Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

KULTURA, NAUKA

FOTOGRAFIA TEATRU – TEATR FOTOGRAFII
W Krakowie pokazano w marcu/kwietniu twórczość fotograficzną Aleksego Jutina, Rosjanina (urodzonego w Petersburgu w 1940 r.), który od kilkudziesięciu lat żyje we Lwowie, a od 32 lat jest nadwornym fotografem tamtejszego Teatru Polskiego.

Znamienne, że ten Rosjanin z narodowości, przybyły do Lwowa w czasach, gdy polskość została z tego miasta wygnana i systematycznie jest od półwiecza zacierana, gdzie panują obce języki i obce obyczaje, doskonale wyczuł to, czego ze Lwowa usunąć się nie da: ducha tej polskości, którym tchnie każdy kamień. Ów dorastający we Lwowie przybysz z dalekiego kraju zorientował się doskonale, gdzie – zapewne nie z własnej inicjatywy – się znalazł. W swojej działalności zawodowo-artystycznej związał się przeto Jutin ze środowiskiem polskim, nielicznym wszak, zepchniętym na margines życia miasta-molocha (takim jest dzisiejszy Lwów), ale w tamtym krajobrazie najbardziej naturalnym, autentycznym. Nie jest zresztą Jutin jedynym przedstawicielem napływowej ludności – jej bardziej wrażliwej warstwy – który w taki sposób odebrał ducha Lwowa.


Urządzono dwie równoległe wystawy zdjęć Jutina. Pierwsza, obszerniejsza, w Galerii Domu Polonii „Wspólnoty Polskiej”, dotyczyła właśnie Teatru, druga – przedstawiająca osobistą twórczość fotografika – znalazła się w Mini-Galerii Śródmiejskiego Ośrodka Kultury. Obie wystawy zostały otwarte tego samego dnia (z półtoragodzinnym przesunięciem) i obie zaprezentował prof. Zbigniew Łagocki (z ASP w Krakowie, lecz urodzony lwowianin), który znakomicie scharakteryzował równoległe nurty twórczości Jutina. Na otwarcie przybyła Pani Wiceprezydent Krakowa Teresa Starmach i wielu fotografików krakowskich (wśród nich Adam Bujak i Wojciech Plewiński). Ze Lwowa przyjechała dyrekcja Teatru Polskiego: Zbigniew Chrzanowski i Walery Bortiakow oraz aktorki Jolanta Martynowicz i Krystyna Grzegocka. Martynowicz i Chrzanowski odegrali scenę z „Wesela” Wyspiańskiego, które kiedyś było wielkim sukcesem lwowskiego Teatru.
Tytuł niniejszego omówienia oddaje istotę dwóch nurtów twórczości Aleksego Jutina: fotografia teatru to rzecz jednoznaczna, natomiast do drugiego nurtu doskonale pasuje odwrócenie tych słów: teatr fotografii. Wyjaśnia to Z. Łagocki w folderku wystawy w ŚOK:
Fascynująca jest wyobraźnia Alexeya Jutina. Wykreowana rzeczywistość, w której rozgrywają się przedziwne wydarzenia – pełne metafor, poetyki, teatralnych gestów, bajkowych sytuacji. Podczas gdy wokół tyle okrucieństw, brutalności, wulgarności i prostactwa, Alexey nie waha się przed pokazaniem nam prawdy swoich marzeń, swojej wyobraźni, tworząc wizję pełną tajemnic, niedopowiedzeń, wieloznaczności sytuacji – pogodną i pełną humoru.
Alexey Jutin fotografuje Teatr Polski we Lwowie – i nie wiem czy ta praca w teatrze spowodowała, że wszędzie go widzi, czy też fotografuje teatr, ponieważ to Jego metafora świata.
Liryka zdjęć Alexeya jest przewrotna, dostrzega ją bowiem w sytuacjach, w których trudno jej szukać. Piękną dziewczynę ukazuje nie na łące pełnej kwiatów, ale w na pół zrujnowanym wnętrzu. Zdewastowana ulica czy fragment opuszczonego domu stają się w Jego ujęciu fragmentem baśniowej rzeczywistości. Elementem niezwykle wesołym w fotografiach Alexeya Jutina są ludzkie postacie. Dopiero one nadają zdjęciom właściwy sens. To zderzenie delikatnej „tkanki ludzkiej” i szorstkiej rzeczywistości ukazywanego otoczenia wywołuje u odbiorcy napięcie emocjonalne.
Najbardziej wartościowe w twórczości Alexeya Jutina nie są ani warsztat fotograficzny, ani efekty poszukiwań sensacji i drastyczności – ale Jego wrażliwość i wyobraźnia, kreująca sytuacje pełne uroku, poezji i bajkowego czaru.
Maria Klara Bohomolec


