Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alfred Senze, Z TAMTYCH LAT, TAMTYCH DNI (2)

Wspomnienia z Akademii Medycyny Weterynaryjnej w okresie okupacji sowieckiej we Lwowie
W pierwszych dniach po zajęciu uczelni przez sowietów, kręcili się po niej ciągle żołnierze NKWD, pilnie notując stan narkotyków oraz środków znieczulających i oszałamiających. Dotyczyło to przede wszystkim klinik i apteki weterynaryjnej, znajdującej się w Katedrze Farmakologii. W miarę upływu czasu znikało pospolite żołdactwo, a ich miejsca zajmowali lepiej ubrani z wyczyszczonymi butami, zlani wręcz perfumami, które czuć było na daleką odległość. Znikali więc przedstawiciele tego niedoścignionego Kraju Rad, co tylko wiecznie pytali o „czasy” lub palili papierosy kręcone w gazetach „Prawda”, wetkniętych w końcówki cygara, ciągle powtarzając: Polaczki to chytry naród; zakrutysz dym nie idiot, odkrutysz dym idiot. Zabrali nam także z naszej kliniki bojca, z którym często znając dobrze język rosyjski rozmawiał doc. Moraw. Słuszaj – pytał – mnogo u was oruża (dużo u was broni)?
O mnogo, mnogo. A mnogo u was ikry (kawioru)? U nas bolsze ikry kak oruża. On rastyt na wsiakij kusty osobenno w werchu (on rośnie na każdym krzaku, szczególnie
w górach). Ten wisielczy humor nie usuwał jednak ogólnego przygnębienia panującego na uczelni. Nie można było przejść obojętnie nad wbitym nożem w plecy dogorywającej Rzeczypospolitej. Raniły nas bardzo słowa rzucane pod naszym adresem tak na ulicy, jak i na uczelni: Polszy niet, nauczytsia ukrainskogo jazyka. Niektórzy studenci ukraińscy zadawali pytania lub udzielali odpowiedzi z pełną prowokacją tylko w języku ukraińskim.

Muszę tutaj podkreślić godne zachowanie się doc. Grzyckiego, który z Polakami rozmawiał tylko w języku polskim, przyznając się jeszcze przed wojną do narodowości ukraińskiej. Prowadził on ze swoją żoną naukę dobrych manier towarzyskiego zachowania się na ulicy i w domu państwa Czinczenko. Poprosił go o to dyr. Czinczenko z żoną. Pierwszym zaskakującym nas znakiem tych lekcji było zdejmowanie czapki i uścisk dłoni przy podejmowaniu rozmowy. Widać było, że sprawia mu to największą przyjemność. Po kilku miesiącach szkolenia państwo Czinczenko wydali w domu, ale tylko dla profesorów i docentów, wspaniały obiad. Według doc. Morawa tak pod względem kulinarnym, jak kulturalno-towarzyskim spotkanie było na najwyższym poziomie. Dyr. Czinczenko uciekł potem z Niemcami i osiedlił się w Kanadzie. Jego zaś list, przysłany do Rady Wydziału we Wrocławiu, dowodził, że istotnie lekcje udzielone przez doc. Grzyckiego spełniły swój cel: Ja jestem teraz taki szczęśliwy, jakimi wy kiedyś byliście, a Wy jesteście teraz tacy szczęśliwi, jakim ja kiedyś byłem, ale ja Warn życzę, ażebyście byli tacy szczęśliwi, jakim ja teraz jestem.
