Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Pękła bania z przewodnikami po Lwowie. Do dość licznych przedwodników sprzed I i II wojny doszło kilka powojennych, a całkiem ostatnio ukazały się – prawie równocześnie – trzy. Jeden omówiliśmy w CL S/01 (J. Czerwińskiego), drugi – poniżej, o trzecim będzie mowa w jednym z następnych numerów. O czym świadczy ten urodzaj? To oczywiste: podaż odpowiada na popyt, a popyt wynika ze wzrostu zainteresowania naszym niezwykłym miastem wśród współczesnych Polaków. Jesteśmy więc zadowoleni.
Przewodnik dzisiaj przedstawiany ukazał się we Lwowie i jest w zasadzie polskojęzyczną wersją przewodnika, który omówiliśmy w CL 3/99. Tamten był dwujęzyczny – ukraińsko-angielski, ten jednak nie stanowi mechanicznego przekładu tamtego. Jest różnica w objętości: pierwszy miał ok. 530 stron, drugi tylko 320, choć wcale nie został zubożony, przeciwnie – merytorycznie wzbogacony. O różnicach będzie mowa.
Tytuł brzmi: Lwów. Ilustrowany przewodnik. Wydawców ma dwóch: „Centrum Europy” Lwów oraz „Via Nova” Wrocław (2001). Jest opracowaniem zbiorowym pod redakcją Jurija Biriulowa, swój wkład ma także Borys Woźnicki. Teksty z języka ukraińskiego tłumaczył na polski Andrzej Otko. Warto nadmienić, że książka miała też czworo polskich konsultantów. Byli nimi: Zofia Gunaris, Danuta Nespiak i Jan Ziembicki (wszyscy Wrocław) oraz ks. Józef Wołczański (Kraków). Nie wiemy, jaki był charakter ich uwag oraz czy zostały uwzględnione przez autorów i wydawców.
W edycji polskiej zdecydowanie poprawiono kalendarium (czy tylko na użytek użytkowników polskich?), które kwestionowaliśmy w wydaniu ukraińsko-angielskim. Dodano więc daty tam brakujące, m.in. powstania katedr ormiańskiej i łacińskiej (które zresztą wtedy katedrami jeszcze nie były), słowo podbój (przez Kazimierza Wielkiego) zastąpiono przez włączenie (Lwowa do państwa polskiego). W sumie liczbę 60 dat powiększono do 100, dodając też takie, jak ukazanie się „Gazety Lwowskiej” (1811, nb. najdłużej i nieprzerwanie ukazującego się – do II wojny – dziennika w Polsce, a także datę wznowienia w 1990 r.), powstanie „Sokoła” (1867) itd.
Do edycji polskiej nie stosują się naturalnie zarzuty co do braku wyjaśnień w wydaniu ukraińsko-angielskim w kwestii wybitnych Polaków tam wymienianych. Nasi użytkownicy przewodnika dobrze wiedzą, że Parandowski, Twardowski, Balzer czy Banach to Polacy. Sporo też dodano: przykładem zdjęcia A. Grottgera i Wandy Monne, prof. A. Sabatowskiego czy Jerzego Janickiego. W rozdziale Miasto Muzeów dodano parę reprodukcji polskiej sztuki, ale i tak pozostała dysproporcja w stosunku do szeroko potraktowanej sztuki rusko-ukraińskiej, starej i XX-wiecznej. W polskim wydaniu pominięto natomiast zdjęcie pięknej kafli huculskiej, wykonanej przez A. Bachmińskiego, nazywanego przez Ukraińców Bachmatiukiem (patrz artykuł J. Kamockiego w CL 1/02). Czy kwestia nazwiska i narodowości artysty odegrała tu jakąś rolę?
Powyższe uwagi nie podważają naszego przekonania, iż przewodnik – szczególnie w wydaniu polskim – pod redakcją J. Biriulowa przy współpracy edytorskiej Sergiusza Fruchta, jest najlepszy i najpełniejszy z tych, jakie się dotąd na temat Lwowa ukazały. Oczywiście w istniejącej sytuacji nie możemy wymagać, by umieszczono tam to wszystko, co znalazłoby się w przewodniku wydanym w RP, ale trzeba sprawiedliwie zauważyć, że np. Cmentarz Orląt pokazano i pokrótce (taktownie) opisano.
Strona graficzno-drukarska jest bez zarzutu (lepsza niż w poprzednim wydaniu). Nic więc dziwnego, że przewodnik idzie jak woda.
Panom Biriulowowi, Woźnickiemu, Fruchtowi i wszystkim autorom tekstów, rysunków i zdjęć oraz znakomitemu tłumaczowi dr. Otko należą się wyrazy szczerego uznania.
Andrzej Chlipalski
 

• Pałac w Podhorcach wzniósł w 1.połowie XVII w. Stanisław Koniecpolski, hetman wielki koronny. Jedna z najwspanialszych staropolskich rezydencji magnackich, otoczona rozległym parkiem, jest położona w pięknym krajobrazie na skraju tzw. płyty podolskiej, nieco ponad 60 km na wschód od Lwowa. Na temat tego niezwykłego, choć dziś zdewastowanego zabytku naszej kultury powstał piękny dokument – książka-album pt. Podhorce. Dzieje wnętrz pałacowych i galerii obrazów. Opracowali ją najbardziej chyba kompetentni znawcy tego typu obiektów, gospodarze zamku wawelskiego: Jan K. Ostrowski i Jerzy T. Petrus. Książka liczy prawie 190 stron i zawiera 564 zdjęć i rysunków, które ilustrują w sposób niezwykle szczegółowy i nowatorski nie tylko dawny inwentarz artystyczny zamku, lecz także jego rozmieszczenie.

