Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Jadwiga Wanda Kuczabińska, LWÓW I BUKOWINA

Życiorys i wspomnienia Polki
Dokończenie z CL 1/07
 
Gdy ojca zabierano z domu, prosił matkę, żeby starała się nauczyć mnie grać na fortepianie – to było jego marzeniem. Podczas aresztowania skonfiskowano wszystkie instrumenty, więc ojciec martwił się realizacją swego marzenia. Ale matka uważała za święty obowiązek wykonać prośbę męża. Jeszcze nie wiedziała, jak to wykona, przeto zwróciła się o poradę do ks. Krajewskiego.Czemu właśnie do niego? Bo z przyjściem sowietów na Bukowinę Polacy, którym nie udało się wyjechać do Polski, skupili się już na stałe wokół kościoła i dwóch księży Polaków – ks. Franciszka Krajewskiego i ks. Józefa Jędrzejowskiego. Na plebanii stał mało używany fortepian, ofiarowany parafii przez zmarłą samotną parafiankę. Od czasu do czasu grała na nim siostra księdza proboszcza p. Olga Krajewska, która zgodziła się dawać mi lekcje gry na fortepianie. Uzgodniono, że ćwiczyć będę też na plebanii. Tak w piątym roku życia zaczęła się moja przyszła droga zawodowa. Uczyłam się grać i tak jakoś się stało, że od rana do wieczora przebywałam na plebanii lub w kościele (miało to z jednej strony dobry wpływ na wychowanie dziecka, lecz z drugiej strony pamięć dziecięca zachowała z tych czasów pewne sprawy po latach dopiero zrozumiałe). Przebywanie całymi dniami w kościele było rezultatem mojej ciekawości do gry na organach. Od pierwszego razu, gdy usłyszałam uroczysto-majestatyczne brzmienie, instrument ten stał się moją obsesją. Po zakończeniu rannych i wieczornych nabożeństw kręciłam się po zakrystii, czekając tylko chwili, żeby księża odeszli na plebanię, a kościelny miał jeszcze dość pracy, i wtedy biegłam na chór. Stopniowo dzień za dniem sama odkrywałam możliwości tego wspaniałego instrumentu na podstawie gry na fortepianie (bodźcem do drogi na organy była nauka gry na fisharmonii, która stała na plebanii obok fortepianu). Widać że robiłam niezłe postępy w tej samonauce, bo już wiosną 1948 r. proboszcz pozwolił mi zagrać na organach całe nabożeństwo (miałam zaledwie 7 lat!). Chyba jakieś przeznaczenie od dzieciństwa, bo było to 3 Maja! W rodzinie świętowano ten dzień bardzo tajemnie jako dzień Święta Polskiego, a potem i jako święto rodzinne w intencji spełnienia marzenia Ojca.
Od 3 maja 1948 r. przez 10 lat byłam uznawana przez parafian za organistkę naszego kościoła parafialnego. W ciągu tych lat objeździłam z księżmi tajemnie wszystkie wioski z fisharmonią na furach, docierając wszędzie, gdzie mieszkali Polacy, żeby na święta i odpusty słowo Boże było z Nimi. W tych ciężkich czasach nasi kapłani, oderwani od Polski, samotni, prześladowani, nieśli Polakom Słowo Boże. I choć na nabożeństwa przychodzili też wierni innych narodowości (Rumuni, Ukraińcy, Rosjanie – mieszane małżeństwa) – Słowo Boże brzmiało tylko w języku polskim. Dlatego oburza mnie fakt, że dziś w kościele parafialnym kazania, Ewangelia, modlitwy, pieśni (a w Storożyńcu nawet całe duszpasterstwo, które prowadzi ksiądz z Polski Stanisław Irisik) brzmią w języku ukraińskim.
