Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

• Wydarzeniem wydawniczym samego końca drugiej połowy XX wieku jest pośmiertne ukazanie się książki Zbigniewa Herberta, największego poety polskiego tej epoki. Zmarły przed dwoma laty poeta przygotował ją do druku już w 1973 r., ale ani wtedy, ani przez następne ćwierć wieku nie ukazała się. Książka nosi tytuł Labirynt nad morzem i składa się z siedmiu esejów poświęconych poznawaniu i odczuwaniu Grecji, jej krajobrazu, sztuki, historii, kultury. Wraz z Barbarzyńcą w ogrodzie oraz Martwą naturą z wędzidłem tworzy niezwykłą trylogię o sztuce i cywilizacji Południa i Północy, od antyku do czasów współczesnych.
Tę książkę trzeba nabyć pośpiesznie, bo z półek księgarskich znika błyskawicznie.

Książka dostępna we wszystkich księgarniach.

• Książka jest niezwykła, opieramy się przeto na profesjonalnej recenzji K. Masłonia z „Rzeczypospolitej” 141/99. Chodzi o Włodzimierza Odojewskiego Oksanę (wyd. „Twój Styl”, Warszawa 1999). Recenzent pisze: [...] Odojewski napisał książkę piękną, pod wieloma względami zupełnie inną od „Zasypie wszystko, zawieje...”, pod innymi – bliźniaczo do niej podobną, dowodząc „Oksaną”, że prawdopodobnie jest najlepszym żyjącym powieściopisarzem polskim. „Oksana” to wielki triumf powieści. [...]
Tematem książki są przeżycia Polaka, Karola, rodem z ziem południowo-wschodnich, świadka zbrodni ukraińskich – jego rodzina została żywcem spalona w kościele w Hucie Pieniackiej k. Złoczowa – który po wojnie naraził się władzom PRL za tropienie zbrodni sowieckich na Śląsku, a wyrwawszy się z Polski, osiadł w Monachium. W czasie podróży po Włoszech spotyka młodą Ukrainkę Oksanę, córkę kapelana UPA, ale i ona, choć urodzona po wojnie w Niemczech zachodnich, wie o zbrodniach banderowców, zasłyszawszy o tym w dzieciństwie od nich samych – w trakcie pijatyki w swoim domu rodzinnym. Pisze autor recenzji: Z bohaterami powieści przemierzamy Włochy, zatrzymujemy się w Rawennie, Otranto i Metaponto, Katanii i Taorminie, a jednak naprawdę nie opuszczamy płonącego i ociekającego krwią Podola i Wołynia. [...]
Odojewski pisze też wiele o rządach i zbrodniach sowieckich na polskich okupowanych ziemiach, ilustruje upodlenie ich ludzi. Oto do zajętego Lwowa zawitał stalinowski pisarz, ekshrabia i krewny Lwa Tołstoja – Aleksy Tołstoj (autor Piotra I i Drogi przez mękę). Odwiedzał domy zamożnych lwowian i rekwirował dla siebie obrazy, meble, porcelanę...

Książka do nabycia we wszystkich księgarniach.

• Kiedy nie tak dawno (CL 4/99) omawialiśmy książkę poświęconą panu Wojciechowi Dzieduszyckiemu, wyraziliśmy pragnienie, by ukazała się monografia tego całego rodu arystokratycznego, który można uznać za arcy-wschodniomałopolski. Nasze życzenie stało się ciałem: już jest! Co prawda dotyczy tylko jednej, najważniejszej gałęzi, ordynackiej, ale i tak panorama całego rodu i całej niemal – spokrewnionej z Dzieduszyckimi – arystokracji Polski południowo-wschodniej jest tam zaprezentowana. Książkę (raczej księgę), zatytułowaną Dzieduszyccy. Dzieje rodu. Linia poturzycko-zarzecka, napisał Kazimierz Karolczak (Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej, Kraków 2000). Nie ma więc w tej pracy mowy o innej linii – jezupolskiej (która od tamtej oddzieliła się na przełomie XVIII/XIX w., choć do końca dzierżyła w swych rękach pierwsze założone przez Dzieduszyckich z początkiem XVI w. miasto – Sokołów. Do tej linii należeli obaj Wojciechowie – słynny kpiarz i jego niemniej słynny w naszych czasach wnuk, pan „Tunio”.