W tej istniejącej na uczelni sytuacji nie rozumieliśmy, dlaczego prof. Skowroński prowadził wykłady w języku ukraińskim. Wprawdzie chodziło o okres poprzedzający już wojnę niemiecko-sowiecką, to jednak często dyskutowaliśmy na ten temat snując różne domysły. Był przecież Polakiem, oświadczając to publicznie w czasie przedstawiania swego życiorysu na ogólnym zebraniu związku zawodowego. Złośliwi mniemali, że chciał tym ocalić od parcelacji swoją małą posiadłość
z ziemią pod Kołomyją. Przygnębienie wśród Polaków narastało także na skutek włączenia naszych Ziem do Ukrainy, sfałszowanymi wyborami, a wręcz dobijały nas sukcesy militarne Niemców. Żyliśmy więc w skrajnej rozpaczy, karmieni wiadomościami radia londyńskiego (Bum, bum, bum, bum) oraz krążącymi ulotkami. Na uczelni, zgodnie z zasadą obowiązującą w AK, istniał tzw. kiosk jako punkt rozdzielania ulotek pomiędzy najbardziej zaufanych. Przy rozmaitych krążących w nich egzemplarzach widzieliśmy jedyny nasz ratunek w zetknięciu się tych dwóch kolosów. Do tego było daleko, a każdy dzień przynosił nowe osobiste tragedie. W tym wszystkim nie docenialiśmy zupełnie ZSRR, traktując go jako kolosa na glinianych nogach, którego jednak chytry łeb przechytrzył swoich alianckich przyjaciół.
Zima zbliżała się szybkimi krokami. Brak opału daje się dotkliwie odczuć. Za fortepian dostaję dwie mizerne furki porąbanego drzewa, a za kożuch ojca kol. Panczy przywozi trzy worki węgla. Palimy co trzeci lub czwarty dzień. Pozbierane na Persenkówce ziemniaki są całkowicie zmarznięte – jak kamienie. Rezygnujemy z ich przydziału, opłacając jednak koszt ich przywozu. Podobnie jest z żywnością, za którą ustawiają się długie kolejki, czasem bez efektu lub z nieoczekiwanym zakończeniem. Nieraz stoimy przez całą noc na zmianę z poszczególnymi członkami rodziny za cukrem. Sprzedaż na głowę w zależności od sklepu wynosiła od 100 do 250 dag. Częstym zaś zakończeniem takiego wyczekiwania był przyjazd milicji sowieckiej bezpośrednio przed otwarciem sklepu i zabranie całego zapasu cukru z magazynu.
Wobec ogromnej ilości uciekinierów z centralnej Polski w czasie działań wojennych z Niemcami – przez NKWD zostaje otwarty we Lwowie punkt rejestracyjny, celem umożliwienia im powrotu do rodzin. Istnieją przecież dwie Polski – jedna przykryta przez sierp i młot, druga przez czarną swastykę. Zorganizowane przez NKWD transporty jadą jednak w zupełnie przeciwnym kierunku, a po kilku miesiącach od wywożonych, docierają wieści z dalekich rubieży ZSRR. Docierają błagalne prośby o dostarczenie żywności i ciepłej odzieży. Pierwsze sygnały z Kraju Rad są minorowe. Wynika z tego, że wiezieni są w głąb Rosji w makabrycznych warunkach o chłodzie i głodzie. Tylko nielegalną drogą, ucieczką przez zieloną granicę można wyrwać się z tego piekła. Ale i tutaj czyha na uciekinierów szereg niebezpieczeństw. Umawiamy się – ja, kol. Zbyszycki i Dulian (asystent Anatomii), że uciekamy na Węgry czekając na umówiony sygnał z Kosowa. Przez Węgry zamierzamy dostać się na Zachód. Nerwowo nie wytrzymuje tego wyczekiwania kol. Zbyszycki i przedziera się przez granicę w okolicy Rawy Ruskiej. Udaje się mu, a my wciąż czekamy. Po otrzymaniu wiadomości od rodziny z Kołomyi, że tzw. „murowani” przewodnicy prowadzą uciekinierów wprost w ręce granicznego NKWD, rezygnujemy z Wandokantym z tej eskapady. Od Duliana otrzymujemy po kilku miesiącach wiadomość z dalekiego Kazachstanu, że zatrudniony jest przy wyrębie lasu. Prosi o słoninę i ciepłe skarpety. Jak dotąd jest zdrowy i obżera wraz z współwięźniami kości pozostawione przez pilnujące ich psy do śnieżnej białości. Jest zdania, że jest to najdoskonalsza metoda maceracji kości, którą wykorzystać należy w obecnych warunkach pracy zakładu anatomii w kraju. Wysyłamy natychmiast dwie paczki bez żadnej odpowiedzi.
