Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Trojanowski, REFLEKSJA NA SZEŚĆDZIESIĘCIOLECIE (3)

(ciąg dalszy z CL S/2000 i 4/2000)

W miejsce kolegów, których brakło w pierwszym roku sowieckiej szkoły, przybyło kilku nowych, z którymi się szybko zaprzyjaźniliśmy. Niedaleko za mną siedziało dwóch byłych kadetów, a to Jurek Horwath oraz Henek Nieckuła, obaj z I Korpusu Kadetów im. J. Piłsudskiego we Lwowie. Jurek był mi dobrze znany już ze szkoły powszechnej, Henek zaś był dla mnie zupełnie nowy, ale od razu został zaakceptowany przez otoczenie. Jurek nosił swój dawny płaszcz kadecki, jednak nie spięty regulaminowo w pasie, lecz puszczony luźno, tak jak by ujawniał w ten sposób, że dawny regulamin już niestety nie obowiązuje. Tymczasem wewnętrznie Jurek pozostał mu wierny aż do końca swego krótkiego życia, kiedy to w 1944 r. zginął w partyzantce pod kulami NKWD.

 

Wraz z mym przyjacielem, też już nieżyjącym Jasiem Wiktorem – synem wykładowcy Szkoły Przemysłu Artystycznego przy Szkole Przemysłowej, zwanej też Techniczną – zająłem, tak jak i przedtem, miejsce w pierwszej ławce trzeciego rzędu, a więc blisko okien. [...] W pierwszej ławce, ale pierwszego rzędu zasiedli dwaj klasowi geniusze, a to Marceli Funkenstein oraz Dyzio Mandel. Oni wiedzieli zawsze wszystko i umieli odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania z każdej dziedziny. Był to wynik zarówno wrodzonych zdolności, jak i stałej, systematycznej pracy, do której skłaniali ich rodzice. Żydowska proweniencja mogła czynić utrudnienia w przyszłym ich zawodowym życiu, przeto roztropność i zapobiegliwość rodzinna nakazywała uzyskiwanie najwyższych osiągnięć w nauce. I to im się udawało! Obaj cieszyli się naszą ogólną sympatią jako koledzy do nauki i zabawy. Nigdy nie było żadnych problemów z tytułu ich żydowskiego pochodzenia, nawet potem, na początku niemieckiej okupacji, zanim wyłączono ich z naszej obywatelskiej wspólnoty.
Spośród innych kolegów należy wymienić Staszka Przybyłowskiego, któremu zawsze zazdrościliśmy, że mieszkając naprzeciw gimnazjum mógł przychodzić na lekcje w obowiązkowych pantoflach oraz bez płaszcza, bez konieczności korzystania z szatni zlokalizowanej w piwnicy. Tercjan, groźny pan Gulewicz, nie wpuszczał nikogo, kto pantofli nie posiadał i, aby wziąć udział w lekcjach, uczeń był zmuszony wystąpić w skarpetkach. Można sobie wyobrazić jakie było to upokorzenie, ale trudno.
Innym niezapomnianym kolegą był Stefan Otto, zwany „Szczepciem”, który swym bałakiem doprowadzał do osłupienia najbardziej rodowitego lwowiaka. Można sobie tylko wyobrazić, jak w takim wydaniu brzmiał w szkole język Goethego – przy tym akcencie i tej wymowie! Obydwaj koledzy zginęli w partyzantce, i to bodajże podczas tej samej akcji.
Najbardziej byłem jednak związany z Jasiem Wiktorem i po południu zaglądałem prawie codziennie do jego domu, gdzie byłem zawsze serdecznie przyjmowany przez jego rodziców oraz trzy ciotki, wspólnie zamieszkujących willę przy ul. 22 Stycznia, na małym wzgórku, tak że wchodziło się do niej po kilkunastu schodkach. Wspomniane ciotki, nie mając własnych dzieci widziały w Jasiu – jak się to mówi – Pana Boga, i część tego ich podziwu przechodziła automatycznie na mnie, jako na jego przyjaciela.