Dzieduszyccy byli kiedyś – za Rusi Czerwonej – szlachtą ruską, ale ich najdawniejsze korzenie wiążą się z Węgrami, Siedmiogrodem lub Wołoszczyzną, stamtąd bowiem również przybywali osadnicy do słabo w średniowieczu zaludnionej Ziemi Czerwieńskiej (szeroko rozumianej). Dowodzi tego siedmiogrodzki herb „Sas”, niezwykle szeroko (i tylko) występujący w pasie wschodniego Podkarpacia. Pieczętowało się nim ok. 80 rodzin szlacheckich, z których Dzieduszyccy zrobili największą karierę. Ich nazwisko, wymienione w dokumentach po raz pierwszy w 1411 r. pochodzi od wsi Dzieduszyce k. Stryja. W okresie ruskim zrutenizowali się, jednak po powrocie tamtej ziemi do Polski, ulegli, podobnie jak inne awansujące rody, polonizacji i katolicyzacji. Powiększając swoje majętności drogą coraz korzystniejszych i lepszych koligacji (m.in. z Czuryłami, Stadnickimi, Jabłonowskimi), weszli w XVII w. do rzędu magnaterii.

Rodzina Dzieduszyckich wyróżniła się jednak najbardziej w XIX w., posiadając nie tylko wielkie majątki, ale zyskując – w warunkach zaboru – znaczenie polityczne i kulturalne. Zajmowali wysokie stanowiska nie tylko w Galicji, także w Wiedniu. W 1775 r. otrzymali od cesarzowej Marii Teresy tytuł hrabiowski (jako drudzy w Galicji). Założyli ordynację w Poturzycy k. Sokala, z kluczem poturzyckim i zarzeckim (Zarzecze k. Jarosławia). Założyli Bibliotekę Poturzycką i Muzeum Przyrodnicze we Lwowie, tamże zbudowali pałac przy ul. Kurkowej. Rozrodzili się potężnie, skoligacili szeroko i satysfakcjonująco: z Sapiehami, Czartoryskimi i niemal wszystkimi rodzinami wyższej szlachty wschodniomałopolskiej (w XVI w. Dzieduszycki ożenił się z Rejówną z Żurawna, siostrą poety Mikołaja). Po II wojnie, tak jak w całej tej warstwie, pojawiły się „skazy”, czasem jednak szczególne – Katarzyna Dzieduszycka wyszła za Zbigniewa Herberta, jednak w tym mezaliansie raczej on był górą t(piszemy o tym osobno). Swoje talenty rozrodcze rozprzestrzenili Dzieduszyccy poza Polskę i Europę – świadczą o tym tablice genealogiczne, zamieszczone w książce.

Książka do nabycia we wszystkich księgarniach.

• W sierpniu ubiegłego roku przypadła 55. rocznica śmierci Stefana Banacha (1892–1945), genialnego matematyka lwowskiego. Miał lat 30, gdy został profesorem UJK, mimo że nie ukończył studiów na Politechnice Lwowskiej. „Odkryty” przez prof. Hugona Steinhausa, stał się współtwórcą lwowskiej szkoły matematycznej.
Prof. Józef Kozielecki napisał książkę pt. Banach – geniusz ze Lwowa (Wydawnictwo Akademickie „Żak”, Warszawa 1999). Jest to biografia naukowa i zarazem portret psychologiczny Banacha, a także omówienie osiągnięć jego ucznia Stanisława Ulama, lwowianina, który stał się współtwórcą bomby wodorowej w USA. Przy okazji omawia Kozielecki lwowską szkołę matematyczną, miejsce spotkań matematyków – kawiarnię „Szkocką” – i ich wspólne dzieło „Księgę Szkocką”.
Przed paru laty odsłonięto w Krakowie przy ul. Reymonta pomnik Stefana Banacha – pisaliśmy o tym w CL 4/99, ale dopiero dziś pokazujemy jego zdjęcie.