Oprócz moralnego zadowolenia, że potrafię już wykonywać pracę dorosłej osoby, i zachwytu, jakie dawało granie na organach (przy tej muzyce, którą odtwarzałam, czułam się w innym świecie – w niebiosach), był to czasami skromny zarobek w postaci mleka, kilku jajek, kawałka masła, sera (nawet tortu za zagrany ślub – wtedy w domu był prawdziwy bal!). Zanosiłam je do domu i stawało się to urozmaiceniem naszego stałego, zbyt skromnego menu. Czasem bardziej się poszczęściło i wpadło parę grosików. Te pieniążki były nietykalnym zasobem, bo zarobione przez małe dziecko. Czekały więc na sposobny moment realizacji. W tym czasie w naszym domu była taka bieda, że najbardziej potrzebne rzeczy stawały się rozkoszą. Więc czułam się naprawdę księżniczką, gdy za uciułane grosze mamie udało się kupić mi pierwsze ładne prawdziwie skórzane buciczki. Były one koloru czerwonego i choć nigdy nie cierpiałam jaskrawych kolorów, a do tego jeszcze taki kolor dla obuwia, wtenczas był to dla mnie ósmy cud świata. Zamiast je nosić, długi czas spałam z nimi, nie wypuszczając z rąk, jak z lalką, której nigdy nie miałam. A więc okres dzieciństwa: bez ojca, bez elementarnych warunków dla normalnego rozwoju, bez odczuwalnej miłości, jaka jest potrzebna dziecku w dzieciństwie (był zbyt surowy czas, który nie pozwalał na rozczulanie się), bez zabawek i towarzystwa dziecięcego (otoczenie było obce), lecz do dziś jestem szczerze wdzięczna matce właśnie za ten pruski rygor wychowania, który dał mi hart do borykania się z losem, gdy zostałam bardzo wcześnie całkiem sama.
1948–1958 – to lata nauki w szkole rosyjskiej. Znajdowała się ona akurat naprzeciw naszego kościoła parafialnego, tak że bardzo łatwo łączyłam codziennie grane msze poranne z lekcjami w szkole. Nauczyciele szkoły o tym wiedzieli, ale nigdy na ten temat nie było żadnych uwag. Równolegle uczyłam się w szkole muzycznej. W muzyce dużo zależy od tego, u jakiego nauczyciela zaczyna się pobierać naukę. W tych latach sławą w państwowej Szkole Muzycznej w Czerniowcach cieszyła się profesor Margaret Goldenberg (Żydówka), mająca dyplom Wiedeńskiej Akademii Muzycznej. Dodatkowym walorem dla przyszłych muzyków było to, że pani Profesor pracowała równolegle w Szkole i Liceum Muzycznym. Tak, że jeżeli ktoś zaczynał u niej naukę w szkole (a uczniami jej klas mogli być tylko najbardziej uzdolnieni – miała oficjalne prawo do wyboru), mógł być pewny, że po szkole dostanie się do liceum, po zakończeniu którego był zawód z dyplomem.
Dostać się do klasy pani Profesor nie było prosto. Podając dokumenty do Szkoły, w sekretariacie Mama przypadkiem dowiedziała się, że pani Profesor poszukuje gosposi do prowadzenia domu. Zgłaszając się do pracy, Mama została przyjęta natychmiast – zadecydował o tym fakt, że Pani mogła ze służącą rozmawiać po niemiecku. Warunki pracy u tej Pani były po prostu niewolnicze. Do obowiązków gosposi należało: być w pracy od 8 rano do 10 wieczorem, od podawania śniadania do odejścia gospodarzy do snu, w tym: gotowanie, sprzątanie, pranie bez prawa zjedzenia w ciągu dnia resztek z pańskiego stołu. Po wielu latach opowiadali mi znajomi, że widzieli na ulicy jak Matka szła trzymając się ścian, z głodu, tak była osłabiona. Lecz było to poświęcenie się Matki dla przyszłości dziecka. W tym właśnie był przejaw wielkiej miłości do dziecka,o czym ja dowiedziałam się po latach. Takim było realne życie kobiety bez męża, samotnie wychowującej dziecko.