Szukając byle jakiego dochodu zatrudniłem się podczas wakacji w przedsiębiorstwie Remontna Kontora jako pomocnik murarski. Było to jeszcze przed aresztowaniem ojca, ale przez jakiś czas mało się z nim widywałem. Zanim wrócił z nocowania poza domem, ja już byłem w pracy. Chodziłem do niej w okolice Teatru Wielkiego, gdzie remontowano stary dom żydowski. Zajęciem moim było wynoszenie w wiadrze gruzu, co nie było dla mnie lekkim zajęciem. Za tak prymitywną pracę otrzymywałem marne wynagrodzenie, ale zawsze trochę grosza do domu przynosiłem.
Po aresztowaniu ojca poszedłem do pracy razem z Jasiem Wiktorem – na dawnej, rozpoczętej jeszcze przed wojną budowie kościoła św. Wincentego a Paulo naprzeciw Szkoły Przemysłowej. Teraz, w bolszewickich czasach, urządzono tam bazę warzywno-owocową, a naszym zajęciem było plantowanie ziemi. Do pracy brałem jakieś pożywienie, a ponieważ nadal były kłopoty z chlebem, przynosiłem garnuszek wypełniony nieskomplikowaną strawą, którą po podgrzaniu konsumowałem w domu Jasia.
W sąsiednim domu mieszkał wtedy nasz profesor E. Turkiewicz, potem ulokował się tam obecny kustosz Muzeum Czartoryskich w Krakowie prof. Zdzisław Żygulski jr, a także uciekinierzy. Na marginesie trzeba wyjaśnić, że uciekinierów z zachodniej Polski, czyli po rosyjsku bieżenców, było wówczas we Lwowie bardzo dużo. Część tych nieszczęsnych ludzi jeszcze jesienią 1939 r. powróciła przez zieloną granicę do Guberni, część pozostała we Lwowie i usiłowała wrócić do swych rodzin poprzez Komisję Repatriacyjną. Z tych część została wywieziona na dalekie tereny ZSRR, jako element niepewny politycznie i społecznie szkodliwy. [...]

W nowym roku szkolnym 1940/41 przybyły nam jeszcze dwa dodatkowe, typowo sowieckie przedmioty, a to: darwinizm oraz zajęcia wojskowe, czyli wojennaja podgotowka. Na pierwszym tłukliśmy teorię badacza z wysp Galapagos, ale na dodatek doszli jeszcze Mendel, Miczurin oraz Łysenko, którego poglądy nie były traktowane jako teoria, lecz prawda objawiona przez Partię. Na zajęciach wojskowych uczyliśmy się UWS, czyli Ustaw Wojennoj Służby, a więc regulaminów wojskowych. Ponadto musieliśmy rozebrać na kawałki i złożyć kompletnie karabin typu 1894/32 (nie jestem tych cyfr już pewien) oraz umieć każdą część nazwać po rosyjsku. Ponadto nauczono nas obchodzenia się z granatem typu F-1. Byliśmy w ten sposób przewidziani do działań partyzanckich, jakie były prowadzone podczas wojny przez naszych rówieśników na terenach zajętych przez Niemców.
Załamującymi przeżyciami były dla nas wszystkie sowieckie uroczystości, w których musieliśmy brać udział. W rachubę wchodziły nie tylko okropne mityngi, pełne kłamstw i głupoty. Jeszcze gorsze były manifestacje, podczas których musieliśmy nosić przerażające feretrony z gwiazdami, hasłami, portretami Lenina, Stalina i innych dostojników reżimowych. Było to tak strasznie przeciwne naszym przekonaniom i wstydziliśmy się jeden przed drugim, gdy nas tym paskudztwem obarczono. Te komunistyczne relikwie nauczyliśmy się podrzucać w bramach i za płotami podczas przemarszu przez miasto. Później jednak znaleziono na to sposób i ścisłe rozrachowanie nas z wręczonych emblematów bolszewizmu. Warto wspomnieć – jako że życie jest pełne paradoksów – iż te obrzydliwe portrety sowieckich prominentów stanowiły dobry, często jedyny dochód artystów-malarzy, tych nie najwyższej klasy oczywiście. Młodzież portretami pogardzała, starsi zaś je produkowali. A między nimi występowało bolszewickie hasło: byt określa świadomość. Co za upokorzenie dla jednych i drugich!

Sowiecki plakat propagandowy z 1939 r.Sytuacja zaopatrzeniowa była w 1940 r. nadal fatalna. Nie było ani jedzenia, ani odzieży, ani butów. Rzekomo było tak również w Kijowie, oprócz Moskwy, gdzie ponoć było wszystkiego w bród. Byliśmy niedożywieni oraz w coraz okropniejszych ubraniach i płaszczach, przedwojennego naturalnie pochodzenia.
