Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

PUBLIKACJE

Ksiazki i czasopisma omówione w naszych kwartalnikach

Wszystkie | 2005 | 2004 | 2006 | 2007 | 2002 | 2003 | 2001 | 2000 | 1999 | 1998 | 1996 | 1997 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami



Widacki Jan (red.), Kresy w oczach oficerów KOP

[1/2006]

 

Z prasy (nieprzyjaznej – „Gazeta Krakowska” z 15 XI ‘05) – dowiedzieliśmy się o wydaniu książki pt. Kresy w oczach oficerów KOP, w której autorem wstępu i opracowania – a zapewne też inicjatorem reedycji – jest Jan Widacki (znany nam skądinąd b. ambasador RP na Litwie, adwokat J. Kulczyka itd.). Książka ta – jak poinformowano – to przedruk skryptu wydanego w 1935 r. na prawach rękopisu przez Korpus Ochrony Pogranicza (w ramach MSW) – Oddział Wychowania Żołnierzy Dowództwa KOP, a sporządzonego przez instruktorów oświaty KOP. W książce znalazło się 17 raportów (nb. doskonale opracowanych, dobrze napisanych), oceniających sytuację społeczną, ekonomiczną, narodową, oświatową itd. oraz działalność KOP w 18 gminach granicznych wzdłuż całej granicy północnej (z Litwą i Łotwą) i wschodniej (ze Związkiem Sowieckim). I tak: z województwa białostockiego – 1 raport, wileńskiego – 5, nowogródzkiego – 3, poleskiego – 2, wołyńskiego – 4 i tarnopolskiego – 2. Te ostatnie to gmina miejska Husiatyn (pow. Kopyczyńce) oraz gmina jednowioskowa Białobożnica-Kalinowszczyzna w pow. czortkowskim.

 

 

Intencja edycji jest dość zastanawiająca. We wspomnianej gazecie osoba podpisana (MP) – do tej postaci odniesiemy się w następnym numerze – napisała tak: Nędza, zacofanie, analfabetyzm – to prawdziwy obraz Kresów II RP, który wyłania się z książki „Kresy w oczach oficerów KOP”. Nie trzeba bronić mitów... I nieco dalej:

 

 

W Krakowskiej Szkoły Wyższej [zapewne Szkole, ale przepisujemy dokładnie] im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego kresowiacy i historycy dyskutowali o tym, jak podobna lektura pozwala skutecznie odbrązowić legendy. Nie wiemy kim byli owi kresowiacy ani historycy.

 

 

Książkę więc wypożyczyliśmy (żeby broń Boże nie kupować) i przejrzeliśmy, poczynając od powiatów dla nas najciekawszych. Z odnośnych rozdziałów przedstawiamy poniżej zawarte w nich dane, które – po pierwsze: pozostają w pewnej niezgodzie z komentarzem autorki prasowej notatki MP (niejakiej Marty Paluch, która podpisała się pełnym imieniem i nazwiskiem w artykule, którego omówienie w następnym numerze zapowiedzieliśmy wyżej); po drugie: dowodzą nie tylko absolutnej ignorancji w ogólnej sytuacji polskiej wsi przed II wojną (i dawniej, także w województwie krakowskim), ale i historii najnowszej w ogóle. A może po prostu złej woli?

 

 

 

HUSIATYN. Liczba mieszkańców przed 1914 r.: ogółem 2750, Polaków 1227, Rusinów 835, Żydów 688. Do I wojny miasteczko żyło z intensywnego handlu granicznego z Rosją. Dochody osiągane przez zarząd miasta pozwoliły w stosunkowo krótkim czasie na wybrukowanie ulic, przeprowadzenie kanalizacji, wybudowanie okazałego ratusza, nowego budynku dla szkoły i elektrowni. Ze składek ludności w latach 1908–14 wybudowano gmach TG „Sokół”, bursę Tow. Szkoły Ludowej, otwarto prywatne gimnazjum.

 

 

Z początkiem i wojny Rosjanie zbombardowali graniczny Husiatyn i częściowo spalili. Od tego czasu miasto nie podniosło się z upadku (1935), tym bardziej że wobec powstania Związku Sowieckiego ustał handel graniczny. Władze powiatowe przeniesiono po wojnie do Kopyczyniec (położonych bardziej centralnie w stosunku do obszaru powiatu) i w tamtym kierunku grawitowały od tego czasu okoliczne wsie. Postawiło to w trudnych warunkach miejscowe rzemiosło i handel.

