Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Ks. Lesław Jeżowski, SAKRALNY SALON STANISŁAWOWA

Gdy się patrzy na panoramę Stanisławowa, dominują w niej budowle sakralne. Podobnie, gdy wspomnieniami wraca się do tego miasta, w jego architekturze dostrzega się przede wszystkim kościoły. W latach dwudziestych minionego stulecia nie było ich zbyt wiele: cztery rzymskokatolickie, jeden ormiańskokatolicki, trzy greckokatolickie i jeden ewangelicki. Razem dziewięć. Poznałem je wszystkie jeszcze jako kilkuletnie dziecko.

Powyższy wstęp otwierał również opowiadanie tego samego Autora o stanisławowskiej farze, które zamieściliśmy w CL 1/2000. Zmianie uległo w nim tylko jedno słowo: zamiast  b i e ż ą c e g o  (stulecia), napisaliśmy teraz  m i n i o n e g o.  Niestety.

Najwcześniej poznałem kościół ormiański. Przyjęło się w Stanisławowie, że do niego uczęszczała tzw. inteligencja. Różnica obrządku nie odgrywała tu żadnej roli. Wywodzący się z Ormian Polacy odznaczali się wielkim patriotyzmem. W kościele ormiańskim doznawał wielkiej czci obraz Matki Bożej Łaskawej, przed którym lubili się gromadzić pobożni stanisławowianie. Piękno świątyni, wspomniany obraz, kulturalny poziom chodzących do niego wiernych powodowały, że moja Mama na niedzielną mszę św. wybierała kościół ormiański. Tato, odznaczający się zmysłem legislacyjnym nie tylko jako prawnik z wykształcenia, uważał, że jego miejsce jest w Kolegiacie łacińskiej. Wszak należeliśmy do obrządku rzymsko-katolickiego, nie innego. Małemu chłopcu, jakim wówczas byłem, droga z naszego domu przy ulicy Lipowej do Ormian (jak mówiono w Stanisławowie) wydawała się długa. Chciałem jak najprędzej znaleźć się przy końcu ulicy, gdzie w gmachu „Warszawy” znajdowały się duże wystawy sklepowe, i później patrzeć na inne, już przy Sobieskiego, Gosławskiego i Barona Hirscha, bo zwykle tamtędy szliśmy do kościoła. Nie było mowy, aby przystanąć przed jakimś sklepem, bo Mama chciała zdążyć przed rozpoczęciem mszy i zająć miejsce w ławce. Przeważnie to się udawało.
Już w przedsionku kościelnym z przyjemnością wąchałem zapach kadzidła, który utrzymywał się w całym wnętrzu. Uważałem, że w żadnym innym stanisławowskim kościele nie pachniało tak przyjemnie jak tu. Mama zajmowała zawsze miejsce w ławkach po prawej strony nawy, blisko prezbiterium. Można tam było dotrzeć, idąc po czerwonym chodniku środkiem kościoła albo przejść przez dwie boczne kaplice połączone ze sobą wąskimi przejściami w oddzielających je ścianach. Wolałem tę drugą drogę, bo wtedy przechodziiłem przed interesującymi mnie ołtarzami, w których widniały duże obrazy jakby strzeżone przez stojące po ich bokach figury świętych, i mogłem sam jeden przejść między kaplicznym otworem – Mama musiała wtedy wypuścić moją rękę ze swojej. W ławce sadzała mnie obok siebie, gdy miejsce było wolne. Ale zwykle długo go nie zajmowałem, bo skoro zobaczyła kogoś starszego, kto przyszedł później i musiałby stać, nakazywała mi podejść do niego i poprosić, aby usiadł na moim miejscu, a ja musiałem stać obok ławki.
Wnętrze kościoła zawsze mnie zaciekawiało, za każdym razem, ilekroć się w nim znalazłem. Przede wszystkim patrzyłem na dużą, pociągniętą popielatą olejną farbą figurę naturalnej wielkości starego człowieka, umieszczoną przed prezbiterium na posadzce w pobliżu ambony. Długie włosy i broda okalały jego twarz. Za całe okrycie miał krótką postrzępioną szatę nie sięgającą kolan, bez rękawów – a może to nie była tkanina, lecz jakieś gałęzie z listowiem? Ręce były wygięte w dramatycznym geście, głowa trochę przekrzywiona, oczy zamknięte. Kim on był, tak niepodobny do świętych oglądanych przeze mnie na obrazach i w figurach? Mama nie potrafiła mi na to pytanie odpowiedzieć. Zapewne jakiś pustelnik.
Siedząc lub stojąc, z upodobaniem patrzyłem na lewo i w górę, bo tam była ambona. Nigdzie takiej nie widziałem. Nie z kamienia lub drewna, ale jakby upleciona z metalowych srebrzystych gałązek pokrytych drobnymi liśćmi i kwiatami. Przez nie była widoczna tkanina opinająca całe wnętrze ambony przyczepione do żelaznej konstrukcji. Przeważnie materiał miał kolor niebieski, ale w pewnych okresach roku kościelnego zmieniał się na złocisty lub czerwony. Ponieważ Mama chodziła ze mną zawsze na sumę o wpół do jedenastej, na ambonie pojawiał się ksiądz Komusiewicz, proboszcz celebrujący tę mszę. Rozumiałem poszczególne zdania kazań, ale nie łączyłem ich treści w jedną całość. Dlatego nudziłem się i wolałem patrzeć przed siebie lub na sklepienie, całe pokryte barwnymi malowidłami. Widziałem tam postacie Matki Bożej i aniołów, jakieś kolumny, fragmenty świątyń – zapewne malarz chciał przedstawić sceny z życia Patronki kościoła, ale ja byłem za mały, aby je zidentyfikować.

