Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z art. konserwatorem JANUSZEM SMAZĄ rozmawia Janusz M. Paluch

[5/2001]

Jest Pan Doktor człowiekiem nieuchwytnym. Nie udało się nam porozmawiać w sierpniu we Lwowie, kiedy spotkaliśmy się na Cmentarzu Orląt. Kolejne moje telefony dopadały Pana a to w Kamieńcu Podolskim, a to w Paryżu...
Tak wyszło, ale za to możemy rozmawiać w tak pięknym miejscu pod Wawelem.

Kiedy ma Pan czas na pracę?
Pracuję również w podróży. Mam czas na pracę, bo nie mam czasu na wypoczynek.

Zajmuje się Pan głównie konserwacją cmentarzy polskich w różnych rejonach Europy. Czy to Pana wybór, specjalizacja podjęta już podczas studiów, czy po prostu ta praca Pana znalazła?
Rzeczywiście można tak określić, że praca mnie znalazła. Chociaż też nie do końca. Na Wydziale Konserwacji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie – mojej macierzystej uczelni – w ramach pracy dyplomowej zajmowałem się konserwacją nagrobka na Cmentarzu Powązkowskim wybitnego ilustratora Jana Feliksa Piwarskiego autorstwa Andrzeja Pruszyńskiego. To był dla mnie profesjonalny początek. Zaznaczam, że zajmuję się nie tylko konserwatorskimi pracami na cmentarzach. Aczkolwiek od wielu już lat odnawiam ślady polskości w wielu krajach Europy i nie tylko Europy. Skoro mowa o cmentarzach: zaczynałem od odnowienia nagrobków znanych postaci XIX-wiecznej Warszawy na cmentarzach rzymskokatolickich, ewangelicko-augsburskich, prawosławnych, żydowskich. Następnie przez wiele lat prowadziłem prace nad kompleksami nagrobków z Łemkowszczyzny, Bojkowszczyzny i Roztocza oraz przy polskich grobach na Wschodzie i Zachodzie Europy. M.in. w Paryżu zabezpieczyliśmy (wraz z prof. A. Kossem) nagrobek Fryderyka Chopina na Cmentarzu Pére Lachaise. Obecnie kontynuujemy prace na Cmentarzu Montmartre, gdzie odnawiamy nagrobki, które stanowią zbiorowe mogiły naszych wybitnych rodaków z tzw. Wielkiej Emigracji. Teraz rozpoczęliśmy prace (z inicjatywy Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa z Warszawy) na niewielkim XVIII-wiecznym cmentarzyku w centrum starego Drezna, zwanym swego czasu Cmentarzem Polskim. Zachowało się tutaj do naszych czasów ponad 40 nagrobków, m.in. generałów: Stanisława Woyczańskiego, Klemensa Kołaczkowskiego, kompozytora Kazimierza Brodzińskiego, poety Romana Zmorskiego i wielu innych znanych z historii postaci. Konserwację prowadzimy wspólnie z Niemcami, wspólne jest ich finansowanie. Zakończenie tych prac – za kilka lat – zwieńczone będzie konferencją naukową i wspólną publikacją naukową. W ostatnim natomiast czasie Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zleciła mi opracowanie dokumentacji konserwatorskiej cmentarza „Polskich Wygnańców” w Tanzanii. Znajduje się tam ponad 140 nagrobków. Zdecydowana większość pochodzi z okresu 1943–1950. Ten cmentarz mówi o strasznym wyniszczeniu biologicznym uchodźców z Rosji Sowieckiej: ludzie umierali w wieku dwudziestu paru lat; młodzież, dzieci, matki w dniu urodzin niemowlęcia... Ta analiza jest wstrząsająca!

Kto zgłosił konieczność zajęcia się tym cmentarzem?
Tamtejsza Ambasada RP. Rada Ochrony Pamięci wykonuje w ostatnich latach wielce ważną i ogromną pracę, szkoląc i uwrażliwiając młodą kadrę naszych dyplomatów na sepulkralne ślady polskości występujące przecież pod każdą szerokością geograficzną świata.

Głównym terenem Pana pracy konserwatorskiej są jednak Kresy. Jak Pan tam trafił?