Z początkiem listopada uczelnia nasza przeżywa głęboką rodzinną tragedię prof. Banta. Już z końcem października rozsiewane są pogłoski niewiadomego pochodzenia, że Polacy przeciwko władzy radzieckiej przygotowują zbrojne powstanie, gromadząc broń w grobowcach. W tych czasach grobowce były małymi nadziemnymi kapliczkami o wejściu zasłoniętym potężnymi płytami z mosiężnymi uchwytami. Przed samymi Świętami Zmarłych wszystkie grobowce na Cmentarzu Łyczakowskim i Janowskim zostają dokładnie przeszukane przez NKWD, ale nie zawsze – z powodu ich dużej liczby – dokładnie zamknięte. Mały 6-letni syn prof. Banta uczestnicząc w paleniu świec przy grobowcu potyka się, odruchowo łapie za mosiężny uchwyt płyty i na oczach wszystkich zgromadzonych zostaje przygnieciony potężną marmurową płytą. Zrozpaczony ojciec niesie nieprzytomne dziecko do znajdującej się w pobliżu kliniki prof. Grucy, w której wkrótce umiera. Tragedia towarzyszyła profesorowi do końca życia. Przecież w pierwszych dniach działań wojennych był z rodziną we Włoszech. Mógł nie wrócić, a jednak wrócił, bo tak nakazywał mu patriotyczny obowiązek. A potem nawet dwukrotna próba adopcji osieroconych cudzych dzieci nie powiodła się.
Mówią, że nieszczęścia chodzą parami. Zbliża się kolejna rocznica Rewolucji Październikowej, obchodzona zawsze w listopadzie. Idzie i nasza uczelnia w łunie czerwonych sztandarów po bardzo dokładnym sprawdzeniu listy obecności. Idziemy ulicą Kochanowskiego w kierunku Opery, gdzie czeka na nas trybuna z łowcami polskich faszystów – sowieckich prominentów. Niektórzy z nas w tym pochodzie zaszczyceni zostają niesieniem podobizn wodzów rewolucji: Engelsa, Marksa, Lenina i Stalina. Niesie ją także kilkadziesiąt metrów, wprawiając w ruch wirowy jak kuchenną mątewkę dr Maślak i odstawia pod jednym z drzew ul. Kochanowskiego. Prawie natychmiast kilku nieznanych mężczyzn z chodnika dogania pochód i usiłuje broniącemu się dr. Maślakowi wręczyć powtórnie ten emblemat ludobójcy Stalina. Uchylając się przed tym „zaszczytem”, zostaje wyprowadzony z pochodu i widzimy go po raz ostatni w naszym gronie. Daje o sobie dopiero znać kilka lat później z Włoch, w których korzysta z gościny jako żołnierz gen. Andersa. Nie przypuszczał nigdy, jaki spotka go los.
Coraz częściej zaczynają się po ulicach i domach mieszkalnych łapanki, a ich szczyt we Lwowie osiągnięty zostaje w lutym 1940 r. Wywożeni są mieszkańcy całych bloków i domów. W pierwszej kolejności chodzi o rodziny wojskowych, policjantów, sądownictwa, właścicieli nieruchomości, sklepów, a także księży. Denuncjacja oraz chęć posiadania lepszego mieszkania odgrywają tu ogromną rolę. Potem ma znaczenie nie wykaz imienny, ale zgodność dotycząca ilości. Z domu i mieszkania nie pozwala się im nic zabrać, a na ich oczach dokonuje się rabunku najcenniejszych rzeczy. Zbudzeni w nocy, nie przewidując tego rodzaju akcji, w delikatnej nocnej bieliźnie, przy dużych mrozach, wpychani są na wojskowe ciężarówki i wywożeni na towarowe dworce kolejowe. Tam po kilkadziesiąt sztuk wciskani są par force do nieoczyszczonych po zwierzętach wozów.
