliczony do końca (z niewiadomych przyczyn...), wyciszony w PRL. Autor przytacza szereg szczegółów tych strasznych dni, wplatając równocześnie dane, odnoszące się do głównych sprawców masakry: braci Mauerów.
Bardzo ważnym walorem opracowania jest załączona na końcu książki lista ofiar (ok. 140 nazwisk). (MJ)

• Życiorys Stanisława Klimpla wyznacza kilka zacnych miejscowości: miejsce urodzenia – Krościenko (to podbieszczadzkie, a nie pienińskie), Chyrów (konwikt jezuicki), Lwów (gimnazjum i lata dorosłe), Dobromil (pierwsze lata samodzielności), a w końcu Katowice i Warszawa (też zacna?). Tamte dawne dokumentował kolejnymi książkami: Skąd nasz ród, Jak przeżyłem trzy okupacje oraz serii: W dolinie Strwiąża (dotyczy okolicy, w której autor się urodził, dziś po polskiej stronie jałtańskiej granicy), W dolinie Wyrwy oraz W dolinie Pełtwi.
W dolinie Wyrwy (wyd. Instytut Lwowski, Warszawa 2001) to wspomnienie z okresu pierwszej okupacji sowieckiej, spędzonej w Dobromilu. Autor snuje opowieść niemal dzień po dniu, opisuje codzienne sprawy, pracę na poczcie, sąsiadów i współpracowników – w tym Rosjan przybyłych z odległych stron. I tu dla nas rzecz zaskakująca, niespotykana w żadnych innych wspomnieniach tamtego czasu: autor traktuje tych przybyszów – swoich kolegów w pracy, przełożonych, przedstawicieli władzy, a także rodziny wszystkich wymienionych, jako część normalnego krajobrazu. Traktuje ich poważnie i podobnie poważnie traktuje tryb pracy w swoim urzędzie, wynikające tam problemy – jakby nigdy nic. Szczęśliwie Stalina nie zalicza do tej, jakby akceptowanej rzeczywistości. To prawda, że wśród napływowych Rosjan i innych nacji radzieckich bywali ludzie zwykli, życzliwi, kulturalni – a biedni, którzy nigdy nie zaznali normalnego życia i często tak samo cierpieli, jak my wtedy. Jednak nic nie zmieni faktu, że ówczesna sytuacja była okupacją, a napływowi Rosjanie – okupantami.
W dolinie Pełtwi (wyd. UKiP J&D Gębka, Gliwice 2001) to wspomnienie 20 lat spędzonych pod Wysokim Zamkiem (1927–46), w których mieści się 2-letni epizod dobromilski, opisany w tomie wyżej wspomnianym. Autor mieszkał najpierw z rodziną, potem już z żoną i dziećmi w paru miejscach Lwowa, o dość dużym rozrzucie: na Zamarstynowie i na Bogdanówce (za rogatką Gródecką), w blokach na Stryjskiej, przy ul. Ukośnej (znowu blisko Gródeckiej rogatki), a na koniec przy ul. Jakuba Strzemię (przy parku Stryjskim).
Lwowskie wspomnienia Stanisława Klimpla mają jakby dwie części: historyczno-chronologiczną, związaną z biegiem lat i miejscami zamieszkania wyżej wyliczonymi, oraz problemową (szkoła i studia prawnicze, praca, wojsko, sport, a wreszcie wojna).
Obie książki Klimpla nie cechują się szczególnymi wartościami literackimi ani pogłębioną refleksją. Są jakby opowiadaniem dla rodziny, przyjaciół, kolegów. Dotyczą jednak t a m t y c h stron, wydarzeń i ludzi, i dlatego ciekawe dla nas wszystkich. Ich zaletą jest opis życia, sytuacji, obyczaju. Jest nieco dobrych informacji geograficzno-
-krajoznawczych (czego nigdy za wiele), a przede wszystkim ta właśnie, przewijająca się przez stronice książek ogromna masa ludzi z różnych miejsc, środowisk i pokoleń. Dla naszej redakcji – kiedy zabraliśmy się do indeksu wschodnich Małopolan – wartość nieoceniona!
Maria Jordan (MJ), Marek Wenecki