Ojciec wrócił z Sybiru w marcu 1953 r. i był w domu tylko 3 dni. W określonym terminie musiał zameldować się w nowym, wyznaczonym przez władze miejscu zamieszkania (we wsi o 200 km od Czerniowiec), bez praw obywatelskich i zmiany adresu w ciągu 5 lat. Z tego powodu nasza rodzina nie mogła skorzystać z warunków i drugiej repatriacji do Polski w 1956 r. (pierwsza była w latach 1945–1946). W międzyczasie Ciotka wyjechała w 1955 r. do córki do Polski, zostawiając dom na opiece matki. Dopiero od marca 1958 r., po 13 latach rozłąki, byliśmy rodziną w pełni. Zaczynało układać się wspólne rodzinne życie. Ojca w mieście znali i pamiętali jako świetnego fachowca strojenia fortepianów, dlatego odrazu został zatrudniony jako stroiciel w Liceum Muzycznym i Filharmonii Czerniowieckiej. Od tej chwili w rodzinie był stały zarobek. Oprócz pracy oficjalnej było dużo zamówień od klientów prywatnych. Wśród nich Ojciec trafił na samotną staruszkę, która miała stary wiedeński fortepian (z podpisem strojenia pradziadka i dziadka) i nie wiedziała co z nim robić. Została przez Ojca namówiona do sprzedaży i w ten sposób fortepian ten okazał się u nas w domu (kupiono go za grosze, bo był w bardzo lichym stanie). Muszę tu zaznaczyć, że ucząc się w Szkole Muzycznej i już nawet rozpoczynając naukę w Liceum Muzycznym, jeszcze nie miałam w domu własnego instrumentu (pierwszy rok studiów ćwiczyło się w Liceum od godz. 6 rano do 9, a wieczorem od 18 do 22). I właśnie ten na razie stary grat był pierwszym dla mnie od Rodziców prezentem. Po pół roku, dzięki mistrzostwu Ojca, stał się pięknym, doskonałym, salonowym fortepianem, który służy mi do dziś. Był relikwią dla Ojca, a teraz jest nią dla mnie. Gdy już odczuję, że nie będę mogła z niego korzystać, zostanie przekazany dla Domu Polskiego.
Życie codziennie szło swoim trybem – praca, dom, nauka, ale niedziela od powrotu Ojca była przeznaczona na spotkanie z rodziną moich rodziców chrzestnych, a bardzo wielkich przyjaciół moich Rodziców. Te coniedzielne spotkania (latem trwające cały dzień, połowę dnia w rozkosznym sadzie) były jedyną atrakcją naszego monotonnego życia. Dla Ojca były one szczególnie cenne i potrzebne, bo u nich było radio i dzięki temu wiedział co się w świecie dzieje. To, że my nie mieliśmy radia w domu nie świadczyło o braku pieniędzy na zakupienie lub o skąpstwie, lecz w Ojcu trwał nieustanny strach przed donosami, a w tym wypadku o tym, że mając radio w domu, może słuchać stacji zabronionych.
Tak jak kiedyś z rodzinnego domu cala Rodzina wyruszała co niedziela po południu na spotkania do Domu Polskiego, tak dla nas w tym czasie Domem Polskim był dom rodziców chrzestnych. Mieszkali na przedmieściu i długi pieszy spacer dobrze nam służył po tygodniowej pracy. Po prawie godzinnym marszu zjadaliśmy wszystko co podawała gospodyni, a po rozmowach na różne tematy, o określonej godzinie po południu następowała najważniejsza część spotkania – słuchanie radia „Wolna Europa”. Przed włączeniem radia gospodarze dokładnie kontrolowali szczelność pozamykanych drzwi, zasłoniętych okien, a w podwórzu spuszczano z łańcucha wielkiego i groźnego wilczura. W razie nadejścia nieproszonego gościa był czas na zmianę sytuacji – radio miało przygotowany schowek, a po środku pokoju zawsze stał przygotowany stół z talią kart i zakąskami, które pod koniec spotkania z apetytem zjadano. Podczas słuchania „Wolnej Europy” w pokoju panowała święta cisza, nie padało żadne słowo bo uwaga obecnych była skoncentrowana na tym, co mówi radio. Po zakończeniu konkretnej audycji następowała dyskusja i każdy dopełniał to, co usłyszał, a czego inni nie mogli zrozumieć z powodu silnych zakłóceń. Z uchem przy odbiorniku po raz pierwszy usłyszałam słowo „Katyń”, co ono znaczy dla Polaków, i całą prawdę o współczesnej tragicznej historii narodu polskiego. Bez uprzedzeń Rodziców rozumiałam, że to, o czym dowiaduję się z tych audycji, nie powinna wiedzieć oprócz mnie żadna żywa dusza. Nawet w domu nigdy nie dyskutowano na te tematy. Od tego czasu żyłam podwójnym życiem – z tą moją skrytą wewnętrz nie prawdą, o której nie miałam prawa mówić głośno i tą wiedzą – antyprawdą, którą starano się mi wbić do głowy w szkole, a którą ja zewnętrznie musiałam akceptować. W duszy byłam dumna z tego, że posiadam tajemnicę i że jestem nie taką jak wszyscy wokół, bo jestem Polką.