MŁODZIEŻ SĄDECKA W RUDKACH
W tym roku mija 125. rocznica śmierci Aleksandra Fredry, wielkiego komediopisarza i lwowianina. Z tej okazji przedstawiamy relację dra Jerzego Masiora – nieocenionego propagatora dziejów i kultury polskiej Lwowa (szeroko rozumianego) głównie wśród młodzieży – z wizyty młodych sądecczan we Fredrowskich Rudkach.

Rudki leżą na szlakach wędrówek młodzieży z IV LO z Nowego Sącza po Kresach. Zazwyczaj wcześniej zwiedza się Lwów, Olesko, Krzemieniec, czasem Zbaraż, Tarnopol, Drohobycz, a niekiedy jeszcze Stare Sioło, Chodorów, Żydaczów. Wszystko to zależy od czasu i funduszy.
Niekiedy młodzież z tego szczególnego liceum sądeckiego zapędza się także na Kresy północne – śladami Adama Mickiewicza. Zawsze pod wodzą swojego dyrektora mgra Bogusława Kołcza, wytrawnego humanisty i polonisty, wiodącego swych uczniów śladami polskiej kultury i jej wybitnych kresowych przedstawicieli.
Stąd Rudki na szlaku tych wędrówek. Docieramy tam zazwyczaj na końcu, a więc już dostatecznie nasiąknięci klimatem Ziemi i dowodami na to, jak wiele, co dziś pulsuje w kulturze polskiej – zwłaszcza w jej literaturze – ma tamtejsze rodowody. Każdego roku młodzież bywa tu po raz pierwszy, a my przekazując historię Ziemi i ludzi, bacznie obserwujemy młodych: jak słuchają, jak patrzą, jak w końcu „dotykają” tego co tu polskie, co świadczy o przeszłości dobitnie, a co tli się zaledwie. Ich reakcje na to, co tu zastają, są dla nas ważne, bo będąc nauczycielami tych lekcji na żywo – uczymy się sami, jak mówić, jak pokazywać, by zasiewać w młodych umysłach pamięć. Przecież te dojrzewające umysły są jeszcze świeże i chłonne.
Na Rudkach zależy nam szczególnie, bo tu jak w zwierciadle odbija się całe tamto współczesne państwo – z jego ekonomiczną zapaścią także na wsi, i z losem polskich zabytków, nawet tak znaczących jak świątynia, w której spoczywają doczesne szczątki Aleksandra Fredry.
Rudki to obecnie ni wieś, ni miasteczko. Można tam dojechać z różnych stron, zarówno od A4, czyli głównej trasy ze Lwowa do Medyki, jak i od Drohobycza. W centrum miasteczka wznoszą się mury świątyń, w tym wzniesionej ostatnio nowej cerkwi, oraz ładnie położony na niewielkim wzniesieniu kościół rzymskokatolicki z kaplicą Fredrów i wolnostojącą barokową dzwonnicą (popadającą do niedawna w ruinę, na której gzymsach panoszyła się już bujna roślinność, ale wreszcie z trudem poddana renowacji).
Oddajmy jednak głos uczniom, bo wydaje mi się, że jest to sprawa najważniejsza. Zachowuję dosłowność i stylistykę (przymrużmy na nią oko) – treść tu się liczy przede wszystkim.