 

 

Na poprawę sytuacji zaczął wpływać w dużej mierze KOP (2 kompanie wojska), a także kilka powstałych organizacji społeczno-kulturalnych. Odległość szkoły od najdalej położonych domów nie przekraczała 3 km. Analfabetyzm dzięki działalności szkoły i kursów dokształcających, prowadzonych przez nauczycielstwo, istniał tylko wśród najstarszej generacji. Procent analfabetów był jednak znikomy (słowo użyte przez autora raportu). Towarzystwo Szkoły Ludowej urządzało pogadanki z zakresu rolnictwa i gospodarstwa domowego.

 

 

 

BIAŁOBOŻNICA-KALINOWSZCZYZNA. Liczba mieszkańców ogółem 1171, w tym Polaków 228, Rusinów 927, Żydów 16. Gmina należała do wybijających się pod względem społecznym, kulturalnym i gospodarczym, co dotyczyło tak ludności polskiej, jak i ruskiej. Gmina posiadała 180 morgów uprawnej ziemi, lasy, młyn elektryczny, gorzelnię. Dwór prowadził chlewnię i wzorową hodowlę roślin przemysłowych. Akcja montowania ruchu spółdzielczego rokowała widoki powodzenia.

 

 

Ludność uważała się za potomków szlachty i była dość oświecona. We wsi czytane były liczne czasopisma – autor wymienił 9 tytułów polskich i 5 ruskich. Wielki wpływ na ludność ruską miał ksiądz greckokatolicki. który był źródłem wszelkich inicjatyw w kierunku nieprzyjaznym dla naszego państwa.

 

 

Ilość dziatwy szkolnej wykazywała wielki przyrost. Proces rutenizacji dzieci polskich ustał zupełnie w ostatnich latach, a nauczycielom udało się nawet zruszczone dzieci polskie przywrócić do polskości. Młodzież polska i ruska ze wsi uczęszczała do państwowych szkół średnich w Czortkowie: gimnazjum, seminarium nauczycielskiego oraz szkoły handlowej, sześciu synów wieśniaków kształciło się w szkołach wyższych. Pośród dorosłych było 6–8% analfabetów.

 

 

Duży wpływ wywierał KOP. Polski ruch społeczny i kulturalny ogniskował się w Związku Strzeleckim.

 

 

W pozostałych opisywanych gminach przygranicznych analfabetyzm przedstawiał się następująco:

 

 

Berżniki (wojew. białost.) 5% (głównie Litwini)

Orany (wileń.) 2% młodzi,

10% mężczyźni,

25% kobiety

Nowe Troki (jw.) 12%

Niemenczyn (jw.) 5%

Słobódka (jw.) 12%

Łużki (jw.) ?

Stołpce (nowogr.) 40%

Snów (jw.) 0%

Iwieniec (jw.) 60%

Czuczewicze (poles.) 30%

Horsk i Dawidgródek (jw.) 5% dzieci,

35% ludzie młodzi,

80% ludzie starzy

Kisorycze (wołyń.) 30% miasto,

70% wieś

Ludwipol (jw.) 70%

Hoszcza (jw.) 15%

Nowomalin (jw.) ?

Husiatyn (tarnop.) % znikomy

Białobożnica-

-Kalinowszczyzna (jw.) 6–8%

 

 

 

Każdy zauważy, że szczególnie wysoki poziom analfabetyzmu istniał w województwach nowogródzkim i poleskim, tzn. w b. zaborze rosyjskim, choć i tam było różnie – vide Wileńszczyzna i Wołyń. Całkiem inaczej przedstawiał się stan w b. Galicji – po zaborze austriackim, gdzie – to ważne! – krajem bezpośrednio zarządzali Polacy (nie porównywujmy oczywiście z b. zaborem pruskim). W dodatku autorzy raportów zwracają uwagę, iż wysoki procent analfabetyzmu spadał znacząco od chwili odzyskania niepodległości (przykładem gminy Horsk i Dawidgródek). Zauważają i wskazują trudności i czynniki negatywne, także w kwestii narodowościowej, jednak nic nie usprawiedliwia generalizowania opinii o nędzy, zacofaniu i analfabetyzmie na całych Kresach, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, iż średnia analfabetyzmu w Polsce międzywojennej była ogólnie wysoka.

