Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Tadeusz Łodziana, LWÓW, SOPOT, WARSZAWA

Profesor Marian WnukPiękną opowieść o znakomitym rzeźbiarzu – profesorze Marianie Wnuku – musieliśmy nieco skrócić. Mamy nadzieję, że Autor, życzliwy naszemu kwartalnikowi (w którym już parokrotnie mieliśmy zaszczyt drukować Jego teksty o lwowskich artystach z lwowskim rodowodem), przyjmie to z wyrozumiałością.

Świat opustoszał z bliska i z daleka
choć stracił tylko jednego człowieka
Marian Hemar

Niełatwo mi przyjdzie pisać wspomnienie o moim nauczycielu. Nasza znajomość i współpraca trwały bowiem trzydzieści lat. Dokumenty, zapiski, fotografie, pamięć wydarzeń, w których brałem udział lub byłem ich świadkiem, mogłyby dostarczyć materiału na osobną książkę. [...]

Szatyn o niebieskich oczach i dobrym, budzącym zaufanie spojrzeniu, miał ujmującą powierzchowność. [...] Dunikowski, który miał kompleks niskiego wzrostu, pytany, co sądzi o o swoich konkurentach, mawiał sepleniąc: Bandura – Bandura taki duzy, wielki, a Wnuk – Wnuk – psystojny, psystojny.
Był eleganckim panem o nienagannych manierach, przystępnym, tolerancyjnym i wyrozumiałym. Dyskretnym opiekunem co biedniejszych studentów.
Miał duże poczucie humoru, był duszą każdego towarzystwa, pogodnym, niesłychanie towarzyskim kompanem, powszechnie lubianym przez środowisko ludzi kultury, w którym najchętniej przebywał. Był znany z tego, że będąc w towarzystwie dyskretnie płacił zawsze rachunki – czy to w kawiarni, czy w restauracji. Nigdy nie udało mi się Profesora na tym przyłapać. Niejednokrotnie ratował nas, studentów biesiadujących w restauracji, od skandalu, gdy zabrakło pieniędzy – nawet gdy przebywał tam nie z nami. Były to pierwsze lata po wojnie, w malowniczym Sopocie, gwarnym i tłocznym w sezonie letnim.
Był bardzo wrażliwym i uczuciowym człowiekiem. Okazywał radość ze swoich sukcesów, porażki przeżywał ciężko i samotnie. Był ambitny – we Lwowie mówiło się: trzymał fason swój jak szpic. Reprezentował typ dżentelmena – to określenie po wojnie stało się nieadekwatne wobec czasów, w jakich przyszło nam żyć.
Poznałem Go w 1937 roku w czasie egzaminów wstępnych do Instytutu Sztuk Plastycznych we Lwowie. Pamiętam jakby to było dzisiaj: Profesor wyczytał nas z listy przyjętych: Biłas, Smolana, Łodziana – to nazwiska rzeźbiarskie, zapiszcie się do mojej pracowni – powiedział. Czy to był żart, czy intuicja? W każdym razie zostaliśmy rzeźbiarzami na całe życie.

Instytut Sztuk Plastycznych zajmował część gmachu Państwowej Szkoły Technicznej przy ulicy Snopkowskiej. Był to wielki, czworoboczny, secesyjny budynek z dużym podwórzem, boiskiem do siatkówki i ogrodem warzywno-owocowym. Instytut zajmował drugie i trzecie piętro oraz wysokie sutereny lewego skrzydła. Przed gmachem szkoły był zielony skwer ze starymi kasztanami i pętlą tramwajów nr 2 i 11, jeżdżących na trasie Dworzec Główny – Śródmieście – Park Stryjski – Snopków. Była to dzielnica rekreacyjna, położona w szerokim jarze, otoczona wzgórzami Snopkowa z basenami Zielone Oko i Żelazna Woda oraz z lasem świerkowym na wzgórzu. Spędzaliśmy tam wagary, czyli po lwowsku – chodziliśmy na hinter. Ulicami Dwernickiego i Łukasiewicza, które pięły się do góry, można było dojść do chluby Lwowa – Panoramy Racławickiej oraz na znane i sławne tereny Targów Wschodnich. Na małym wzgórzu górował okazały gmach VIII Gimnazjum...