Główny ołtarz do roku 1937 nie był okazały. Składał się z mensy i wiszącego nad nią dosyć małego obrazu MB Łaskawej, po którego bokach znajdowały się witryny z wotami. Obraz ten bardzo przypominał częstochowski. Powyżej widniała dużych rozmiarów kopia Wniebowzięcia Murilla. Matka Boża niebieskobiała stała ze złożonymi rękami na obłokach. Jeszcze wyżej, pod oknem u stropu kościoła wisiał okrągły obraz w bardzo szerokich barokowych ramach, a nad nim Bóg Ojciec, ale przedstawiony tylko do piersi. Obok Niego i pod Nim głowy aniołków. Wszyscy lecieli gdzieś razem na chmurze. Odprawiając przy tym ołtarzu msze, ks. Komusiewicz używał niezrozumiałego dla mnie języka ormiańskiego. Ale wszystkie modlitwy poza mszą św. odmawiał po polsku.
Największe wrażenie wywierały na mnie organy. Lubiłem słuchać nie tyle akompaniamentu do zbiorowego śpiewu, co bezsłownych preludiów wykonywanych na górnych rejestrach instrumentu. Zdarzało się, że chcąc się podzielić z Mamą swymi muzycznymi doznaniami, przeszkadzałem jej w modlitwie i pytałem: Prawda, że ten pan pięknie gra? Mama, nie odrywając oczu od otwartej książeczki do nabożeństwa, chętnie mi potakiwała. Wyobrażałem sobie, że niewidoczny z dołu organista musi być pięknym mężczyzną, wysokim, szczupłym, o niebieskich oczach i złocistych włosach, jakby aniołem. Gdy go po raz pierwszy zobaczyłem, rozczarowałem się. Był średniego wzrostu, włosy miał ciemne, rzadkie i „przylizane”; raczej brzydki i na dobitek bez jednego oka. Oczodół zasłaniała czarna przepaska, umocowana na głowie sznurkiem. Chodził jakoś niezgrabnie, szybko, ale jakby jedną nogą powłóczył. Nosił długi płaszcz.
Z ławki, w której zwykle siedzieliśmy, widziałem też obydwie strony transeptu kościoła. W prawej w ołtarzu był jeszcze jeden obraz Matki Bożej, zwany Trynitarską. Nazwa wzięła się stąd, że do XIX wieku znajdował się w kościele trynitarzy, zlikwidowanym za czasów cesarza Józefa II. Po kasacie klasztoru, którego wspomnieniem był plac Trynitarski w Stanisławowie, obraz umieszczono u Ormian. Jego cechę charakterystyczną stanowiła korona na głowie Maryi, naśladująca koronę Rudolfa II, i rozkwitły goździk w ręce Matki Bożej. W tej części transeptu urządzano w Wielki Piątek Grób Pański. On najbardziej mi się podobał ze wszystkich w mieście, bo wśród obfitej zieleni stały klatki ze śpiewającymi kanarkami, a przed grobową grotą szemrał, błyszczący w świetle lamp, wodotrysk.
Na zewnątrz kościół prezentował się mniej nobliwie. Zbudowany był w kształcie łacińskiego krzyża, co się jednak niezbyt rzucało w oczy, bo jego ramię poprzeczne uwydatniało się dopiero powyżej nawy. Ściany ożywiały pilastry z jońskimi kapitelami, występujące również na dwóch trójkondygnacyjnych wieżach zwieńczonych gruszkowatymi hełmami. Wklęsła ściana frontowa wsuwała się między wieże, dając u dołu miejsce bramie wejściowej, ozdobionej dwiema kolumienkami z naczółkami. Tą bramą wychodziliśmy po mszy św. na ulicę. Często Mama spotykała tu swoje znajome panie, z którymi wdawała się w rozmowę. Ja ciągnęłem ją dalej, bo wiedziałem, że w drodze powrotnej wstąpimy na ciastka i wodę sodową z sokiem do cukierni Staffa na rogu ulicy Gosławskiego i placu Mickiewicza, gdzie były wyśmienite ciastka francuskie z kremem, za którymi przepadałem.

Dopiero później, już w latach gimnazjalnych, zdałem sobie sprawę, że nie tylko w moim dawnym, dziecięcym odczuciu, ale rzeczywiście kościół ormiański był najpiękniejszy w Stanisławowie. Nieprzeładowany barok z monumentalnymi detalami, pełen harmonii, szlachetny w wystroju, wyzbyty wszelkiej tandety. Szczyty wytwornego smaku, z jakim był urządzony, miał osiągnąć w 1937 roku, gdy odbyła się koronacja przechowywanego w nim wizerunku MB Łaskawej. Koronacja najokazalsza, najuroczystsza ze wszystkich dwunastu w Polsce międzywojennej. Wtedy to ks. Komusiewicz uczynił ze swego kościoła naprawdę sakralny salon Stanisławowa.