Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Wanda Stengl, MOJE UKOCHANE PODOLE

Wanda StenglGdyby orłem być, lot sokoli mieć,
Skrzydłem orlim lub sokolim
Unosić się nad Podolem,
Tamtym życiem żyć!

– a na Podolu jest taka wioska, którą kocham, za którą tęsknię i niestety wiem, że już nigdy jej nie odwiedzę. Nazywa się Połupanówka. Tam się urodziłam, bo moi rodzice (lwowiacy) dostali tam pierwszą posadę nauczycielską. Mama miała wtedy 22 lata, a ojciec 23.
Co zastali na tej pierwszej posadzie? Była to wieś mała, szkoła czteroklasowa. Środkiem wsi ciągnęła się droga, którą – tak jak dziś pamiętam – można było przejść spokojnym krokiem w niecałe dwie godziny. Były jeszcze dwie małe boczne uliczki. Domy często po jednej stronie stały na pagórkach, czasem bardzo wysokich. Wynika to z tego, że był to teren Miodoborów, skały wapienne ciągnęły się długimi pasami. Ale to uroczo wyglądało: skały, u których stóp były pola uprawne, a potem ciągnęła się wieś, białe chaty pod słomianymi dachami.
Te chaty były jednoizbowe. Była sień, po jednej stronie duża izba, po drugiej mniejsza, niby spiżarnia. Tam przechowywano żywność: chleb, mleko w glinianych garnkach (hładuszczykach), czasem słonina wisiała na drągu, niekiedy pożółkła ze starości, ale to właśnie miało smak. Na niedzielę gospodynie ucierały (męłły) na żarnach pszenicę i z tej mąki robiły pierogi (ruskie), które omaszczały tą pożółkłą słoniną. Pamiętam jak raz (kiedy miałam może 6–7 lat) przyszłam do sąsiadów w czasie biesiadowania i gospodyni dała mi do ręki takiego dużego pieroga (ciasto wykrawywały dużym garnuszkiem) – ach! Jakie to było pyszne, ta gruba mąka i ta słonina! Jadłam łakomie, aż mi po brodzie kapało.
Na co dzień jedli tam ludzie bardzo skromnie. Na śniadanie zupa kartoflana (juszka) z chlebem, a wieczorem przeważnie barszcz z kartoflami lub kaszą gryczaną. W ciągu dnia, kto był głodny, brał sobie pajdę czarnego chleba, w lecie z jabłkiem lub śliwkami, a w zimie z kawałeczkiem tej żółtej słoniny.
W czasie żniw to już było specjalne jedzenie, bo gospodynie robiły ser, w dużej misce mieszały go ze śmietaną, do tego wkrawały świeże ogórki, czarną rzodkiew i cebulę. Na co dzień śmietany się nie używało, bo przeważnie z tej jednej krowiny trzeba było ją uskładać i zrobić masło, aby je sprzedać na jarmarku i kupić jakieś drobiazgi do domu.
A jak była urządzona izba? W lewym rogu stało wysokie łóżko (pościel) przykryte weretą z konopnego płótna, często tkana w pasy z farbowanych przędzionych przez kobiety nici. Na końcu tej pościeli były poduchy, poskładane jedne na drugą. Często poszewki haftowano kolorowymi nićmi (czarne i czerwone). To łóżko, czyli pościel, było bardzo wysokie, bo pod nim było miejsce na różne potrzebne i niepotrzebne rzeczy. Naokoło izby były ławki, dość szerokie, bo na nich można było w nocy spać. Przy końcu izby stała skrzynia, w której były najcenniejsze rzeczy, a więc: ubrania, czyli odświętne spodnie, kaftany dziane z owczej wełny, kabaty, spódnice poskładane w fałdy, złożone na pół i mocno związane, książeczki do nabożeństwa, różańce i pieniądze, chociaż mało ich mieli.
Przy wejściu do izby, po prawej stronie w kącie, stała mała szafka, często z nadstawką. Ta szafka nazywała się kucza. W niej trzymało się naczynia, czasem niedojedzone potrawy.
