Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

LISTY DO REDAKCJI

POGROM W JANOWEJ DOLINIE
Przeczytałem „od deski do deski” numer „Cracovia–Leopolis” poświęcony Wołyniowi (23a/2000) i uważam, że jest świetny pod każdym względem. Nasunęło mi się sporo refleksji osobistych z okresu pobytu w tamtych stronach. Przed wojną, od roku 1938 (aż do wyjazdu do Polski w 1945 r.) mieszkałem w Kostopolu, gdzie mój ojciec, wcześniej zawodowy podoficer 3 pułku artylerii lekkiej Leg. w Zamościu, pracował w Nadleśnictwie Państwowym.
W wołyńskim numerze CL jest bardzo dużo ciekawego materiału, ale szkoda, że została pominięta przepiękna osada robotnicza w Janowej Dolinie, leżącej 20 km od Kostopola. Była to kilkutysięczna osada polska. Robotnicy polscy pracowali tam przy kruszeniu skał bazaltowych. Sam bazalt wywożono do specjalnych zakładów, gdzie cięto go na kostki brukowe. Osada była bajecznie usytuowana. Ulice i domki położone w pięknym, kilkudziesięcioletnim lesie sosnowym. Wyglądało to mniej więcej tak: brukowane ulice dzielone były kilkumetrowymi pasami leśnymi. Przy każdej z nich po jednej stronie stały jednorodzinne drewniane domki robotnicze, z pięknymi zadaszonymi werandami. Takich ulic było w osadzie kilkanaście. Prostopadle do tych uliczek i domków biegła szersza ulica, a przy niej dwurodzinne, piętrowe, także drewniane domy urzędników. Posiadały one również werandy i balustrady. Wszystkie domy kryte były gontem. Natomiast nieco dalej, przy kopalni, znajdowały się dwa czy trzy bloki murowane, piętrowe – biurowce ze sklepami i magazynami na parterze.
W Wielki Piątek 1943 roku ogromna banda ukraińska, złożona m.in. z 16–17-letnich chłopców i dziewcząt, dowodzona przez starszych „rezunów” siczowych, bestialsko mordowała naszych rodaków. Dziewczęta oblewały domki benzyną i ropą przynoszoną w wiadrach, a te wyrostki goniły ze snopkami płonącej słomy i podpalały domki pełne ludzi. Kto próbował uciekać, dostawał serię maszynową od „striłców”. Krzyki i lament wzywający pomocy słychać było wieczorem aż w Kostopolu! Znikoma część tylko się uratowała, reszta spłonęła żywcem i udusiła się w piwnicach. Pracował tam i mieszkał mój stryj z żoną i 8-letnim synem. Ocaleli po prostu cudem, a to dlatego, iż dwa dni wcześniej przyjechali do nas na wspólne święta. Stracili wszystko, co mieli. Po tej tragedii zamieszkali u nas aż do przyjścia Sowietów w styczniu 1944 roku.
Będąc z żoną kilka lat temu w Kostopolu, zagadnąłem dwóch starszych Ukraińców: co się dzieje teraz w Janowej Dolinie? Odpowiedzieli mi krótko: Tam nachodyt’sia tiurma. Tyle się dowiedziałem. Byli jacyś przestraszeni i nie chcieli w ogóle na ten temat rozmawiać. Jak widać, jeszcze nie umieją się uwolnić od sadyzmu i przemocy sowieckiej.
Podobna tragedia rozegrała się kilkadziesiąt kilometrów od Kostopola w kierunku Sarn. Tam znajdowały się olbrzymie polskie wioski – Stepoń i Huta Stepońska. Wioski te też były kilkakrotnie celem ataku banderowców. Niemcy w ogóle nie reagowali i nie udzielali żadnej pomocy Polakom. Z ich strony było tylko ciągłe podjudzanie i nastawianie Ukraińców przeciwko naszym rodakom. Po tych napadach na wymienione miejscowości Niemcy „wspaniałomyślnie” podstawili wagony na najbliższą stację i resztki niedobitków wywieźli do Rzeszy.
W niektórych polskich wsiach mieszkańcy zaczęli organizować samoobronę i tu już „striłcy” bali się otwarcie napadać, bo dostawali solidny odpór.
Janusz Żurakowski


Dziękujemy za relację. Prosimy Czytelników o nadsyłanie takich wspomnień, tym bardziej, że wreszcie odżywa sprawa zbrodni SS-Galizien (napiszemy o tym w następnym numerze).

Całkiem innej sfery naszej historii dotyczy list, nadesłany przez p. M.B. Hetnał, zamieszkałą w Nysie

Ucieszyłam się, gdy przeczytałam w „Cracovia-Leopolis” życiorys mego ojca śp. Lucjana Rydla (syna poety). Jestem stałą czytelniczką Waszego kwartalnika. I ja byłam tą czytelniczką, która Wam ten dokument dostarczyła. Przynajmniej raz w roku przyjeżdżam do Krakowa z dziećmi, najpierw z córkami, a teraz z wnukami. [...] Czuję się mocno związana z Krakowem, gdzie mam rodzinę ze strony ojca i matki. Równocześnie związana jestem z Kresami, działam w TMLiKPW, ponieważ w okolicach Chodorowa się urodziłam, jak i moich dwu braci, Jan i Lucjan, tam też spędziłam najmłodsze lata.
W związku ze 100-leciem wesela [tak – słynnego  w e s e l a,  unieśmiertelnionego przez Stanisława Wyspiańskiego – przyp. red.] moich dziadków Rydlów, mieliśmy Zjazd Rodzinny w dniach 27–29 października 2000 r. Prasa krakowska dużo się na ten temat rozpisywała, ale z przykrością stwierdziłam, że o moim ojcu nie było żadnej wzmianki, oprócz stwierdzenia przez syna kuzyna dra Jana Rydla z Bronowic, że Lucjan Rydel (mój ojciec) nie interesował się domem w Bronowicach i wyjechał na Kresy. O ile wiem, to ojciec dom w Bronowicach pozostawił swej siostrze Helenie [z Rydlów – przyp. red.] Rydlowej, babce wymienionego wyżej Jana. I chwała im za to, że utrzymują muzeum i tradycje. Ale i my, wnukowie Lucjana Rydla poety i dzieci jego syna Lucjana, i nasze rodziny, jesteśmy uczuciowo bardzo związani z Bronowicami i Krakowem.
Dzieci siostry ojca, Heleny, niestety już nie żyją – Jacek, mąż obecnej kustosz muzeum, oraz niezapomniana Haneczka, która przez prawie 30 lat aż do swojej śmierci żyła dla tego muzeum. My, troje dzieci po Lucjanie, wnukowie Państwa Młodych [z „Wesela” Wyspiańskiego – przyp. red.] żyjemy. Ja, Maria Barbara Rydel-Hetnał, ur. w 1928 r. (najstarsza z wnuków) oraz moi dwaj bracia bliźniacy, Lucjan i Jan, ur. w 1932 r. Wnuk Jana Rydla z Solca Kujawskiego ur. w 1988 r. jest najmłodszym i jedynym praprawnukiem poety (inni potomkowie męscy mają córki). [...]


Bardzo dziękujemy za te interesujące informacje – w samo stulecie wydarzenia, które zaowocowało niezwykłem dziełem naszej narodowej literatury – „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego. Ojciec pani Marii, Lucjan junior, autor listu przedrukowanego w CL S/2000, był pierwszym  c i e- l e s n y m  owocem tamtego wydarzenia.
W następnym numerze przestawimy fragment wspomnień pani M.B. Hetnał z jej wczesnego dzieciństwa, spędzonego pod Chodorowem.