Po Koniecpolskich pałac przeszedł na własność Sobieskich, a następnie Rzewuskich i Sanguszków, w których posiadaniu pozostawał do czasu II wojny światowej. Jego bogato wyposażone wnętrza, niemal bez zmian, przetrwały do początku XX wieku, funkcjonując i jako wielkopańska rezydencja, i poczynając od połowy w. XIX jako prywatne muzeum, poświęcone osobie króla Jana III oraz zwycięstwom polskiego oręża. Wskutek nacjonalizacji przez władze sowieckie budowla użytkowana jako szpital i sanatorium była systematycznie dewastowana; zbiory uległy rozproszeniu, a pożar w 1956 r. zniszczył ostatecznie wyposażenie sal, kładąc kres istnieniu okazałych stropów z malowidłami oraz wielu elemenów architektonicznych.

Omawiana książka jest obszerną monografią wnętrz pałacu podhoreckiego i wypełniającej je galerii obrazów. Jak informuje inwentarz z r. 1768, zbiór ten liczył wówczas około 900 obrazów. Autorom udało się zidentyfikować (na podstawie inwentarzy, opisów i dawnych fotografii) 492 obrazy, z czego 289 zachowanych i 203 zaginionych. W większości malowidła pochodzące z Podhorzec trafiły do Lwowskiej Galerii Sztuki i Muzeum Okręgowego w Tarnowie; pewna część znalazła się też w innych zbiorach lwowskich – Muzeum Historycznym i Muzeum Historii Religii. Kilkanaście obrazów udało się zidentyfikować w muzeach i prywatnych kolekcjach w Polsce, Brazylii i USA.
Ukazanie się monografii galerii podhoreckiej należy uznać za wydarzenie ważne dla polskiej historii sztuki, zwłaszcza dla badań nad dziejami polskiego kolekcjonerstwa. Zakres i metoda badań przyjęte w tej pracy, a także posłużenie się techniką komputerową dla unaocznienia omawianej problematyki nie mają precedensu w rodzimej literaturze naukowej. Tylko w pewnym zakresie odwołać się tu można do opublikowanej w 1932 r. monumentalnej pracy lwowskiego uczonego Tadeusza Mańkowskiego Galeria Stanisława Augusta.

Punkt wyjścia dla opracowania stanowiła identyfikacja każdego z malowideł w spisach inwentarzowych zamku z lat 1768, 1812, 1859, 1887 i 1939 oraz w zgromadzonej archiwalnej dokumentacji fotograficznej. Dane te pozwoliły nie tylko na ideową rekonstrukcję nieistniejącej już kolekcji, ale również umożliwiły, w oparciu o rysunkowy inwentarz z r. 1859, ukazanie rozmieszczenia obrazów (reprodukowanych we właściwej skali i wmontowanych w odpowiednie miejsca) we wnętrzach pałacowych, stwarzając niemal iluzję wędrówki po nieistniejących komnatach. Książka stanie się niewątpliwie również ważnym źródłem dla opracowania programu ekspozycji w salach pałacowych po zakończeniu rozpoczętych niedawno prac konserwatorskich, wspartych finansowo przez polskie Ministerstwo Kultury. Pałac bowiem jest obecnie oddziałem Lwowskiej Galerii Sztuki.
Książka o Podhorcach jest efektem wielu lat badań prowadzonych przez autorów w modelowej współpracy z ukraińskimi badaczami sztuki, której we Lwowie patronował dyrektor tamtejszej Galerii Sztuki Borys Woźnicki. Do jej powstania przyczyniły się pracownice Galerii – Oksana Kozyr i Tatiana Sabodasz. Ze strony Muzeum Okręgowego w Tarnowie współpracowała Angela Sołtys. Dokumentacja fotograficzna jest dziełem St. Michty. Prowadzenie badań nad podhorecką galerią w znacznym stopniu wsparł Komitet Badań Naukowych, który wraz z Fundacją Lanckorońskich sfinansował wydanie książki. (PG)

• Okręg Żołnierzy AK Obszaru Lwowskiego w Krakowie wydał książkę-album pt. Panteon Narodowy Żołnierzy Armii Krajowej Polskich Kresów Wschodnich. Folder-Przewodnik (Kraków 2002). Autorem tekstu (przetłumaczonego na trzy języki) jest Jan Sura. Album zawiera kilkadziesiąt kolorowych zdjęć tablic pamięci. O Panteonie w krakowskim kościele św. Jadwigi Królowej piszemy szeroko w tym numerze, w dziale W Krakowie i dalej.
Album można nabyć w lokalu Okręgu przy ul. Senatorskiej 15 (poniedziałki 15–17 i czwartki 10–12) lub zamówić, wpłacając należność
na konto Okręgu nr 10601389-320000474325 w IV O. Banku Przemysłowo-Handlowego, Kraków.
 
