Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

... SKĄD ICH RÓD

Środowiska liberalno-postępowe coraz szerzej propagują w Polsce przekonanie, że współczesny człowiek „oświecony” nie przywiązuje żadnej wagi do tego, gdzie się urodził, gdzie wyrósł, w jakim kraju mieszka i jakim posługuje się językiem. Krótko mówiąc: nie czuje związku z własnym narodem, z własnym, rodzimym terytorium, z ziemią, która go wydała i ukształtowała. Lansuje się portret człowieka obecnej doby jako bezpaństwowca, który nie interesuje się zupełnie c z y m ś t a k i m jak własny naród. To przekonanie określone środowiska liberalne starają się wmówić rzeszom naszych współziomków, a zwłaszcza młodzieży.
Już średnie pokolenie – nie mówiąc o starszym – dobrze pamięta, jak to sowieci usiłowali przez całe dziesięciolecia stworzyć pojęcie narodowości radzieckiej, obejmującej wszystkich mieszkańców ZSRR. Nie udało się, bo udać się nie mogło. Podobne fiasko poniosą dzisiejsi propagatorzy narodowości europejskiej. Ten, kto posiada elementarną wiedzę na temat historii poszczególnych narodów – i kto myśli w sposób samodzielny – wie, dlaczego jest to niemożliwe. Oburza jednak prymitywne kłamstwo mówiące, że przynależność narodowa, państwowa, że umiłowanie rodzimego języka są współczesnemu mieszkańcowi Europy i świata zupełnie obojętne. Niniejszy felieton, przytaczając prawdziwe zdarzenia, chce zaprzeczyć propagandzie antynarodowej i fałszywym twierdzeniom liberalnych myślicieli i intelektualistów. Są to zdarzenia z czasów schyłkowej komuny. Przekonany jestem, że nic się nie zmieniło dzisiaj w patriotycznym myśleniu zniewolonych wówczas ludzi. Odzyskana niepodległość, choćby formalna, wzmocniła jeszcze ich narodowe odczucia. Podane przykłady mają pewne odniesienia także do naszych Kresów Wschodnich.
Swego czasu znalazłem się wraz z zaprzyjaźnionym teatrem w Rumunii – w Oradei. Na bankiecie po przedstawieniu poznałem miejscową recenzentkę teatralną. W trakcie rozmowy oświadczyła, że jest Węgierką, i opowiedziała mi o swoich perypetiach związanych z pracą zawodową. Jako rusycystka z wykształcenia uczy tego języka w wiejskiej szkole podstawowej, odległej od Oradei o... 50 kilometrów. Gdzieś bliżej nie było dla niej miejsca – nie jest przecież Rumunką, tylko przedstawicielką węgierskiej mniejszości narodowej. Codziennie dojeżdża pociągiem do pracy i z powrotem po 50 km. Szczególnej wymowy dodawał jej opowieści fakt, że Oradea leży na historycznie czysto węgierskim terytorium Siedmiogrodu, tuż za dzisiejszą granicą Węgier.
Poruszony jej wyznaniami pytam – w najlepszej wierze – dlaczego uparła się, by mieszkać w Rumunii, dlaczego nie wyjedzie na stałe na Węgry? Milczy chwilę, patrzy wymownie i nagle wybucha: – Tu jest węgierska ziemia! Niech pan powie swoim rodakom mieszkającym we Lwowie, żeby wyjechali do Polski, żeby uciekli, opuścili rodzinną ziemię, zdradzili ją! Przyznam, że zrobiło mi się okropnie głupio.
Drugie zdarzenie (istniał jeszcze Związek Sowiecki), opowiedziane mi przez zaprzyjaźnionego, dużo młodszego kolegę. Nosi on nazwisko o brzmieniu typowym dla ziemi wileńskiej, może też nowogródzkiej, będące zresztą pochodną nazwy konkretnej miejscowości. Kiedy skończył studia, ojciec postanowił pokazać synowi, skąd się wywodzą. Udali się więc na Wileńszczyznę. W Wilnie mój kolega, bardzo jeszcze naiwny, chciał koniecznie zademonstrować swą bliskość etniczną i narodową. Zagadnął wówczas w sklepie młodą ekspedientkę: – Gawaritie po polski? Na swoje pytanie otrzymał spokojną odpowiedź: – Nie, proszę pana, ja mówię po polsku.
Obrazek trzeci: jestem w Tallinie, przywiózł mnie tutaj z Moskwy sowiecki kolega redaktor. Nasz gospodarz, miejscowy dziennikarz, rodowity Estończyk, proponuje wieczorne wyjście do teatru na spektakl klasyki światowej (Szekspir?, nie pamiętam). Przedstawienie w Narodowym Teatrze Dramatycznym. Rozumuję logicznie: chodzi o narodnyj tieatr. Głośno potwierdzam swoje rozumowanie: – Rzecz będzie grana po rosyjsku? Estoński kolega spogląda na mnie dziwnie i powiada bardzo złą ruszczyzną: – To jest teatr narodowy, a więc estoński, a nie rosyjski. A jutro pokażę ci „pole śpiewacze”, gdzie na Święto Pieśni – narodowej, estońskiej – przyjeżdża każdorazowo 250 tysięcy ludzi. Jest nas niewiele, musimy starannie pielęgnować własną kulturę muzyczną i śpiewaczą.
Szybko obliczam w myślach: Estonia ma dziś (1977) około miliona 400 tysięcy mieszkańców [licząc z niemowlętami i starcami – przyp. red.]. A więc zjawia się tutaj na raz ponad jedna szósta narodu!
Ireneusz Kasprzysiak

Postscriptum:
Od pięćdziesięciu lat mieszkam w Krakowie. Znam to miasto niemal na pamięć. Zwłaszcza to dawniejsze, które tu zastałem w 1951 r. Znam dobrze bliższe i dalsze okolice, przede wszystkim na południe od Krakowa, w stronę Tatr. A jednak każdego roku jadę na wypoczynek na swoją ścianę wschodnią. Na dzisiejsze kresy, skąd pochodzę. Dlaczego tak robię? Rozumieją to doskonale ci wszyscy, którzy postępują podobnie jak ja – jeśli oczywiście posiadają własne miejsce na ziemi... (IK)