Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z profesorem Jerzym KOWALCZUKIEM rozmawia Konrad Sura

[2/2000]

W plejadzie polskich naukowców ludzie pochodzenia kresowego zajmują poczesne miejsce, tak jakościowo, jak i ilościowo. O potędze przede wszystkim lwowskiego środowiska naukowego świadczy fakt, że po II wojnie światowej i ekspatriacji ze Lwowa naukowcy nasi, lwowianie, umożliwili utworzenie kilkunastu nowych wyższych uczelni, w tym najważniejszych, takich jak uniwersytet we Wrocławiu, politechniki we Wrocławiu, Gliwicach, Gdańsku i także w Krakowie i in. Profesorowie lwowscy zasilili kadry również innych uczelni w Polsce.
Młodzież lwowska, wychowana w atmosferze przedwojennej Polski, po przeżyciach trzech okupacji i po ekspatriacji, zapełniła odbudowywane wyższe uczelnie w kraju, nie myśląc rezygnować z ambicji zajęcia odpowiedniego miejsca w nowej rzeczywistości. Jednym z tych młodych lwowiaków był mój dzisiejszy rozmówca. Dla nadania rozmowie większej bezpośredniości, proponuję używanie normalnej między nami formy „ty”, gdyż łączy nas znajomość ponad pięćdziesięcioletnia.
Wspomnę tylko, że poznaliśmy się we Lwowie w czasach smutnych i trudnych, o czym na pewno dowiemy się w dalszej części rozmowy.


* * *
Opowiedz na początku o swoim rodowodzie kresowym i o podstawach wychowania obywatelskiego w Polsce międzywojennej, które cię kształtowały.
Urodziłem się w rodzinie lwowskiej. Dziadek mój, Michał Kowalczuk, był cenionym architektem, profesorem Politechniki Lwowskiej (wtedy Szkoły Politechnicznej), w której prowadził wykłady z zakresu historii sztuki. Ojciec mój, Edward, ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim i w tym okresie kiedy się urodziłem, był sędzią w Kulikowie k. Lwowa, a matka Jadwiga – nauczycielką w szkołach powszechnych w okolicznych miejscowościach. W Kulikowie przyszedłem na świat. Mogę więc powiedzieć, że znakomity „chlib kulikowski” był moim pokarmem prawie już od kołyski. Potem przenieśliśmy się do Żółkwi. Tam ojciec mój był naczelnikiem sądu grodzkiego do chwili przejścia na emeryturę w połowie lat trzydziestych. Okres pobytu w Żółkwi to moje lata chłopięce. Czasy te pamiętam znakomicie i, jak każdy z nas, myślami wracam do tamtych dni jak do okresu beztroskiego, okresu wielu przeżyć, które na pewno ukształtowały moją psychikę i postawę. Wpływ ogromny miała na mnie atmosfera miasta, jego wielonarodowy charakter, a także pozycja mego ojca w życiu zawodowym i jego działalność społeczna. Zawsze imponowała mi jego toga sędziowska (niejednokrotnie widywałem ojca w jego gabinecie sędziowskim, który przylegał do naszego mieszkania w zamku żółkiewskim) i mundur sokoli, w którym zawsze występował na uroczystościach patriotycznych, sprawując funkcję naczelnika gniazda żółkiewskiego „Sokoła”. Atmosfera rodzinna, oparta o najwyższe wartości patriotyczne, wychowanie religijne, a także wychowanie w szkole powszechnej, jakie uzyskiwaliśmy od wspaniałych pedagogów, to wszystko kształtowało nasze charaktery. Żółkiew była miastem, które dzisiaj postrzegam jako „małą ojczyznę”. Ale o tym może już przy innej okazji. Dalsze moje losy to decyzja Rodziców o przeniesieniu się do Lwowa. Był rok 1938. Zamieszkaliśmy w willi mego dziadka przy ul. Potockiego. Dla mnie to był okres dużych zmian. Musiałem przystosować się do nowego środowiska, szczególnie w szkole średniej, XI Gimnazjum, w którym podjąłem naukę po uznaniu zdanego egzaminu wstępnego jeszcze w Żółkwi w tamtejszym gimnazjum im. S. Żółkiewskiego. Od wybuchu II wojny światowej dzielił nas wtedy pełny rok; oczywiście nie wiedzieliśmy, że wojna wybuchnie, chociaż pewne przesłanki ku temu były. Ten rok szkolny (1938/1939) to okres nowych przyjaźni, ale i nowych wrażeń, jakie dla „chłopca z prowincji” wnosiła atmosfera Lwowa. Pamiętam, że natrafiałem na trudności w nauce w tym renomowanym gimnazjum, szczególnie w łacinie. Gimnazjum, kierowane wtedy przez dyrektora dra Stanisława Przeździeckiego, kontynuowało tradycje znanych lwowskich szkół realnych (z okresu zaboru austriackiego) i szczyciło się chlubnymi kartami z okresu I wojny – Obrony Lwowa i wojny z bolszewikami. Znajdowało to swój wyraz w „wystroju” pomieszczeń wnętrza budynku, a także w umieszczeniu na fasadzie budynku od strony ul. Zadwórzańskiej, Krzyża Obrony Lwowa i tablicy poświęconej Nauczycielom i Uczniom poległym pod Zadwórzem. Te elementy, a nade wszystko wychowawcza działalność znakomitego grona pedagogicznego miały niewątpliwie zasadniczy wpływ na ukształtowanie naszej postawy patriotycznej i obywatelskiej. Sprawdzianem nabytych cech miała być właśnie zbliżająca się wojna.