Rok 1941 przyniósł w tej dziedzinie wyraźne zmiany. Im było bliżej wiosny, tym więcej zaczęło się pojawiać towaru, przedtem zupełnie deficytowego. Zaczęły się pokazywać nawet takie towary jak słodycze w postaci cukierków i czekoladek, a także różnych wypieków, sprzedawanych w Chlibo-Bułocznej przy ul. Akademickiej – dawnym sklepie Wacława Kuchara z artykułami sportowymi. Pojawiły się jakieś ubrania i buty, bardzo zgrzebne, ale jednak.
Pokazały się ponadto używki, jak przeróżne alkohole, w tym Sowieckoje Szampanskoje, papierosy, kawa, herbata, nie mówiąc o najzwyklejszej wódce. Szczególnie bogaty asortyment wszelkich towarów zapamiętałem w związku ze świętem 1 Maja. Mimo wyraźnej zmiany, rzeczywistość polityczna pozostała bez zmian. Do Lwowa przybyło jeszcze więcej tzw. ludzi radzieckich, którzy swym wyglądem i zachowaniem bardzo odstawali od ludności rodzimej.
Lwów wypełnił się jeszcze większą ilością wojskowych. Wszystkie byłe koszary polskie zostały zajęte przez poszczególne oddziały rodzajów broni. Duża część komandirów – bo oficerów wtedy jeszcze w Czerwonej Armii nie było – mieszkała prywatnie lub samodzielnie, w zajętych siłą kwaterach. Nie wiem dlaczego, ale całe to towarzystwo ćwiczyło od najelementarniejszych ruchów i czynności począwszy, także na ulicach i placach oraz w Parku Stryjskim. Na śmiech się zbierało, gdy się obserwowało tych prymitywnych ludzi, często skośnookich, o żółtej cerze, upstrzonej bywało typowymi, azjatyckimi dziobami, którzy nie byli w stanie pojąć, że lewa noga – prawa ręka itp. Umundurowanie mieli jeszcze zimą ’40 r. bardzo kiepskie, buty były prawie z reguły nieoczyszczone i w fatalnym stanie. Zamiast płaszczy nosili najzwyklejsze kufajki, a na głowie obrzydliwe budionki, symbol bolszewizmu jeszcze z czasów Rewolucji. Tylko dół butów był wykonany ze skóry, natomiast cholewka była z jakiegoś impregnowanego płótna. Wtedy noszono jeszcze granatowe spodnie do zielonych rubaszek, a płaszcze, jeśli występowały, były z reguły nieobrębione i postrzępione. Na Persenkówce, na tyłach Targów Wschodnich, urządzono olbrzymi plac, na którym ustawiono setki samochodów ciężarowych marek ZIS-5 oraz GAZ-AA. Była to techniczna starzyzna, ale jednak poruszały się i swoją rolę jakoś spełniały. Stały na kołkach, tak że koła znajdowały się w powietrzu. Chyba chodziło o to, by opon nie obciążać niepotrzebnie. Każda z nich była ponadto pomalowana wapnem na biały kolor, co z kolei miało prawdopodobnie chronić przed działaniem słońca. Bardzo raziły nas olbrzymie litery oraz cyfry wypisane białą farbą na burtach, w charakterze numerów rejestracyjnych. Drugi plac był zastawiony bardzo dużą ilością równiutko ustawionych czołgów typu T-26, które swą ilością oraz wyglądem czyniły na nas wrażenie, aczkolwiek mówiło się, że jakość tego sprzętu była bardzo kiepska.
W pierwszych miesiącach 1941 r. została przeprowadzona prawdopodobnie jakaś reforma wojskowa, rzekomo w wyniku krytycznej oceny kampanii fińskiej. Fakt faktem, że zarówno żołnierze, jak i komandirzy otrzymali nowe, solidne mundury, a także czapki uszatki, które zastąpiły prawie w zupełności wspomniane budionki. Zaskakujące były przeróżne elementy skórzane, jak pasy, koalicyjki, mapniki itp. Były nowiuteńkie i bardzo zadbane. Nie spotykano już wtedy pasów parcianych. Wydaje mi się, że w tym okresie zaczęło się obowiązkowe salutowanie zwierzchników. Szczególnie zadbani byli i zchowywali się należycie młodsi komandirzy, którzy nosili nawet coś w rodzaju białego żabotu, który przepisowo wystawał ileś tam milimetrów ponad stojący kołnierz rubaszki. To było już zupełne novum.