• Swoje zainteresowanie Lwowem (i – rzecz zrozumiała – całą Małopolską Wschodnią) objawiają obie główne humanistyczne uczelnie Krakowa – UJ i Akademia Pedagogiczna – m.in. przez coroczne sesje, a następnie wydawnictwa ich materiałów (niestety okres między sesjami a wydawnictwami dochodzi do paru lat, ale to nie wina organizatorów). Z satysfakcją zauważamy, że zainteresowanie naszym tematem istnieje na wielu uczelniach krajowych – do czołówki poza wymienionymi należy Uniwersytet Rzeszowski (dawna WSP), ale także wyższe szkoły w Kielcach, Częstochowie, Opolu. Jakoś nie docierają do nas wydawnictwa uniwersyteckie z Wrocławia, Warszawy i Katowic, ale to nie znaczy, że tam lwowski temat nie jest uprawiany.
Wydawnictwo Naukowe AP w Krakowie dało nam już IV tom z serii pt. Lwów, miasto, społeczeństwo, kultura (2002), ten pod redakcją Kazimierza Karolczaka. Jest on owocem sesji pod takim samym tytułem z maja 2000 r. Grube tomisko zawiera 26 referatów (w tym 12 podanych cyrylicą).
Referaty uszeregowano wedle czterech okresów historycznych: staropolski, XIX wiek, międzywojnie oraz II wojna i lata po niej. W tym ostatnim na pięć referatów aż cztery wydrukowano po ukraińsku. Szkoda, że nie uwzględniono tu współczesnych problemów Polaków i polskości, tym bardziej że wśród referatów wygłaszanych przez Ukraińców kilka dotyczyło ich nacji z trzech pierwszych okresów.
W pierwszej części szlagierem jest tekst Łukasza Walczego pt. W sprawie początków Lwowa. Nasi Czytelnicy pamiętają tego samego autora artykuł w CL 1/01, który wzbudził duże zainteresowanie. W części drugiej znalazły się dwa ciekawe teksty R. Wasztyla i Cz. Michalskiego na temat wychowania fizycznego i sportu. W trzeciej części uwagę zwraca artykuł W. Masiarza: Lwów – opiekunem zesłańców syberyjskich i więźniów caratu, a w części ostatniej W. Bonusiaka Radziecki aparat okupacyjny we Lwowie w latach 1939–1941. Niestety nie umiemy ocenić tekstów wydrukowanych po ukraińsku.

Na marginesie: primo – referat wygłoszony przez Niemkę przetłumaczono na polski, a dlaczego nie czyni się tego z tekstami ukraińskimi? Przecież duża ich część dotyczy naszej kultury, a cyrylica – jeszcze bardziej niż sam język – odcina nas od ich poznania.
Secundo – szkoda, że nie uwzględniono współczesnych problemów Polaków i polskości, tym bardziej że wśród referatów ukraińskich kilka dotyczyło ich nacji i kultury.

Trzeba wreszcie dodać, że w i ę k s z o ś ć opracowań naszych autorów dotyczyła spraw rusko-ukraińskich. Wobec wielowiekowej historii polskiego Lwowa proporcja ta została mocno zachwiana, na co pozwalamy sobie zwrócić uwagę organizatorów sesji i wydawnictw.

• Starsi borysławianie uczynili to, co należało: wydali zbiorowy pamiętnik swojej niezwykłej – niekoniecznie w całkiem pozytywnym sensie – miejscowości. Państwo Lesław Będkowski oraz Adam i Bogusława Krupowie (wspomagani przez parę jeszcze innych oddanych sprawie osób) dokonali czynu chwalebnego, zbierając ogrom wspomnień, fotografii, wycinków prasowych, dokumentów i innych jeszcze materiałów, tworząc książkę-album pt. Borysław w okruchach wspomnień, wydaną i sponsorowaną przez firmę, która nie po raz pierwszy daje dowód szacunku dla historii i tradycji: Poszukiwania Nafty i Gazu w Krakowie (Kraków 2000, część pierwsza).
Wydawnictwo poświęcone jest nie tyle miejscowości w sensie przestrzennym i wytwórczym, co ludziom, którzy rodzili się, wzrastali i pracowali na tle tego zadziwiającego – ni to miasta czy osady, ni to rozległego zakładu kopalniano-przemysłowego, w którym – patrząc na zdjęcia – wszystko było pomieszane. Wydaje się, że przezwisko polskie Klondike było utrafione, choć z upływem lat i dziesięcioleci dokonywano wysiłków, by i przemysłowi, i mieszkańcom utworzyć ramy normalnej egzystencji: cywilizowanego bytowania, sanitarnego porządku oraz komunikacji i transportu.
Uczynili więc autorzy słusznie, bo najbardziej ulotne jest ludzkie życie. Nie da się ukryć, że dożywa swych lat pokolenie, które ze swego całkiem młodego wieku może pamiętać t a m t e n Borysław: najpierw przemysłowców (którzy w Borysławiu przeważnie nie mieszkali, raczej w Drohobyczu i dalszych okolicach), potem jego elitę inżynierską, urzędniczą, lekarską, adwokacką (czy tu można zaliczyć też nauczycieli?), średnią klasę fachowców-rzemieślników, drobnych kupców itp., a wreszcie marnie opłacaną, ciężko pracującą rzeszę robotniczą, różnych wyrobników, łebaków... Jego eleganckie wille, kasarnie i nędzne chałupiny. W żadnym chyba mieście nie było tak bolesnych kontrastów, jak właśnie w Borysławiu.
Autorzy nie zagłębiają się co prawda w takie socjologiczne tematy, ale już same liczne zdjęcia ujawniają szczególny charakter stolicy polskiej nafty. Zdjęcia historyczne, bo tego krajobrazu już nie ma. Przede wszystkim dlatego, że sowieci dość szybko uwinęli się ze zmarnowaniem naturalnego bogactwa naszego zagłębia naftowego, a za tym poszła likwidacja szybów, instalacji, drewnianego budownictwa. Zniknęli liczni niegdyś w Borysławiu Żydzi.
Autorzy przeważnie wywodzą się i opisują życie owej klasy średniej. Obraz życia ich środowiska jest ciekawy, barwny, wielostronny. Piszą o życiu codziennym w swoich kasarniach, o pracy rodziców, o szkołach i nauczycielach. A potem – o wojnie, konspiracji. Parę osób wspomina Brunona Schulza.
W sumie wydawnictwo potrzebne, bo uzupełnia wcześniej wydaną literaturę, związaną zresztą głównie z wyższą warstwą przemysłowców i inżynierów.
Mamy tylko jedno zastrzeżenie: co do formy wydawnictwa. Leżący format jest niewygodny i w czytaniu, i w przechowywaniu. Za dużo też pseudografiki, zwłaszcza w doborze druku i rozmieszczeniu ilustracji, za dużo białych plam. Przy tej samej zawartości książka mogłaby być o wiele oszczędniejsza i tańsza dla wydawców.

