Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Józef Drzazga, JULIUSZ STEFAN PETRY

Przed czterdziestu laty, w pochmurny, deszczowy dzień styczniowy, w ciszy leśnego domku w Milanówku, w zapomnieniu i ubóstwie, po długiej i ciężkiej chorobie zmarł znany radiowiec i literat, Juliusz Stefan Petry.
Urodził się w 1890 r. w małej miejscowości galicyjskiej Łopianka niedaleko Bolechowa (pow. Dolina) jako syn Józefa, urzędnika Dyrekcji Lasów Państwowych, i Felicji z Szyszkowskich, pianistki. W roku 1900 wysłano go do Lwowa, gdzie uczęszczał do IV Gimnazjum klasycznego, a ukończył je z wyróżnieniem. W latach 1909–14, jako stypendysta Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza, kończąc wydział Historii Literatury Polskiej i Romanistyki.
Koniec studiów Petryego zbiegł się z początkiem I wojny światowej. Brał udział w działaniach wojennych w szeregach armii austriackiej, a następnie w Legionach polskich. Po zakończeniu wojny przez 10 lat był profesorem Państwowej Szkoły Technicznej we Lwowie, ale w okresie tym parał się również twórczością literacką. Pisał utwory sceniczne i słuchowiska historyczne, w tym Lwie Serca, widowisko osnute na tle historii Lwowa, za którą otrzymał nagrodę literacką m. Lwowa. Sztuka była wystawiana wiele razy na scenie Teatru Wielkiego. Napisał także inne utwory: Mocarze ducha, Kazimierz Pułaski, Popielidzi, Nowa Komedia Rybałtowska, Czou-Czu-Fang (te dwie ostatnie nadało Polskie Radio w 1951 i 1981 r.) i kilka innych.
Do Związku Literatów Polskich należał od 1922 r. do ostatnich dni życia. Od 1930 r. do wybuchu II wojny pełnił odpowiedzialne funkcje najpierw kierownika literackiego, a następnie dyrektora Polskiego Radia we Lwowie i Wilnie. Dzięki ofiarnej pracy i wielkiemu talentowi organizatorskiemu i artystycznemu postawił program radiowy na wysokim poziomie. Jako szef na pewno nie miał wrogów, pomimo że zajmował eksponowane stanowisko. Był bardzo ruchliwy i czynny, ale spokojny, czasem zatroskany, czasem uśmiechnięty. Nigdy nie podnosił głosu i nie wtrącał się tam, gdzie nie czuł się kompetentny, a trzeba pamiętać, że wszystkie audycje w radiu szły wtedy na żywo. Atmosfera pracy w działach programowych nacechowana była zwykle podnieceniem, nerwowością i pośpiechem.
Juliusz Petry położył niemałe zasługi w rozbudowie i rozwoju rozgłośni lwowskiej, stawiając ją w rzędzie najlepszych w kraju, pozyskał dla twórczości radiowej wielu młodych i utalentowanych twórców.
W czasie nadawania „Wesołej Fali” w 1937 r. – za nadanie audycji satyrycznej naraził się czynnikom rządowym, za co został przeniesiony na równorzędne stanowisko do Wilna. Po półtorarocznej tam pracy, pod presją opinii publicznej, wraca do Lwowa, by objąć dawne stanowisko.
We wrześniu 1939, na polecenie władz wyjazdu za granicę, dotarł do Stanisławowa i – wrócił z powrotem do Lwowa, do swojej rozgłośni. Nadawał audycje aż do chwili jej unieruchomienia.
Okres wojny to również intensywna i niebezpieczna praca konspiracyjna w AK. Zorganizował w tym czasie ponad sto wieczorków literacko-muzycznych w mieszkaniach prywatnych (z czerwoną lampką na wzór studia radiowego) z udziałem znakomitych muzyków i znanych sław naukowych.