Książka do nabycia we wszystkich księgarniach.

• Jest już książka, awizowana w CL S/2000: Dziecko ze Lwowa (tytuł oryginału holenderskiego: Kind in Polen) Milo Anstadta (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2000). Autor jako dziecko w 1930 r. wyjechał z rodzicami do Holandii, tam ukończył studia i stał się Holendrem. Pracował jako dziennikarz i publicysta w prasie, radiu i telewizji, wydał kilkanaście książek, nagrywał filmy dokumentalne.
Pochodzi z rodziny żydowskiej, ale związanej z polskością – co opisuje w swoich wspomnieniach z lat 20. Daje tam ciekawy – wydaje się, że obiektywny, bo pozbawiony niechęci i napastliwości – obraz życia Żydów w Polsce, we Lwowie, obraz rodziny dążącej do narodowej asymilacji przy zachowaniu własnej religii.
Wielokrotnie odwiedzał Polskę w latach powojennych, wydał o niej książkę, pisał reportaże, nakręcił film. Warto zacytować początek rozdziału II pt. Dysonanse:
Miejsce urodzenia: Lwów.
Państwo:...
Zawsze wypełniając formularz waham się przy wyborze odpowiedzi na to pytanie. Polska? Ukraina? Rosja?
Gdy się urodziłem, Lwów leżał w Polsce. Teraz leży na Ukrainie. Bez wnikania w formalną słuszność odpowiedzi za każdym razem wpisuję: Lwów / Polska. I robię to, choć mogłem przekonać się, że Lwów nie jest już polskim miastem. Kiedy po czterdziestoletniej nieobecności nadarzyła mi się okazja odwiedzenia mojego rodzinnego miasta, chodziłem po nim jak ktoś, kto nagle obudził się w innej epoce. znałem ulice, budynki, parki. Moja szkoła stała nienaruszona, jakbym wyszedł z niej nie dalej jak wczoraj. Wojna, spustoszenie, mordy i zamachy pozostawiły w nienaruszonym stanie masywną kamienicę, w której się urodziłem. Nie zmieniło się nic poza tym, że mieszkali w niej inni lokatorzy. Wszyscy ludzie, których znałem, zniknęli; co do jednego. Polacy przenieśli się na zachód. Pół miliona ludzi obecnie zamieszkujących miasto przybyło tu z bezkresnych ukraińskich stepów. Ukraińcy odziedziczyli kamienie Lwowa pozbawione człowieczej historii. Ich miasto powstało, nim tu przyszli, oni władają jedynie jego teraźniejszością. Gruntowne zerwanie z przeszłością. Nie tylko nie istnieje żadne pokrewieństwo między obecnymi a ówczesnymi mieszkańcami, ale też ci nowi imigranci mówią innym językiem, używają innego pisma: cyrylicy, a ulicom nadają nowe nazwy wywodzące się z ukraińskiej i rosyjskiej historii. [...]
Książkę Anstadta trzeba też wysoko ocenić pod względem literackim. Część zasługi należy się niewątpliwie tłumaczce, Małgorzacie Zdzienickiej, której – chyba nie związanej z tradycją lwowską – trzeba wytknąć parę potknięć, drobnych, lecz dla lwowianina denerwujących. Należą do nich tata, kiedy we Lwowie mówiło się t a t o, (tata to typowy warszawizm). Rzeczka nazywa się Pełtew, a nie Połtwa. Ukraińcy nie byli prawosławni, lecz grekokatoliccy (może to błąd słownikowy autora?). W dość ciekawym ustępie (str. 113), który brzmi: W latach 1918––1919 polscy żołnierze przeprowadzili pogromy w wielu wsiach i miastach. To było jednak nic w porównaniu z rzezią, jaką urządzili barbarzyńscy Ukraińcy na terenach Galicji. Tam bandy pod dowództwem Petruli polowały wszędzie na „krzywe nosy”, podrzynając gardła 70 000 Żydów, którzy wpadli w ich ręce. [...] – tłumaczka powinna była poprawić nazwisko Petrula na P e t l u r a.