• Nie tak dawno (CL 1/99 i 2/2000) anonsowaliśmy dwa kolejne tomiki autorstwa Władysława Wilgusiewicza o energetykach lwowiakach i kresowiakach na Górnym Śląsku. Obecnie otrzymaliśmy okolicznościowe opracowanie pt. XXX-lecie Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Śląskiej (Gliwice 2001) z dwoma aż podtytułami: Lwowskie tradycje oraz Śląska szkoła termodynamiki i energetyki cieplnej, a materiały zebrali i opracowali prof.dr inż. Andrzej Ziębik i dr inż. Józef Szymczyk.
W książce – poza krótkim omówieniem historii lwowskiej szkoły termodynamiki (którą tworzyło środowisko naukowe związane z katedrą Teorii Maszyn Cieplnych na Wydziale Mechanicznym Politechniki Lwowskiej) oraz wymienieniu czołowych postaci tej dyscypliny w latach przed II wojną – zamieszczono biogramy profesorów lwowskich: Tadeusza Fiedlera (Sanok 1858 – 1933 Mościce), Romana Witkiewicza (Stanisławów 1886 – 1941 Lwów, zamordowany na Wulce), Stanisława Ochęduszki (Lesko1899 – 1969 Gliwice), Kazimierza Szawłowskiego (Rostów 1898 – 1969 Kraków), Jana Szarguta (ur. Lwów 1923), Eryka Prugara (Lwów 1916 – 1989 Gliwice).

• Ks. Tadeusz Zaleski-Isakowicz nie tylko duszpasterzuje Ormianom w Krakowie i kieruje ośrodkiem dla Muminków w Radwanowicach. Znajduje jeszcze czas, by pisać naukowe książki. Niedawno otrzymaliśmy opracowany przezeń, a wydany przez Ormiańskie Towarzystwo Kulturalne (Kraków 2001) Słownik biograficzny duchownych ormiańskich w Polsce. Taki tytuł widnieje na okładce, a na stronie tytułowej uściślono: Słownik biograficzny duchownych ormiańskich oraz duchownych rzymskokatolickich pochodzenia ormiańskiego w Polsce w latach 1750–2000. Zamieszczono życiorysy prawie 250 księży, w tym kilku arcybiskupów. Znajdujemy również w słowniku biogramy współczesnych, znanych nam księży, w tym ks. Cezarego Annusewicza z Gdańska, samego Autora, a także ks. Jana Abrahamowicza, dziś rzymskokatolickiego proboszcza parafii św. Krzyża w Krakowie.

Książka do nabycia u autora:
32-064 Rudawa, Radwanowice 1.