Z takim bagażem patriotycznym wszedłeś w okres okupacji. Jak ułożyły się losy rodziny za tzw. „pierwszych bolszewików”? Czy była represjonowana? Znamy dziś dokładnie tryb i losy deportacji sowieckich, jakie dotknęły społeczeństwo Kresów. W czterech akcjach wywózek, z lutego, kwietnia i czerwca 1940 oraz czerwca 1941, przesiedlono na wschodnie obszary ZSRR około 1 miliona osób, z tego ok. 550 tysięcy z Ziem Południowo-Wschodnich II RP.
To bardzo trudny i bolesny okres dla naszej rodziny. Mój ojciec z bagażem działalności sędziowskiej był łakomym obiektem dla władzy sowieckiej. Jednocześnie był współwłaścicielem willi, w której mieszkaliśmy. Były to dostateczne i wystarczające powody, aby ponieść „karę”. Uniknęliśmy deportacji na Syberię (która dotknęła znakomitą większość czynnych prawników – kolegów mego ojca, a także nauczycieli XI Gimnazjum i moich licznych kolegów szkolnych), ale w ówczesnych dowodach sowieckich – paszportach rodzicom moim wpisano „za to” tzw. paragraf 11. Powodowało to konieczność opuszczenia Lwowa i przeniesienia się do miejscowości odległej o co najmniej 100 km od ówczesnej granicy sowiecko-niemieckiej. Zamieszkaliśmy w Dawidowie k. Lwowa. Ta restrykcja władzy sowieckiej, skierowana głównie przeciwko inteligencji, spowodowała wysiedlenie ze Lwowa wielu rodzin Polaków, konieczność wyzbycia się przez nich majątku ruchomego (niezależnie od powszechnej nacjonalizacji nieruchomości), zmiany trybu życia itp. Na pewno nie była to restrykcja porównywalna z deportacją na Syberię czy do Kazachstanu. Przyniosła ona jednak olbrzymie straty moralne i materialne. Myślę, że ta forma walki sowieckiej władzy z narodem polskim powinna znaleźć swoje źródłowe opracowanie historyczne.

Ciekaw jestem, jak pamiętasz szkołę sowiecką? Co najbardziej bulwersowało polską młodzież w zetknięciu z narzuconą ideologią i interpretacją sowiecką polskich przedwojennych stosunków?
Z chwilą przesiedlenia nas do Dawidowa w 1940 roku zmuszony byłem przerwać naukę w XI Gimnazjum we Lwowie, które wtedy było już „dziesięciolatką” sowiecką. Miałem to szczęście, że nauczycielami w wiejskiej szkole były m.in. osoby, podobnie jak i nasza rodzina, obarczone restrykcjami „paragrafu 11”. Indoktrynacji sowieckiej tam nie było, chociaż pamiętam, że dyrektorem szkoły był przedwojenny entuzjasta komunizmu, który jednak szkody w naszych umysłach nie poczynił, mimo iż marzył o „polskiej republice radzieckiej” (autentyczne!).