Profesor – wysoki, szczupły, o sportowej sylwetce – miał wówczas niespełna 30 lat, a my po 17–18. Stał się naszym ideałem. Miał niepodważalny autorytet. Akceptowaliśmy go bez zastrzeżeń, a jego sztukę aprobowaliśmy bezkrytycznie. Pierwszą rzeźbą, którą podziwialiśmy, był ujęty w dynamicznym ruchu akt dziewczyny. Rzeźba, zapatynowana na brąz, stała w rogu pracowni szkolnej, obcowaliśmy z nią na co dzień. Wiedzieliśmy, że brała udział w olimpijskim konkursie sztuki w Berlinie 1936 roku. Studiowaliśmy jej formę i sposób traktowania, byliśmy pod jej wrażeniem. [...]
W 1937 roku Profesor był na stypendium w Paryżu i we Włoszech. Do Włoch udał się razem z inż. architektem Karolem Kocimskim, studiując m.in. pomniki konne – pod kątem konkursu na pomnik Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Po wakacjach wiedzieliśmy, że Profesor w swoim gabinecie-pracowni vis a vis naszej szkolnej pracowni jest w trakcie projektowania. Chwytaliśmy się różnych sposobów i pretekstów, by zobaczyć projekt. Pomnik był już gotowy w gipsie, a fragment – Marszałek na koniu – był w robocie. Na Prima Aprilis podłożyliśmy pod figurę atrapę końskich odchodów. Było dużo śmiechu, ale i strachu, bo nie byliśmy pewni reakcji Profesora. Potraktował ten uczniowski dowcip wyrozumiale. [...]
Po powrocie z zagranicy Profesor dzielił się z nami swoimi wrażeniami. Rozmowy z nim zamieniały się w niekonwencjonalne zajęcia z historii i teorii sztuki, zupełnie inne niż lekcje, które mieliśmy w programie. Mówił ciekawie, opisując rzeźby Rodina, Maillola, Despiau i innych. Był wtedy pod wielkim wrażeniem rzeźby francuskiej.
Profesor przychodził do naszej pracowni przynajmniej raz dziennie. Korektę prowadził indywidualnie, niemal szeptem, by nie przeszkadzać innym. Obowiązywała cisza i wzorowa dyscyplina. Nie pamiętam, by kiedykolwiek podnosił głos. Przeważnie korekta i rozmowy przeciągały się poza cztery godziny codiennego studium natury, bo tak się ten przedmiot wówczas nazywał. W czasie dyskusji o sztuce Profesor stawiał pytanie: czym różni się rzeźba leżąca w przydrożnym rowie od wraku samochodowego? Odpowiedź: rzeźba jest dziełem sztuki, natomiast wrak pozostaje szmelcem. Po wojnie, nie przypominam sobie, by Profesor posługiwał się w dyskusjach tym testem. Myślę, że w dobie happeningów, antysztuki i instalacji – wrak samochodowy stał się tworzywem rzeźbiarskim.

Nie ma tu miejsca na opis atmosfery, jaka panowała w przedwojennej szkole, nie opiszę piękna i swoistego czaru tego najukochańszego mojego miasta na Ziemi, wagarów, słynących z urody dziewczyn lwowskich, siatkówki na szkolnym boisku, gdzie niejednokrotnie umykałem przed Profesorem. Powiedział mi przy jakiejś okazji, że też godzinami szpilał w sito w Akademii na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Był wyrozumiały, nie karcił nas. Nie opiszę Lwowa, jedynego, najweselszego, pełnego dowcipu miasta z charakterystycznym bałakiem. Wypędzonym w 1945 roku przez Stalina przyszło nam, kresowiakom, tułać się po świecie. Nie opiszę żalu, rozpaczy i żarliwej tęsknoty.

