Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Bolesław Jan Solak, RWD-10

W latach trzydziestych Polskie Zakłady Lotnicze w Warszawie rozpoczęły seryjną produkcję samolotu myśliwskiego konstrukcji inżyniera Zygmunta Puławskiego. Przez kilka lat ten samolot był najlepszym myśliwcem Europy, dopóki lepsze silniki niemieckie nie wyprzedziły całego świata.
Samoloty serii P – całkowicie metalowe – miały jastrzębie skrzydła, które za granicą nazywano Pulawski albo Polish. Te jastrzębie nadały samolotowi drapieżny wygląd, który polscy myśliwcy pokochali. Silnik 600 KM musiała Polska kupować od Francji. [...] Brak dewiz na zakup silników francuskich lub angielskich zapoczątkował ideę budowy małego samolotu o polskim silniku 100 KM wyłącznie do treningu. Samolot musiał mieć charakterystykę pilotażu taką, jak kosztowny samolot myślwski.
W roku 1932 zakłady RWD zbudowały taki samolot. W roku 1933 samolot RWD-10 z angielskim silnikiem 105 KM wystartował w Warszawie. W późniejszych latach polski silnik 110 KM zastąpił angielskiego cirrusa. Konstruktor Jerzy Drzewiecki dał mu piękne, bardzo, bardzo krótkie skrzydła o obrysie zbliżonym do skrzydeł samolotów Puławskiego. Samolot miał być zbliżony charakterystyką lotu do myśliwskiej maszyny bojowej. Miał się stromo wznosić w górę, miał być czuły na stery, niewybaczający błędów pilotażu, łatwo dający rzucić się w korkociąg czy szybką beczkę. Miał mieć dużą szybkość lądowania. Miał być trudnym, rasowym myśliwcem. Drzewiecki wypełnił te warunki. Jak mi potem opowiadał, omal się nie rozbił przy oblatywaniu prototypu, bo nie mógł opanować czułości sterów.
Ale ja o tym wszystkim nie wiedziałem.

Samolot kupił Aeroklub Lwowski. Stał w kącie hangaru warszawskiego, pomalowany na srebrny kolor. Spody skrzydeł miał pomalowane na czerwono, by łatwo było widać z ziemi, czy leci na plecach, czy normalnie. Na stateczniku miał namalowany znaczek Aeroklubu Lwowskiego. Nazywał się SP-ALC i był tym samym prototypem, z którego Drzewiecki usunął zbytnią niestateczność. Czekał na pilota, który miał go zabrać do Lwowa. A Aeroklub Lwowski też nie wiedział o tym, że samolot jest rasową, przewrażliwioną na stery maszyną myśliwską. Spodziewano się normalnego samolotu szkolnego, wzmocnionego do akrobacji, i to wszystko.
Od kilku miesięcy pracowałem w Warszawie, bezpośrednio po ukończeniu pilotażu podstawowego i wylataniu kilkudziesięciu godzin samodzielnie. Od kilku miesięcy nie latałem i polowałem na pierwszą lepszą maszynę ze Lwowa, aby się na niej przelecieć. Od warszawiaków dowiedziałem się, że mój klub kupił SP-ALC. Tego samego dnia zadepeszowałem do Lwowa, prosząc o pozwolenie latania na tym samolocie. Na drugi dzień serce biło mi mocno z radości. W kieszeni niosłem na lotnisko krótką odpowiedź:
– Wolno latać bez akrobacji.
Kapitan K. długo trzymał w ręku moją depeszę. Wreszcie przeniósł wzrok z depeszy na mnie i zapytał:
– Czy latał pan już na dziesiątce?
– Nie, panie kapitanie... ale to jednomiejscówka, więc o dublu trudno myśleć...
Zamyślił się znowu. Wreszcie zdecydował:
– Maszyna nie moja, klub nie mój, pilot nie mój – nie mam nic do powiedzenia. Niech pan każe wytoczyć maszynę i niech pan leci.
Gdy ubrany w spadochron szedłem do samolotu stojącego przed hangarem, ktoś z tyłu orzekł:
– Miał Lwów dziesiątkę!
Ale ja dalej nie domyślałem się, o co chodzi. Stanąłem obok maszyny i po raz pierwszy obejrzałem jej smukły kształt i krótkie drapieżne skrzydła. Gdy wsunąłem się w ciasną gondolę, ogołoconą z wszelkiego luksusu oprócz dużego i dziwnie lekko chodzącego drążka sterowego, gdy spojrzałem do przodu i zauważyłem, jak dużą część długości skrzydeł zajmuje śmigło, jak blisko są lotki mej gondoli, a stery prawie że za plecami, zrozumiałem po raz pierwszy, że tym razem wdałem się w awanturę.
