Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Trojanowski, TAM, GDZIE ZEŁEMIANKA

Prawie 75 lat temu miałem po raz pierwszy spędzić wakacje letnie bez rodziców. Ustalono wspólnie, że tym razem pojadę do Zełemianki, gdzie wujostwo Lubczyńscy mieli swój domek wypoczynkowy, zbudowany bliźniaczo z posesją prof. Szklarczyka. Wuj był profesorem Seminarium Nauczycielskiego we Lwowie, a prof. Szklarczyk jego kolegą po fachu. Szklarczyk został zaaresztowany w 1940 r. przez bolszewików za udział w organizacji niepodległościowej, a następnie skazany na więzienie i deportację. W kwietniu 1941 r. spotkał się z nim w stepach Karabasu mój ojciec, także tam deportowany po wyroku. Żona wuja była rodzoną siostrą mojego ojca, więc związki rodzinne były bliskie, a opieka zapewniona.
Wyjazd przyjąłem z pewnymi oporami, a nawet strachem, kusił mnie jednak pobyt w ładnej okolicy, w towarzystwie jednego z dzieci wujostwa, Janusza, mojego rówieśnika oraz kolegi w Ćwiczeniówce. Pewne obawy budziła świadomość, że rodzina Lubczyńskich była wybitnie mięsożerna, podczas gdy ja gustowałem w potrawach mącznych i słodyczach.
 
Widok na Paraszkę. Fot. A. Trojanowski
Na kilkudziesięciodniowy pobyt zostałem wyposażony z domu w niewielką wyprawkę, do której należał ulubiony i jakże potrzebny scyzoryk, a ponadto kilkukilogramowa paczka kryształowego cukru w kostce. Kilka kostek nosiłem stale w kieszonce moich wyprawowych, szczególnie mocnych spodenek, zapewniających mi swobodę działania w każdych warunkach polowych. Paczka była wykonana z mocnej, niebieskiej tektury z wizerunkiem cukrowni Lubomirskich w Chodorowie. Uderzający był na nim budynek fabryczny z kominami, z których przenikał w atmosferę czarny dym. Miał on podkreślać potęgę chodorowskiej cukrowni, dziś zaś jest to oczywisty dowód niskiego poziomu techniki cieplnej.
Jazdę do Zełemianki odbyłem pociągiem w towarzystwie moich aktualnych opiekunów. Jechaliśmy oczywiście 3. klasą, więc na ławach drewnianych. Nie było to oczywiście żadną przeszkodą lub utrudnieniem dla malca, który tkwił bez przerwy przy oknie, oglądając mijane krajobrazy. Uczulano mnie na ochronę oczu przed iskrami unoszonymi z komina lokomotywy.
Pierwszą większą stacją był oznaczony podwójną nazwą Mikołajów-Drohowyże. Niedaleko przepływał Dniestr, największa w pobliżu Lwowa rzeka. Tam to uczestniczyłem o wiele później w kursie kajakowym, urządzonym przez lwowski AZS. W tamtejszych warunkach było możliwe praktyczne poznanie zasad korzystania z kajaka, przy nieoczekiwanych, zmiennych nurtach rzeki. [...]
Przez pofałdowane tereny zagospodarowane rolniczo zajechaliśmy do Stryja. Z tamtejszej stacji węzłowej odchodziły boczne linie kolejowe w kierunku Drohobycza oraz Stanisławowa. Było „szybowanie” pociągów i nowa uciecha dla ciekawskiego chłopaka. Za Stryjem, w okolicach Symowódzka, wjechaliśmy w dolinę rzeki Opór i po obu stronach zaczęły się pojawiać pokryte lasami góry, czyniąc okolicę coraz ciekawszą. A do tego jeszcze kilka mostów stalowych, na których pociąg dudnił, pobudzająć dodatkowo moje fascynacje. Wreszcie pojawiła się stacja Skole, a w niej rozległy tartak należący, jak wynikało z napisu, do tamtejszych potentatów leśnych, baronów, braci Groedlów. Potem był jeszcze Hrebenów i już znaleźliśmy się na mizernym przystanku Zełemianka.
Kilka lat później jechałem ze Lwowa w tym samym kierunku, jednak samochodem osobowym, a więc tzw. drogą bitą. Wtedy to zajechaliśmy do małej miejscowości Kamionka, na wschód od owej trasy, kilkanaście kilometrów za Synowódzkiem, nad małym dopływem rzeki Opór. Był to „świat zabity deskami”, ale przez to krajobrazowo wspaniały, wśród niekończących się lasów na tamtejszych, słabo zaludnionych górach. Miał miejsce oczywiście biwak, ognisko oraz wspaniała atmosfera rodzinnego pikniku,
o którą wuj Klaudiusz Filasiewicz, organizator tej imprezy, zawsze umiał zadbać.