Często wspominaliśmy z Profesorem nasze czasy związane ze Lwowem. Mimo że parokrotnie bywał w ZSRR w różnych delegacjach, po wojnie nigdy do Lwowa nie dotarł. Jak ja. Byłem gościem – nieproszonym – we własnym rodzinnym domu w czasie Ukrainy radzieckiej i tej obecnej. Ale to już inne opowiadanie.

Wojna 1939 roku – Armia Czerwona i formacje NKWD wkraczają do Lwowa. Mieszkańców traktują jak klasowego wroga. „Wyzwalano” nas od wszystkiego wartościowego – od zegarków (sławne dawaj czasy) po węgiel. Zostaliśmy bez opału na zimę. Dekret władz radzieckich z 1 listopada 1939 r. ustalił, że zostaliśmy obywatelami ZSRR – bez pytania i zgody. Lwów w owym czasie gościł niemal całą ówczesną elitę intelektualną Polski. NKWD zarządiło spis bieżeńców – uciekinierów z głębi Polski. Spis był pułapką.
Uruchomiono szkolnictwo. Wróciliśmy na studia, ale nie w pełnym składzie. Instytut zmienił nazwę na Lvivske Derżawne Chudożno-Promyslove Uczylyszcze. Zastaliśmy tam naszego Profesora, który, jak się okazało, brał udział w obronie Lwowa jako ochotnik. Program nauczania, mimo zmienionej nazwy i sowieckiego kierownictwa, pozostał ten sam. Stan liczebny studentów powiększył się do 360 osób. Doszły nowe przedmioty: historia WKP(b), język rosyjski i ukraiński. O socjalistycznym realizmie nikt nam nie wspominał. Widocznie uważano, że niczego nie należy zmieniać. Studiowaliśmy naturę. Żywych modeli było dużo. Pierwsza wystawa sztuki – to klęska środowiska. Krzyczano, że jest niezaangażowana, że naśladuje wredne iskusstwo zapadnoj Jewropy. To brzmiało groźnie.
NKWD aresztowało Stanisława Grabskiego, profesora UJK, ojca naszej koleżanki (wrócił – jako członek PKWN-u – do Lublina). Z naszej szkoły pierwsza została aresztowana i wywieziona profesor od tkanin i gobelinów, Maria Hełm-Pirgo.
Na tarasie szkoły siedzą od lewej: Adam Smolana, Hanna Grabska (córka prof. St. Grabskiego), Antoni Biłas i Profesor (fot. T. Łodziana)
Gdyby nie wojna niemiecko-sowiecka w 1941 roku, tych wspomnień bym nie pisał. Byliśmy jako szkoła na liście NKWD, przeznaczeni do wywózki. W tym celu przygotowane były pociągi towarowe, którymi w panice uciekali Rosjanie przed hitlerowcami w czerwcu 1941 roku.
Profesor przyjął na asystenta ciężko schorowanego, lewicującego Henryka Wicińskiego, kolegę Marii Jaremianki i Tadeusza Kantora z „Grupy Krakowskiej”. Nie udzielał się on dydaktycznie, chciał przetrwać. Zupełnie zagubił się w sowieckiej rzeczywistości. Inny nowy, profesor Fediuk, chwalił się, że znał Picassa, gdy przed rewolucją był w Paryżu. Uczył rysunku, był ludzki, ostrzegał nas dyskretnie przed prowokatorami.
Ciężar dekoracji pochodu 1-majowego spadł na barki szkoły i Związku. Wykonaliśmy duże herby szesnastu republik – każdy wydział według swojej specjalizacji wykonywał określone dekoracje. Artur Nacht-Samborski (po wojnie profesor ASP w Warszawie) przy powiększaniu portretu jakiegoś dostojnika pomylił się o jedną kratkę. Wyciągnięty na wysokość pierwszego piętra portret patrzył przesuniętymi oczami. Malarza posądzono o sabotaż. NKWD prowadziło dochodzenie. Gdyby nie jednomyślna, twarda postawa świadków, którzy obstawali przy tym, że zaszła techniczna pomyłka, Nacht-Samborski prawdopodobnie nie byłby profesorem w ASP. Rosjanie nie mieli poczucia humoru, byli sieriozni.

