Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Jerzy Madeyski, GENIUS LOCI

Tekst napisany specjalnie do programu wystawy „Obraz na obrazie...”
Lwów nie lubi płakać i rozdzierać szat. A nawet posypywać sobie głowy popiołem w pokornej ekspiacji. Lwów potrafi bić i umie ginąć, gdy tego zajdzie potrzeba, lecz nie znosi poczucia beznadziejności i bezsiły.
Jego też genius loci, duch miejsca, bądź – ściślej – lokalny temperament odbijał się zawsze w tworzonej w jego murach sztuce. Radosnej, pełnej werwy i jakże dla tego miasta typowej życzliwej zadzierzystości, którą krok tylko jeden dzieli od dumnego przekonania o swej absolutnej wyższości nad pozostałymi miastami, nacjami i zamieszkałymi przez ludzi globami nawet, bo przecież Lwów jest jeden i drugiego być nie może. Choćby ten Lwów żył już tylko i istniał w sercach jego dzieci.
Taką też sztukę tworzyli wszyscy lwowiacy. Ci z dziada pradziada i przybysze, bo Lwów asymilował z przedziwną łatwością i potrafił nawet wrogów przeciągnąć na swoją stronę. Sławna jest odpowiedź panny Izy Liedl von Lilienfels – córki wysokiego urzędnika Namiestnictwa – dana urzędnikowi III Rzeszy, który w roku 1941 wręczył jej z należnym szacunkiem Reichslistę do podpisania.
– Nie, ja tego nie podpiszę.
– Czemu – zdumiał się urzędnik – przecież rodzice Gnaedige Frau byli rodowitymi Austriakami, a łaskawa Pani nawet po polsku poprawnie nie mówi (co było prawdą, przyp. mój J.M.).
– Aber ich bin in Lemberg geboren und denn habe ich eine polnische Seele – lecz urodziłam się we Lwowie i mam polską duszę – odpaliła panna Iza z lwowskim właśnie temperamentem, bo dla niej Lwów i Polska tworzyły jedno. Lecz to dygresja.
Lwowska sztuka oddawała więc, jako się rzekło, ducha miasta i nadal brzmi on w dziełach jego artystów. Lwowskie poczucie humoru i mistrzostwo wykonania zapewniły sławę Janowi Ziarnce, znanemu we Francji pod nazwiskiem le Grain, lecz z nieodzownym uzupełnieniem „Leopoliensis”, jak sygnował swoje prace, na którym wzorował się wielki Jean Jacques Callot wraz z plejadą paryskich zwłaszcza artystów, takie też były roztańczone postacie wyszłe spod dłuta rodziny Fesingerów, z których jeden, Fabian, wyrzeźbił figurę błogosławionego Jana z Dukli, stojącą przed bernardyńskim kościołem na wysokiej kolumnie. I dzieła Pinzla, Osińskiego, Wolańskiego, Starzewskiego i tylu innych, bez których nasza sztuka byłaby uboga i niepełna. Zwłaszcza niepełna.
Bo czymże byłby nasz, jakże polski sarmatyzm, skądinąd pierwsza w Europie próba samoidentyfikacji, bez lwowskiego udziału, bez jakże dla sarmatyzmu typowych „splendorów” wykonanych w lwowskich warsztatach, bez bogatej broni i kobierców, jedwabi i adamaszków, trzęsień na czapkach i piór „samemu Feniksowi z ogona wydartych” a sto dukatów sztuka, które tak wydatnie podkreślały i podnosiły godność karmazynów.
Tak, bez Lwowa nasza sztuka byłaby uboga i niepełna, wszak gdyby nie Jan Maszkowski, nie byłoby Juliusza Kossaka i ciężko chorego piewcy naszych narodowych tragedii, Grottgera. Lecz nawet jego do ostatnich dni nie opuszczała nadzieja. I humor, będący jej widomym przejawem. Nawet on wierzył do końca, więc był pogodny, i taka była też jego sztuka: spokojna i klasyczna w swej urodzie, na przekór przedstawianym scenom, boć przecie non omnis moriar. Nie wszystek umrę, a przeżyje to co najcenniejsze, bo nieśmiertelne.
Lwowscy artyści... Dowcipny nawet w bizantyńskim hieratyzmie Rosen, i wytworny we wszystkim, co czynił, malarz pięknych dam, lecz i kosmatych Hucułów Axentowicz, i Sichulski, zwany dla swego temperamentu „nieokiełzanym”, i tylu jeszcze innych, których wystawiający dziś swe dzieła są godnymi następcami i kontynuatorami.
Gdyż tylko to ich łączy: lwowski temperament i optymizm, przełożony na język plastycznych znaków, na pulsujący pogodnym światłem koloryt obrazów Joniaka i romantyczny światłocień fotogramów Łagockiego i Plewińskiego, dynamika kompozycji Skulicza i werwa obrazów Berdaka, i dzieła małżeństwa Wajdów i rodzeństwa Macedońskich, i Eugeniusza Wańka i... wszystkich i każdego z osobna. Tych, którzy już razem wystawiają, i tych, którzy do nich dołączą, bo taka wystawa powinna mieć swą kontynuację.
Zaś w lwowskim języku „powinna” – znaczy – będzie miała. I szlus.