Trasa samochodowa przebiegała z grubsza tak jak linia kolejowa, przekraczając ją kilkakrotnie, a także ponad rzekami i potokami. Droga była utwardzona walcowanym kamieniem, który ulegał systematycznemu niszczeniu okutymi kołami zaprzęgów końskich, tworząc potężne dziury oraz wyboje. Podczas suszy ciągnęła się za samochodami olbrzymia biała chmura pyłu osiadającego na podróżnych.
O stan tych dróg dbali tzw. dróżnicy, czyli lokalni mieszkańcy, ubrani w mundury robocze, a co najważniejsze, wyposażeni w brązowe rogatywki z orzełkiem. Byli przecież członkami miejscowej służby państwowej o określonym zakresie obowiązków, ale i władzy. Byli lokalnie osobami znaczącymi. Ich budki dróżnicze znajdowały się przy drodze co kilka kilometrów i tam przechowywano sprzęt roboczy lub chroniono się w przypadku podłej pogody. Każdy dróżnik miał obowiązek przechodzić codziennie przydzielony mu odcinek drogi i reperować osobiście drobniejsze uszkodzenia lub czynić to wraz z przydzieloną mu doraźnie grupą robotników, gdy chodziło o większe uszkodzenia. Wzdłuż drogi znajdowały się charakterystyczne pryzmy tłucznia, kształtowane starannie celem umożliwienia obliczenia jego ilości. Tłuczeń był produkowany na miejscu z większych otoczaków rzecznych, rozbijanych specjalnymi młotkami na długich, sprężystych trzonkach jałowcowych, przeważnie przez tutejszych Cyganów. Praca ta były szczególnie ciężka, ale poszukiwana – jako bieżąco potrzebna i zapewniająca zarobek w tej biedniej krainie.
Zełemianka nad Oporem, między Hrebenowem a Tuchlą. Fragment mapy WIG, 1936Tamtejsze, pozamiejskie tereny górskie – z grubsza biorąc od rzeki San na zachodzie po rzekę Łomnica na wschodzie – zamieszkiwali Bojkowie. Byli spokrewnieni z Łemkami, zamieszkującymi na zachód od Sanu, aż do okolic Żegiestowa, a nawet Szczawnicy. Z drugiej strony terenów bojkowskich zamieszkiwała inna grupa etniczna, a mianowicie Huculi, aż w okolice Czarnohory. Cała ta ludność, żyjąca na północ od łuku Karpat, posługiwała się w większości własnymi gwarami, należącymi do tak zwanego wtedy języka ruskiego. Charakteryzowała się ona zróżnicowaną obrzędowością oraz kulturą materialną, a łączył ją obrządek greckokatolicki, drążony już wtedy usilnie działaniami cerkwi prawosławnej. Obrazem zróżnicowania były m.in. urocze cerkiewki łemkowskie, jakże inne stylowo od niemniej pięknych, lecz w odmiennym stylu – cerkwi huculskich.
Jako ciekawostkę podaję, że w późnych latach 30. jeden z pułków piechoty został wyposażony częściowo w galowe mundury zawierające elementy huculskich strojów ludowych, w tym charakterystyczne kapelusze z szeroką, kolorową „krajką” oraz pęczkiem piór z ogona cietrzewia. Ten zabieg, podobnie jak budzenie świadomości przynależności do tzw. szlachty zagrodowej, był o wiele lat spóźniony i problematyczny.
Bojkowie zajmowali się na swoich ubogich terenach gospodarką hodowlaną, a szczególnie leśną. Ich specjalnością był także prowadzony w miastach handel owocami, w tym morelami, sprowadzanymi z terenów Słowacji. Owoce te udawały się na terenie ówczesnej Polski jedynie w okolicach Zaleszczyk, były więc w kraju towarem poszukiwanyn. Na ulicach miejskich spotykało się ubogich Bojków, zajmujących się drutowaniem garnków glinianych, dzisiaj już zupełnie nieznanym. Wołaniami ze szczególnym zaśpiewem prezentowali swoje usługi na ulicach i podwórkach.Ubierali się ubogo, ale mężczyźni nosili charakterystyczne, filcowe, ciemnobrązowe kapelusze o podwyższonym denku i z małą kryzą.