1/4 tej dużej izby zajmował piec piekarski i kuchnia, a nad tym piecem było świetne miejsce do spania na starym kożuchu. Spanie i leżenie na piecu to był przywilej babci lub dziadzia. Rodzice spali na łóżku, a dzieci na ławkach albo na ziemi na sienniku lub po prostu na słomie. Podłogi jako takiej tam nie było. Była ubita ziemia wylepiona bardzo starannie gliną, co na każde święta było odnawiane. Do tej chaty z zewnątrz była przydana izba, w której było bardzo przyjemnie posiedzieć. Od drogi przy chacie był mały ogródek kwiatowy, zawsze czerwone piwonie, fioletowe pantofelki Matki Boskiej, mięta i rumianek.
A budynki gospodarskie? Było ich niewiele, bo to była uboga wieś. Ludzie mieli tam skromne ilości pola, więc utrzymywali jedną, rzadko dwie krowy, dwa konie, bo tam nikt nie jeździł z jednym koniem w zaprzęgu – tylko Żydzi, kilka owiec, które wypasali na skałach. Był nawet taki Marcinio, który z gospodarstw zabierał codziennie owce z całej wsi i wieczór wracał z nimi. Owieczki zawsze oddzielały się same od stada i szły do swojej stajenki. A ten Marcinio, jak szedł przez wieś, to wołał: „wiwci wyhaniajte”. Często dostawał od gospodyni kawałek chleba albo placek upieczony na kuchni, albo w lecie dwa jabłka.
[...]
Budynki gospodarskie były równie skromne jak chata, ale wszystko się dobrze mieściło, nawet czasem świnka była. A kury spały na bantach. Największa była stodoła. W niej składano zboże: żyto, trochę pszenicy, trochę jęczmienia i owsa dla koni. Pola tam gospodarze mieli mało: 3–4 morgi, a 5 to już był bogacz. Stodoła musiała być duża, bo w niej sami chłopi cepami młócili zboże. Potem te ziarna przewiewali z plew, później w dużych „reszotach” jeszcze jakoś oczyszczali, tak że mieli pracę na całą zimę.
Trzeba jeszcze wspomnieć, że przy każdym gospodarstwie był ogród warzywny. Dużą jego część zajmowały konopie, czasem trochę lnu. Każda gospodyni lubiła mieć dużo tych konopi, bo z nich miała przede wszystkim płótno na koszule i „werety”, a z gorzej przędzionych worki. Oprócz tego z siemienia konopnego był pyszny olej. Miał zielonkawy kolor, zachęcający do jedzenia zapach i naprawdę był pyszny. Moja mama zawsze dostawała w prezencie taki olej. Pamiętam, jak dawała mi go na talerzyk, lekko soliła i w tym maczałam chleb, też taki wiejski, czarny. Albo kiszoną kapustę przyprawiała tym olejem i cebulką. Trudno było oderwać się od takich przysmaków. A więc oprócz tych konopi, o których się rozpisałam, były grządki z warzywami: buraki, marchew, pietruszka, ogórki, czarna rzodkiew, cebula, czosnek, kapusta. Po grządkach był posiany koper. Krajem grządek były kwiatki, tzw. kupczaki – my to nazywamy śmierdziuszki (aksamitki – przyp. AS). Gospodynie umiały wykorzystać te warzywa: kisiły barszcz, ogórki i kapustę, zwłaszcza jedna, pamiętam do dziś, nazywała się Halka Krakowska, miała przepyszne ogórki kiszone i kapustę. Tych ogórków jak się raz najadłam i popiłam kwasem ogórkowym, to odchorowałam, mało mnie nie rozerwało.
* * *
Kościół w Połupanówce
MOJA UKOCHANA SZKOŁA
Teraz chcę pisać o mojej zapewne nieistniejącej już szkole, w której rodzice uczyli i mieszkali, w której się urodziłam. Moja ukochana szkoło! Jak zawsze tęsknię za tobą, za tym olbrzymim ogrodem warzywnym, za tym sadem, w którym mieliśmy prymitywny stół i ławki i tam w czasie wakacji jedliśmy śniadanie. Na te wspomnienia trudno mi powstrzymać się od łez. Jak tam było pięknie, jak dobrze, jak swojsko. A teraz? Nie ma rodziców, nie ma Połupanówki i nie ma tam Polski. Jest Ukraina.