Po dwu latach życia pod „słońcem konstytucji stalinowskiej” nastąpiła we Lwowie okupacja niemiecka. Jak przeżyliście okres dostosowania do nowych warunków?
W 1941 roku (czerwiec) powróciliśmy na krótko do Lwowa, do naszego mieszkania przy ul. Potockiego. Jak może pamiętasz, dzielnica ta została przekształcona na dzielnicę SS i policji niemieckiej („SS und Polizei Wohnbezirk”). Tak już na początku okupacji niemieckiej zamieszkaliśmy przy ul. Króla Leszczyńskiego, tracąc znowu prawie cały dobytek. O nauce w szkole nie było mowy. Podjąłem pracę w zakładach energetycznych w charakterze gońca, a potem technika. Uczęszczałem na tajne kursy nauczania przy Gimnazjum ss. Sacré Coeur, gdzie wraz z bratem i kuzynami tworzyliśmy jedyny zespół młodzieży męskiej w tym słynnym lwowskim żeńskim gimnazjum zakonnym. Naukę na tych tajnych kursach kontynuowaliśmy do roku 1946 i, już podczas „drugich bolszewików”, uwieńczyliśmy naukę zdaną maturą. Nostryfikacja świadectwa maturalnego uzyskanego wtedy umożliwiła nam podjęcie studiów wyższych bezpośrednio po II wojnie, już po ekspatriacji w Krakowie. Stąd moja wdzięczność dla zespołu nauczycieli tajnego nauczania z matką Włodarkiewicz na czele, którzy tak wiele uczynili dla naszej edukacji w tak trudnych warunkach okupacji niemieckiej i sowieckiej.

Osiągnąłeś już wtedy wiek 17 lat i zacząłeś wiązać się z konspiracją niepodległościową. Jestem od Ciebie starszy o pięć lat i od 1939 roku związany byłem z konspiracją w ramach Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW), a następnie, po scaleniu, z Armią Krajową. Jako uczestnik podziemnego kursu podchorążych prowadziłem szkolenie drużyny, w której akurat byłeś żołnierzem. Jak do tego doszło?

W okresie II wojny światowej łączyły mnie i mego brata Janusza bardzo bliskie więzi przyjaźni z kuzynami Andrzejem Fornelskim i Wiesławem Kowalczukiem. Do NOW na pewno przystąpiłem z inspiracji najstarszego wśród nas, Andrzeja. W zaświadczeniu o uprawnieniach kombatanckich mamy zapisaną datę: X 1943, a więc rok jeszcze okupacji niemieckiej we Lwowie. Ta data jest związana z Twoją osobą, gdyż ty i p. Roman Nitarski wprowadzaliście nas w szeregi organizacji. Pamiętam uroczystość złożenia przysięgi i późniejsze szkolenia wojskowe.
Drużyna moja w ramach plutonu ppor. Bronisława Szeremety „Rysia” brała udział w Akcji „BURZA” w lipcu 1944. Obsadziliśmy Pocztę Główną i gmach Szprechera przy ul. Akademickiej. Też tam chyba byłeś?
Mieszkaliśmy wtedy przy ul. Leszczyńskiego. Dokładnie pamiętam ten okres. Nie wszyscy zorganizowani w konspiracji brali udział w „BURZY”, ze względu na małą ilość broni. Poza tym oddziały NOW, scalone z Armią Krajową, krytycznie ustosunkowały się do instrukcji o ujawnieniu się przed władzami sowieckimi. Doświadczenia lat 1939–1941 nakazywały wielką ostrożność w takich kontaktach. Dochodziły też do nas wiadomości o aresztowaniach na Wołyniu i Tarnopolszczyźnie. Niestety późniejsze represje sowieckie potwierdziły te obawy.