W 1958 roku ukończyłam szkołę powszechną – 10 klas. Według wyników nauki i zdanej matury miałam otrzymać złoty medal, co ułatwiłoby (bez egzaminów wstępnych) dostanie się na studia wyższe. W siedemnastym roku życia już na własnej skórze odczułam skutki reżimu stalinowskiego. Przed otrzymaniem świadectwa maturalnego wezwano mnie do dyrektora szkoły. W gabinecie obok dyrektora siedział gość w mundurze wojskowym (a był to oficer wysokiej rangi z NKWD), który zadał mi pytanie, czy ja wiem gdzie był mój Ojciec. Odpowiedziałam bez zaskoczenia że wiem, bowiem nigdy nie wstydziłam się tego, że Ojciec był w więzieniu, wiedząc przecież, że nie był żadnym przestępcą, a tylko Polakiem. Następne pytanie padło, czy chcę dalej studiować? Odpowiedziałam pozytywnie, dodając wzmiankę o karierze naukowej (miałam uznane zdolności do nauk ścisłych). Na to padł werdykt wypowiedziany ostrym tonem: „dzieci wrogów narodu władza sowiecka kształcić nie pozwoli”.
Medalu za wyniki nauki nie otrzymałam – na świadectwie maturalnym pojawiła się trója. Postawił ją nauczyciel, który tymczasowo wykładał kreślenie. On poddał się rozkazom NKWD i zrobił to, czego odmówili inni nauczyciele (zaniżenie ocen). Jak się okazuje na tak prostym przykładzie życiowym, że i w tych czasach, oprócz wyjątków, byli ludzie porządni z poczuciem sprawiedliwości i nie bojący się konsekwencji.
Decyzją „pana w mundurze” droga na uniwersytet została dla mnie zamknięta. Tego „pana” pamiętam do dziś. A długie lata często spotykaliśmy się oko w oko na mieście. Ja widziałam go z daleka, bo był facetem bardzo wysokim i zawsze chodził w tym samym mundurze. Gdy zbliżaliśmy się do siebie, ja uporczywie patrzyłam mu w twarz z nachalnym półuśmiechem, a on szybko przechodził na drugą stronę ulicy. Widać, że też pamiętał. A mnie rozpierała diabelska radość, bo uciekał przed moim spojrzeniem. Była to dla mnie ogromna satysfakcja!
W tym samym czasie co historia z maturą, doszła nagonka na Kościół. Ks. Krajewskiemu zabroniono wykonywać obowiązki kapłana, a do tej sprawy dołączono i mnie jako organistkę. Był to bardzo trudny okres dla duszpasterstwa. Podczas kazań księży obserwowali NKWD-ziści, uważnie słuchali każdego wypowiadanego zdania. Mimo ostrożności, postawiono ks. Krajewskiemu zarzut negatywnego wpływu na młodzież, bo namawiał do niszczenia przyrody, skoro na procesji Bożego Ciała w kościele sypano na podłogę kwiaty i liście. Zarzucano, że Kościół źle wpływa ideologicznie na wychowanie młodzieży. Ks.Krajewski w 1958 r. otrzymał zakaz odprawiania nabożeństw oraz wygłaszania kazań. Musiał podjąć pracę zarobkową (za bezrobocie groziło więzienie), bo „u nas kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Parafianie znaleźli mu pracę w charakterze dozorcy. Z funkcją stróża był związany 10 lat. W tym czasie obowiązki proboszcza parafii pełnił ks.Józef Jędrzejewski.
W stosunku do mnie zastosowano metodę zastraszenia: żadnych studiów ani pracy, jeżeli nie przestanę chodzić do kościoła. Gdy Matka zwróciła się o poradę do ks. Jędrzejewskiego, odpowiedź była następująca: „Pan Bóg jest wszędzie, modlić się można w domu. Najważniejsze – mieć Boga w sercu. A żyć trzeba i na życie zarobić też”.