• Małgorzata Balukiewicz podjęła ciekawy temat badawczy, który rozszerza naszą wiedzę o życiu społecznym Lwowa i całej Małopolski Wschodniej w czasach przedrozbiorowych, w czasie zaborów i w latach międzywojennych. Tytuł książki brzmi: Protektoraty lwowskie (Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2000), a dotyczy ona działalności opiekuńczo-wychowawczej nad dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, podejmowanej przez władze samorządowe, stowarzyszenia i organizacje społeczne oraz fundacje. Autorka na wstępie wyjaśnia, że powodem podjęcia tematu był z jednej strony brak opracowań tych zagadnień w odniesieniu do Ziem Wschodnich (na ową ponad półwiekową lukę w badaniach naukowych zwracamy uwagę w Słowie od Redakcji w niniejszym numerze), a z drugiej strony było również bogactwo materiałów źródłowych, świadczących o dorobku społeczności ziemi lwowskiej w zakresie niesienia pomocy.
W książce czytamy nie tylko o instytucjach, zajmujących się opieką, także o zasłużonych ludziach: Dawidzie Abrahamowiczu i jego zakładzie, ks. Zygmuncie Gorazdowskim i jego dziele, Józefie Torosiewiczu, o zamożnych rodzinach, które świadczyły na cele dobroczynne, m.in. o znanym kupcu lwowskim Edmundzie Riedlu, który z końcem XIX w. ofiarował folwark Hołosko Wielkie na rzecz gminy z przeznaczeniem pod budowę sanatorium przeciwgruźliczego. Wśród dziesiątków nazwisk spotykamy dra Alojzego Juzwę, Józefa Swatonia, Mieczysława Kistryna, x. Wandę Czartoryską.. Mowa także o koloniach urządzanych dla ubogiej młodzieży – padają nazwy Dobromila, Kosowa, Rożniatowa, Turki i wielu innych.
Na końcu zestawiono listę zakładów całkowitej i częściowej opieki nad dziećmi i młodzieżą, w tym poradni przeciwgruźliczych (było ich w województwie 25), ochronek (we Lwowie było ich 49), burs i internatów, stacji opieki i pogotowia opiekuńczego (stacje opieki nad matką i dzieckiem – to wcale nie wynalazek socjalizmu!), zakładów specjalnych, zakładów opieki całkowitej, przytulisk oraz osiedli dla bezrobotnych i bezdomnych.

• Ta książka z pewnością nie trafi pod strzechy, ponieważ jest zbyt specjalistyczna. Trzeba ją jednak odnotować, bo dotyczy bliskiego nam regionu: Nazwy miejscowe Tarnopolszczyzny (motywacja – geneza – struktura). Napisał ją Edward Klisiewicz z krakowskiej AP, a opublikowało Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej (Kraków 2001).
Praca przedstawia stan onomastyki w tym granicznym województwie w czasie do II wojny, ponieważ od tamtego czasu jej obraz uległ całkowitemu zamazaniu. Autor kontynuuje prace prof. Jana Zaleskiego, który zebrał materiał nazewniczy i ogłosił w książkach Nazwy miejscowe Tarnopolszczyzny oraz Polszczyzna Kresów Południowo-wschodnich... (patrz CL 3/99). O tej pierwszej jedynie wspominaliśmy, nie było jednak okazji jej omówienia, ponieważ ukazała się na wiele lat przed powstaniem naszego pisma). Opiekunem naukowym autora był wschodniomałopolanin prof. Leszek Bednarczuk.
Autor nie daje jednoznacznej odpowiedzi na temat prymatu nazw polskich lub ruskich na obszarze Tarnopolszczyzny. Materia jest tam zbyt pomieszana przez historię, którą autor na wstępie charakteryzuje. Wspomina, że – jak pisze kronikarz ruski Nestor – ziemie te zostały zaanektowane w 981 r. przez księcia kijowskiego Włodzimierza. Już wtedy więc rozpoczął się napływ ludności ruskiej, a z nią chrześcijaństwa w wydaniu rusko-bizantyjskim, siłą rzeczy przeto powstające tam miejscowości otrzymywały nazwy ruskie. Ale od XIV w. przychodzi żywioł polski i analogiczne procesy w zakresie onomastyki, ale dotyczy to tylko w części nazewnictwa nowych jednostek osiedleńczych, w większości natomiast polonizacji nazewnictwa ruskiego. Procesy to niezwykle złożone, a ich opis jest zrozumiały tylko dla specjalisty. Dla nas dostępne są co najwyżej pewne ciekawostki. Na przykład: od nazwiska Bawor powstała nazwa miejscowości Baworów, a od tej nazwy pochodzi nazwisko hrabiów Baworowskich (Biblioteka Baworowskich we Lwowie!), ci zaś, zakładając folwarki lub osiedla nazywali je Baworówka lub Baworowszczyzna itd.
Nazwy miejscowe (tzw. ojkonimy lub mikroojkonimy) miały różne motywacje. Często charakteryzowały warunki terenowe oraz kulturę materialną i duchową ludności tam mieszkającej. Starsze nazwy były często związane z prawem osadniczym i administracyjnym, np. Wola (po polsku) lub Słoboda (po rusku). Autor załączył mapkę województwa tarnopolskiego, gdzie te właśnie nazwy zostały pokazane. Naliczyliśmy tam 15 miejscowości o nazwie Słoboda i 18 – Wola. Te pierwsze występują w powiatach płd.-wsch. województwa: wyłącznie w zaleszczyckim, borszczowskim i czortkowskim, a częściowo w buczackim, kopyczynieckim, trembowelskim i brzeżańskim. W czterech ostatnich znajdujemy równolegle nazwę polską, a w pozostałych, zachodnich i płn.- zach. powiatach występuje wyłącznie polska Wola (podhajecki, skałacki, tarnopolski, zbaraski, zborowski, przemyślański, złoczowski, kamionecki i radziechowski; nie występują w ogóle w pow. brodzkim).
Trudne, ale ciekawe.