W jednym z trzech tomików poezji lwowskich literatów, wydanych przez BIP (Biuro Informacji i Propagandy) AK w 1943 r. pt. Wierne Płomienie (pod red. Stefanii Skwarczyńskiej) znalazł się wiersz Petryego Lewek Ratuszowy:

Miły nam, dobry lewku z ratuszowych progów,
Uśmiechem witający magistrackie dzieci,
Gdzieś się podział, gdzieś zniknął? Pewnie
łapy wrogów
Wyniosły cię w noc ciemną na cmentarz
rupieci.
Dziś nam lwów nie potrzeba – wystarczą
staliny,
Skradające się chytrze ku łatwej zdobyczy.
Lecz ty ojcze herbowy miałeś zwyczaj inny:
Uderzać gdzie się tylko na swą dzielność
liczy.
Rozgląda się żałośnie po pustym cokole
Drugi lewek, towarzysz smutków i nadziei.
Oto już na nas przyszły ostatnie niedole,
Wybiorą nas z gniazda wszystkich po kolei.
A możeś ty po prostu bracie zwiał bez znaku,
Kiedy znużony śpiewem zadrzemał Nikita
I zieloną granicą chyłkiem, „wot sobaka”,
Przemykasz się ku wyspie, co ze mgieł
wykwita?
Kiedy się wreszcie znajdziesz w gentlema-
nów kole,
Zarycz mój miły lewku, wstrząśnij tą krainą.
Niech lordom z rąk wypadną lśniące para-
sole,
Niech zagrzmi lew brytyjski – gdy polskie
lwy giną!

W okresie okupacji J. Petry pracował zawodowo w Muzeum Przemysłowym, a ponadto w RGO (Rada Główna Opiekuńcza) współpracował w tym czasie z ks. Michałem Rękasem, niosąc pomoc Polakom, uchodzącym do Lwowa z całej Małopolski Wschodniej przed pogromami UPA i SS.
Po wojnie staje od razu do pracy w odrodzonej radiofonii polskiej. W latach 1946–
–48 organizuje rozgłośnię we Wrocławiu, będąc jej pierwszym dyrektorem. Miasto jeszcze leżało w gruzach, warunki życia i pracy były niesłychanie prymitywne i trudne. Juliusz Petry całą duszę włożył w organizowanie od podstaw powierzonej mu instytucji. I kiedy po dwóch latach odchodził stamtąd, powołany na dyrektora programowego Warszawy II, rozgłośnia wrocławska pełnym głosem brzmiała w eterze. Miała własny program muzyczny, literacki i społeczny.
Jeszcze raz w 1952 r. powołany został w Warszawie do pionierskiej pracy przy organizowaniu telewizji. Biuro TV mieściło siię na Pradze, w jednym pokoju, zatrudniało kilku ludzi. Entuzjazm Petryego dynamizował te skromne zaczątki, a wyrazem tego była broszura o telewizji, napisana wspólnie z jednym z inżynierów TV.
Po opuszczeniu Wrocławia zamieszkał Petry w Milanówku. Tam również spędził ostatnie lata swego życia pod opieką żony Celiny Nahlik-Petry (byłej spikerki lwowskiego i wrocławskiego radia), którą poślubił na początku wojny po śmierci pierwszej żony Zofii. Domek stanowiący własność siostry żony, wybudowany w lesie, nie posiadał wody, gazu ani kanalizacji. Gotowano na prymusie lub na kuchni węglowej.
Do pracy w Warszawie dojeżdżał Petry codziennie kolejką podmiejską – WKD. Był człowiekiem, który nie posiadał za grosz sprytu życiowego, nie potrafił załatwić przydziału mieszkania w Warszawie. Po prostu wciąż zajęty pracą, nie dbał o sprawy osobiste. W listopadzie 1953 r. uległ paraliżowi. Wytężona praca stała się przyczyną długotrwałej choroby, która przykuła go na długo do wózka.
Choroba zmogła tego Mocarza, zmarł w styczniu 1961 r. w Milanówku, gdzie został pochowany na miejscowym cmentarzu. Pogrzeb odbył się skromnie, przy udziale rodziny, kilku kolegów z warszawskiego Radia oraz garstki sąsiadów. Nad grobem pożegnał go w serdecznych słowach miejscowy proboszcz. W radiu i prasie w kraju i za granicą żegnali zmarłego koledzy i przyjaciele, w „Życiu Warszawy” ukazał się tylko urzędowy nekrolog. Mieszkańcy Lwowa pożegnali Juliusza Petryego udziałem w nabożeństwie żałobnym w wypełnionej po brzegi Katedrze Lwowskiej.