Tak też dostaje się wielu naszych kolegów: Szmidt z wysoko ciężarną żoną (później dyrektor w Opolu), Dubrawski, Szeremeta, Żołnierczyk, Flak, Wierzbicki, miejski lekarz wet. Grzywak i wielu, wielu innych, których zawodna pamięć nie jest w stanie tu umieścić. Wszyscy wymienieni i inni przechodzą prawdziwą gehennę, często nie dojeżdżając do miejsc swojego rzekomego przeznaczenia. Zwłoki umrzyków czy noworodków wyrzucane są brutalnie przez ochronę sowiecką z jadącego pociągu lub na miejscu pierwszego przypadkowego postoju. Czasem celowo, jeszcze przed wtłoczeniem do wozów, rozdzielano małżeństwa lub izolowano od własnych dzieci. Stąd też nikt się nie przyznaje do rodziny. Przy jakiejkolwiek opieszałości pojmani są bici kolbami karabinów, a przy fizycznym oporze rozstrzeliwani na miejscu lub trzymani godzinami na mrozie. Na takie niespodziewane piekło ludzie zaczynają się teraz przygotowywać. Wychodząc na ulicę, zwłaszcza w porze wieczornej, nosimy ze sobą małe płócienne woreczki zawierające żelazną porcję: suszony chleb, 25 dag cukru, ciepłe skarpety, mydło i kawał słoniny oraz zaadresowany do rodziny list ze znaczkiem. Takie chlebaki robią przykre wrażenie podczas większych zgromadzeń, np. podczas mszy św. w Katedrze. Inne kościoły zostają zamknięte i przystosowane do potrzeb komuny. Do katedry chodzą nie tylko Polacy, ale i Rusini, Ukraińcy, a nawet przybysze radzieccy. Trzykrotny krzyż, jaki kreślą na piersiach, dowodzi o odżywaniu ich przynależności do rodziny chrześcijańskiej. Piękny gotycki kościół św. Elżbiety staje się magazynem zboża, u św. Anny jest zbiór kas biletowych do tramwajów i autobusów, a następnie sklep meblowy. Inne służą jako dom kultury dla rozbawionej ateistycznej młodzieży i żołdaków z ich małżonkami lub służą do różnych wymyślnych celów, np. portal kościoła i klasztoru przy Domagaliczów zostaje usunięty i zostaje zaadaptowany na główne wejście do Parku Stryjskiego.
Ogólnie obowiązująca zasada ostrożności przed łapankami zaczyna teraz w sąsiedztwie klinik przybierać nowe formy. Na moich nocnych dyżurach odbywanych w ambulatorium chirurgicznym dla małych zwierząt zaczynają się pojawiać nowi mieszkańcy. Do pierwszych należy małżeństwo M. Skurskich, studentów AMWet. Ponoć tak spędzili swoją pierwszą noc poślubną. Przyprowadzają innych z najbliższych ulic. Widocznie kredyt zaufania, jakim mnie darzą, jest duży, bo ilość „torbaczy” stale wzrasta. Obszerny pokój dyżurki staje się wkrótce za mały. Przenoszę więc część bywalców nocnej udręki do dużego pomieszczenia ambulatoryjnego kliniki położniczej dla małych zwierząt. W pierwszym ambulatorium, dobrze opalanym, obozują kobiety ciężarne i osoby starsze, w drugim, zimniejszym – „torbacze” młodsi. Niektórzy z nich przychodzą z kotkami lub małymi psiakami. Cenę ich życia traktują więc na równi ze swoim. Obowiązuje rygor bezwzględnej ciszy i zakaz palenia papierosów. Najczęściej siedzą na własnych składanych krzesełkach lub stołach ambulatoryjnych. Wielu – na linoleum podłogi w oparciu o ścianę ma to swoje etatowe miejsce. Schadzki te rozpoczynały się zwykle między godz. 19 a 20 i trwały do 6 rano. Tej godziny nie można było przekroczyć, ponieważ około 7 przychodzili woźni i rozpalali w piecach. Do mnie należało wietrzenie pomieszczeń i sprawdzanie, czy nie pozostawiono rzeczy osobistych.