Tereny zamieszkiwane przez Bojków były politycznie spokojniejsze niż te koło Sokala lub Rawy Ruskiej.Tam działalność parochów greckokatolickich podsycała antypolskie nastroje ludności, kształtowane coraz mocniej przez Organizację Nacjonalistów Ukraińskich, nawet poprzez mordy polityczne.
A na przystanku Zełemianka było cicho, pusto i biednie. Mało kto wysiadł z pociągu, bo ruchu turystycznego tutaj prawie jeszcze nie było, zaś ludność lokalna z kolei, z różnych powodów, nie korzystała. Jakże inna była sytuacja nagminnie spotykana wówczas na wszystkich stacjach kolejowych, począwszy gdzieś od Delatyna, poprzez Jaremcze, Miluliczyn, Tatarów, aż do Worochty. Tam było wręcz obowiązkiem towarzyskim gromadzenie się letników na stacjach kolejowych, „przy pociągu”. Znaczny tłum tworzyli w dużym stopniu Żydzi, nawet ci w chasydzkich strojach. Gdy kierownik pociągu dawał znać chorągiewką i gwizdkiem znak odjazdu, a lokomotywa sapnęła kilka razy parą i dmuchnęła kłębem czarnego dymu, zebrani na stacji zaczynali zgodnie wykrzykiwać jak wściekli: Hules! Hules! Był to tradycyjny gest pożegnalny, wywodzący się rzekomo od pamiętnego przed laty rozpaczliwego wołania jakiejś Żydówki, której mąż podczas odjazdu gdzieś się zawieruszył. A nazywał się on właśnie Hules.Tyle tradycja, która minęła bezpowrotnie.
W Zełemiance po odjeździe pociągu i uniesieniu szlabanu minęliśmy z lewej strony pawilonik intensywnie działającej na terenie Małopolski spółdzielni „Masłosojuz”, i kierując się na południe, boczną drogą doszliśmy szybko na miejsce wspólnego pobytu.
Domek wujostwa był położony blisko Zełemianki, która wkrótce już jako znaczny potok wpadała do rzeki Opór. Ona to stanowiła dla mnie i Janusza miejsce najczęstszych zabaw, jak spiętrzanie wody przez budowanie zapór z kamieni rzecznych, ustawianie młynków wodnych własnej, wystruganej z drewna konstrukcji, oraz uprawianie bezpiecznych kąpieli. Nad rzeką, w jej zakołach, budowaliśmy przy brzegu baseniki, do których zapędzaliśmy małe rybki, by obserwować ich dramatyczne ruchy. Ponadto w naszym programie były jeszcze pijawki, żaby, traszki, salamandry, a nawet żmije. Tych ostatnich baliśmy się, a zwłaszcza miedzianek, byliśmy bowiem przekonani, że po ich ukąszeniu musi nastąpić śmierć. W lesie, nad Oporem, obserwowaliśmy rzadko spotykane czarne bociany. Blisko godzin południowych, gdy termika była intensywna, pojawiały się zwykle samotne kanie, które charakterystycznie kwiląc, krążyły cudownie bez drgnienia skrzydłem. Oprócz tego rozpalaliśmy ogniska, przy których potrafiliśmy przebywać godzinami i zgłaszać się w domu dopiero w okolicy obiadu lub kolacji. Nikt się nami nie przejmował, było bezpiecznie, a więc hulaj dusza! Nieraz lubiałem jednak zasiąść samotnie nad brzegiem potoku, pomiędzy zaroślami, i tam obserwować zmienny jego nurt. Miejscami Zełemianka była spokojna, rozlana po kamieniach i tam obserwowałem pstrągi zmierzające za żerem. Miejscami była niespokojna, przeskakując przez porohy oraz głazy, przy znacznych zafalowaniach i szumie. Wokół rozchodził się szczególny, pieprzowy zapach lepiężnika. W takich sytuacjach wracałem, mimo całego piękna, tęsknymi myślami do moich rodziców we Lwowie, czując wokół siebie chwilową samotność i pustkę. Patrząc znad Zełemianki ku północy, tam gdzie Skole, jaśniała połoninami wyniosła Paraszka, na wschodzie natomiast czerniał zarośniętymi lasami, ponury Zełemin.