Książka do nabycia we wszystkich księgarniach.

• Dr Tadeusz Kukiz wydał czwartą książkę o obrazach Maryjnych, przewiezionych po II wojnie światowej z Ziem Wschodnich na teren Polski powojennej. Trzy pierwsze tomiki dotyczyły obrazów umieszczonych na Górnym i Dolnym Śląsku – jest ich tam najwięcej. Nowy tom to Madonny Kresowe i inne obrazy sakralne z Kresów w diecezjach Polski (poza Śląskiem).
Ale to dopiero część pierwsza; druga (a może i dalsze?) w przygotowaniu. Mamy więc teraz metropolię przemyską (diecezje przemyska, zamojsko-lubaczowska i rzeszowska) oraz metropolię krakowską (diecezja krakowska, tarnowska i bielsko-żywiecka), razem 35 obrazów opisanych na ponad 300 stronach z licznymi ilustracjami.
Podziw budzi kompleksowość opracowań. Autor omawia sam obraz, jego historię, pochodzenie, przemieszczenia, dzieje kultu, a także kopie i literaturę. Opisuje dawne i nowe miejsca pobytu obrazów – świątynie, opiekunów, społeczności wiernych. Zadziwia erudycja autora, który ogrom informacji zebrał, uporządkował i przekazał pięknym językiem (na to też warto zwrócić uwagę).

Książka do otrzymania w księgarniach katolickich.

• Tu tylko dla porządku rejestrujemy omówiony w CL 4/2000 Słownik biograficzny wychowanków Zakładu Naukowo-Wychowawczego OO. Jezuitów w Chyrowie, 1886–1939, opracowany przez Ludwika Grzebienia, Jerzego Kochanowicza i Jana Niemca (Wydawnictwo WAM i WSF-P „Ignatianum”, Kraków 2000).
O konwikcie chyrowskim mieliśmy dotąd jedynie małą książeczkę – wspomnienia wychowanka Karola Lewickiego pt. Chyrowskie popioły (wyd. Wrocławska Księgarnia Archidiecezjalna, Wrocław 1989).

Słownik dostępny w księgarniach naukowych. Druga pozycja zapewne dawno wyczerpana.

• Istnieje u nas wielkie zainteresowanie Ormianami polskimi, którzy przybywali na nasze ziemie z południowego wschodu i choć nie należeli do najliczniejszych nacji żyjących z nami od średniowiecza (obok Rusinów, Żydów i Niemców), wywarli niemały wpływ na oblicze kulturalno-artystyczne i gospodarcze Małopolski Wschodniej. Choć w gruntownie zmienionych miejscach i warunkach życia, są wśród nas nadal, próbują ożywić swoją tożsamość religijną i kulturową, by zapobiec, a przynajmniej oddalić widmo roztopienia się w bezkształtnej masie dzisiejszej Polski (i co gorsze: całej Europy).
Historia i dzień dzisiejszy tej niezwykłej nacji przybliża nam długo oczekiwana książka Krzysztofa Stopki: Ormianie w Polsce dawnej i dzisiejszej (wyd. Księgarnia Akademicka, Kraków 2000).
W książce naturalnie wiele o Lwowie, który był głównym ośrodkiem narodowo-religijnym polskich Ormian, siedzibą metropolity przy niezwykłej katedrze – unikalnej świątyni ormiańskiej w skali całej Europy. Lwów był czołowym miejscem aktywności gospodarczej i kulturalnej Ormian; w jego orbicie działały takie ośrodki jak Kamieniec Podolski, Zamość, Buczacz, Jazłowiec, Kuty.
Poza głównym ciągiem narracji, autor zamieścił w książce sporo wyjaśnień o charakterze encyklopedycznym: język, imiona i nazwiska, prawo, wyjaśnienia historyczne i obyczajowe, specjalne pojęcia, biogramy, ciekawostki. Dzieje i kulturę Ormian polskich autor poprzedził wykładem historii Armenii i Ormian w szerokiej skali. Na końcu książki znalazło się kalendarium ponad dwóch i pół tysiąca lat ormiańskiej historii oraz ilustracje.