W sierpniu 1940 roku władza radziecka urządziła szkole wycieczkę do Kijowa, Leningradu i Moskwy. Profesor był z nami. Zwiedzaliśmy pokrewne szkoły, muzea, galerie, cerkwie zamienione na ateistyczne muzea. Swoim ubiorem, drewniakami naszych dziewcząt, wzbudzaliśmy sensację. A wełniane, dwuczęściowe kostiumy kąpielowe, w których pokazały się na plaży nad Dnieprem, wywołały zachwyt i podziw. Otoczeni tłumem radzieckich ciekawskich nie mogliśmy przejść do wody.
Myśmy się dziwili, że oni się dziwili.
Ten sam program obowiązywał w pięknym Leningradzie. Ermitaż i jego zbiory zrobiły na nas wielkie wrażenie. Zwiedzając letni pałac carski, Peterskie Sieło, położone nad morzem, razem z Profesorem nago kąpaliśmy się w Zatoce Fińskiej. Zaliczyliśmy Bałtyk.
Moskwa to miasto-moloch. Gigantyczne gmachy, szerokie ulice, nieliczne sklepy i kolejki do nich. Wyzłocone metro, bogate w rzeźby, malarstwo, mozaiki. [...] Na Kreml nas nie wpuszczono, a do mauzoleum Lenina nie chciało nam się stać w gigatycznej kolejce. W Muzeum Puszkina za łapówkę kustoszka w białym fartuchu otworzyła nam na poddaszu wystawę niedostępną dla obywateli radzieckich. A tam – impresjoniści.
Oglądaliśmy Akademię Sztuk Pięknych – dyplomy z rzeźby. Prace w glinie nie odlane z powodu braku gipsu! Rzeźby o tematyce rewolucyjnej, odrobione naturalistycznie, np. rozdarty but żołnierza z widocznymi kołkami szewskimi lub inaczej traktowane sukno płaszcza i skóra butów.
Wróciliśmy do Lwowa bardzo zmęczeni.

Nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, jak nasze miasto podupada z każdym dniem. Jak w parę tygodni można zmienić jego oblicze, które upodobniło się do miast, które zwiedziliśmy. Powstały nowe gipsowe pomniki Stalina i Lenina siedzących na ławce – pozłacane, z fabryki rzeźb. Na elewacjach kilometrami ciągnęły się transparenty pisane cyrylicą. Zaniedbane wystawy, brud i smród dziegciu, który snuł się za defilującymi bojcami. A wojsko śpiewało: ...jesli zawtra wojna, jesli zawtra w pochod...

Szkołę wizytowali chudożniki, m.in. akademik Gierasimow. Były mitingi, pojono nas wódką w celu rozwiązania języków. Studenci sowieccy zadawali nam pytania: Znajesz kto eto Mikełandżeło, a? Mieli nas za „niekuturny narod”. Przecież to oni, jak wmawiała propaganda, przynosili nam wolność, swobodę, pokój, kulturę przodującego narodu, no i cywilizację. Nie muszę mówić, jakie to miało pokrycie w otaczającej nas rzeczywistości.
Uciekinierów wywożono. Profesor Wnuk z żoną Józefką, energiczną osobą, uratowali Aleksandra Rafałowskiego, malarza (po wojnie profesor ASP w Warszawie). Nie uratowano przed wywózką Czesława Rzepińskiego, malarza (po wojnie profesor i rektor ASP w Krakowie), który dwa lata szedł piechotą do kraju, gdy go z łagru zwolniono.
Lwów zasiedlali Rosjanie w miejsce wywożonych na nieludzką ziemię lwowiaków. Uczyliśmu się trudnego systemu państwa sowieckiego. Pobieraliśmy bolesne lekcje, które w niedalekiej przyszłości miały się przydać w PRL-u.