W związku z nasileniem się łapanek, zgłaszam chęć pełnienia dodatkowych dyżurów do 4 razy w tygodniu. Dyżury nocne były bezpłatne i rozdzielane między ordynatorów Interny, Położnictwa i Chirurgii. Na moją propozycję godzą się chętnie inni ordynatorzy, a zdziwionemu dyr. Czinczence tłumaczę swój krok niemożnością opalania mojego mieszkania. Dla uzupełnienia dodam, że po wyrzuceniu nas przez sowietów z domów kolejowych w grudniu 1939 r. rozdzieliłem się z rodziną i zamieszkałem przy ul. Grochowskiej 28 wraz z trzema ukrywającymi się zawodowymi oficerami WP. Otrzymując przez AK fałszywe papiery, zostali nauczycielami w szkole podstawowej przy ul. Potockiego. Moja częsta nocna nieobecność była im bardzo na rękę, bo zamiast na podłodze na zmianę wykorzystywali moje łóżko. Tak więc w okresie ostrej zimy w lutym, marcu, a nawet w początkach kwietnia 1940 r. służyłem swoim nocnym przybyszom okupacji sowieckiej klinicznymi pomieszczeniami. Dzięki temu wielu z nich uniknęło podróży w krainę polarnych niedźwiedzi lub przymusowej gimnastyki przy wyrębie lasów w Kazachstanie. Wracając zaś rankiem z mojego wspólnego dyżuru wielu z nich zastawało swoje mieszkanie puste, ograbione i zapieczętowane, a sąsiedzi przestraszeni, zapłakani i zmaltretowani informowali ich, co wydarzyło się tej nocy. Przyznam szczerze, że i ja byłem już tym wszystkim zmęczony psychicznie i fizycznie, witając radośnie nadchodzącą wiosnę i wyraźnie zmniejszającą się liczbę łapanek. Sam zresztą jeszcze przez długi czas byłem „torbaczem”, nosząc płócienną torebkę z opisaną wyżej zawartością. W miejsce jej żywnościowej zawartości wynosiłem potem grudki węgla i szczapy drewna. Tak przygotowywali mnie do następnej zimy moi dwaj zaufani laboranci – Mryc i Kraczkowski (Kruk).
Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, co przeżyliśmy w okresie tzw. wolnych wyborów i przeprowadzonego głosowania za przyłączeniem naszych Wschodnich Ziem do Ukrainy. Wierzyliśmy, naiwniacy, we własne siły, pomoc naszych sojuszników, a nawet prawną sprawiedliwość niedoścignionej Konstytucji ZSRR. Według naszych obliczeń i jednej zdobytej na Zamarstynowie skrzyni z kartami do głosowania wynikało, że ponad 75% głosowało przeciwko włączeniu Lwowa do Zachodniej Ukrainy. Ale następnego dnia, kiedy ogłoszono całemu światu, że 98,7% głosowało za przyłączeniem Lwowa do Zachodniej Ukrainy, mieliśmy dalszy dowód niedoścignionego fałszerstwa. To fałszerstwo świętuje iluminacja Lwowa i uliczne zabawy z udziałem tych wszystkich, którzy w nowych warunkach układali sobie nowe i łatwe życie.
W tych warunkach my młodzi spotykamy się raz w tygodniu u prof. Klisieckiego, zaś dwa razy w tygodniu odwiedzamy doc. Żulińskiego i dr. Cisowskiego w Zakładzie Anatomii Patologicznej, a także często doc. Szwabowicza na Farmakologii. Tam komentujemy zbierane wiadomości z radia Londyn oraz dostarczanych ulotek. Dobijają nas zupełnie militarne sukcesy armii niemieckiej: 19 kwietnia 1940 r. wkracza ona do Danii, 10 maja do Belgii, Holandii i Luksemburga. Belgia po krótkich walkach poddaje się 22 maja 1940 r., a 9 czerwca Norwegia. W dniu 14 czerwca 1940 r. Niemcy wkraczają do Paryża i rozpoczynają okupację Francji. Mimo zmniejszenia liczby łapanek zaostrza się kurs przeciwko Polakom. Wiąże się to z odbytymi w marcu 1940 r. w Krakowie 3-tygodniowymi obradami specjalnych przedstawicieli NKWD i gestapo. Na obradach tych ujednolicone zostają wspólne metody zwalczania konspiracji Polaków na ziemiach okupowanych przez armie – sowieckie i niemieckie. Zaostrzamy więc kontrolę przekazywania ulotek tylko w bezwzględnie pewne ręce. Otrzymane na uczelni działki absorbują teraz nasz wolny czas i łagodzą psychiczne załamania. Posadzone ziemniaki okazują się prawdziwym dobrodziejstwem, pozwalającym przetrwać kolejną zimę.