Kocham góry. Pochodzę z gór – urodziłem się w Wadowicach. Kończyłem Liceum Plastyczne im. A. Kenara w Zakopanem. Moim marzeniem było poznanie legendarnych i nie tak dawno jeszcze niedostępnych pasm górskich Gorganów czy Czarnohory. Już 11 lat pracuję za wschodnią granicą, ale w tamtejszych górach udało mi się przebywać parę dni. Ale one zawsze znajdują się na horyzoncie i mam nadzieję, że kiedyś do nich na dłużej dotrę. Pierwszy raz  pojechałem tam z Towarzystwem Karpackim w 1990 roku, m.in. do Lwowa i Żółkwi. I zatrzymałem się tam na dłużej...

To było pierwsze doświadczenie, ale i przepustka do kolejnych miejsc wymagających natychmiastowej interwencji konserwatorskiej? Jakie jest stanowisko władz ukraińskich w sprawie ratowania polskich zabytków architektonicznych? Na jaką pomoc, współpracę możemy tam liczyć?
Żółkiew, to znaczy odnowienie XVII-wiecznej tak ważnej dla historii Polski świątyni, zmobilizowała wielu. Ma przecież i Kraków swój wkład w ratowanie kościoła pod wezwaniem św. Wawrzyńca, m.in. przez dofinansowanie części blachy miedzianej na dach fary czy konserwację XIX-wiecznych sarkofagów z krypty centralnej. Pierwsze moje pobyty tutaj, wraz ze studentami, finansowane były przez Polskę i Ukrainę na podstawie porozumienia podpisanego w Kijowie pomiędzy Polskim Towarzystwem Opieki nad Zabytkami a Ukraińskim Towarzystwem Opieki nad Zabytkami Historii i Kultury w roku 1983. W ramach tego porozumienia młodzież ukraińska przyjeżdżała do Polski do prac na cmentarzach ukraińskich, a młodzież polska na Ukrainie ratowała polskie zabytki. Później na Ukrainie nastąpił krach finansowy, który praktycznie przekreślił wspólne plany. Musieliśmy liczyć tylko na siebie. Po wielu latach pracy i doświadczeń mogę stwierdzić, że nie tylko nie ma, ale i nie będzie pomocy finansowej ze strony ukraińskiej. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Konserwacja zabytków jest bardzo kosztowna, a wiemy, jak trudna jest sytuacja gospodarcza Ukrainy. Nie chcę już nawet wspominać, ile z własnej kieszeni dołożyłem do różnych prac konserwatorskich – nie tylko przez pracę bez honorarium. W wielu przypadkach, na przykład w Żółkwi, prace konserwatorskie odbywają się dzięki praktykom studentów z Wydziału Konserwacji Dzieł Sztuki ASP z Warszawy i Krakowa oraz pracom dyplomowym ze stołecznej uczelni. Pracując w tym systemie, odnawianie tak ogromnego zabytku, jakim jest kościół w Żółkwi, przeciągnie się na całe lata. Na szczęście ta moja działalność spotkała się z pełnym zrozumieniem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i od kilku lat prace w Żółkwi finansowane są przez Biuro Pełnomocnika Rządu do spraw Polskiego Dziedzictwa Kulturalnego za Granicą. To bardzo ułatwia mi pracę i pozwala skupić na dydaktyce. Ostatnio, znów Kraków, tym razem Małopolski Bank Regionalny, podjął się sfinansowania konserwacji XIX-wiecznej płyty nagrobnej królewiczów Jakuba Ludwika i Konstantego Sobieskich.

W naszej rozmowie mówi Pan cały czas o konserwatorach z Polski. Czy na Ukrainie nie wytworzyła się jeszcze szkoła miejscowych konserwatorów, z którymi moglibyście współpracować?

Kiedy pojawiłem się na Ukrainie jako konserwator, zostałem bardzo nieufnie przyjęty. I słusznie, każdy ma prawo do zasady ograniczonego zaufania do nieznanego partnera, który w dodatku pojawia się z grupą kilkunastu studentów i przystępuje do renowacji unikatowych XVII- i XVIII-wiecznych zabytków. Oczywiście te bariery szybko zostały zlikwidowane. W tej chwili na płaszczyźnie administracyjnej mamy bardzo dobrą współpracę. Jeśli chodzi o konserwatorów... No cóż, na Ukrainie do dziś nie wytworzyła się szkoła konserwacji rzeźby i architektonicznego detalu kamiennego, ceramicznego, stiukowego, gipsowego. Istnieją wprawdzie świetne pracownie konserwacji malarstwa ikonowego, tablicowego czy ściennego – choćby we Lwowie. Tego uczą na tamtejszej Akademii. Jednak nasza specjalizacja wydaje się być w chwili obecnej najbardziej potrzebna. Dziesiątki cmentarzy, kościołów i kamienic czekają na ratunek. Mamy również wspólny sukces: razem z młodzieżą i ich nauczycielami z lwowskiego koledżu im. I. Trusza przeprowadziliśmy praktyki zawodowe w kościele klasztornym ojców dominikanów w Żółkwi. Młodzi konserwatorzy ukraińscy zajmowali się malarstwem ściennym, my zaś nagrobkiem Teofili Sobieskiej, matki króla Jana III. Praktyki były finansowane z funduszu międzynarodowego w ramach programu Europejska Przestrzeń Kulturowa. Od lat staramy się namówić polskie uczelnie, by fundowały stypendia dla ukraińskich konserwatorów w tych deficytowych specjalizacjach. Wiem, że i w Krakowie tacy stypendyści byliby mile widziani. Problem zaczyna się jak zwykle w chwili, kiedy zaczynamy rozmowę o pieniądzach. Jakkolwiek jest to potrzeba chwili, która leży w interesie nas wszystkich.