Słusznie zauważyłeś, że spodziewano się represji. Wejście „drugich bolszewików” do Lwowa spowodowało masowe aresztowania AK-owców i innych działaczy polskiej konspiracji. NKWD szczególnie pilnie tropiło organizacje narodowe, w tym pisma podziemne. Ogromne aresztowania dotknęły wychodzące we Lwowie od 1942 roku „Słowo Polskie”. To podziemne pismo wychodziło nieprzerwanie 2 razy w tygodniu, potem raz w tygodniu, w ilości 2500 egzemplarzy, nawet w okresie „BURZY”. Redakcja przetrwała tropienie przez Gestapo, a największe straty poniosła z rąk NKWD, które w ciągu pierwszego roku panowania aresztowało dziesięciu kolejnych redaktorów i pracowników technicznych. Jednak na miejsce aresztowanych przychodzili nowi konspiratorzy i ty byłeś jednym z nich.
Działalność wydawnicza „Słowa Polskiego” dla mnie i moich braci była główną działalnością konspiracyjną. Nasz zespół drukarzy „Słowa” posługiwał się powielaczem ręcznym, przeznaczonym dla stosowania matryc tzw. „białkowych”. Dostarczano nam matryce i papier, a my, głównie nocami, w mieszkaniach prywatnych powielaliśmy „Słowo”. Nad ranem trzeba było przenieść bibułę do miejsc kolportażu, a potem jakoś zabezpieczyć powielacz. Nie było to łatwe.

Po aresztowaniu redaktora Jerzego Paszyńskiego ps. Jastrzębiec w połowie 1945 roku przejąłem redakcję „Słowa Polskiego”. Współpracowałem na co dzień z koleżanką o pseudonimie „Szczur”, której dostarczałem teksty kolejnego numeru, a ona zajmowała się drukiem i kolportażem. W tym czasie uczestniczyłeś w powielaniu „Słowa”. Jak to było?
Kontakty z koleżanką o ps. „Szczur” były regularne, cotygodniowe. W okresie tej naszej działalności drukarskiej przeżywaliśmy niekiedy dramatyczne chwile i, jak dzisiaj sięgam myślami wstecz ku tamtym latom, czasami bliscy byliśmy dekonspiracji. Zwrócę uwagę na relację p. Jana Wojdyły (ps. Górniak), kierownika Wydziału Propagandy Okręgu Lwowskiego NOW z jego procesu po aresztowaniu w roku 1945, że mimo przekonania NKWD o rozbiciu przez nich zespołów redakcyjnych i kolportażowych „Słowa” ukazywało się ono nadal. To właśnie w tym okresie naszemu zespołowi drukarzy udawało się szczęśliwie uniknąć wpadki.

22 grudnia 1945 roku musiałem uciekać ze Lwowa, gdyż kurczyła się moja baza lokalowa i zbyt już długo utrzymywałem się we Lwowie na „lewych dokumentach”. Przy stałych prowierkach dokumentów przez NKWD na ulicach i po domach, często w nocy, stało się zbyt niebezpiecznie. Prowadzenie redakcji „Słowa” przejęła „Szczur”, z którą potem współpracowaliście. Jak organizowaliście sobie pracę w tamtych warunkach?
Ze „Szczurem” mieliśmy kontakt do czerwca 1946 roku. To była data naszego wyjazdu ze Lwowa. Ostatni przez nas drukowany numer „Słowa” ukazał się prawdopodobnie w pierwszych dniach czerwca tego roku. „Szczur” pozostał we Lwowie i „Słowo” ukazywało się jeszcze przez jakiś czas. Niestety nie natrafiono na ślad osoby „Szczura” już po roku 1946, aby można było tę historię „Słowa Polskiego” w sposób źródłowy zamknąć. Sądzę jednak, że działalność wydawnicza „Słowa Polskiego” jest już dostatecznie wyczerpująco scharakteryzowana i udokumentowana we współczesnej literaturze historycznej dotyczącej konspiracji na obszarach Kresów Południowo-Wschodnich. Warto przytoczyć tu choćby monografię J. Węgierskiego Lwowska Konspiracja Narodowa i Katolicka 1939–1946. Zarówno ty jak i ja, mieliśmy okazje również opublikować (np. w „Semper Fidelis”), własne wspomnienia z tego okresu. Ty jako redaktor, ja jako jeden z drukarzy. Twoje wspomnienia dotyczą podstawowej, trudnej działalności redakcyjnej, moje – technicznej strony wydawniczej. Uzupełniamy więc monografię J. Węgierskiego o osobiste refleksje po wielu latach od tamtych dramatycznych przeżyć.

