Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z księdzem dr. Józefem Wołczańskim rozmawia Janusz M. Paluch

[2/1999]

Ks. dr Józef Wołczański przy grobie arcybiskupa Bilczewskiego na cmentarzu Janowskim we LwowieW środowiskach osób zainteresowanych Kresami zalicza się Ksiądz Doktor do tych postaci, bez wiedzy i powiadamiania których nic związanego z tą tematyką w Krakowie – i pewnie nie tylko w naszym mieście – się nie odbędzie. Wiem, że na taką pozycję pracuje się całymi latami. Skąd u Księdza zainteresowanie tamtymi stronami?
Zadając to pytanie, stawia mnie pan w niezręcznej sytuacji. Chcąc na nie odpowiedzieć, muszę sięgnąć do własnych głębokich pokładów pamięci i uczuć. Geneza moich zainteresowań Kresami sięga rodzinnych korzeni. Moja rodzina mieszkała przed wojną we Lwowie. Wuj, ksiądz Kazimierz Wais, był profesorem filozofii, rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza. Inny krewny – charakterystyczne, że o tym samym imieniu i nazwisku co poprzedni – jako student w randze szeregowca o pseudonimie „Zawiejski” brał udział 3–22 XI 1918 r. w Obronie Lwowa na Pododcinku Kleparów. Z kolei dalsza rodzina miała swój majątek ziemski w Młyniskach koło Żydaczowa. Nic więc dziwnego, że w naszej rodzinie atmosfera Lwowa zawsze była trwała. Zwłaszcza po wojnie, szczególnie babcia żyła wspomnieniami miasta, drobinami wiadomości docierającymi do nas. Dla mnie to było tajemnicze i teoretyczne. Poważnie w to zagadnienie wkroczyłem dopiero na studiach. W przemyskim seminarium duchownym napisałem pracę magisterską o swoim wuju, którą obroniłem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Potem przygotowałem rozprawę doktorską na temat inicjatyw chrześcijańsko-społecznych środowiska lwowskiego w początkach XX stulecia. Było to dla mnie pogłębianiem mojej pasji, poznawaniem świata nieobecnego. Do Lwowa pojechałem pierwszy raz w latach osiemdziesiątych już jako ksiądz i student KUL-u. Po mieście chodziłem śladami moich bliskich, mojej rodziny. Wiedziałem, gdzie szukać rodzinnego domu, instytucji związanych z rodziną, uniwersytetu, świątyń, parków. Wtedy też doszedłem do wniosku, że tematem pracy naukowej może być, zamiast czegoś już dokładnie przebadanego, temat zupełnie dziewiczy, nowy dla powojennych pokoleń, o ziemi opuszczonej, o kulturze i życiu katolickim na Kresach. I tak to się zaczęło. Ale do tego doszło też zrządzenie Opatrzności. Na KUL-u zajmowałem się sprawami polonijnymi. Na wschodzie nie ma Polonii. Tam żyją Polacy miejscowi. Tych tematów nie dało się ze sobą powiązać. Wtedy wziąłem z KUL-em rozbrat i wyjechałem do Lwowa na dwa lata. Podlegałem bezpośrednio księdzu arcybiskupowi Jaworskiemu. Pracowałem samodzielnie, badając różnego rodzaju zjawiska kultury duchowej i materialnej w środowiskach tamtejszej społeczności, tak współczesnej, jak i minionych epok. W końcu arcybiskup dał mi polecenie przejęcia pieczy nad archiwum Metropolii Lwowskiej. Oczywiście to pozwala na dalsze pogłębienie moich zainteresowań lwowskich.