Jaka była ta „moja” szkoła? Wybudowano ją na pagórku, tak że front był bardzo wysoki jak wysoki parter i tam była duża klasa (jedyna), a na równym terenie – już jako niski parter – było mieszkanie dla kierownika szkoły: dwa pokoje, kuchnia i spiżarnia. Okna do klasy były bardzo wysoko, a do mieszkania tak nisko, że w lecie, kiedy moja ulubiona krówcia wracała z pastwiska, to zaglądała do mnie – kiedy jeszcze spałam – przez te nisko otwarte okna. Podwórze było bardzo duże, stał tam budynek gospodarczy – drewutnia i stajnia dla krówci, i dwie duże wysokie śliwy. Owoce miały krótkotrwałe, takie do zjedzenia zaraz. Nazywano je (za przeproszeniem) sralki. Ale były bardzo dobre i słodkie. Dalej ciągnął się duży, duży ogród warzywny, który mój ojciec wzorowo prowadził. Nasiona sprowadzał ze Lwowa od Riedla. Mieliśmy wszystkie jarzyny wysokiej klasy, a najwspanialszy był groch cukrowy. Piął się po wysokich tyczkach – ten gatunek nazywał się telefon. Jak przyjeżdżałam na wakacje, właziłam w taką długą wysoką grządkę i zajadałam się tym pysznym, słodkim grochem. Nikt mnie tam nie znalazł.

* * *

Mój ojciec urodził się w Krakowie, ale gdy był małym chłopcem jego rodzice przenieśli się do Lwowa. Tam chodził do szkoły „powszechnej” (dziś podstawowej), a potem do seminarium nauczycielskiego. Uczył się bardzo dobrze, do dziś mam jego świadectwa szkolne. Interesowała go szczególnie historia i biologia.
Dlaczego o tym piszę – bo nieraz dziwię się, jak ojciec, który dorastał we Lwowie, umiał gospodarować na tak olbrzymim ogrodzie.
Naprzód był ogród warzywny, w którym ciągnęły się długie grządki przedzielone wąskimi ścieżkami, a na tych grządkach, jak już wspomniałam – wspaniały groch cukrowy (3 grządki), marchew (też cukrowa, nazywała się karotka), tak samo cebula, ogórki (wspaniałe; mama kisiła je w beczce, były pyszne!), pomidory, które ojciec nauczył mnie przycinać i przywiązywać do krótkich tyczek. A też wspaniała była kapusta. Siedziały sobie na grządkach takie grube babulinki. Kapustę mieliśmy piękną i oczywiście pyszną, kiszoną, którą mama kisiła na zimę. Czyli na zimę mieliśmy wszystkie jarzyny swoje, odpowiednio przechowywane w piwnicy. A jakie były zdrowe! Niczym nie kropione! Przez całe lato dwie dziewczyny pracowały w ogrodzie, plewiły, podlewały, okopywały, tak że ten ogród był na pokaz.
Ale to nie koniec! Na końcu tego warzywnego ogrodu był płytki rów, a nad nim dwie wiśnie, dziki bez i jeszcze jakieś krzewy, na pewno agrest i porzeczki. I za tym rowem był drugi bardzo duży ogród, na którym jeszcze parę grządek (buraki, czosnek, koper itp.), a większą część zużywało się na ziemniaki (kartofle), trochę buraków pastewnych dla krówci i zagon lucerny, też dla krówci.
I to jeszcze nie koniec!
Przed szkołą był kawałek ziemi (dość duży), niewykorzystany, więc mój ojciec po odpowiednich zabiegach uprawił tę ziemię i zrobił tam piękny ogródek kwiatowy. Zrobił różne klomby i na nich rosły przeróżne kwiaty. Nie będę ich wyliczać, bo były wszystkie ogródkowe, wspomnę tylko o pięknych pełnych lewkoniach i strzępiastych astrach.