Łyknąłem ślinę i zaczęła się taka, zawsze ta sama, rozmowa z mechanikiem:
– Wyłączone – mały gaz.
– Wyłączone – mały gaz – powtórzył i zaczął przerzucać śmigło przez kompresję silnika.
– Kontakt!
– Kontakt! – powtórzył.
Strzelił dym z rur wydechowych i silnik ruszył. Silnik ruszał się i drgał od nadmiaru mocy w porównaniu z jego wymiarami. Nagrzewałem silnik, patrząc ustawicznie po lotnisku i horyzoncie, aby oczy przyzwyczaić do wyglądu ziemi przy lądowaniu. Wreszcie wskazówka temperatury oliwy ruszyła z miejsca i kiwnąłem głową, by wzięto spod kół podstawki.
Kołując na start nie mogłem dogadać się z samolotem. Uciekał mi z kierunku za najmniejszą niedokładnością użycia steru. Musiałem pilnować go jak przestępcy. Trochę większy gaz, a rozpędzał mi się nadmiernie, gdy przymykałem gaz, uciekał mi z kierunku. Wreszcie dobrnąłem do chorągiewki startowej. Stary, siwy chorąży, prowadzący start, podszedł do mnie:
– Panie inżynierze! Pan na dziesiątce?
– Tak. Albo co? – odpowiedziałem spokojnie, ale zrobiło mi się trochę niewyraźnie.
– No nic, nic! – żachnął się – Niech pan leci, tylko niech pan uważa.
I odszedł do grupy, zostawiając mnie moim myślom. A dziesiątka gadała niskim basem silnika i drgał mi ster w ręku. Wreszcie znak do kołowania na start. Stoję na kierunku. Patrzę w lewo, w prawo. Przede mną równia lotniska, na lewo grupa i stary chorąży patrzą na mnie. Odetchnęłem głęboko:
– Gaz!
Takiego zrywu nie spodziewałem się. Głowa uderza lekko w poduszkę, samolot pochyla się gwałtownie, jakby chciał stanąć na śmigle. Ściągam trochę nerwowo... i jestem w powietrzu. Maska wychodzi nad horyzont, a szybkość rośnie. Patrzę w dół. To nie jest błąd zegarów. To samolot prze w górę jak rakieta. Pode mną brzeg lotniska niezwykle nisko. A szybkość dalej rośnie. Odważam się zadrzeć maskę jeszcze bardziej. Samolot prze w górę jak pocisk, skrzydła leżą wysoko nad horyzontem. Przymykam delikatnie gaz i staram się dogadać z lotkami i sterem wysokości. Ster kierunku jest tak czuły, że zacisnąłem nieruchomo nogi.
Powoli, powoli zaczyna mnie samolot słuchać. Próbuję zakrętu w lewo. Pochyla się gwałtownie. Prostuję samolot i jeszcze raz kładę go powoli, spokojnie i lekko ściągam. Gna prawie że w pionowym zakręcie, lekko, chętnie. Skrzydła przez chwilę zalane są blaskiem, a za chwilę już tylko czerwone spody palą się i znowu krąg śmigła mija linię słońca. Dziesiątka leży w zakręcie idealnie i gna za samym sterem wysokości. Przekładam w prawy zakręt. Ta sama zwinna reakcja, natychmiastowe słuchanie sterów i zwrotność niesamowita.
Rozprężają się mięśnie. Opieram głowę na poduszce i prowadzę spokojnie samolot z zakrętu w zakręt. Jest mi wesoło. Próbuję przeciągnąć samolot. Zdawało mi się, że lecę pionowo w górę i przelecę przez plecy, a samolot dalej trzymał się powietrza jak kot pazurami i nie chciał się zwalić. Po raz pierwszy ciepła fala uczucia do samolotu przeleciała mi przez myśli:
– Ależ to maszyna!
Przymykam gaz. Cichnie szybko i nie przepadając ani trochę zwija się w korkociąg. Wyprowadzam po pół zwitki i robi mi się gorąco. Co będzie z lądowaniem? Jeszcze raz próbuję małej szybkości, tak jak na samolocie szkolnym. Znowu korkociąg. Próbuję jeszcze raz. To samo nieomylnie i zawsze. Na stu kilometrach na godzinę jest w korkociągu.