Zarówno w zimie, jak i potem, już wiosną, uwijały się nad miastem ćwiczące samoloty myśliwskie I-16 oraz I-153. Potem pojawiły się latające wyżej i nie bardzo dobrze widoczne najnowocześniejsze samoloty, chyba typu JAK oraz IŁ-2. Znikły zupełnie nieruchawe TB-2, zwane przez nas „latającymi trumnami”, które we wrześniu ’39 pełniły stalą służbę transportową ze wschodniej Ukrainy do Lwowa.

Zniszczony sowiecki czołg T-34 na pl. św. Ducha , 1941 r.Albo przyzwyczailiśmy się już nieco do nowej rzeczywistości, albo te ewidentne zmiany tak zadziałały psychicznie, że nastrój w mieście, a także i w szkole stał się nieco lepszy. Od nowego roku szkolnego przyszli następni nowi koledzy, w tym tak miły „Toni”, czyli Antoni Dorozik. Ponadto pojawiły się dziewczęta, przeniesione z innych lwowskich szkół, jako że szkoła średnia typu sowieckiego była koedukacyjna. Przyszła m.in. Maria Feczko, Eulalia Schaffer, Stopczyńska oraz Komenda, a także drobniutka Żydówka o nieznanym mi już nazwisku. Zwana była „Szpileczką” nie tylko ze względu na wzrost, ale przede wszystkim z powodu ciętego języka w prowadzonej ze mną w gazetce szkolnej dyskusji na temat roli kobiet w nowoczesnym społeczeństwie. Miała ona oczywiście na myśli społeczeństwo sowieckie, przeto ruszyłem do boju i ta pisana dyskusja trwała jakiś czas ku wielkiej radości reszty klasy.
Zajęcia z tzw. fizkultury, czyli gimnastyki, prowadził z nami młody człowiek nazwiskiem Jamioł lub Jemioł. Ze względu na swój wiek oraz naturę łatwo uzyskał z nami dobry kontakt, tym bardziej że po południu prowadził zajęcia nadobowiązkowe z tzw. przyrządówki. Były to ćwiczenia na kółkach, na reku oraz na innych jeszcze przyrządach, wymagających sporej siły i wytrwałości w trenowaniu. Kilku moich bliskich kolegów intensywnie ćwiczyło, ja natomiast przychodziłem na te zajęcia dla towarzystwa. Zwyczajem stało się, że po ćwiczeniach pan Jamioł szedł z nami na ulicę Akademicką i tam uprawialiśmy jakąś marną namiastkę przedwojennego corso*. Była to dla nas nie byle jaka przyjemność oraz zaszczyt chodzić ze swym nauczycielem „za pan brat”, tym bardziej że częstował nas papierosami, a to miało z nas czynić ludzi już całkowicie dorosłych. Dziwny nieco był ten układ, ale widać było, że panu Jamiołowi on odpowiada, nie mówiąc o nas, dalece usatysfakcjonowanych. Zjawisko to wnosiło jakieś odprężenie od szarzyzny codziennej, przeżywanej w domu i szkole.
Potem doszły jeszcze różne romanse z koleżankami, a te, wiadomo, zmieniają ostrość i barwę widzenia. Po jakimś czasie zaczęliśmy się kręcić, właściwie bez celu, po Parku Stryjskim i uprawiać mniej lub bardziej ostre walki grup młodzieżowych. Chyba chodziło właśnie o te dziewczyny. Nigdy nie osiągnęliśmy jednak takich sukcesów, jakie uzyskała tzw. banda Rudego Dżima, zachowująca się w parku bardzo głośno, władczo i fizycznie przekonywująco. Jak widać, mimo ciężkich czasów budziła się młodzieńcza fantazja i świat nieco poróżowiał.