Są też inne miejsca, którym w swej pracy poświęca Pan wiele czasu i uwagi. Zaliczają się do nich m.in. Brzeżany.
Rzeczywiście, to szczególne miejsce na mapie architektonicznych zabytków polskich na Ukrainie. Znajduje się tam wspaniały XVI-wieczny zamek Sieniawskich z bezcenną kaplicą zamkową, obecnie w stanie krytycznym. Znajdowało się w niej jedno z najwspanialszych mauzoleów rodowych. Na szczęście istnieje dość dokładna dokumentacja pochodząca z badań jeszcze przedwojennych. Jest to jedno z tych miejsc, do których musimy wejść z pracami konserwatorskimi. To ostatni moment. Jednak wcześniej potrzebni są specjaliści od statyki i konstrukcji. Zachowały się tam resztki dachów, popękane mury. Trzeba zatem rozpocząć prace od zespolenia murów i rekonstrukcji zadaszenia. Dopiero wtedy będziemy mogli rozpocząć konserwację sztukaterii na sklepieniach czy pozostałości alabastrowych nagrobków. Obecnie jest to miejsce spotkań młodzieży. Byłem kilka razy świadkiem, jak młodzi ludzie palili wewnątrz kaplicy ognisko. To, co jeszcze zostało na ścianach, to przepiękne manierystyczne alabastrowe wykończenia nagrobków z pełnoplastycznymi figurami. Jest to nadal zabytek unikatowy. Alabaster i sztukaterie to bardzo kruche materiały i cud, że w tych warunkach jeszcze przetrwały. Brzeżany trzeba ratować!

Czy znajdą się na ten cel pieniądze?