Będę lądował na stu dziesięciu kilometrach na godzinę i łykam ślinę na myśl o moich dotychczasowych lądowaniach na sześćdziesięciu kilometrach na godzinę. Przypominam sobie krótkie lotnisko i starego chorążego. Jeszcze raz przeciągam samolot śledząc każdy jego ruch. Przychodzi na mnie ogromne skupienie, które później poznałem dokładniej. Wszystko znika mi z myśli oprócz samolotu, który idzie cicho po horyzoncie na przymkniętym gazie i nagle zwija się jak drapieżne zwierzę. Kładę maszynę w spiralę i zwyczajem uczniów usiłuję ściągnąć ster do końca. Ogromna siła wgniata mnie w siedzenie, a w następnym ułamku sekundy horyzont rozmazał mi się w ogromne kolisko. Szybka beczka. Równam stery, samolot natychmiast wraca do normy.
Co ja złego zrobiłem?
Próbuję jeszcze raz. Doprowadzam do pionowej spirali. Spirala idzie szybko jak wir. Cała ziemia gna w koło, prasuje mnie mocno w maszynę. Ale drążek prawie że nie ściągnięty. Ściągam powoli dalej. Ogromny ciężar siada mi na barki i... już! Znowu ten histeryczny młyniec po niebie i dziesiątka zwija się w szybkiej beczce jak łyżwiarz w piruecie. Zaczynam rozumieć. Stopniowo uczniowskie łuski opadają mi z oczu. To nieważne, gdzie jest ster. Skup się cały na zachowaniu się maszyny. Nie tylko myśl. Po prostu cały. A wtedy samolot płynie posłusznie, szybki, nerwowy i piękny jak jastrząb.
Podchodzę do lądowania. Kładę maszynę w ślizg. Idzie w ślizgu przez powietrze jak nóż, sterowna i posłuszna. Równam nad ziemią i nie zadzierając maski doprowadzam do samej ziemi. A gdy trawa zaczyna gnać jak jedna szara droga metr lub półtora od mojej wychylonej twarzy, zaczynam ściągać. Równo na stu kilometrach na godzinę dziesiątka siada na trzy punkty. Siada sama. Pilnuję jej na wybiegu, by mi nie uciekła w bok, wreszcie pęd maleje i dziesiątka zatrzymuje się. Oddycham głęboko i kołuję do grupy, spokojny i szczęśliwy.
Od grupy oddziela się kapitan K. i podchodzi do maszyny. Podnoszę okulary i patrzę na niego milcząc, zadowolony z siebie. A kapitan zaczyna mnie rugać:
– Tak się nie robi, panie inżynierze. Klub dał panu samolot do latania, a nie do zabawy. Zamiast ćwiczyć lądowania, poleciał pan gdzieś w krajobraz i diabeł wie, co pan robił...
Nie słyszę, co mówi dalej. W myśli przypominam sobie cały mój lot i mam ogromną ochotę powiedzieć mu, że się myli, że gdybym podszedł w normalnej rundzie do lądowania, zamiast dogadać się z samolotem wysoko i daleko, ja byłbym teraz w sanitarce w drodze do szpitala, a z dziesiątki byłaby kupa śmiecia. Ale coś się we mnie zmienia. Coś dorzewa szybko. Siedzę w całej maszynie, szybkiej, czułej i pięknej. Kapitan na pewno jeszcze na niej nie latał. Nagle zdaję sobie sprawę, że to ja mam rację, a nie on, że coś we mnie dojrzało i że wobec tego wszystko inne nie ma znaczenia, nie wyłączając kapitana opartego o burtę i dalej prawiącego mi kazanie.
– Co mam zrobić, panie kapitanie?
Mój ton podoba mu się. Jest bez złości, bez zarozumiałości, jestem zbyt szczęśliwy na to. Kapitan uspokaja się.
– Niech pan zrobi parę lądowań, a potem odprowadzi maszynę do hangaru.
– Tak jest, panie kapitanie.
Wykołowuję na start. Chorąży machnął chustką i kiwnął głową. Powoli otwieram gaz, nie oddając steru. Nawet nie wiem, kiedy jestem w powietrzu. Przymykam nieco gaz i czekam na brzeg lotniska. Powoli kładę maszynę dość płytko, aby mnie kapitan nie zawiesił w lataniu za amerykana i wyciągam w górę zakręt czysty, spokojny, stromy jak raca. Jest mi dobrze, jestem u siebie, a dziesiątka jest cudem.

Opowiadanie pochodzi z książki J.B. Solaka pt. „Joga słońca. Wspomnienia pilota i podróżnika”, którą omawialiśmy w CL 1/96. Dokończenie w jednym z następnych numerów.