 

 

Nie od rzeczy byłoby natomiast przypomnieć, jak wyglądała wieś np. w województwie krakowskim (!) w tych samych czasach, o których traktuje omawiana wyżej książka. Proponujemy dwa przykłady z okolic uważanych dziś za cywilizowane. Piszący te słowa miał okazję poznać wieś S., położoną między Wieliczką a Dobczycami, gdzie – jako 13-letni chłopiec – znalazł się w 1944 r., po wyjeździe ze Lwowa. Drugą wieś, P., położoną w rozległej dolinie wśród wzgórz (jeszcze nie gór) w powiecie limanowskim, poznał jako człowiek dorosły w latach 70. Żadnego z tych przypadków nie należy traktować jako celowo dobranego, ani też istniejącej tam wtedy sytuacji przypisywać wojnie lub czasom PRL. Tyle tylko, że w obu tych wsiach (podobnie jak we wszystkich okolicznych) niewiele się zmieniło od czasów przedwojennych aż do czasu opisywanego.

 

 

We wsi S. – jak wszędzie – wszystkie chałupy były drewniane i kryte strzechami. Wewnątrz z zasady tylko jedna izdebka (zazwyczaj przy kuchni) miała podłogę z desek i tam gospodarze spali, kuchnia zaś i druga izba (jeśli była) miały klepiska. Bardzo prosty obiad jadła rodzina ze wspólnej miski, siadając wokół na prymitywnych zydelkach domowej roboty. Analfabetyzm był dość powszechnym zjawiskiem (gospodyni była „niepiśmienna”). Na co dzień chodzono boso, tak jak prawdopodobnie na wsi w większości przedwojennej Polski (może z wyjątkiem b. zaboru pruskiego).

 

 

We wsi P. – w 30 lat później – było podobnie, tyle że dachy w międzyczasie pokryto „ternikiem” (eternitem). Rodziny przeważnie wielodzietne; bywało, że na szerokim łóżku spali rodzice i 2–4 dzieci (!). Gospodynie z towarem na sprzedaż chodziły 8 km przez góry do uzdrowiska, bo tylko tam miały zbyt. Do kościoła 4–7 km. Koń był rzadkością, do robót posługiwano się „bykiem” (czyli wołem). Drogę (bez nawierzchni) wytyczono na przełomie lat 60/70., wcześniej na długich odcinkach jeżdżono brzegiem kamienistego potoku. Prąd elektryczny doprowadzono w późnych latach siedemdziesiątych. Alkoholizm przybierał rozmiary klęski, dopiero ostatnio jakby osłabł.

 

 

O „sławojkach” lepiej nie wspominać. Wszelkie odpadki (w ostatnich latach np. zużyte pralki lub telewizory) wrzucano do potoka. Budowa domów z cegły rozpoczęła się w późnych latach 70., „za Gierka”. Teraz stawia się domy większe i nieraz bardziej komfortowe (przynajmniej w tej okolicy) niż wille w mieście; coraz liczniejsze są samochody, telefon w każdym domu, kanalizacja w budowie, więc młodzież 20–25-letnia nia ma już pojęcia, jak było przed 30 laty, a zdjęcia z tamtych czasów są „nielubiane”.

 

 

 

Ciśnie się uporczywie analogia między tamtymi i współczesnymi czasami. Ciągle czytamy w prasie o zacofaniu wschodniej części kraju wobec zachodniej, o ucieczce młodych ze „ściany wschodniej” itd. A więc odległość od Europy w każdym układzie i w każdym czasie pozostaje aktualna i decydująca. Dotychczasowe władze – mimo deklaracji – niewiele robiły, by to zmienić, a przyszłoby im to łatwiej niż po I wojnie światowej.

 

 

Może więc pan Widacki i do tego się ustosunkuje (pani Paluch pomoże) – po co nam takie zacofanie? Kandydatów na nasze obecne ziemie wschodnie nadal nie brakuje. Możecie więc im pomóc...

 

 

Jest oczywiste, że wydanie książki pana Widackiego i tendencyjne komentowanie jej (również w prasie) bez odniesienia do niedawnej ówcześnie przeszłości, i w konkluzji do zastanej przez odrodzoną Polskę sytuacji, a także bez porównania z innymi regionami kraju tamtego czasu – ma charakter moralnego nadużycia. Kto to zamówił?

 

 

(AC)

 

 

 

* Na wszelki wypadek informujemy panią Paluch, że przed I wojną światową (od czasu autonomii Galicji – od lat 1860.) wschodnia Galicja/Małopolska była – mimo zaboru austriackiego – pod bezpośrednim zarządem polskim na wszystkich szczeblach. Nie należy więc ewentualnych „zasług” przypisywać Austrii.