• Krakowski Ośrodek Myśli Politycznej (działający od 1992 r.) przygotował swój kolejny tom studiów i analiz pt. Państwo polskie wobec Polaków na Wschodzie (wyd. Księgarnia Akademicka, Kraków 2000) pod redakcją Tomasza Gąsowskiego. Jest to zbiór 25 referatów (różnego pochodzenia, w części z rozmaitych sesji), ujętych w trzy działy: I. Instytucje państwa a Polonia i Polacy za granicą w historycznej perspektywie, II. Prawa mniejszości narodowych w Europie Środkowej i Wschodniej, III. Polacy na Wschodzie a kultura polska na wschód od Bugu oraz Aneks: Głosy z drugiej strony granicy.
Zgromadzone w tomie opracowania przedstawiają ogólną sytuację Polaków w państwach po byłym ZSRR, respektowanie ich praw (czy raczej nierespektowanie – patrz Naszym zdaniem w tym numerze), kwestię Kościoła i języka liturgii, problematykę dostępu i uprawiania polskiej kultury itd. Żaden z referatów nie omawia oddzielnie najbardziej nas interesującej Małopolski Wschodniej, jednak wiele z rozpatrywanych tematów do niej się odnosi. Dla nas jedną z najciekawszych jest wypowiedź ks. Romana Dzwonkowskiego: Polacy w Kościele na Wschodzie.

• Do dość licznych już relacji lwowian (i w ogóle wschodnich Małopolan) z czasu walki i cierpienia doszedł kolejny tomik wspomnień, spisanych przez Wandę Chwastowską-Bystram pt. W czepku urodzona, z podtytułem: AK Lwów, więzienie, łagry Uralu (wyd. Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, Okręg Polesie, Warszawa 2002). Przed tekstem zamieściła autorka (rocznik 1916) takie motto: Jestem lwowianką i choć życie pozbawiło mnie tego przywileju, w sercu pozostanę nią na zawsze.
Wymowa tytułu ma dwa odniesienia. Do wybuchu II wojny życie autorki było dostatnie i barwne. Ukończyła lwowski Instytut Sztuk Plastycznych i w tym zawodzie pracowała, jeździła na nartach i żeglowała. Potem jednak nadeszła wojna i normalne dzieje młodej Polki: w 1943 r. wstąpiła do AK, była łączniczką. Autorka opisuje akcje i swoje kombatanckie przygody, wymienia wiele osób i ich działalność (jest to więc dokument!). Jedną z osób dość szeroko opisywanych jest dobrze nam znana, dzielna kombatantka Czesława Hnatówna, potem Cydzikowa. W 1945 r. autorka została aresztowana i niebawem wywieziona. I tu znowu dostajemy wielką ilość informacji o wydarzeniach, łagrowym życiu i zesłańcach.
Na koniec drugie nawiązanie do urodzenia w czepku: Chwastowskiej udało się z nieludzkiej ziemi wrócić w 1948 roku. Osiadła w Warszawie.

• Książka Stanisława Głąbińskiego juniora (ur. 1924) o Stanisławie Głąbińskim seniorze (1862–1941) zaczyna się tak:

MIASTO ZE SNÓW
Mieszkaliśmy we Lwowie i do piętnastego roku życia byłem najgłębiej przekonany, że w tym mieście spędzę całe swoje życie. Gdyby mi ktoś powiedział, iż nie tylko nie będę tam mieszkał, ale że tego Lwowa, jaki znałem, w ogóle nie będzie, że zniknie zmieciony przez historię i chyba już nigdy się nie odrodzi, a w każdym razie nie za mojego życia, uznałbym to za bredzenie wariata. Ten Lwów, żyjący nadal w mojej pamięci, był prześlicznym, wyjątkowym, niepowtarzalnym miastem czysto polskim – bez najmniejszych polskich obsesji, bez cienia chorobliwego nacjonalizmu, pozbawionym uprzedzeń antyukraińskich czy antyżydowskich. Przeciwnie, miasto miało charakter międzynarodowy, pełne było Żydów, Ormian, spotykało się Węgrów, Rumunów, przybyszów ze Wschodu i Zachodu. Czciło się pamięć Lwowskich Orląt i każdego roku na Zaduszki paliło się świeczki na ich cmentarzu na Łyczakowie, ale nie było w tym cienia antyruskiej czy antyukraińskiej nienawiści.
Życie ułożyło mi się tak, że przez wiele lat mieszkałem w Budapeszcie, Pekinie, Nowym Jorku i Waszyngtonie, a wreszcie oczywiście w Warszawie. Nie wymieniam nawet miast, które odwiedziłem. Nie widziałem jednak i nie znam miasta tak pięknego, o takiej atmosferze, tak chwytającego serce jak Lwów.
Przez lata byłem pewny, że pochodzimy ze Lwowa, a moi dziadowie i pradziadowie byli lwowiakami. Nie miałem wątpliwości, że lwowiakami będą kiedyś moje dzieci, wnuki i prawnuki. Cholernie się myliłem. Kończyłem dziesięć lat, kiedy się dowiedziałem, że mój ojciec [...] urodził się w małym miasteczku o nazwie Skole, a dzieciństwo spędził w kilku galicyjskich miasteczkach – Brzozowie, Samborze i Czortkowie. W Samborze kończył gimnazjum, a we Lwowie zamieszkał dopiero w 1880 r., kiedy zaczął studia na wydziale prawa lwowskiego uniwersytetu. [...]
A nieco dalej:
[...] Patrząc na kopuły świątyń, spadziste dachy pałaców i staromiejskich kamienic, myślałem o ojcu i mieście, jakie znałem. Było w nim przecież coś bardzo szczególnego, co je odróżniało od innych miast w Polsce. Nie chodziło o to, iż było architektonicznie wyjątkowe, stało na pagórkach, miało tak wiele parków, ale że panowała w nim zupełnie wyjątkowa atmosfera. Nikt w Warszawie, Łodzi, Poznaniu, nawet w Krakowie nie był tak dumny, że mieszka w tym właśnie mieście, jak lwowiak z pochodzenia ze Lwowa i zamieszkania w nim. Dotyczyło to w takim samym stopniu zarówno Polaków, jak i Żydów, Ormian oraz Rusinów. Po wojnie prowadzono kampanię miłości do Warszawy, ale jej rezultaty nie umywały się nawet do tego, co czuli do swojego miasta lwowiacy, mimo że nigdy nie organizowano kampanii miłości do Lwowa. Wiem, że zabrzmi to śmiesznie, naiwnie, nawet infantylnie, ale lwowiak to było słowo równoznaczne z określeniem narodowości. Polak ze Lwowa czuł się bardziej wartościowym Polakiem niż przeciętny warszawiak. [...]
Książka nosi tytuł W cieniu Ojca (wyd. „Książka i Wiedza”, Warszawa 2001), a jej bohaterami są obaj, ojciec i syn. Ojciec, ekonomista, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza, był jednym z najwybitniejszych polityków II Rzeczypospolitej, przywódcą obozu narodowo-demokratycznego, posłem i senatorem, kilkakrotnym ministrem. Podobne stanowiska zajmował przed I wojną światową w Wiedniu, był prezesem Koła Polskiego w parlamencie austriackim, ministrem – ale zawsze mieszkał we Lwowie. Zginął w więzieniu sowieckim, nie chciał bowiem opuścić Polski w 1939 roku.
Autor pisze też dużo o sobie. We Lwowie skończył szkołę powszechną, ale wstąpieniu do gimnazjum przeszkodziła wojna. Granicę węgierską przekroczył sam, uczył się w słynnej szkole polskiej w Balaton-Boglar. Potem różne przeżycia – niemiecki obóz koncentracyjny, studia w Kolonii, a po powrocie do Polski – dziennikarstwo, w którym zrobił karierę. Jej szczytem była akredytacja przy Białym Domu.
Może warto jeszcze dodać, że w latach 90. był Głąbiński związany z Federacją Organizacji Kresowych w Warszawie, współpracując z jej prezesem Stanisławem Mitraszewskim.