Równolegle ze szkołą powszechną miałam ukończoną szkołę muzyczną. W mieście było Liceum Muzyczne, w którym jako stroiciel fortepianów zaczął pracować Ojciec. Dyrektor Liceum (Rosjanin) bardzo cenił Ojca jako świetnego fachowca i widząc mój dyplom szkoły muzycznej z wynikami celującymi, zaproponował przyjęcie mnie do liceum (nawet bez egzaminów), chociaż na pewno wiedział, że bardzo ryzykuje. Lecz i wśród Rosjan byli uczciwi ludzie. Nawiązując do tego, chcę podkreślić, że za sowietów, gdy szłam po ulicy z Matką, a potem z Ojcem i rozmawialiśmy po polsku lub po niemiecku, nikt nigdy nie pozwolił sobie – nikomu to do głowy nie przychodziło – zwrócić komuś uwagę, że rozmawia inaczej niż po rosyjsku. Dzisiaj dość często zdarzają się uwagi z podkreślaniem; „jecie ukraiński chleb i ukraińskie sadło, a rozmawiać po ukraińsku nie chcecie”, a w pracy jeden z pracowników (osoba z wyższym wykształceniem – inteligent) pozwolił sobie zauważyć: „szkoda, że my was, Lachiw, za mało wyrizały”.
W 1962 roku ukończyłam Liceum Muzyczne. W tym czasie była prowadzona na szeroką skalę kampania wysyłania absolwentów wszystkich uczelni do pracy „na celinu” do Kazachstanu. Bojąc się tego zesłania, dzięki Ojcu, który wykonywał prace stroicielskie także w Teatrze, udało mi się, będąc jeszcze studentką liceum, w 1960 r. rozpocząć pracę w teatrze jako pianista-koncertmistrz, gdzie pracuję do dziś, będąc już na emeryturze (44 lata pracy).

Matka zmarła 24 grudnia 1966 r., Ojciec w 1968 r., też w dzień Bożego Narodzenia. Od chwili śmierci Matki świat przestał istnieć dla Ojca. Tak jak łabędź umiera z tęsknoty za ukochaną, tak mój Ojciec odszedł do Matki. Zostałam sama. Możliwości wyjazdu do Polski już nie było, a mogło być całkiem inaczej przy odrobinie dobrej woli ze strony najbliższych. Jesienią 1966 r. podczas pobytu z Matką w Krakowie u Ciotki (siostry Matki – żony Antoniego Kuczabińskiego) zaręczyłam się z kolegą mego kuzyna. Ustalone zostało, że na Nowy Rok przyjedzie do Czerniowiec i pobierzemy się. Niestety, raptowa śmierć Matki pokrzyżowała wszystkie plany. Odwołałam jego przyjazd. Po roku, gdy narzeczeństwo było nadal aktualne, do ślubu znowu nie doszło, bo nie mogłam zostawić Ojca samego. Na moje prośby o możliwym teraz wyjeździe do Polski padała ze łzami odpowiedź: „Na Sybirze prosiłem Boga, żeby moje kości leżały obok moich Rodziców”.
Gdy zmarła Matka, na pogrzeb przyjechała Ciotka z Krakowa i mieszkała z nami na paszporcie konsularnym aż do śmierci Ojca. Po śmierci Ojca, gdy zostałam w tym kraju całkiem sama, z tym samym nazwiskiem co Ciotki, jej decyzja mogła zmienić cały mój dalszy los. Trzeba było tylko złożyć podanie do konsulatu. Lecz, jak się okazało, zabrakło najbliższej osobie chęci pomocy i odwagi. Był to dla mnie po maturze kolejny cios życiowy. Żal do rodziny pozostał do dziś, ale niech im Bóg wybaczy i niech z Bogiem spoczywają. Choć zapomnieć ciężko, bo będąc w latach późniejszych w sprawach polonijnych w Polsce, usłyszałam z ust senatora zwrócone do mnie następujące słowa: „Gdyby miała Pani dziś lat dwadzieścia i była w Polsce, czekała by Panią świetna kariera”. Cóż mi było na to odpowiedzieć? Że rada by dusza do raju, ale grzechy nie puszczają, a serce do dziś rwie się i boli.