Przypadek Brzeżan znany jest wszystkim zainteresowanym. Zawsze mówię o tej kaplicy osobom w miejscach, gdzie zapadają decyzje finansowe. Rozmowy jednak kończą się w momencie, kiedy należałoby mówić o pieniądzach. Nikt nie chce podjąć choćby słownego zobowiązania finansowego, bo znawcy wiedzą, że w grę wchodzą ogromne kwoty. Zatem w chwili obecnej nie widzę choćby nadziei na to, by znalazł się mecenas sztuki chcący ratować ten zabytek. A przecież odnowa zabytków kresowych jest naszym narodowym obowiązkiem. A Brzeżany są jednymi na liście. Jednak zestawienie zabytków wymagających przede wszystkim zabezpieczenia, a później konserwacji jest ogromna. Dość wymienić kilka najważniejszych: Podhajce – XV––XVII-wieczne unikalne późnogotyckie,
z późniejszymi naleciałościami, kościelne założenie jest w katastrofalnym stanie. Jazłowiec – XVI-wieczne, ale jeszcze gotyckie założenie kościelne z nagrobkiem znanego kompozytora okresu Oświecenia Mikołaja Gomółki, nad którym sklepienie wytrzyma być może jeszcze parę lat. I cała masa innych, których wymienianie i opis zajęłyby nam wiele miejsca i czasu.
Mówiliśmy o ratowaniu i konieczności interwencji konserwatorskiej w dużych założeniach architektonicznych. Czasami jednak podejmuje się batalie o ratowanie – wydawałoby się – drobiazgów. Mam tu na myśli płytę nagrobną ze Świrza, o której pisał też w Szwajcarii prof. Andrzej Żaki.
Tak, to dość znana sprawa. Jeździłem tam jeszcze nieoficjalnie. Kiedy kościół został przejęty przez cerkiew greckokatolicką, ta płyta – poświęcona XVII-wiecznemu humaniście Gabrielowi Świrskiemu, o dość sporych wymiarach: ok. 190x90x30 cm – została usunięta z wnętrz kościoła. Pierwotnie znajdowała się w posadzce nawy kościelnej, wówczas przysypanej rumowiskiem. Nowi użytkownicy kościoła zaczęli porządkować wnętrze, chcieli położyć nową podłogę i płyta im przeszkadzała. Wyrwali ją z posadzki i przetransportowali poza świątynię, uszkadzając przy tym w dość istotnym miejscu, które pozwoliłoby ją dokładnie datować. Początkowo świeże uszkodzenia były widoczne gołym okiem. Teraz, po trzech latach przetrzymywania jej „pod chmurką”, nie jest ono już widoczne. Oczywiście płyta nie mogła tak zostać, pozostawiona na pastwę losu, na wpływ niekorzystnej dla kamienia aury. Znalazłem nawet dla niej zastępcze miejsce, ale jej transport wymagałby nie lada przedsięwzięcia organizacyjnego – samochodu i dźwigu. Na szczęście udało się porozumieć z obecnym miejscowym proboszczem greckokatolickim i  mieszkańcami, którzy nie widzą problemu, by płyta ponownie wróciła do kościoła. Zostanie zatem umieszczona w kruchcie kościoła i eksponowana będzie prawdopodobnie w pozycji pionowej. Zostanie to zrealizowane jeszcze w tym roku dzięki dotacji pochodzącej z Biura Pełnomocnika Rządu do spraw Polskiego Dziedzictwa Kulturalnego za Granicą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Podziwiam Pana zapał i chęć ratowania polskiego dziedzictwa narodowego na Ukrainie. Polska nie zalicza się jednak do bogatych krajów. Nie udźwignie zatem finansowych kosztów zabezpieczenia tych cudów architektury. Tym bardziej, że strona ukraińska często szuka pretekstów do utrudniania pracy polskim konserwatorom. Od lat obserwujemy to na przykładzie Cmentarza Orląt we Lwowie. Jest to miejsce, któremu poświęcił Pan ogrom swej pracy i czasu. Jak zapamiętał Pan swą pierwszą wizytę w tamtym miejscu?
Jak każdy Polak, który trafił do Lwowa, pierwsze kroki skierowałem do katedry rzymskokatolickiej, a później na Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich. Wszyscy wiemy, jak wyglądało to miejsce. Rzeczywiście, dość wyraźnie pamiętam ten moment, kiedy z zaniedbanego, ale pełnego rzeźb Cmentarza Łyczakowskiego wkroczyłem na ruinę Cmentarza Orląt. To był szok! Znałem ten cmentarz z przedwojennych fotografii, które pozwalały stwierdzić, iż mamy do czynienia z realizacją niemal doskonałego architektonicznego założenia cmentarnego. Pierwsza myśl, jaka mi wtedy przyszła do głowy, to, że tego już nie da się odbudować. Nieco później (tj. pod koniec 1997 r.) otrzymałem z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zlecenie na zdokumentowanie istniejącego stanu cmentarza, opracowanie wytycznych konserwatorskich i programów konserwatorskich i rekonstrukcyjnych. Założenie podstawowe to przywrócić cmentarz do kształtu sprzed 1939 roku i zapewnić maksymalną trwałość zabiegów. Te właśnie założenia stały się przyczyną opracowania takich, a nie innych metod i technologii, a także – niestety spornych i istotnych (jak na razie) „zawirowań politycznych”... Ale wróćmy do spraw technicznych: od strony konserwatorskiej surowiec, z którego wykonano większość elementów cmentarza – wapień z lokalnych złóż, jest materiałem bardzo porowatym, miękkim, łatwym w obróbce, ale mało odpornym na naturalne czynniki wietrzeniowe, tym bardziej mało odpornym na zanieczyszczenia środowiska miejskiego. Stąd na zachowanych fotografiach z okresu międzywojennego widoczne są już drobne zmiany wizualne – jeszcze nieszkodliwe, ale mało estetyczne. Trwałość naszych zabiegów zdecydowała o metodach rekonstrukcji, na przykład w przypadku brutalnie skutych płaskorzeźb aniołów z filarów katakumb czy resztek głowy lwa z sadzawki. W płaskorzeźbach o wymiarach 200x80 cm należało uzupełnić ubytki w postaciach (na całej ich wysokości) o grubości od 1 do 6 cm. Stąd przyjęta metoda: rekonstrukcja modelu na podstawie resztek oryginalnych fragmentów i zachowanej dokumentacji fotograficznej, a następnie przekopiowanie w takim samym materiale. Otrzymaliśmy w ten sposób wierne kopie. Niestety, na żądanie strony ukraińskiej musieliśmy skuć elementy wypełniające korony cierniowe, tj.: krzyże Virtuti Militari, Orła Białego i Obrońców Lwowa. O wiele bardziej skomplikowane były rekonstrukcje elementów całkowicie zniszczonych, np. rzeźb Piechura Francuskiego i Lotnika Amerykańskiego.