• Horodenka, Kołomyja i Kosów – to nazwy przewijające się przez niezwykle ciekawe oraz serdeczne (i dobrze napisane) wspomnienia Zygmunta Jana Jaworskiego Łuk białej drogi, z podtytułem: Wspomniena znad Prutu i Dniestru (Wydawnictwo Biuro Tłumaczeń, Wrocław 2002). Przed oczami czytelnika najpierw staje pełne uroku, spokojne miasteczko powiatowe w południowo-wschodnim zakątku Polski, pełnym słońca, owoców i wspaniałych zabytków. Autor opisuje miejsca swojego życia z niezwykłym sentymentem – świadczy o tym już sam tytuł książki: łuk drogi widziany z rodzinnego domu.
Nieco później mieszkał autor z rodzicami w Kołomyi, tam chodził do szkół, dojrzewał. Potem była wojna, sowiecka okupacja, czas niezwykłych wydarzeń – tragicznych, dramatycznych, komediowych. Warto zacytować taką scenkę:
[...] W naszej szkole, przemianowanej na Szkołę Średnią nr 3, dyrektorem został Rosjanin. Jakąś bliżej niesprecyzowaną funkcję pod nazwą „zawiedujuszczyj” pełnił rosyjski oficer o nazwisku Kołomyjec. Jedną z głównych postaci był profesor Hamer. Był to niski, przysadzisty i mocno przygarbiony Żyd, który tuż przed wojną zgłosił się na ochotnika jako tak zwana „żywa torpeda”. Był on oficerem polskim i należał do związku rezerwistów. Ten Hamer zmienił jednak teraz całkowicie skórę. Udawał wielkiego komunistę, a na lekcje przychodził z pistoletem pod marynarką. Zaraz też w pierwszych dniach zaczęło dochodzić do konfliktów z tym wykładowcą. Nie znał mnie z czasów polskich, bo wówczas wykładał język niemiecki, którego nie uczyłem się. Dość szybko jednak zorientował się, że z tym czarnym, siedzącym w ostatniej ławce chłopakiem, nie będą łączyły go przyjazne stosunki.
Z książki Z.J. Jaworskiego: po prostu Ania...I tak się dość szybko stało. Hamer uczył nas języka ukraińskiego i polskiego. Pewnego dnia, gdy w myśl rozkładu zajęć wypadały lekcje polskiego, wszedłszy do klasy, odezwał się do nas po ukraińsku. Jak już zaznaczyłem, siedziałem w ostatniej ławce, a sąsiadem moim był Zbyszek Dobrucki. Usłyszawszy wypowiedź Hamera, odezwałem się nie podnosząc z ławki: Dziś jest lekcja języka polskiego!
– Nie szkodzi – odpowiedział Hamer. – Będziemy przerabiać materiał z ukraińskiego. – A ja nie będę odpowiadał po ukraińsku. Ta moja wypowiedź była już wybitnie prowokacyjna. Hamer wstał z krzesła, trzasnął w stół dziennikiem i wbiwszy we mnie wzrok jak bazyliszek, zgarbiwszy się jeszcze bardziej, zaczął zbliżać się ku mojej ławce. Stanąwszy przy niej, wywołał mnie po nazwisku. Wstałem, mając tę satysfakcję, że patrzyłem na niego z góry. Zadał mi pytanie z literatury ukraińskiej. Milczałem. Zadał drugie. Również milczałem. Po trzecim i takiej samej reakcji, kazał mi siadać i wywołał Dobruckiego. Zbyszek wstał posłusznie, ale nie odezwał się ani słowem. Przed nami siedziały dwie koleżanki: Polka i Żydówka. One również zareagowały podobnie. Hamer wrócił na miejsce i rozpoczął lekcję języka polskiego. [...]

