Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

LISTY DO REDAKCJI

Przed opracowaniem niniejszego numeru zwróciliśmy się do spadkobierczyni praw autorskich Mariana Hemara, pani Włady Majewskiej w Londynie, z prośbą o wyrażenie zgody na opublikowanie jego utworów w tym numerze. Oto fragmenty odpowiedzi:
    
Do Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Płd-Wschodnich, na ręce Redaktora Naczelnego kwartalnika „Cracovia-Leopolis” WP. A. Chlipalskiego.
[...] Ależ oczywiście! Nie tylko wyrażam pełną zgodę na opublikowanie w tak doskonale redagowanym kwartalniku „Cracovia-Leopolis” wybranych przez Panów wierszy Mariana Hemara, ale także przesyłam trochę materiałów i pewne sugestie. Są to wybrane przeze mnie wiersze oraz słowa wstępne rozmaitych wydawnictw emigracyjnych i krajowych, które nadają się do użycia na setną rocznicę urodzin autora [tu wymienione przysłane materiały].
A teraz, na zakończenie, parę słów o tablicy, która według planów p. Romana Hnatowicza miałaby być wmurowana na Skałce dla upamiętnienia trzech poetów emigracyjnych, którzy piórem walczyli o niepodległość Polski: (Kazimierz Wierzyński, Jan Lechoń i Marian Hemar) [następują robocze sugestie].
[...] Panu i całej Redakcji przesyłam wiele gorących uścisków i pozdrowień.
Londyn, 12.3.2001


Pisze z Gliwic p. Jerzy Korczowski:
   
[...] Serdeczne podziękowanie za przesyłkę nowego egzemplarza nr 4/2000 „Cracovia-Leopolis” – krakowskie, pożyteczne i z kulturą słowa i układu treści prowadzone, kresowe – a wszak w pełni ogólnopolskie czasopismo o znamiennym, trafnym, patriotycznym tytule. Jakby przypadkowo w obu wstępnych, doskonale ujętych tekstach początkowych – ale oczywiście stosownie nawiązujących do faktu znalezienia się pisma polskiego na przełomie wieków i w specyficznej narodowej sytuacji – znajdujemy niepokoje wokół polskiego losu, zacienionego niejasnymi zabiegami nad jego destrukcją.
Z pobieżnego przeglądu „CL” i jego interesujących, licznych, dłuższych i „przypiskowych” tekstów wydaje się wynikać, że Szanowna Redakcja, wiedziona inspiracjami i sugestiami równie Szanownej Rady Redakcyjnej, z dużym pożytkiem jeszcze lepiej utrafia w „zapotrzebowanie społeczne”: nie unika jawnie krytycznego osądu wydarzeń na kresowych polach i polemicznego zacięcia wokół słuszności naszego stanowiska. [...]
A o władyce Szeptyckim pisze się w przychylnych urywkach, podając życzliwe informacje o jego sugestiach do „optowania przy Polsce”. A jego jawnie prohitlerowskie sugestie dla duchowieństwa i ludu, zrealizowane w postaci zbrodni na narodzie polskim na Wołyniu, Podolu i Wsch. Małopolsce? To, że był on „postacią skomplikowaną, ale nie świetlaną” – to chyba nazbyt delikatne ujęcie. [...]


Dziękujemy. Trafia Pan w sedno.

Pani Maria Barbara Hetnał, wnuczka poety Lucjana Rydla, a córka Lucjana Rydla juniora, którego życiorys przedstawiliśmy w CL S/2000, nadesłała nam – o czym wspomnieliśmy w poprzednim numerze – wyjątek z pisanych obecnie swoich wspomnień. Fragment ten dotyczy lat spędzonych w Kremerówce pod Chodorowem.

NOWY ROK 1938
Dzień Nowego Roku zaczął się u nas w Kremerówce podobnie jak w latach ubiegłych. Rano stangret ojca Tomko wprowadzał do holu – przystrojonego w bibułkowe kwiaty i kolorowe wstążki w zaplecionej grzywie i ogonie – naszego prywatnego konika huculskiego, siwego albinosa, noszącego oficjalnie imię Ibis, ale przez nas nazywanego po prostu Kucem. Był to miły zwyczaj składania życzeń przez Tomka, co zapewne opłacało mu się finansowo.
Po powrocie z kościoła, my dzieci dostawałyśmy obiad wyjątkowo w pokoju dziecinnym. W tym czasie w dużej przeszklonej jadalni, dobrze w tym dniu ogrzanej, rodzice podejmowali obiadem wszystkich, chyba dziesięciu rządców folwarków należących do Cukrowni S.A. Chodorów, w której ojciec był dyrektorem dóbr. Panowie przyjeżdżali bez żon, tylko by złożyć życzenia. Po obiedzie i po wypiciu w salonie kawy z koniakiem rozjeżdżali się do domów. My, to znaczy ja i moich dwóch braci bliźniaków, obserwowaliśmy z półpiętra najpierw przyjeżdżające, a później odjeżdżające sanie. Był to piękny widok, gdy tak posuwały jedne po drugich, z dźwiękiem janczarów, przystrojone. Konie w uprzęży czarnej lub brązowej ze świecącymi złotymi lub srebrnymi ozdobami, a wszystko wyczyszczone i błyszczące. Przy głowach kolorowe pompony i barwne wstążki w zaplecionych grzywach i ogonach.
Wieczorem przychodzili kolędnicy ze wsi i odgrywali jasełka. Była naturalnie Święta Rodzina, Herod z całym dworem, pastuszkowie, wieśniacy, Trzej Królowie, Żyd i naturalnie przerażająca śmierć oraz nieznośny diabeł. Było ich nieraz tak dużo, że ledwie mieścili się w dosyć przestronnym holu. Święta ruskie były dopiero za tydzień, tak że czasem kolędnicy przychodzili znowu w święto Trzech Króli. Trochę się bałam diabła, czarnego i machającego batem, i śmierci – chudej, w białym prześcieradle z ubieloną twarzą, z kosą w ręku.
Tak było co rok, odkąd mieszkaliśmy w Kremerówce i wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Nie wiedziałam, że było to po raz ostatni w  moim życiu. Wszystko, co działo się w tym 1938 roku, było dla mnie i mojej rodziny po raz ostatni. Nowy Rok 1939 obchodziliśmy już w innym domu i w innych warunkach. Ojciec przeszedł do pracy w Cukrowni Chybie na Śląsku Cieszyńskim.

W innym miejscu tego numeru zamieszczamy apel autorki w  sprawie dawnych mieszkańców Kremerówki.