A więc udało się Wam utrzymać konspirację i do wyjazdu ze Lwowa nie zostaliście zdekonspirowani przez wywiad sowiecki.
Udało się, dzięki Bogu. Udało się i tobie przewieźć do Krakowa prawie pełny zasób wydanych konspiracyjne numerów „Słowa”. Brakuje w nim tych numerów, które ukazały się pod koniec jego edycji. Piszesz o tym w swoim opracowaniu zamieszczonym w numerze 33 „Informacji” TMLiKPW Oddziału Krakowskiego. Te egzemplarze, które posiadasz, są na pewno bezcennym dokumentem i źródłem, dla studiów nad prasą konspiracyjną z okresu walki o polskość Lwowa. Dobrze, że udostępniłeś je także Bibliotece Narodowej i Bibliotece Jagiellońskiej, gdzie są przechowywane w formie mikrofilmów. Do tych zbiorów odeślijmy zainteresowanych.

Jak wyglądała Wasza droga na Zachód? Wiemy, że wiązało się to z wielodniowym transportem wagonami towarowymi.
We Lwowie musieliśmy pozostawić prawie cały dobytek. Był to okres masowych wyjazdów Polaków. Okupanci to wykorzystali. Zmuszeni byliśmy odsprzedać Rosjanom meble za grosze. Wyjechaliśmy odkrytymi wagonami towarowymi, stłoczeni w kilka rodzin. Była to kilkudniowa gehenna, szczególnie dla moich rodziców. Przejechaliśmy przez Przemyśl, opłacając żołdaków sowieckich, dzięki czemu kontrola graniczna nie była zbyt rygorystyczna. Zatrzymaliśmy się w Krakowie.

Znalazłeś się z rodziną w nowych warunkach i ciekawe, w jakim stopniu organy państwowe, takie jak Urząd Repatriacyjny (PUR), pomogły Wam w rozpoczęciu nowego życia?
Był to pewien standard. Korzystaliśmy przez pewien okres z zasiłków wypłacanych przez PUR. Natomiast, zatrzymując się w Krakowie u siostry mojej mamy, w „kolejce” do własnego mieszkania, staliśmy jeszcze przez bardzo długie lata. W tej dziedzinie PUR absolutnie nic nam nie pomógł.

Kiedy rozpocząłeś studia wyższe i jak one wyglądały?

Zdana matura konspiracyjnie we Lwowie, jak wspomniałem, umożliwiła mi, po zdaniu egzaminu wstępnego, podjęcie studiów już w roku akad. 1946/47 na Akademii Górniczej w Krakowie. Wybrałem nowo utworzony Wydział Geologiczno-Mierniczy. Mój brat Janusz wybrał Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej (wtedy były to Wydziały Politechniczne przy AG). Andrzej Fornelski i Wiesław Kowalczuk osiedlili się w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Studia wspominam dobrze, mimo iż miałem duże braki na skutek wojennych perturbacji. Dyplom magistra-inżyniera uzyskałem w roku 1951 w dziedzinie geofizyki stosowanej. Ten „patent” zawodowy zadecydował, że późniejszą swą karierę naukową związałem z tą dziedziną wiedzy, łączącą nauki matematyczno-fizyczne i nauki o Ziemi.

Kiedy zdecydowałeś się na karierę naukową i jak do tego doszło?
Ta specjalność, którą wybrałem dla realizacji tematu pracy dyplomowej, ówcześnie rozwijała się bardzo dynamicznie. Wiązało się to z potrzebą tworzenia nowych metod badawczych wspomagających rozpoznawanie geologiczne kraju w aspekcie poszukiwania złóż surowców użytecznych. Głównie chodziło wtedy o poszukiwanie nowych złóż ropy i gazu ziemnego, gdyż nasze złoża karpackie (zagłębie borysławskie) w znakomitej swej części znalazły się poza granicami kraju. Jednocześnie na Akademii Górniczo-Hutniczej utworzono specjalność dydaktyczną geofizyki stosowanej, dla uruchomienia której niezbędni byli pomocniczy pracownicy naukowi – asystenci. Ja zostałem jednym z nich. I tak się zaczęło.