Gdzie te rzeźby zostały wykonane?
Zarówno modele, jak i rzeźby wykonano w Polsce. Modele gipsowe na podstawie dokumentacji fotograficznej wykonali pedagodzy Wydziału Konserwacji i Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, a rzeźby przekuto w wapieniu w zakładzie kamieniarskim w Daleszycach koło Kielc. Inne modele – przepiękne płaskorzeźby putt z gzymsu katakumb, z których w oryginale przetrwało tylko jedno, częściowo uszkodzone, oraz model głowy lwa – wykonano na cmentarzu. Przekuwano je również w Polsce. Ale o zgodę na ich umieszczenie w odpowiednich miejscach strona polska bardzo długo się starała. Najgorsze jest to, że po częściowym ich montażu strona ukraińska domagała się demontażu. W pewnych momentach wstrzymywano nam całkowicie prace w katakumbach oraz na polach grobowych. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak potoczyłyby się losy odnowy Cmentarza Orląt Lwowskich, gdyby nie upór i konsekwencja ministra Andrzeja Przewoźnika, który potrafi w najtrudniejszych chwilach przekonać stronę ukraińską o słuszności naszych działań.
 
Jak ocenia Pan miejscowych Polaków, którzy przecież od początku czynnie towarzyszą odnowie tego cmentarza?
To jest wspaniała postawa! Powinniśmy się od nich uczyć patriotyzmu i oddania, z jakim oni pracowali i pracują przy ratowaniu Cmentarza Orląt Lwowskich. Jest to nasz wspólny obowiązek, nasze wspólne dziedzictwo. Wśród Ukraińców, z którymi współpracujemy, też jest duże zrozumienie idei odbudowy cmentarza, choć w odmiennym kształcie. Świetnie współpracuje się nam z ich przedstawicielami, m.in. inspektorem nadzoru budowlanego czy architektem miejskim Lwowa. To bardzo mądrzy i rozsądni ludzie. Natomiast komu zawdzięczamy te „zawirowania” – myślę, że wiemy wszyscy.

Kiedy nastąpi oficjalne otwarcie cmentarza?

Trudno mi przewidzieć. Na obecnym etapie porozumień prace na cmentarzu zostały zakończone (nie biorąc pod uwagę drobnych robót na zapleczu). Choć bardzo dużo jest jeszcze do zrobienia. Nadal nie ma zgody – jak wspominałem – na ustawienie rzeźb Piechura Francuskiego i Lotnika Amerykańskiego, nierozwiązany jest problem rekonstrukcji pozostałych napisów przy powyższych rzeźbach, a także na płycie pięciu nieznanych żołnierzy poległych na Persenkówce, czekają lwy.

Jest to zatem praca na długi jeszcze czas.
Strona polska jest gotowa zakończyć je w dość krótkim czasie. Potrzebne jest tylko zrozumienie i zgoda ze strony ukraińskiej.

A swoją drogą – kiedy Pan wypoczywa?
W międzyczasie...

Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.


JANUSZ SMAZA, ur. 1956 w Wadowicach. Ukończył studia na wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP w Warszawie. Dyplom 1984 w specjalności konserwacji rzeźby i elementów architektury, doktorat. Był kierownikiem katedry na ASP, obecnie jest kierownikiem Pracowni Technik i Technologii Konserwatorskich tamże, rzeczoznawcą Ministerstwa Kultury i DN oraz członkiem międzynarodowej komisji ds. ratowania polskiego dziedzictwa narodowego poza granicami kraju. Ważniejsze realizacje: zespoły zabytkowych nagrobków na cmentarzach polskich i w innych krajach – w tym Cmentarza Orląt we Lwowie, elewacje pałaców, wystrój archit.-rzeźb. sanktuarium na Jasnej Górze, prace przy zabytkach za wschodnią granicą – w tym kolegiaty w Żółkwi, udział w misjach archeologicznych i archit.-konserwatorskich w Egipcie i in. Autor wielu publikacji i ekspertyz.