Potem okupacja niemiecka, udział w ruchu oporu, powrót sowietów, I Armia WP, a w tym wszystkim dość skomplikowany bieg wydarzeń, podany w sposób jakby skrótowy, pośpieszny. A szkoda, bo przeżycia autora warte byłyby szerszego opisu (jak w pierwszej części książki).
Opowieść Jaworskiego ma jeszcze jeden niezwykły i wzruszający wątek: jego miłość do Ani – koleżanki, sympatii, narzeczonej. A potem przez lat kilkadziesiąt – ukochanej żony. Ale to już po ostatniej stronie opowieści...
Warto jeszcze podkreślić warstwę dokumentacyjną tej książki. Autor wymienia bardzo wiele nazwisk mieszkańców swoich stron, kolegów, współkombatantów, ich działania, postawy i losy.
Piotr Georgius (PG), Malwina Piskozub


Jest co czytać (29)
ROCZNIK Z RZESZOWA
W 1994 roku zaczął wychodzić w Rzeszowie „Rocznik Wschodni”. Redakcja napisała w pierwszym numerze:
Chcielibyśmy poruszać w „Roczniku Wschodnim” możliwie szeroką gamę zagadnień: politycznych, społecznych, religijnych, kulturalnych, gospodarczych. Chcielibyśmy je opisywać z n a s z e g o p u n k t u w i d z e n i a (podkr. CL), ale także zapraszamy do współpracy autorów ze Wschodu [...].
To słuszne założenie jest realizowane, potwierdzamy to z satysfakcją. Ostatnio dostaliśmy nr 6 z roku 2000, w którym Redakcja zapowiada rozszerzenie swoich zainteresowań na szerszy obszar Europy Środkowo-Wschodniej.
Obserwacja dotychczas poruszanej problematyki wskazuje na zdecydowaną przewagę tekstów na tematy n a m najbliższe: Małopolski Wschodniej oraz, z konieczności, państwa Ukraina. To nie zaskakuje, przecież Rzeszów z natury rzeczy, z racji swego położenia leży na odwiecznym europejskim szlaku do Lwowa, do wschodnich granic Europy zachodniej, której Lwów był ostatnim wielkim bastionem. Od wieków też był ze Lwowem związany – najpierw w ramach Ziemi Przemyskiej (której chcemy poświęcić jeden numer CL), potem w obrębie województwa lwowskiego. Wyrażamy więc nasze uznanie.
Oczywiście pisze się i o innych ziemiach zabranych – o Białorusi i Litwie. Co do tej ostatniej: w numerze 1/94 znaleźliśmy kapitalny skrót historii Litwy, o czym dotąd wielkiego pojęcia nie mieliśmy. Chętnie przedrukowalibyśmy część tego artykułu (pt. Traktat polsko-litewski i co dalej?), gdyby autor A. Dawidowicz i Redakcja RW się na to zgodzili. Myślimy bowiem o wydaniu – może jako specjalny – numeru poświęconego Wileńszczyźnie, Grodzieńszczyźnie, Polesiu, tak jak dwa numery „S” w 2000 i 2001 r. poświęciliśmy Wołyniowi.
Z kolei w nrze 6/2000 naszą uwagę zwrócił artykuł M. Figury pt. Działalność metropolity A. Szeptyckiego w latach 1921–1923 w świetle prasy zachodniej i północnej. Włos się jeży, gdy się to czyta. Ale co jeszcze nas zaskoczyło: ówcześnie serdeczne zainteresowanie prasy Poznania, Górnego Śląska, Bydgoszczy, Grudziądza śmiertelnym niebezpieczeństwem, wiszącym wtedy nad Lwowem i Małopolską Wschodnią. Sprawdziły się w całej rozciągłości słowa Marszałka Piłsudskiego (zacytowane w CL S/01), który zauważył, że Polska jest jak obwarzanek – takiej solidarności w Polsce centralnej trudno by oczekiwać...
Sporo – i zawsze z godnością – pisano w dotychczasowych numerach RW o gehennie Polaków na nieludzkiej ziemi i o ich losie w państwach-sukcesorach ZSRR.
Jednego nie możemy darować Redakcji tego ciekawego czasopisma: okładki. Słowa Rocznik Wschodni wypisano jakby starocerkiewnym liternictwem, a obok umieszczono upiorną ni to postać, ni to mumię jakiegoś świaszczennika. Kto to wymyślił?
Kazimierz Selda