Jest co czytać (28)

PŁAJ ZNACZY ŚCIEŻKA
Kontynuując omawianie również czasopism ogólnych i specjalistycznych, które dla Ziem Wschodnich rezerwują na swych łamach stałe miejsce (w CL S/01 i 4/01 pisaliśmy o Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej i „Spotkaniach z Zabytkami”), przedstawiamy kolejne pismo, w którym – nie bez powodu – szczególną część Ziem Wschodnich traktuje się bodaj najszerzej. Pismem tym jest półrocznik „Almanach Karpacki PŁAJ”, o którym wspominaliśmy już w CL 4 /98, wydawany od 1986 r. w Warszawie. Zacytowaliśmy wtedy założenie programowe Redakcji co do przedmiotu zainteresowania tego pisma. Jest nim – powtórzmy – świat gór w przestrzeni i czasie, a na tym płaju można odnaleźć oprócz śladów kierpców i racic, także ślady podkutych butów pierwszych turystów czy rzuconych tu przez kolejne wojny żołnierzy. Wschodnie Karpaty pasują do tych słów jak ulał.
Wcześniej omawialiśmy numery 3, 4, 8 i 10, teraz mamy kilka następnych – niestety nie wszystkie, bo pismo rozchodzi się szybko, choć nie jest najtańsze – obecnie kosztuje 16 zł.
Tematyka jest niezwykle różnorodna i dotyczy zagadnień przyrodniczych, turystycznych, historycznych, artystycznych, a także współczesnych. Naszych krakowskich Czytelników może – z racji niedawnej wycieczki – zainteresować nr 18, niemal w całości poświęcony Skolszczyźnie (8 artykułów), a także w nrze 12 artykuł o skalnych atrakcjach tej okolicy – Uryczu, Bubniszczu, Rozhurczu. O dawnej turystyce letniej i zimowej pisała Zofia Tyska, która wraz z mężem prowadziła znane schronisko na Maryszewskiej (oboje zostali zamordowani przez Ukraińców), co przypomniano w nrze 12. O wycieczkach współczesnych pisze Tadeusz Petrowicz w nrach 14 i 19 (kiedyś i u nas był jego tekst i wiersz).
O kulturze huculskiej i bojkowskiej czytamy w nrze 13 (St. Vincenz) i 16, a o kolonizacji józefińskiej (koniec XVIII w.) m.in. w rejonie Dobromila, Sambora, Drohobycza, Stryja, Doliny i Kałusza – w nrze 19. O ochronie przyrody w Czarnohorze dawniej i dziś – w nrach 15 i 18. Wodospady i jeziora w Karpatach Wschodnich opisano w nrze 16, a o darabach na Czeremoszu dwa artykuły w nrze 15.
Na temat Legionów znajdujemy dwa artykuły w nrze 12, o ochronie granicy w 16. W tym ostatnim także o rozwoju kolei. O obozach polskiego harcerstwa w tamtych górach, od czasów Andrzeja i Olgi Małkowskich po czasy dzisiejsze, można przeczytać w nrze 15.
Nr 14 zawiera aż trzy artykuły traktujące o możliwościach odbudowy naszego obserwatorium na Popie Iwanie. O farze w Drohobyczu pisze Tadeusz Trajdos w nrze 13, zaś w 15 znajdujemy dwa felietony K. Makuszyńskiego o Stryju.
Wymienione tematy wschodniokarpackie nie wyczerpują oczywiście zawartości „Płaju”, choć stanowią większość. Poza tym pisze się o Karpatach w dzisiejszych granicach RP (najwięcej o Beskidzie Niskim i Bieszczadach – słusznie, bo czy można wiecznie pisać o Tatrach, Pieninach i Babiej Górze?). Sporo materiału znajdujemy o Spiszu i Orawie poza granicami RP, o Bukowinie i Karpatach rumuńskich, o Zakarpaciu i Siedmiogrodzie.
Pismo może więc zainteresować nie tylko miłośniów turystyki górskiej i ludzi gór oraz miłośników Ziem Wschodnich. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie.
Kazimierz Selda