Dzień spędzony w Rudkach był bardzo pouczający. Uświadomiłam sobie, jak zapomniany został Fredro. Na grobie Fredry leżą wieńce od IV LO. ... Tamtejszy ksiądz mieszka w opłakanych warunkach. Jest mu ciężko. Nie rozumiem, dlaczego Polacy zapominają o swoim najwybitniejszym komediopisarzu ...
Co tam zobaczyłam, wydało mi się opuszczone i zaniedbane. ...
Wydaje mi się, że Rudki zupełnie nie pasują do Fredry, że powinien być pochowany w miejscu bardziej dla niego godnym.
Dobrze, że istnieją w świecie takie miejsca, które przypominają nam, że Polska nie zawsze mieściła się w tych samych granicach ...
... stary, skromny kościółek, obok niego dzwonnica, której już dość dawno przydałby się gruntowny remont, oraz dom, a właściwie ruiny domu, w których, jak się później okazało mieszka proboszcz tamtejszej parafii.
... rzeczywiście byliśmy i n n i pośród tej masy ludzi, która wyległa z kościoła, a przecież tak jak oni byliśmy Polakami.
... sam ksiądz powiedział, że prócz naszej szkoły nikt tu nie przyjeżdża.
Grób pisarza ozdobiliśmy zielonym wieńcem, jakże innym od tej całej szarości, która go otacza. Wielki Polak jest samotny w krypcie, w ścianach zimnego kościoła. ... Polacy podziwiają jego dzieła, jednak nawet nie wiedzą, gdzie spoczywa.
Wielką atrakcją był widok kości ludzkich wykopanych z podziemi kościoła.
Msze są tam odprawiane w języku polskim, może to jedno w jakiś sposób umila odpoczynek w wieczności Fredrze.
Moim zdaniem póki kości Polaka spoczywają tam, na ziemi ukraińskiej [sic!], polskość nie zaginie. Teraz gdy będę przerabiać utwór Fredry, myślami sięgnę do miejsca jego spoczynku, do małych Rudek.
Zdziwiło mnie, że nikt prócz naszej grupy nie odwiedził grobu Fredry, choć był to rok, w którym była obchodzona rocznica jego śmierci.
Grób był brudny. Na pokrywie znajdowała się flaga polska, obrazek Jana Pawła II oraz kilka sztucznych kwiatków. Położyliśmy szarfę z napisem świadczącym o naszym tu pobycie. Oglądnęliśmy jeszcze kości przodków Fredry i wyszliśmy z piwnicy.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie jego grobowiec, chociaż był bardzo podobny do innych, to jednak pozostawiał w sobie jakąś wielkość, wyniosłość, tajemnicę.
Szczególnie zapadło w mej pamięci poświęcenie, z jakim proboszcz tamtejszej parafii pełni funkcję „stróża polskości”.

Tyle młodzież. Pisane to było w formie kartkówki w kilka dni po powrocie z wycieczki, a więc wrażenia jeszcze ciepłe, jeszcze nie poszufladkowane, nasączone emocjami, o które na pewno i w Rudkach, i na całej tamtej Ziemi nietrudno, zwłaszcza gdy chodzi się tam polskimi śladami: nad zapadającą się mogiłą z polskim nazwiskiem, przed idącym w ruinę kościołem czy nawet zamkiem, przed figurą, której utrącono głowę po to tylko, by w zaślepieniu niszczyć – bo rzeźbiarz nie miał przodków na Siczy.
Znam wypracowania młodzieży z innych odcinków naszej podróży, w tym ze Lwowa. Wszędzie dostrzegali to, co dostrzec powinni, niczego nie podpowiadaliśmy, chcąc by było to ich autentyczne świadectwo, ich kresowe doświadczenie. Myślę, że zapiski młodzieży układają się dość zgodnie, gdy opisują stan materialny Rudek. Rzeczywiście jest on zły. Autorzy odnowienia kaplicy i krypty Fredrów jakby na tym poprzestali. A przecież ta kaplica należy do tej samej kresowej świątyni, która jest zawilgocona, z odpadającymi tynkami, choć w czasie nabożeństw modlitewnie rozkołysana. Wierni nie zawsze używają języka polskiego, ale do katolicyzmu i do swojego proboszcza chętnie się przyznają.
Refleksja nad naszymi Kresami i nad obecnością tam naszej młodzieży jest jedna i niepodważalna: nie ustrzeżemy tej ziemi od zapomnienia, jeżeli będzie to tylko pamięć podręcznikowa. Na dodatek nie znam podręcznika historii, obiegowego dziś w szkołach, który rzetelnie opisywałby dzieje wschodnich obszarów I i II Rzeczypospolitej i ten czas, który nie skąpił nam nie tylko bitew w jej obronie tam stoczonych, lecz także tam zrodzonych wodzów, wieszczów narodowych największych i innych, którzy w sposób monumentalny zaważyli, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Jedna z uczennic, która ubiegłego roku była we Lwowie i na Wołyniu, opisała swoje wrażenia lapidarnie: gdybyśmy tam nadal byli, to ziemia ta wyglądałaby inaczej... Jakże ważne słowa zapisała ta 16-letnia dziewczyna. Który to już raz zadumałem się nad Jałtą...
Jerzy Masior
Nowy Sącz, w lutym 1998