Od czasu do czasu udaję się na zmianę na Cmentarz Obrońców Lwowa, spotykając się z pierwszymi widomymi znakami działania wandali zacierających ślady zwycięskiego polskiego oręża nad komuną. Jest już uszkodzony główny cokół i umieszczone niecenzuralne napisy. Usuwamy je, a dwukrotnie prowadzimy otwartą bitwę kamieniami z dorosłymi chuliganami. Delegacja nasza w Dzielnicowej Komendzie Milicji gdzie przedstawiamy profanację grobów żołnierzy napotyka na całkowite niezrozumienie i uśmiech na twarzy. Jedyny skrawek ziemi na Cmentarzu Łyczakowskim utrzymany w nienagannej czystości to groby powstańców z 1863 roku przeciwko caratowi.
Raz w miesiącu dostępuję prawdziwego zaszczytu i proszony jestem przez prof. Moraczewskiego do jego mieszkania prywatnego. Częstuje nas specjalnie przez siebie sporządzoną herbatą. Bywalcami są także koledzy: Eliasiewicz, Wandokanty, Tarasiewicz, R. Skurski, Terlecki, doc. Grzycki i kilku nieznanych Ukraińców i Rusinów. Śmiało można powiedzieć, że prof. Moraczewski był wspaniałym znawcą dzieł Puszkina, a różne interpretacje jego utworów pozwalały w takich chwilach zapomnieć o czarnych myślach towarzyszących nam w normalnych dniach rozmyślań o naszym losie. Często nawiązywał również do Mickiewicza czy Słowackiego. Wtedy chyliłem głowę, ukrywając rumieniec wstydu przed zdemaskowaniem własnych wiadomości wyniesionych z gimnazjum. Pokój, w którym nas przyjmował, dostrajał do atmosfery muzealnej ilością dywanów, obrazów, porcelany i obecnego księgozbioru. Natomiast nie wszystkim odpowiadała herbata, ale obecni zgodnie chwalili jej smak i aromat. Wtedy oznaką zadowolenia gospodarza był przyjemny półuśmiech i głaskanie dostojnej, siwej i długiej brody. Jedyny drugi domownik, duży owczarek podhalański, leżąc u stóp swojego mistrza, wydawał od czasu do czasu subtelne pomrukiwania. Z delikatności rezygnowaliśmy z propozycji repety herbaty, ale z prawdziwą zachłannością rzucaliśmy się na winogrona. Ich obecność świadczyła o kontaktach gospodarza z sowieckimi dygnitarzami. Dla nikogo nie było zresztą żadną tajemnicą, że wykorzystywali oni wielką wiedzę internistyczną profesora, przyjeżdżając nawet z dalekich stron – z Kijowa i Charkowa. Wszyscy wiedzieli, że jeszcze w okresie przedwojennym należał on w Szwajcarii do grona znakomitych diagnostów i terapeutów. Jego recepty – szczególnie w zakresie chorób wątroby – przetrwały nawet do dzisiejszych czasów. Winogrona znikały więc błyskawicznie, a ostatnie grona przeznaczał profesor zawsze swemu leżącemu pupilowi.
W tak to różnych warunkach życia upływał nam czas. Swoją wiedzę specjalistyczną poszerzaliśmy o literaturę zgromadzoną w naukowej bibliotece naszej uczelni przy ul. Supińskiego. Gospodarz biblioteki p. Nowicki swoją uprzejmością zachęcał zawsze do częstych odwiedzin. Wielokrotnie nasze wiadomości kontrolował prof. Szczudłowski, rzucając nieoczekiwane pytania z zakresu mojej pracy doktorskiej, zwłaszcza wtedy, kiedy chwytał nas na gorącym uczynku gry w szachy z doc. Morawem z ukrytą szachownicą – w stole ambulatoryjnym. Namawiał nas wtedy zawsze o zwiększenie wysiłku dla zdobycia wiedzy, która procentuje najlepiej – niezależnie od panującego reżimu. Przyrzekaliśmy wtedy solennie poprawę, ale cichaczem robiliśmy dalej to samo.