A przy drodze, na tym wysokim podmurowaniu, zrobił długą szeroką rabatkę i na niej zasiał maciejkę. W sierpniu jej zapach unosił się naokoło szkoły, a w noc księżycową, kiedy chłopi zwozili zboże, zatrzymywali przed szkołą konie i dziwili się, co tak pięknie pachnie. Teraz czasem w doniczce na balkonie sieję trochę maciejki, ale to się nie udaje. Nie ta ziemia, nie te nasiona – czasem zakwitnie parę kwiatków – wącham je i rozrzewniam się, wspominając tamte czasy.
Był jeszcze kawałek ziemi przed sadem. Po uprawieniu jej ojciec zasadził tam kukurydzę. Dla mnie w czasie wakacji ta kukurydza była niczym konopie w „Panu Tadeuszu”. Miałam małego brata i kiedy przyjeżdżałam na wakacje (chodziłam wtedy do gimnazjum we Lwowie), musiałam się nim zajmować, nie mogłam pójść bawić się z koleżankami, bo on zaraz ryczał. Więc czasem narwałam sobie grochu, śliwek, wchodziłam do tej kukurydzy i miałam spokój. Było mi tam tak tajemniczo.
Każdy skrawek ziemi mój ojciec wykorzystał w tej mojej kochanej Połupanówce i często podziwiam go, jaki był pracowity i jakie miał pomysły.
* * *

A co było za naszymi ogrodami? Skończyłam już opisywać (i przy tym mile wspominać) teren, który należał do szkoły. Dalej było przepięknie. Odgrodzone od naszych ogrodów płytkim rowem z zieloną trawą i różnymi kwitnącymi roślinami, ciągnęły się zagony uprawnych pól. Uprawiano tam żyto, trochę jęczmienia, trochę kartofli, czasem trochę lnu. Zboże tam rosło wspaniałe. Ziemia była urodzajna (czarnoziem), żyto i pszenica były bardzo wysokie – mówiono, że jeździec na koniu może się tam ukryć. Te zagony ciągnęły się trochę pod górę, a na końcu była rozłożysta skała, należąca do Miodoborów. Dołem, wzdłuż tych zagonów, była ścieżka, którą chodziliśmy do kościoła. Po prawej stronie były gospodarskie ogrody warzywne, po lewej pola – i tak szło się ścieżką, która nazywała się „poza ogrody”; wychodziło się na drogę, która prowadziła do kościółka, i dalej poza wieś. Nad tą drogą wił się pas skał, a na końcu, na najwyższej, wybudowano kościółek. Mówiło się, że kościół stoi na „świętej górze”.
Teren na wybudowanie tego kościółka został wyrównany i otoczony murem z wapiennych kamieni. Zanim zaczęło się nabożeństwo, ludzie siedzieli na tym murze, szczególnie kobiety w barwnych strojach i to bardzo ładnie wyglądało.
U stóp tej „świętej góry” wybudowano plebanię. Wtedy, kiedy ją poznałam od wewnątrz, musiała już długo służyć księżom, ale była bardzo praktycznie zaplanowana. Był duży pokój dla księdza, duża jadalnia i po drugiej stronie przedpokoju trzeci pokój dla ewentualnych, przyjezdnych gości. Tam mieszkali rodzice księdza. Wtedy, kiedy tam chodziłam, proboszczem był ksiądz Konstanty Turzański, wielki patriota, wygłaszał piękne kazania, często patriotyczne, za co na początku wojny został przez Ukraińców w okrutny sposób zamordowany.
W tym domu księdza najbardziej podobała mi się duża kuchnia i duża spiżarnia, w której przy ścianach stały regały, a na nich przeróżne pyszne rzeczy: słoiki z konfiturami owiązane papierem pergaminowym, słoje z korniszonami, koszyk z jajkami, wisiała wędzona kiełbasa własnego wyrobu i wędzonka, na podłodze na deskach stały worki z mąką, kaszą itp. Bardzo lubiłam tam zaglądać, kiedy służąca po coś wchodziła.