Dużą przyjemnością była możliwość odwiedzenia Polskiego Teatru Dramatycznego przy ul. Jagiellońskiej, gdzie rej wodził Władysław Krasnowiecki. Zobaczyłem tam już kilka pięknych spektakli, które nasz smutny ówczesny los łagodziły polskim słowem, dobrym tekstem i europejską kulturą. Sowieckie instancje partyjne wiedziały, jak można Polaków ułagodzić, a niektórych nawet kupić. Z takich cieplejszych powiewów kultury muszę wspomnieć wiersz, jaki znajdował się w naszej, sowieckiej wprawdzie, wydanej w Kijowie, książce do języka niemieckiego. Była ona przepełniona komunistyczną propagandą w rodzaju: Anna Pauker, eine junge rumanische Lehrerin** itd. w podobnym stylu, jednak wspomniany wiersz tak bardzo odstawał od reszty tekstów, że dziw brał, iż się tam wogóle znalazł. Był to chyba utwór Rilkego, a brzmiał: Es war ein Tag wie die Tagen alle, die herbstlich wolkten. Ture gingen zu, und dann kamst Du...*** Tyle mi zostało w pamięci po prawie sześćdziesięciu latach, ale na pewno nie bez powodu. W wierszu tym czuło się ciepłe, dobre. ludzkie uczucia, których byliśmy systematycznie pozbawiani na rzecz radzieckiej ojczyzny, gdie tak wolno dyszyt cziełowiek.
Prawie do wszystkich przedmiotów dostaliśmy podręczniki w języku polskim, drukowane w Kijowie, przy czym te do wiedzy ścisłej były neutralne, natomiast np. literatura polska była wypełniona tylko takimi tekstami, które krytykowały szlachtę, kościół, a gloryfikowały Gromadę Grudziąż oraz innych lewicujących dość skrajnie autorów. Nic w tym dziwnego, zaskoczyło mnie tylko to, że takowe książki jeszcze w ogóle się zachowały po zlikwidowaniu Autonomicznego Okręgu Polskiego ze stolicą w Marchlewsku na Ukrainie. Chyba, że były to wznowienia.
Coraz powracam myślami do swych ówczesnych kolegów z rodzimej i równoległej, tzw francuskiej, klasy. Dobrze wspominam Jurka Pluttera oraz Wojtka Bińkowskiego. Byli to harcerze, a równocześnie nierozłączni koledzy. Z grupą innych harcerzy pełnili we wrześniu ’39 służbę wartowniczą przy jakichś obiektach wojskowych. Obaj już nie żyją. Nie żyje także Adaś Baron, za którym wstawiałem się często barwnymi przemówieniami do księdza katechety F. Kmity. Podczas wojny znalazł się w partyzantce, chyba AL, potem bowiem został adiutantem późniejszego marszałka Roli-
-Żymierskiego. Spotkałem go zaraz po wojnie w Krakowie, gdzie występował w bardzo eleganckim mundurze oficerskim, bodajże w randze porucznika. Ojciec jego był przedwojennym oficerem. Po wojnie Adaś znalazł się we Wrocławiu i tam był znanym ginekologiem, a także aktywnym członkiem stowarzyszenia lwowiaków. Czytałem jego lwowską poezję, pisaną nb. po wojnie. Była zupełnie dobra i oddawała jego serdeczną więź z naszym miastem.
Jeśli chodzi o harcerstwo, to przy VIII Gimnazjum działała I Lwowska Drużyna Harcerska, założona chyba w 1910 r. przez A. Małkowskiego. Za moich czasów należało do niej wielu kolegów. Ci starsi to byli zastępowi, przyboczni w stopniach ćwika lub harcerza orlego, drużynowym zaś był dużo od nas starszy, Harcerz RP nazwiskiem Brylak. Drużyna była w kontakcie z jakimś bardzo starym panem, zamieszkałym w Brwinowie pod Warszawą, weteranem harcerskim z naszej drużyny. Naszej, bo i ja do niej przez jakiś czas należałem, w zastępstwie przemiłego, nieco starszego kolegi nazwiskiem Krzyworączka. Był pełen fantazji i wspaniałych pomysłów, czyniących harcerstwo ciekawym, pouczającym i pożytecznym. O ile dobrze pamiętam, tylko ta drużyna nosiła we Lwowie prawdziwe kapelusze skautowskie, takie jak Baden Powell, jednakże z jednej strony podgięte, tak jak to było na początku harcerstwa w Polsce.