Opowiedz o najciekawszych momentach Twojej kariery naukowej.
Powodzenie w pracy naukowej w znacznym stopniu zależy od nauczycieli, z jakimi ma się kontakt w pierwszym okresie tej działalności. Ja miałem szczęście, gdyż nauczycielami moimi byli wybitni geofizycy polscy: prof. Edward Walery Janczewski, który swą wiedzę uzyskał na uniwersytetach francuskich i szwajcarskich jeszcze przed I wojną światową, a w okresie międzywojennym był czołowym geofizykiem polskim, oraz prof. Henryk Orkisz, absolwent Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w latach dwudziestych, współpracownik prof. Henryka Arctowskiego, twórcy polskiej szkoły geofizycznej na UJK. Kontakt z Nimi to na pewno podstawa mojego późniejszego zaangażowania naukowego. A sama praca na uczelni to konglomerat działań dydaktycznych i badawczych. Jestem nauczycielem akademickim, stąd autorstwo skryptów i podręczników akademickich, promotorstwo dziesiątek prac magisterskich, autorstwo kilkudziesięciu publikacji i szeregu prac niepublikowanych. Przeszedłem pełną drogę awansów zawodowych i naukowych. Posiadam stopnie naukowe doktora, doktora habilitowanego, profesora zwyczajnego. Jestem promotorem 15 przewodów doktorskich. Z grona moich najbliższych współpracowników szereg osób uzyskało stopnie naukowe doktorów habilitowanych i tytuły profesorów. W dziedzinie działalności organizacyjnej w AGH pełniłem przez wiele lat funkcje prodziekana, wicedyrektora instytutu i kierownika zakładu naukowego. Można mówić o istnieniu krakowskiej szkoły sejsmiki stosowanej, której to specjalizacji w obrębie geofizyki stosowanej poświęcałem najwięcej uwagi od chwili podjęcia pracy w Akademii Górniczo-Hutniczej. W dziedzinie organizacji życia naukowego poza uczelnią czynnie współdziałam w komitetach i komisjach naukowych PAN.

Wytężona praca naukowa nie przyćmiła Ci lwowskich wspomnień i sentymentu do czasów młodzieńczych. Przez długie lata zbierałeś materiały do historii swojej lwowskiej szkoły, tj. XI Liceum i Gimnazjum im. J.J. Śniadeckich.

Jest to praca ostatniej dekady. Znalazłem pewien wzorzec w zamiarach pana inż. Andrzeja Chlipalskiego, który przed laty ogłosił w „Przekroju”, że prosi uczniów Szkoły im. Marii Magdaleny we Lwowie o nadsyłanie swych wspomnień z okresu nauki w tej szkole. Miała powstać Księga Pamiątkowa – zrealizowano zresztą ten zamiar niedawno, chociaż pod innym tytułem z okazji jubileuszu 180-lecia Szkoły.
Pomysł ten więc przeniosłem żywcem do idei skonstruowania „Księgi Pamiątkowej” dla XI Gimnazjum we Lwowie, którego byłem uczniem zaledwie przez jeden pełny rok szkolny: 1938/1939. W odpowiedzi na moje apele i inne zabiegi dawni uczniowie przekazali mi przeszło 150 wypowiedzi – relacji obejmujących ich okresy nauki w Gimnazjum. Przesłano mi wiele wartościowych dokumentów, sam zaś w wyniku kilku udanych kwerend w archiwach i bibliotekach (głównie we Lwowie) zdobyłem masę wartościowych materiałów odnoszących do okresu międzywojennego, ale i obejmujących okres zaboru austriackiego (poprzedniczki tego Gimnazjum to Szkoły Realne I i II) oraz „pierwszej” okupacji sowieckiej od 1939 r. Jak wynika z nadesłanych relacji, zarówno wielu nauczycieli jak i uczniów Gimnazjum w okresie II wojny światowej było deportowanych w głąb ZSRR, więzionych przez Niemców i władze sowieckie. Wielu kolegów chlubnie zapisało się w kampanii wrześniowej i w walce zbrojnej na Zachodzie. Wielu tam pozostało, wielu wojny nie przeżyło.
Dysponuję więc ok. 3000 stronami rękopisu, któremu nadałem tytuł: Historia oświaty, szkolnictwa i wychowania na Ziemiach Odłączonych II Rzeczypospolitej – Kresach Południowo-Wschodnich, Tom I: „Księga Pamiątkowa XI Państwowego Liceum i Gimnazjum im. J.J. Śniadeckich we Lwowie nr 569”. Ten zapis: tom I, to wyrażenie nadziei, że będzie możliwe kontynuowanie takich monografii dla innych szkół średnich tamtego obszaru. Opracowanie to, aktualnie w formie rękopisu, jest dostępne w Oddziale Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej, a także – w formie odbitek kserograficznych – w szeregu innych bibliotek w Polsce.