Przesiadywaliśmy w szkole razem z profesorami do późnych godzin wieczornych. Nie bardzo pamiętam kiedy Profesor zwichnął czy złamał nogę, a ja przyniosłem mu drewniane lekarskie kule, by mógł chodzić (mieszkał na tyłach szkoły). Przy pomocy kuli robił korekty, wskazując nią na błędy w naszych pracach.
22 czerwca 1941 roku wybuchła niespodziewanie wojna bolszewicko-niemiecka. Nastąpiła paniczna ucieczka Rosjan. NKWD wymordowało więźniów, podpalono więzienia. O Niemcach nie wiedzieliśmy nic poza tym, że nadchodzi inny wróg. 4 lipca rozstrzelali profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza na stokach Wuleckich. Gestapo przy pomocy agentów ukraińskich aresztowało Polaków i Żydów. Nadszedł czas pogardy. Zaktywizował się ruch oporu ZWZ-AK.
We wrześniu otwarto szkołę pod nazwą Kunstgewerbeschule in Lemberg. Studiowaliśmy nadal. Profesor był z nami. Po roku zamieniono szkołę na zakłady artystyczne dla potrzeb miasta. Cały budynek zajęły wojska żandarmerii. Wydzielono nam dostęp do pracowni. Niemcy zaangażowali naszych profesorów, Mariana Wnuka i Józefa Starzyńskiego, do prac dekoracyjno-rzeźbiarskich w teatrze im. Łesi Ukrainki, mieszczącym się w starym gmachu hr. Skarbka obok Teatru Wielkiego.
Sezon zimowy 1942/43 przeżyliśmy przy „kozach”, paląc już sprzętem szkolnym. Pomagaliśmy przy odlewach, sztukateriach – czuliśmy się potrzebni, ciągle pod opieką profesorów.
Latem 1943 r. Profesor wyjechał na wieś pod Lwów, gdzie wykonywał rzeźbę w kamieniu – św. Józefa, na zamówienie księdza. Parokrotnie odwiedziliśmy Profesora. Nie zapomnę poczęstunku na plebanii – wiejski chleb, prawdziwe masło, niefałszowane mleko. Była to prawdziwa uczta. A byliśmy często głodni.
W tym czasie rozprowadzałem konspiracyjne gazetki. Wręczałem je profesorom bez zbędnych słów. Rewanżowali się innymi. Po wojnie dowiedziałem się, że Profesor był w komórce AK „Żegota”, która niosła pomoc Żydom. W 1944 r. niespodziewanie wyjechał do Warszawy. Okazało się, że w jego mieszkaniu Gestapo urządziło „kocioł”. Profesor z żoną wprost z ulicy opuścili Lwów. [...]
Spotkaliśmy się dopiero w 1945 roku w Krakowie, na linii A-B na Rynku. Zaproponował mi wyjazd do Sopotu, gdzie organizował szkołę. [...] Pracował też jako pedagog na Politechnice Gdańskiej. Byłem tam jego młodszym asystentem w Katedrze Rysunku, Malarstwa i Rzeźby na Wydziale Architektury. Z Krakowa zjechał Aleksander Kobzdej, który został asystentem u prof. Władysława Lama z Poltechniki Lwowskiej. [...] Było jeszcze paru kolegów ze Lwowa na innych wydziałach. Wiedliśmy beztroskie życie w zielonym, gwarnym Sopocie. Biesiadowaliśmy w w knajpach i kawiarniach, niemal wszyscy mieliśmy stypendia i tanie domy akademickie. Dorabialiśmy pracami zleconymi w odbudowującym się Gdańsku. Profesor uczestniczył w w lokalnych wystawach i konkursach. Brał też udział w konkursie przed Olimpiadą 1948 r. w Londynie. Jego kompozycję – dwie dziewczyny w walce o piłkę – razem z Adamem Smolaną ledwo zdążyliśmy odlać, zapakować i wysłać na termin. [...]
W 1949 r. Profesor wyjechał do Warszawy, gdzie objął pracownię rzeźby na ASP. Rzeźbę, którą pozostawił w pracowni szkolnej – był to portret lwowskiego aktora Tadeusza Surowy – odlałem po cichu Oddałem ją Profesorowi w Warszawie ku jego zdumieniu. Rzeźbę tę wystawił w Zachęcie.