Po drugiej stronie Zełemianki znajdował się duży płaski teren trawiasty, na którym rokrocznie rozstawiały swoje namioty kolejne obozy Przysposobienia Wojskowego ze Lwowa. Obserwowaliśmy zbiórki, raporty oraz ćwiczenia, a nawet sporadyczne ostre strzelania. Olbrzymią radość sprawiała nam jazda na platformach kolejki wąskotorowej, należącej do lokalnego leśnictwa w ramach własności wspomnianych już baronów Groedlów. Przez budowę odpowiednich dróg oraz kolejek wąskotorowych umożliwiony był racjonalny dostęp do tych coraz bardziej odległych obszarów. W ciągu dnia w określonych porach karłowata lokomotywka parowa ciągnęła w górę zestaw pustych platform i za jakiś czas wracała z nimi, załadowanymi olbrzymimi i długimi pniami.
Wiedząc, kiedy kolejka jest w górach, porywaliśmy cichcem jedną z pustych platform ze składowiska i toczyliśmy jak najdalej w górę. Potem, korzystając ze znacznego pochylenia trasy kolejki, jechaliśmy w dół. Jadąc we dwójkę w dół, osiągaliśmy szybko dosyć duże szybkości w sposób naturalny, tak że chwilami należało hamować przez dociskanie wiezionego ze sobą drąga do któregoś z kół. Ten nielegalny proceder uprawialiśmy długo, przez nikogo nie płoszeni.
Skole i Hrebenów stanowiły już w początkach XX wieku miejsca odwiedzane przez dosyć licznych letników, przybywających tam na tzw. „świeże powietrze”, a było ono faktycznie bardzo świeże i zdrowe. Zaskakiwać może fakt, że znaczny odsetek tamtejszych letnich przybyszy stanowili wtedy Żydzi, i to ci zachowawczy, z pejsami, brodami, ubrani bardzo swoiście. Oczywiście nie było ich tam tak wiele, jak było to możliwe zobaczyć w sezonie „u wód”, czyli w Krynicy lub Szczawnicy. Tak zachowawczo dostrzegający świat Izrealici potrafili robić nie tylko skomplikowane interesy finansowe, ale zadbać także o swoje zdrowie i wypoczynek.
Wspomniane miejscowości posiadały już wtedy stosowną infrastrukturę wypoczynkową, istniały więc wille oraz pensjonaty na okresowy wynajem. Zełemianka była pod tym względem zacofana, niemniej istniał i tam zespół wiliowo-pensjonatowy „Szmaterówka” – od nazwiska właściciela.
Linia kolejowa przebiegała z Zełemianki dalej na południe, w stronę Tuchli, pomiędzy Oporem oraz drogą jezdną, aż wreszcie pojawiał się tunel, do którego nigdy nie udało mi się dotrzeć, mimo że bardzo mnie interesował, jako coś dotychczas niewidzianego. Było tam poprostu za daleko na samotną wyprawę, nawet z Januszem.
Jeszcze dalej leżała miejscowość Sławsko, znana już wtedy, a nawet wcześniej i bardzo dobrze urządzona jako baza wypoczynkowa dla narciarzy, korzystających z tamtejszych, niezwykle dogodnych stoków. W sezonie kursowała tu ze Lwowa „Lux-Torpeda”, czyli specjalny zestaw spalinowy. Był urządzony wewnątrz jak kabina samolotu, a więc wyposażony w lotnicze fotele. Ponadto był zapewniony pełny komfort jazdy z dużą prędkością i małą ilością przystanków. Z zewnątrz był pomalowany w górnej części błękitnie, zaś z dołu jasnokremowo. Pierwszy taki zestaw pojawił się jeszcze wcześniej na linii z Krakowa do Zakopanego. Oprócz tego w zimie kursował także zestaw wagonów pulmanowskich pociągu parowego o nazwie „Dancing–Narty–Bridż”. Można było w nim potańczyć w wygodnym pomieszczeniu lub pograć towarzyskiego brydża, a także coś niecoś przegryźć i popić. W takich to warunkach można było szybko, wygodnie i przyjemnie dotrzeć na górskie szlaki narciarskie, a potem tak samo wrócić.
Sławsko było najszybciej osiągalną ze Lwowa miejscowością narciarską, gdyż znajdowało się o ok. 140 km, podczas gdy do Worochty było już ze Lwowa prawie 250 km.
Po kilku tygodniach pobytu w Zełemiance wróciłem do Lwowa zdrowy, wypoczęty i zahartowany, pełen wspaniałych wrażeń.
Niespójne jest to moje wspomnienie. Pod nawałą powrotu przeróżnych wrażeń z młodości naruszam w nim ciągłość czasu, a nawet miejsca. A Zełemianka toczy nadal swoje bujne wody przez mielizny, kamieńce, rozlewiska i spiętrzenia głazów. Szemrze, pluszcze, bulgoce i szumi, ale już nie dla mnie!

Kraków, styczeń 2006