Byłeś też współzałożycielem Towarzystwa Miłośników Lwowa w Krakowie.
Tak. Było to przed dziesięciu laty. Wtedy to były początki TML. Teraz jest to dobrze zorganizowane Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Towarzystwo bardzo się wzmocniło i jest znaczące wśród organizacji kresowych. Oddział krakowski jest niewątpliwie liczącym się ogniwem w ogólnopolskim zespole skupiającym ponad 80 oddziałów. Ma wiele inicjatyw własnych, ważnych dla naszej społeczności kresowej. Choćby te, że posiada własne czasopismo, kwartalnik „Cracovia-Leopolis” oraz że Oddział zainspirował i efektywnie wspomaga prowadzenie prac zabezpieczających groby na Cmentarzu Łyczakowskim poza kwaterami Cmentarza Obrońców Lwowa.

Po zmianie ustroju Polski przyszedł czas na zalegalizowanie naszego statusu kombatanckiego i 16 maja 1990 roku wydałem Ci oświadczenie o służbie w Armii Krajowej. Jaką wartość mają dla Ciebie uzyskane uprawnienia kombatanckie? Wiem, że działasz w organizacjach kombatanckich.
Kilkadziesiąt lat przeżytych w PRL, jakie upłynęły od naszej działalności w AK we Lwowie, były okresem, w którym tamta działalność mogła być jedynie domeną wspomnień, a czasem żalu po – wydawałoby się – nieskuteczności tamtego działania. Cud jakim był rozpad komunizmu i cud odzyskania niepodległej III RP radykalnie nasze patriotyczne postawy ożywiły i potwierdziły sens ówczesnego postępowania. Nasza społeczność kombatancka swe zadanie połączenia idei niepodległościowych II i III RP realizuje skutecznie, chociaż jest nas coraz mniej. Działalność środowiska krakowskiego i Ogólnopolskiego Okręgu Żołnierzy AK Obszaru Lwowskiego jest tego dowodem. I ja w tej działalności mam swą jakąś skromną cząstkę.

Pracujesz w dalszym ciągu nad gromadzeniem materiałów historycznych dokumentujących polskość Lwowa, np. wydając własnym sumptem „Informacje” (biuletyn) TMLiKPW Oddziału Krakowskiego.

„Informacje” to pozostałość po pierwszych próbach wydania drukiem biuletynu dla członków Oddziału Krakowskiego TML jeszcze w roku 1989 (grudzień). Technika powielaczowa nie sprzyja obecnie kolportażowi jakichkolwiek materiałów informacyjnych wydanych tym sposobem. Uzyskałem jednak akceptację obecnych władz Oddziału Towarzystwa, aby „Informacje” mogły się nadal ukazywać, chociaż „CL” w sposób znakomity pełni funkcję organu Oddziału. Zamieszczam w nich jednak głównie to, co nazywam dokumentami przeszłości i, jak mogę sądzić, niektóre zamieszczane materiały mają swą wartość, głównie dokumentacyjną. Ostatni, 57 numer „Informacji” (z listopada 1999 roku) zawiera reprodukcje kilku zaproszeń na młodzieżowe zabawy karnawałowe z okresu międzywojennego we Lwowie, ale i reprodukcję fotografii szczątków samolotu wojskowego, który uległ tragicznej katastrofie w Zubrzy k. Lwowa, prawdopodobnie w 1937 roku. Ciekawym dokumentem z lat okupacji niemieckiej jest w tym numerze reprodukcja oświadczenia o pochodzeniu aryjskim mieszkańców Kresów Południowo-Wschodnich.