* * *

O mojej ukochanej Połupanówce mogłabym jeszcze dużo pisać, ale czas nagli. Chcę jeszcze opisać dalsze losy mojej rodziny. To wszystko, o czym dotąd pisałam, działo się w latach 1920–1925. Dla mnie były to cudowne lata, bo w Połupanówce i bez bardzo przykrych przeżyć, ale przyszedł czas, kiedy mój ojciec za zasługi na polu społecznym i jako dobry organizator został przeniesiony do innej wsi, nazywała się Ostapie. Była to bardzo duża wieś, druga pod względem liczby mieszkańców w powiecie skałackim (woj. Tarnopol).
Nie było już tam tych pięknych ogrodów, bliskości pól i skał, ale dla mego ojca było dużo pracy. Przede wszystkim trzeba było zbudować nową szkołę, bo ta stara miała tylko dwie sale. Wybudowano szkołę piętrową o ośmiu dużych salach i czterech małych: kancelaria, biblioteka i kuchnia na zajęcia praktyczne. Jedną dużą salę zajął nauczyciel z rodziną, a mały pokój nauczycielka. Jako szkoła siedmioklasowa miała 7 sił nauczycielskich. Niektórzy nauczyciele wynajmowali mieszkanie u chłopów, a mój ojciec miał mieszkanie służbowe w starej szkole.
Budowa szkoły pochłonęła dużo pracy i starań. Najgorsze było to, że często brakowało pieniędzy dla robotników albo na materiał budowlany. Wtedy ojciec brał materiał budowlany na kredyt u Żydów w Skałacie. Kiedy nieraz był w mieście i spotkał takiego Żyda, któremu należały się pieniądze, to ten pytał ojca: „nu”?, a Ojciec odpowiadał: „nu, nu”. Ale po ciężkich staraniach wszystko spłacił i szkoła była gotowa.
Dzieci było bardzo dużo, tak że w każdej klasie czterdzieścioro albo i więcej.
Chcę teraz napisać parę słów o gronie nauczycielskim w tej szkole. Mój ojciec był kierownikiem, matka nauczycielką, poza tym Maria Fedorowicz z Zaleszczyk, Janina Wilczyńska ze Stanisławowa, Karol Buczko i jego żona mieli dom w Ostapiu, Janina Kotówna na bezpłatnej praktyce z Sambora. W międzyczasie trochę się to grono zmieniało, więc była też Marysia Niedoszytko z Kołodziejówki, Michalina Woproszkiewicz, Antoni Kuś i inni.
W tym czasie i ja otrzymałam posadę również w Ostapiu. A jak to się stało?
W 1929 roku zdałam maturę w gimnazjum humanistycznym i wstąpiłam na Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie, na polonistykę.
Był to trudny okres powojenny i rodzicom było ciężko utrzymać mnie we Lwowie, dlatego ojciec poradził mi, żebym zrezygnowała z polonistyki i przeniosła się na PKN (Państwowe Kursy Nauczycielskie) we Lwowie. Był to roczny kurs dla absolwentów gimnazjalnych uzupełniający przedmioty pedagogiczne. Posłuchałam Ojca i bardzo dobrze na tym wyszłam, bo na dyplomie na nauczyciela miałam same bardzo dobre oceny i z kuratorium dostałam zawiadomienie o mianowaniu mnie nauczycielką w Ostapiu. Przy okazji inspektor szkolny powiedział ojcu, że swoją pracą zasłużył na to, żeby córkę mieć przy sobie.
Moja mama poszła wtedy na przyspieszoną emeryturę ze względu na stan zdrowia, a ja weszłam na jej miejsce. Zawód nauczycielki bardzo polubiłam. Kochałam dzieci, kochałam pracę, a miałam ją bardzo urozmaiconą, bo będąc w gimnazjum chodziłam równocześnie do szkoły muzycznej, gdzie nauczyłam się gry na skrzypcach, co mnie, jako nauczycielce bardzo się przydało. Będąc już nauczycielką, pojechałam w czasie wakacji do Lwowa na kurs dla „Dyrygentów i Reżyserów teatrów ludowych”...
* * *

Tyle swoich wspomnień zostawiła moja mama. Pisała je kiedy miała 89–90 lat, ale przerwała, kiedy zachorował mój tato. Potem już do tych pisanych wspomnień nie wróciła. Ale im bardziej zbliżała się do tej drugiej strony życia, tym więcej wspominała Połupanówkę, tym bardziej za nią tęskniła, tym więcej za nią płakała, a ja coraz bardziej czułam i rozumiałam, że były to najbliższe jej sercu czasy, strony, niezapomniane miejsca.