Kronika
• W lutym dość nieoczekiwanie otwarto w krakowskiej galerii Rostworowskiego (wespół z galerią w Będzinie) wystawę obrazów lwowskiego malarza Romana Sielskiego (1903–90). Sielski był przed wojną członkiem grupy „artes” (tak, małą literą!), która zawiązała się w r. 1929 i trwała przez kilka lat. Pierwszym prezesem był właśnie R. Sielski, dziś całkiem w Polsce zapomniany, bo po wojnie pozostał we Lwowie i związał się z kręgami nienaszej kultury. Swoje studia malarskie rozpoczął we Lwowie, kontynuował na ASP w Krakowie, edukację dopełnił w Paryżu. Jego mistrzami byli Pankiewicz – duchowy ojciec kapistów, Sichulski oraz Fernand Leger.
Prezentowane na wystawie obrazy pochodzą z powojennego, niepolskiego okresu twórczości Sielskiego (podpisane cyrylicą). Artysta działał we Lwowie jako pedagog na uczelni artystycznej (wspominała o nim w swoim artykule w CL 4/99 Krystyna Grzegocka, zamieściliśmy tam też reprodukcję jego przedwojennego obrazu).
Przy okazji warto wspomnieć, że grupę „artes” omawia książka Piotra Łukaszewicza Zrzeszenie Artystów Plastyków Artes 1929–1935 (wyd. Ossolineum, 1975). Do grupy należeli: Otto Hahn, Jerzy Janisch, Aleksander Krzywobłocki, Ludwik Lille, Aleksander Riemer, Roman Sielski, Margit (Reichówna) Sielska, Ludwik Tyrowicz, Marek Włodarski (wł. Henryk Streng), Stefan i Tadeusz Wojciechowscy, Mieczysław Wysocki i okresowo kilka innych osób.

• Pan Wojciech Dzieduszycki został doktorem honoris causa Akademii Muzycznej we Wrocławiu.
 