Wydałeś też ostatnio książkę źródłową, dokumentującą wkład lwowskich uczonych w dziedzinę geofizyki w Polsce.
Książka ta nosi tytuł: 100 lat geofizyki polskiej 1895–1995. A więc dotyczy nie tylko wkładu geofizyków lwowskich w tę dziedzinę wiedzy. Impulsem dla tego rodzaju opracowania była setna rocznica utworzenia na UJ katedry geofizyki i powierzenia jej kierownictwa prof. Maurycemu Piusowi Rudzkiemu w 1895 roku. Była ona pierwszą katedrą uniwersytecką geofizyki nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Stała się pionierskim w świecie ośrodkiem naukowo-dydaktycznym tej matematyczno-fizycznej dziedziny wiedzy, współdziałającej z naukami o Ziemi. Geofizyka od tego czasu niezwykle się rozbudowała teoretycznie i wzbogaciła o nowoczesne metody badawcze. Śledząc chronologicznie wydarzenia rozwoju geofizyki w Polsce, wkład geofizyki lwowskiej trzeba specjalnie wyodrębnić jako niezwykle znaczący. Świadczą o tym istnienie we Lwowie Katedry Geofizyki i Meteorologii na UJK, kierowanej przez prof. Henryka Arctowskiego, oraz pierwszych polskich przemysłowych ośrodków geofizyki stosowanej („Pionier”, „Geotechnika”), funkcjonowanie na tamtym obszarze obserwatoriów geofizycznych, ważnych z punktu widzenia geofizyki ogólnej i stosowanej, i inne fakty. Oceniam, że w około 40% Kresy Wschodnie II RP (bo także Wilno) wniosły do historii rozwoju polskiej geofizyki na początku jej kształtowania się swój trwały i nieprzemijający wkład. Na obszarach II RP, okupowanych w okresie II wojny przez Niemców i władze sowieckie, geofizyczna działalność naukowa i przemysłowa została brutalnie przerwana. Powojenne ustalenie nowych granic międzypaństwowych stało się powodem zrujnowania dorobku polskich ośrodków geofizycznych utworzonych na obszarach Ziem Wschodnich. Kilku geofizyków lwowskich, którzy przeżyli tragiczne lata wojenne, po wojnie podjęło trud odbudowy zniszczeń wojennych w tej dziedzinie. Jest to udokumentowane w moim opracowaniu.

Czy masz jeszcze jakieś plany w tej dziedzinie działalności?
Sądzę, że książka, o której wspominamy wyżej, będzie miała drugie, poszerzone wydanie. Konieczne są uściślenia i uzupełnienia. A może zdecyduję się wydać ją wraz z obszernym streszczeniem w języku obcym i szeregiem ilustracji tematycznych. Skłania mnie do tego informacja, że rodzina profesora Orkisza, założyciela i kierownika Stacji Geofizycznej (magnetycznej) UJK w Janowie k. Lwowa, jest w posiadaniu unikatowych fotografii odnoszących się do Stacji. Także byłbym bardzo usatysfakcjonowany, gdyby moje starania o wydanie drukiem Księgi Pamiątkowej XI Państwowego Liceum i Gimnazjum we Lwowie znalazły swój pozytywny finał.

Prześledziliśmy w tej rozmowie typowy żywot lwowiaka, zrodzony z patriotycznego wychowania. Naprzód walka o niepodległość, potem służba zawodowa na niwie naukowej i działalność społeczna. Życzę Ci więc zdrowia i sił do dalszej działalności i dziękuję za rozmowę.