Pewnej kwietniowej nocy, w tym samym kwietniu, w którym odszedł nasz Papież, „bez uprzedzenia” odeszła moja mama. [...] W tym żalu, smutku, tęsknocie za mamą myślałam, co mogłabym dla niej jeszcze teraz zrobić, co było jej największym pragnieniem? Zobaczyć Połupanówkę, tym bardziej że w swoich wspomnieniach zaraz na wstępie napisała: „wiem, że nigdy jej nie odwiedzę”. [...] Pomyślałam, że nie mogę tam jechać z przypadkową wycieczką, tylko to powinni być ludzie, którzy są z Kresami sentymentalnie mocno związani. Powędrowałam zatem do Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Okazało się, że Koło Tarnopolan organizuje właśnie wycieczkę do Lwowa i na Podole i jest jeszcze kilka wolnych miejsc. Pomyślałam – Boże, przecież Tarnopol to ok. 30 km od Połupanówki. Jest więc taka możliwość (przyjmując, że mama jest cały czas przy mnie), że kiedy tam dotrę, mama będzie tam ze mną i zobaczy te swoje ukochane miejsca.
16 sierpnia 2006 roku rozpoczęła się moja niepowtarzalna pielgrzymka do Połupanówki, ale i wielu innych miejsc, o których słyszałam w wielu wspomnieniach moich rodziców, a także, a może szczególnie do Lwowa, w którym to pięknym, polskim mieście urodził się mój tato, brat i ja (w 1943 roku). [...]
Nadszedł ten dzień, w którym miało spełnić się moje ogromne pragnienie [...].To była niedziela. Początkowo planowałam, że pojadę do Połupanówki autobusem, ale pomogła mi Pani Roma [Żukowa, organizatorka wycieczki]. Po mszy św. poprosiła księdza o pomoc, tzn. o wskazanie kogoś, kto mógłby mnie tam zawieźć. A ksiądz od razu powiedział: to trzeba poprosić Wasyla [...] który okazał się wspaniałym człowiekiem. Dzięki niemu tam byłam, rozmawiałam z mieszkanką Połupanówki, która pamiętała mojego dziadka, a przede wszystkim dzięki temu, że ma doświadczenie w pomaganiu ludziom, którzy przyjeżdżają w takie bliskie strony, wie co jest najważniejsze.
Przyjechaliśmy pod kościółek na „świętej górze” około 11. Msza św. miała być odprawiana o 12. Wobec tego zaczęłam spacerować po śladach mojej mamy [...], dzięki mamy opowieściom czułam się tak, jakbym była tu wiele razy. Nie było dla mnie obcych miejsc.
Ale najgłębiej przeżyłam swój pobyt w kościele. Przed mszą przy jednym z bocznych ołtarzy zapaliłam znicz, który przywiozłam z Krakowa. [...] przecież w tym kościółku moja mama i jej bracia byli chrzczeni, przecież tam przychodziła na msze św. niedzielne. Po mszy poprosiłam księdza, aby odprawił mszę św. w intencji mojej mamy, tam w tym kościele, do którego wydawało jej się, że nigdy nie wróci, a jednak wróciła. Inaczej. Czy to nie jest wspaniałe? [...]
Po mszy św. pojechaliśmy jeszcze do szkoły, która jest w tym samym miejscu, choć już inna. Ale to nic; jest sad, jest ogród, jest rów, są pola, są skałki i jest wszystko jak we wspomnieniach mojej Ukochanej Mamy.


Moi rodzice:
Wanda Stengl, z d. Hubert, ur. 10 I 1911 w Połupanówce, zm. 25 IV 2005
Henryk Stengl, ur. 11 XI 1911 we Lwowie, zm. 6 IX 2002 w Krakowie
Podaję jeszcze dane o rodzicach mojej mamy:
Józefa Hubert, z d. Świrska, ur. w 1888 r. we Lwowie
Maksymilian Hubert, ur. w 1887 r. w Krakowie