• W marcu br. mija 10. rocznica rozpoczęcia akcji inwentaryzacji kościołów w Małopolsce Wschodniej, prowadzona przez Instytut Historii Sztuki UJ oraz krakowskie Koło Studentów Historii Sztuki, pod kierownictwem prof. Jana Ostrowskiego, zarazem dyrektora Wawelu. W naszym kwartalniku corocznie relacjonujemy postępy prac, a także ukazywanie się kolejnych tomów Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na ziemiach wschodnich (...), w których publikowane są efekty akcji inwentaryzacyjnej. Na całość tej akcji (prowadzonej zawsze w miesiącach wakacyjnych) sładają się zarówno prace w terenie – fotografowanie istniejącego stanu obiektu i jego szczegółowe opisywanie, jak i prace poszukiwawcze w literaturze, archiwach oraz w muzeach i kościołach (po tej i tamtej stronie granicy, także w cerkwiach), do których trafiły po II wojnie przedmioty wyposażenia wewnętrznego inwentaryzowanych obiektów.
Po zakończeniu inwentaryzacji na obszarze Małopolski Wschodniej (archidiecezji lwowskiej) naukowcy krakowscy zamierzali podjąć prace na Wołyniu, tam jednak spotkali się z odmową lokalnej administracji ukraińskiej. Kolejnym więc polem prac jest teren Ukrainy (za Zbruczem).
Z okazji rocznicy odbyło się publiczne spotkanie w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie, na którym prof. Jan Ostrowski opowiedział o początkach i dziesięcioletnim przebiegu akcji, trudnościach i odkryciach, a także o współpracownikach, którymi byli i są pracownicy naukowi IHS UJ oraz studenci historii sztuki. Następnie dyrektor MCK, prof. Jacek Purchla, i zarazem wydawca tomów Materiałów, opowiedział o swojej niedawnej podróży do Małopolski Wschodniej wraz z gronem innych osób. Wśród serii przeźroczy zobaczyliśmy m.in. tragiczne zdjęcia dwóch bezcennych zabytków naszej architektury i historii – kościoła zamkowego w Brzeżanach oraz kościół w Podhajcach, których pogarszający się stan musi doprowadzić niebawem do nieodwracalnej katastrofy. Zadano prelegentom pytanie, czy ta sprawa jest rozważana w odpowiednich instytucjach – chodzi wszak przynajmniej o nakrycie dachami obu budowli (stare dachy, przed paru laty jeszcze istniejące, ostatecznie się zawaliły). Rozumiemy, że sprawa ta nie należy do kompetencji obu Panów, jednak ich pozycja i autorytet mogłyby pomóc w poruszeniu sumień decydentów. O sprawie tych kościołów pisaliśmy już w CL, wyrażaliśmy też zdziwienie, że znajdują się pieniądze na odnowę polichromii kościoła z przełomu XIX/XX w. w Kołomyi (niczego nie ujmując Kołomyi), natomiast dla ratowania tamtych, stokroć ważniejszych dla naszej kultury obiektów, nie ma zainteresowania.
Na spotkaniu zaprezentowano świeżo wydany tom 8 Materiałów do dziejów sztuki sakralnej, który omawiamy w dziale Nowe książki.

• W Krakowie w Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” (niegdyś podmiejskiej siedzibie biskupów krakowskich) odbyły się w marcu i kwietniu spotkania z Bolesławem Bachmanem, profesorem Politechniki Łódzkiej, który opowiadał o swoich latach spędzonych na studiach we Lwowie w okresie międzywojennym, oraz o poecie lwowskim Tadeuszu Hollendrze. B. Bachman jest z urodzenia złoczowianinem, absolwentem Politechniki Lwowskiej, był uczestnikiem kampanii wrześniowej ‘39 i jeńcem sowieckiego łagru. Jest członkiem i działaczem TMLiKPW.

• W krakowskim Muzeum Historii Fotografii czynna była w marcu wystawa twórczości fotograficznej i malarskiej Pawła Bielca, sędziwego fotografa, który przez przeszło sześćdziesiąt lat prowadzi własny zakład w Krakowie, najpierw przy ul. Karmelickiej, a od niedawna przy pl. Inwalidów. Przechodnie pamiętają wystawione od kilku dziesięcioleci w witrynie zakładu zdjęcie Karola Wojtyły z lat studenckich, które Bielec wykonał.
P. Bielec urodził się w 1902 r. w Dynowie, w Ziemi Przemyskiej, a zaraz po I wojnie otworzył we Lwowie zakład fotograficzny, który prosperował przez lat dziesięć. Potem przeniósł się do Krakowa (we Lwowie była zbyt duża konkurencja!). Studiował tu też na ASP, a jego profesorami byli m.in. znakomici uczeni o korzeniach wschodniomałopolskich: Fryderyk Pautsch i Czesław Rzepiński.
Na wspomnianej wystawie znaleźliśmy kilka miejskich pejzaży Lwowa, sfotografowanych przez Bielca w jego lwowskich latach.

• Najmłodszą osobą odznaczoną w Polsce jest 13-letnia Sylwia Homoncik ze Szkoły Podstawowej w Maciejowej k. Nowego Sącza. Sylwię i pięcioro innych młodych artystów z I, II i IV LO w Nowym Sączu Złotą Odznaką TMLiKPW uhonorował Zarząd Główny Towarzystwa. Wszyscy są członkami zespołu stworzonego przez dra Jerzego Masiora i z ogromnym powodzeniem prezentują lwowskie programy na licznych festiwalach i imprezach w całym kraju. Jerzemu i Laureatom serdecznie gratulujemy! Kiedy wreszcie wystąpicie w Krakowie?