Ubył z szeregów pracowników polskiej kultury i radiofonii człowiek o wielkich zaletach. Jego długoletnia działalność na stałe wpisała się w dzieje kultury Polski i polskiego Lwowa.
Pamięć o nim pozostała wśród radiowców i rzeszy radiosłuchaczy. Chyba warto dziś zająć się zebraniem i wydaniem utworów zmarłego. Ocalała ich część jest zdeponowana w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu.


Jacek Jedliński
Pamięci Juliusza
Kiedy zbierałem materiały do cyklu felietonów pod tytułem Rozmowy i spotkania, nadeszła tragiczna wiadomość: umarł Petry. Zamierzone moje odwiedziny w Milanówku, gdzie spędził ostatnie, smutne lata swego bujnego życia, były już nieaktualne. Nic dziwnego: pokolenie nasze odchodzi. Ocena jego wkładu w naszą narodową kulturę, rachunek zasług i przewin się zamyka i osąd nie do nas należy. [...]
Mówić o Petrym – to znaczy mówić o narodzinach Polskiego Radia w okresie międzywojennym i narodzinach Telewizji po roku 1945. Przyjaźń moja z Juliuszem datowała się z lat młodzieńczych, współpraca – właśnie na polu radiofonii, w okresie gdy był kierownikiem programowym lwowskiej rozgłośni. Odwiedzał mnie nieczęsto w moim podkarpackim uroczysku. Kochał przyrodę i rozumiał ją – jak poeta i dramaturg. Ceniliśmy sobie zawsze człowiecze związki z naturą. Rozmach urbanistyki i uprzemysłowienia nie był wtedy jeszcze tak oszałamiający, a jednak – wyczuwało się zmęczenie życiem i rytmem wielkiego miasta. Praca w rozgłośni, gdzie wszystkie audycje nagrywano na żywo, bynajmniej nie należała do najłatwiejszych. Tym bardziej, że – obok ciągle wprowadzanych w latach trzydziestych udoskonaleń technicznych, wiele uwagi poświęcić trzeba było sprawom organizacyjnym, repertuarowi, małym formom, innowacjom, do których dzisiaj tak doskonale w odbiorze audycji jesteśmy przyzwyczajeni. Ciągle pamiętajmy, że w początkach Wesołej Lwowskiej Fali czy słuchowiskach, nie dysponowaliśmy jeszcze tak walną pomocą i ułatwieniem, jakie zawdzięczamy dzisiaj wszędzie docierającej taśmie magnetofonowej. Nawet do efektów dźwiękowych (dziś branych z taśmy) trzeba było osobnego aktora i nie lada maestrii, aby słuchowisko odpowiednio ożywić, zilustrować!
Jako zamiłowany regionalista, wygłaszałem pogadanki krajoznawcze z cyklu Na turczańskich połoninach i gawędy o Zamkach na Podolu. Tematyka historyczna była Juliuszowi szczególnie miła i bliska. Autor znakomitego widowiska Lwie serca, umiał intuicyjnie wywołać postacie minionych wieków i nadać inscenizacjom kształt właściwy epoce.