Po śmierci Rodziców zostałam zupełnie sama. Zdaje mi się, że życiowym trudnościom mogłabym zawsze jakoś podołać, ale samotności boję się panicznie. I dlatego w 1969 r. zdecydowałam się wyjść za mąż. Niestety nie za Polaka (w rodzinie męża tylko babka była Polką), bo chłopaki mego wieku, Polacy, w tym czasie już wszyscy byli żonaci, ale czemuś żaden z nich nie ożenił się z Polką. Z doświadczenia dziś przeżytego życia, mogę stwierdzać, że mieszane małżeństwa na Wschodzie – to wynarodowienie się Polaków. Dotychczas nie spotkałam żadnego narodowościowo mieszanego małżeństwa mego pokolenia nie tylko na Bukowinie, lecz i w innych regionach tego państwa, gdzie by w domu panował na co dzień język polski. W domach panuje język ukraiński lub rosyjski, a na tym tracą dzieci, bo języka polskiego nie znają zupełnie lub słabo, i nie ma mowy o tym, żeby czuli się Polakami. Przewidując taką sytuację, świadomie zrezygnowałam z dzieci. Gdyby żyli Rodzice, było by komu wychować wnuków w duchu polskim. Ku pamięci swego rodu nie zmieniłam nazwiska panieńskiego.
1976–1981 – to lata studiów zaocznych na Akademii Muzycznej we Lwowie. Lwów dla mnie był i pozostaje miastem polskim. W dzisiejszych realiach to: Polska blisko, Polaków dużo, Łyczaków (gdzie jest grobowiec rodzinny), dwie polskie szkoły, konsulat RP. Gdy powstało we Lwowie w 1988 r. Towarzystwo Kultury Polskiej, zaczęła mnie nurtować myśl o zorganizowaniu Polaków bukowińskich.

Pierwsze rozmowy rozpoczęłam z siostrzeńcem ks. Krajewskiego p. Janem Drozdowiczem, który okazał się bardzo aktywnym pomocnikiem. Dalej przyłączyli się do nas: panie Olga i Elżbieta Fiffar, pp. Leopold Kałakajło, Antoni Pytko, Tadeusz Rogowski. Tak powstała grupa inicjatywna, która opracowała statut Towarzystwa i 24 grudnia 1989 r. o godzinie 14 odbyło się Zebranie Założycielskie. Zostałam obrana prezesem Towarzystwa. Prowadziłam Towarzystwo trzy kadencje (1989–1998). Byłam członkiem Zarządu Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie (dwie kadencje: 1992–1999).
Odpowiedzialną społeczną polonijną pracę podjęłam dla pamięci o moim Ojcu, który przecierpiał 8 strasznych lat katorgi tylko za to, że był Polakiem. Dzięki temu, że Matka wychowała mnie w duchu polskości, dała mi język polski, znajomość literatury i historii Polski, miałam zapas wiedzy o kulturze polskiej i mogłam rozpocząć pracę w Towarzystwie. Marzeniem było reaktywowanie chóru „Lutnia”, w którym do wojny śpiewał mój Ojciec. Spełniło się!
Cieszyło każde osiągnięcie Towarzystwa: zorganizowanie nauki języka polskiego w sześciu Oddziałach Towarzystwa, odzyskanie części Domu Polskiego, możliwość oglądania telewizji polskiej, powstanie zespołów polonijnych: chóru „Lutnia” i tanecznego młodzieżowego „Polonez” w Czerniowcach, folklorystycznego Górali Czadeckich „Wianeczek” we wsi Piotrowce Dolne, folklorystycznego Górali Czadeckich „Dolina Seretu” we wsi Tereblacz, dziecięcego folklorystycznego Górali Czadeckich „Dolinianka” we wsi Stara Huta, dziecięcego pieśni i tańca „Kwiaty Bukowiny” w Czerniowcach.
Od 14 grudnia 1998 r. jestem prezesem Honorowym Towarzystwa. Jestem emerytką, lecz nadal pracuję.
Całe życie marzyłam i nadal czekam na cud, który pozwoli mi ostatnie lata przeżyć w Ojczyźnie mojej i moich przodków.
W 1993 r. Prezydent RP Lech Wałęsa wręczył mi we Lwowie Krzyż Kawalerski Orderu Polski Odrodzonej, a Minister Kultury RP w 1996 r., również we Lwowie, medal „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
Czerniowce, 2000 r.