Jesienią 1949 r. w Poznaniu odbył się festiwal wszystkich szkół artystycznych. Urządzałem wystawę naszej szkoły. [...] Szkoła, a zwłaszcza rzeźba sopocka, otrzymała nagrodę Ministerstwa Kultury i Sztuki za wysoki poziom prezentowanych prac. Był to sukces pedagogiczny Profesora.
W 1950 roku Profesor sprowadził mnie do Warszawy. [...] Zostałem asystentem Profesora na Wydziale Rzeźby. Pracowaliśmy w piwnicach odbudowującego się zespołu pałacowego Raczyńskich, obecnej siedziby ASP. Nie mieliśmy pracowni ani mieszkań. Wieczorem spotykaliśmy się w restauracji „Kameralna” przy ul. Foksal, gdzie w pałacu Zamoyskich mieściła się siedziba Związku Polskich Artystów Plastyków i Stowarzyszenia Architektów. W „Kameralnej” dziennej spotykało się przyjezdnych artystów spoza stolicy: Jacka Pugeta, Stanisława Teisseyre [lwowianin, osiadły w Poznaniu – przyp.red.], Jerzego Bandurę, Marię Jaremiankę, małżeństwo Skarżyńskich i wielu innych. W barku siadywał Marek Hłasko, Janusz Minkiewicz, Józef Prutkowski i inni literaci. Później pojawił się Zbigniew Cybulski. [...]
W latach sześćdziesiątych Profesor powoli odchodził od rzeźby realistycznej. Poszukiwał innych środków wyrazu, zaczął rzeźbić bezpośrednio w materiale, w ogródku przy pracowni na Mokotowie. [...]
Od 1959 roku Marian Wnuk urzędował przez dwie kadencje jako rektor ASP. Brał udział w najrozmaitszych zebraniach, komisjach w Związku i w Ministerstwie. Zabierało mu to wiele czasu, miał coraz więcej obowiązków. Był przygnębiony. Zauważyłem, że coś się z nim dzieje, że to już nie ten nasz ideał. Podupadał na zdrowiu, załamywał się nerwowo i psychicznie. Tryb życia i odpowiedzialność za szkołę zaważyły na jego kondycji. W 1966 r. NIK razem z MKiS prowadziły kontrolę. Były rozmaite zastrzeżenia, doszukiwano się uchybień, nawet w dydaktyce. Inspektorzy wogóle nie rozumieli specyfiki uczelni artystycznej. Ich przedłużająca się obecność w szkole była bardzo stresująca dla Profesora. [...]
Rozpoczął przygotowania do nowego roku akademickiego. I nagle, w najmniej oczekiwanej chwili – odszedł. Był wrzesień 1967 roku.
Odbył się uroczysty pogrzeb na koszt państwa. Trumnę okrytą kirem wystawion w pracowni. Z kaplicy na cmentarz nieśli ją jego uczniowie, którzy zjechali z całej Polski. Spoczął w kwaterze Zasłużonych.
Zamknął się trzydziestoletni czas naszej współpracy, naszej bliskiej znajomości. Z chwilą jego odejścia zamknął się również pewien okres, jakaś epoka.
Nie należał do żadnego ugrupowania politycznego. Również do żadnych związków kombatanckich. Nie korzystał z żadych ulg i przywilejów. Był niezależnym artystą i skromnym człowiekiem. Miał pokorę i szacunek dla sztuki. Długo nie mogliśmy się pogodzić z faktem, że nie ma Go wśród nas.

Warszawa, maj 1996

MARIAN WNUK, ur. 1906 w Przedborzu (wojew. łódzkie). Po nauce w Szkole Przemysłu Drzewnegow Zakopanem (1922–27) studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie (1927–34). W 1934 otrzymał stanowisko nauczyciela rzeźby na wydziale Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Państwowej Szkole Technicznej we Lwowie (wydział stał się później Instytutem Sztuk Plastycznych). W uczelni tej pozostawał również w czasie okupacji sowieckiej i niemieckiej. W 1944 wyjechał do Warszawy. W 1945 organizował i został profesorem Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie, a od 1949 na ASP w Warszawie, był tam przez dwie kadencje rektorem. Zmarł w 1967.