Ostatni raz widzieliśmy się w 1939 roku. Chmury wojenne zbierały się nad Europą. Debatowaliśmy wtedy nad sensem i celem ewokowania obrazów z przeszłości. Juliusz – zawsze pełen pogody i optymizmu – mówił o roli sztuki i psychologicznym znaczeniu klasycznego katharsis, zawsze potrzebnego człowiekowi. Miłośnik Słowackiego i współuczeń Kleinera (dlatego zwany w kole przyjaciół żartobliwie Juliuszem III) zachował zawsze młodzieńczy, romantyczny polot i doskonale godził potrzebę postępu z roztropnym, niekiedy elegijnym reweransem w stronę tradycji. Toteż wielką stratą dla Lwowa było, kiedy ten urodzony humanista odszedł na równorzędne stanowisko do Wilna. W pamięci wilnian również zapisał się bardzo mile. W wyzwolonym w roku 1945 kraju jako jeden z pierwszych wraca do ulubionego warsztatu pracy i po krótkim pobycie we Wrocławiu osiedla się w Warszawie, gdzie z niesłabnącą energią, w warunkach niesłychanego prymitywu przystępuje do budowy podwalin polskiej telewizji. Poczynania swoje – zawsze bardzo sumienny – poprzedza żmudnymi, źródłowymi studiami, których owocem jest pionierska praca, wydana wespół z Wacławem Dutkiewiczem pod tytułem Wśród świateł telewizji. I chociaż – w stosunku do owej doby poczyniliśmy naprawdę milowe kroki i wielorakie wprowadzili udoskonalenia, rzecz urzeka umiłowaniem przedmiotu, bystrością obserwacji, śmiałością (stwierdzonych przez praktykę) sformułowań i perspektyw.
W roku 1950 wyjeżdża na wczasy do Zakopanego, skąd pisze kartkę z zapowiedzią przyjazdu do Makowa Podhalańskiego, gdzie podówczas „dyrektorowałem” tamtejszemu Liceum i Technikum. Zdrowie nadwątlone nie pozwoliło mu na odwiedziny. A mieliśmy szerzej omówić bibliografię jego rozlicznych artykułów i wypowiedzi na tematy radiowe i literackie. Co gorsza, na stosie w Olkuszu spłonął w 1939 r. z nakazu „brunatnych władców” cały mój księgozbiór, którego ozdobą prócz wspomnianych Lwich serc był dramat Juliusza, poświęcony postaci Maurycego Mochnackiego, pod tytułem Mocarze ducha. Nomen-omen! Nie tylko o nich tak chętnie pisał: sam był mocarzem ducha mimo wątłego zawsze zdrowia. Kryształowy charakter: człowieka i pisarza, wart jest obszerniejszego biogramu. Nie wątpię, że go napiszą jego bezpośredni współpracownicy. Dobrze sobie na to zasłużył.


JACEK JEDLIŃSKI, ur. 1899 we Lwowie. Ukończył studia prawnicze i filozoficzne na Uniwersytecie Jana Kazimierza, doktor. Był dyrektorem gimnazjów w Turce, w Solcu n. Wisłą i Olkuszu. Jako uczestnik kampanii wrześniowej ewakuowany do Rumunii, założył tam pierwszą polską szkołę w Ploesti oraz wolny uniwersytet dla uchodźców z Polski w Campolung-Muscel. Po wojnie osiadł w Makowie Podhalańskim, był dyrektorem szkół. Oddawał się pracy społecznej i kulturalno-oświatowej. Na emeryturze od 1955. W ostatnim okresie życia był kierownikiem archiwum w Jędrzejowie, pisał felietony i wiersze. Zmarł w Krakowie, 1965.

JÓZEF DRZAZGA, ur. 1915 we Lwowie. Po średniej szkole handlowej pracował w urzędzie pocztowym w Sasowie w Złoczowskiem aż do II wojny światowej. W czasie okupacji niemieckiej był księgowym w spóldzielni rolniczo-handlowej i zarazem przewodniczącym Delegatury RGO w Sasowie. Prowadził działalność charytatywną na rzecz Polaków z Huty Pieniackiej i okolicznych wsi. W tym okresie miał kontakt z J. Petrym i ks. M. Rękasem, organizując przerzuty Polaków (ok. 80 osób) z Sasowa w Rzeszowskie. Był członkiem AK. W 1944/45 został wzięty do Armii Czerwonej i WP, a następnie wyjechał z rodziną na stronę polską. Od 1945 pracował w Górze Śl. i Nysie w handlu spółdzielczym i w administracji na kierowniczych stanowiskach. Od 1976 na emeryturze. Przez 60 lat uprawiał turystykę, ma uprawnienia przewodnika po Tatrach, Beskidach i Sudetach. W 1989 założył w Nysie iddział TMLiKPW.