Ze względu na miejsce zamieszkania Jasia Wiktora ul. Snopkowska była terenem naszych działań pozaszkolnych, gdzie stykaliśmy się z kolegami z tej samej klasy oraz innymi, czasem nieco starszymi, którzy się jakoś o naszą gromadę ocierali. Bardzo dobrze wspominam Tolka Gluzińskiego, późniejszego trenera narciarskiego i poetę, zmarłego na zawał w Zakopanem. Znałem także jego starszego brata, także bardzo miłego i ustatkowanego, a także niejakiego Madurowicza, syna mojego nauczyciela języka ruskiego w Ćwiczeniówce. Pamiętam także niejakiego Biesiadeckiego, Idzikowskiego zwanego „Tuptusiem” oraz Kuchara, z tej znanej, sportowej rodziny. Grupa nasza była raczej poważna, o intelektualnym zacięciu. Na pewno była to w dużej mierze zasługa naszych pedagogów z VIII „budy”.

Późną wiosną 1941 r. można było zaobserwować, a raczej usłyszeć, długotrwałe, nocne przemieszczania sowieckich czołgów. Równocześnie pojawiły się komunikaty TASS, czyli oficjalnej sowieckiej agencji informacyjnej, dementujące pogłoski o rzekomych ruchach wojsk sowieckich na terenie dosyć bliskim granicy z Niemcami. Była to oczywiście bujda, jako że przez dłuższy czas nocne przemarsze i przejazdy po ul. Stryjskiej były tego ewidentnym zaprzeczeniem.
Wydaje mi się, że świadectwa szkolne otrzymaliśmy wówczas nieco wcześniej i być może z tego powodu nie były one sporządzone na urzędowym, nędznym formularzu, tak jak miało to miejsce w roku ubiegłym. Tym razem każdy z nas musiał według wzoru sporządzić odręcznie formularz na papierze kratkowanym i, rzecz charakterystyczna, że wypełnialiśmy go w języku polskim, a noty wpisał ktoś z naszych pedagogów, chyba jeszcze prof. J. Zakrzewski, także po polsku. Poprzedni formularz był sporządzony w języku ukraińskim i w takim też zostały naniesione noty. Tamten podpisał dyrektor A. Hodbod, ten ostatni zaś już sowiecka dyrektorka Menis.
22 czerwca ’41, będąc rano u Jasia Wiktora, dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Ogarnęła nas olbrzymia radość, wiedzieliśmy bowiem, że teraz to już musi się coś stać dla nas istotnego. Mniej zachwyceni byliśmy, gdy premier brytyjski W. Churchill zapowiedział w tym dniu, że wróg Niemiec staje się automatycznie brytyjskim sojusznikiem.
Potem przyszły niemieckie naloty, a wreszcie ostrzał artyleryjski. W pewnym momencie wystąpiła wśród bolszewików panika i całe rodziny, ulokowane na autach wypełnionych piernatami i tobołami, kierowały się ku ul. Łyczakowskiej, zwanej potem z tego powodu „ulica Dawaj nazad”. Niemiłym zjawiskiem był rabunek magazynów i sklepów, dokonywany przez rozwydrzony tłum, kiedy to przez kilka godzin, wśród dymów pochodzących ze zbombardowanych domów, nastała złowroga cisza. Na drugi dzień wojska niemieckie wkroczyły bez walki do Lwowa i około godziny 10 widziałem już ku memu zdziwieniu kolumnę stosownie ubranych Niemców, oczywiście wojskowych, idącą na kąpielisko „Świteź”, by się wykąpać. Wyglądało to wręcz beztrosko, a tymczasem w mieście działy się przerażające sceny, kiedy to lwowiacy poszukiwali swych bliskich we wszystkich więzieniach. Po prostu przed ucieczką ze Lwowa NKWD wymordowało w sposób bestialski setki więźniów. Taki był widocznie rozkaz, albowiem to samo działo się w dalej na wschód położonych miastach, jak Złoczów, Tarnopol i chyba jeszcze dalej ku Ukrainie.
Tak to przed 60 laty zakończył się sowiecki pobyt we Lwowie, rozpoczęty w pamiętnym, tragicznym wrześniu 1939 roku.

Kraków, w maju 1998

* Corso – przedwojenny zwyczaj wieczornych spotkań towarzyskich i spacerów młodzieży lwowskiej wzdłuż ulicy Akademickiej.
** Anna Pauker, młoda nauczycielka rumuńska – należała do czołowych, najbardziej znienawidzonych działaczy epoki stalinowskiej w Rumunii.
*** Był dzień, jak każdy jesienny, pochmurny. Drzwi się otwierają i wtedy wchodzisz ty...