Książka do nabycia we wszystkich księgarniach.

• Książka, o której tu piszemy, różni się zasadniczo od tych, które zazwyczaj omawiamy. Owszem, dotyczy Lwowa, ale Lwowa nie naszego – obcego miasta, które nosi tylko podobną nazwę.
Autorka nazywa się Aleksandra Matiuchina (nadgorliwi tłumacze napisali: Matyukhina. Paranoya!) i jest Rosjanką (45 lat), mieszkającą od swego dzieciństwa we Lwowie. Jest historyczką i etnolożką, ale praca ma charakter socjologiczny. Tytuł książki: W sowieckim Lwowie. Życie codzienne miasta w latach 1944–1990 (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2000).
Matiuchina (jej artykuły pojawiały się w krakowskim kwartalniku „Arcana” – wspominaliśmy o nich) przekazuje obraz nowej społeczności Lwowa, osiadłej po usunięciu z miasta większości jego prawowitych mieszkańców – Polaków i napływie nowych – zbieraniny z całego obszaru ZSRR, wsi wschodniomałopolskiej nie wyłączając. Temat ten omawia pierwszy rozdział pracy: Ludność Lwowa po II wojnie światowej. Zmiany w miejskiej kulturze. Dwa następne rozdziały mają tylko z pozoru „lekki” charakter: II. Święta i obrzędy lwowian w drugiej połowie XX wieku oraz III. Jak ubierali się mieszkańcy Lwowa. W istocie rozdziały te przynoszą mnóstwo informacji o obyczajowości integrującej się z wielkim trudem (i do dziś bezskutecznie) nowej społeczności. Wiele tam odniesień do czasów przedwojennych, polskich.
Wreszcie dla nas najciekawszy rozdział IV: Mit Polski w sowieckim Lwowie. Dużo trafnych fragmentów warto by zacytować, ale brak miejsca nam na to nie pozwala. Poprzestańmy na jednym:
[...] popularne określenie „za Polski” staje się w ustach lwowian synonimem wysublimowanej kultury, dobrego smaku i gatunku, słowem: europejskości, której brak wyczuwa się na każdym kroku. Termin, że coś jest „polskie”, faktycznie począł oznaczać we Lwowie tyle co „europejskie”, a zarazem „wolne”. Co najmniej ci spośród przybyszów z głębi Związku Sowieckiego, którzy zdolni byli do jakiejkolwiek refleksji, spostrzegli od razu, że Lwów jest znacznie piękniejszy od innych miast sowieckich. Prędzej czy później właśnie to miasto utrwalało w ich świadomości pochlebny obraz Polski i jej kultury. Natomiast w ustach rdzennej ludności Lwowa zwrot „za Polski” wyrażał językiem Ezopa niezadowolenie z totalitarnych realiów życia sowieckiej współczesności, z którą porównywano ową polską przeszłość. [...]
Tak było jednak do roku 1990. Potem się zmieniło, gdy do głosu doszli Szkile, Hniłki, Hawryszkiewicze. Ale i oni przeminą. Mamy już tego pierwsze oznaki.

Książka dostępna w większych księgarniach.

• Śląskie Wydawnictwo „Adan” (Wrocław 2000) zaprezentowało nam na koniec roku i wieku album pt. Lwów na dawnej kartce pocztowej 1896–1939. Na 90 stronach dość luksusowego tomu (papier kredowy, format A4) pokazano prawie 200 starych widokówek, ułożonych w 8 cykli i uzupełnionych interesującymi i pouczającymi tekstami: prof. Stanisława S. Niciei, Wojciecha Dzieduszyckiego i dr Danuty Nespiak, oraz doskonałymi opisami obiektów, opracowanymi przez Andrzeja Fiksę.
Doceniając koncepcję i redakcję wartościowego albumu – jej autorką jest Danuta Emmerling – trzeba zwrócić uwagę, że wszystkie dobre słowa nie odnoszą się do strony graficznej albumu. Jest w niej jakaś przesadna maniera, na którą zwróciliśmy również uwagę w książce o W. Dzieduszyckim.

Album dostępny w większych księgarniach.
Kazimierz Selda