W maju lub czerwcu 1940 r., siedząc na ławeczce Ortopedii, zaskoczeni zostajemy nagle niecodziennym widokiem. W dwukonnej bryczce powożonej przez sowieckiego żołnierza na tylnym siedzeniu był cywil w otoczeniu trzech uzbrojonych w karabiny nadziane bagnetami NKWDzistów. Surowy wyraz ich twarzy i zapięte pod brodami paski świadczyły o bardzo urzędowym charakterze wizyty. Cywil trzymał większą laboratoryjną kolbę wypełnioną bladożółtym płynem. Cywilem okazał się dr Brill, późniejszy profesor bakteriologii w SGGW, płyn zaś rozpuszczonym rivanolem. Przybywa na uczelnię szukając obrony. Został bowiem podejrzany o sabotaż spowodowany użyciem płynu, po którym doszło do upadku leczonych cieląt. Oczekujemy długo na wynik ekspertyzy. Niepokój udziela się innym i grono się powiększa. Badania z wprowadzonym cielętom dożylnie rivanolem przeprowadzają: doc. Hamerski i Parnas. Długie wyczekiwania zakończone zostają pomyślnym dla „sabotażysty” wynikiem ekspertyzy. Widocznym tego znakiem jest zdjęcie pasków z bród żołnierzy oraz bagnetów z karabinów. Także swobodniejszy wyraz ich twarzy oraz uśmiech dr. Brila świadczą o pozbyciu się tego wspólnego koszmaru. Teraz żołnierze pozwalają zbliżyć się do „podejrzanego” i kontynuować rozmowę.
W dalszych tygodniach polepsza się nieco sytuacja żywnościowa, wybitnie wzmocniona zbiorami ziemniaków z działki oraz łagodniejszym przebiegiem zimy. Zbliża się także wcześniejsza wiosna. Prawdziwie i długo oczekiwana Wiosna Ludów 1941 r. Mnożą się wszystkie znaki na niebie i ziemi, że coś się dzieje. Moi współlokatorzy obarczają mnie coraz większą ilością ulotek, przygotowując do wspólnej zbrojnej akcji. Coraz częściej nie wracają na noc. Ulotki, zgodnie z obowiązującą zasadą, „w kioskach” dostarczam tylko bardzo zaufanym, nawet Rusinom – kolegom Zającowi i Sawczukowi. Byłem zdumiony, kiedy pewnego dnia zjawił się u mnie doc. Grzycki, a odciągnąwszy mnie na bok powiedział: – Fredziu, włóż mi w prawą kieszeń mego fartucha swoją receptę. Chodził zawsze w czarnym aksamitnym laboratoryjnym fartuchu. Zaryzykowałem, zwłaszcza że kontakty doc. Grzyckiego z dyr. Czinczenką były coraz częstsze i doc. Grzycki częściej odwiedzał go w rektoracie. Według „swego”, wizyty takie i przeprowadzane rozmowy odbywały się zawsze przy drzwiach zamkniętych od wewnątrz. Dyr. Czinczenko nie pozwalał wpuszczać w tym okresie nikogo. Po wyjściu doc. Grzyckiego czuć było zawsze wyraźnie spaleniznę i papier w popielniczce. Obydwaj należeli do niepalących.
W mieście coraz bardziej wzrasta niepokój. Oblegane są sklepy spożywcze i monopolowe. Wódka, o którą wręcz staczane są bójki w tasiemcowych kolejkach, staje się najchętniej poszukiwanym towarem, za który wszystko można dostać, zwłaszcza na wsi. Z okolicznych wsi i miasteczek do Lwowa uciekają Żydzi. U Polaków wzrasta dobre samopoczucie. Radio z Farmakologii zostaje wyniesione na stryszek kuźni. Słuchamy go z równoczesną własną obstawą. Po uczelni zaczynają się znowu wałęsać żołnierze, a na Klinice Położniczej mamy pierwszego na uczelni pracownika naukowego. Jest nim z Charkowa doc. Kołyński. Jego narodowa ukraińska koszula upstrzona barwnymi zygzakami i krzyżakami z typowym opasającym szyję kołnierzem wskazuje na Ukraińca, ale przy rudych włosach i wymowie rzuca podejrzenie na rasowego Żyda. W kilka dni po przybyciu rozwiązujemy wspólnie poród u krowy.

Dalszy ciąg w następnym numerze