Zalicza się Ksiądz do pierwszych polskich duchownych, którzy po przybyciu z Polski mogli oficjalnie prowadzić pracę duszpasterską na Kresach.
Pewnie tak. Chociaż nie jestem tym duchownym, z kręgu pionierów pastoralistów. Nie pracowałem na parafii, nie miałem żadnej placówki pastoralnej, chociaż bardzo chętnie pomagałem dorywczo księżom tam pracującym. Czynię to zresztą do tej pory w każdej wolnej chwili. Pojechałem na Kresy po raz pierwszy w roku 1985 i już wtedy stwierdziłem, że jest tam mnóstwo pracy, nie tylko duszpasterskiej, ale poznawczej, badawczej, teoretycznej, której żaden z naukowców nie podejmie, bo nie zajmują się tematyką kościelną. Poza tym każdy z nich ma swoje zajęcia i życie rodzinne w Polsce. Żeby tymi tematami się zajmować, trzeba tam być, tam żyć. Jestem przekonany, że moi koledzy, którzy pracują tam i zajmują się ważniejszymi niż ja problemami, nie jakimiś tam papierami, namiastką życia religijnego, bo duszami ludzkimi, doceniają jednak taką pracę, jaką ja prowadzę. Dostarczam im bowiem materiału, że na tej ziemi, na której pracują, w przeszłości, tej bliższej i dalszej, działo się bardzo wiele. Mam nadzieję, że te teoretyczne prace znacznie ułatwiają im przekazanie wiernym, że w przeszłości była tam cywilizacja pogranicza wielu religii, styku kultur Wschodu i Zachodu.

Dzięki temu, że Ksiądz nie pracował na jednej parafii, miał Ksiądz możliwość obserwacji i dokonania oceny sytuacji duchownych i wiernych zarówno przed, jak i po utworzeniu państwa ukraińskiego. Czy jest w ogóle sens dokonywania takich porównań i jak ta sytuacja wygląda w chwili bieżącej?
Jest widoczna wyraźna różnica między pracą Kościoła przed odnowieniem hierarchii kościelnej łacińskiej na dzisiejszej Ukrainie a sytuacją obecną. Tamta epoka, przed rozpadem ZSRR, charakteryzowała się pracą dorywczą. Była wówczas rzadka sieć parafii, niewielu księży, którzy byli ogromnie przeciążeni pracą duszpasterską i nie mogli podołać wszystkim wymogom tamtego dramatycznego dla Kościoła czasu. Musieli zatem swą pracę ograniczać do zaspokajania bieżących potrzeb duchowych ludzi. Mimo tych trudności księża tamtej epoki rozumieli swą misję bardziej dogłębnie, jako budzenie sumień, jako ochronę pewnych wartości uniwersalnych w człowieku. To było bardzo cenne, że mimo przepracowania, mimo wielkich szykan, restrykcji, represji ze strony władz sowieckich, była w tych ludziach świadomość misji, którą mieli tam wypełnić. Dziś ta świadomość misji pewnie też istnieje, bo nikt tam nie jeździ dla kariery, nikt tam nie pojedzie, aby się wzbogacić. Ale wyjeżdżają tam często ludzie bez przygotowania, bez świadomości tego, co ich tam czeka, co tam zastaną, z kim się spotkają, jaki tam spotkają podmiot swoich działań, co tam było przed wojną, jakie były dokonania przodków. Wtedy wychodzą różnego rodzaju nieporozumienia, tragiczne w skutkach, bo nieznajomość historii jest bardzo bolesna w takich działaniach duszpasterskich. Natomiast jeśli chodzi o wiernych obrządku łacińskiego, daje się zauważyć coraz większą odwagę przyznawania się publicznie do wiary i więzi z Kościołem. Dojrzewa też ich świadomość religijna, pogłębia wiedza. Nie brakuje oczywiście ludzi obojętnych religijnie, a nawet takich, którzy swoją obecność w Kościele traktują w kategoriach doraźnych korzyści. Tych ostatnich jest na szczęście niewielu.

Kościół rzymskokatolicki na Kresach był po drugiej wojnie światowej ostoją polskości. Po powstaniu państwa ukraińskiego i reaktywowaniu struktury Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie pojawiają się próby wprowadzania liturgii w języku ukraińskim w miejsce dotychczas obowiązującego języka polskiego, a wcześniej łaciny. Czy zjawisko to nie grozi depolonizacją Kościoła i naszych rodaków?
Przez całe stulecia ukuły się na Wschodzie dwa stereotypy: Polak – katolik łacińskiego obrządku, a Ukrainiec – prawosławny albo unita. Te dwa stereotypy przez całe wieki istniały obok siebie i do dziś w świadomości ludzi funkcjonują. Na pewno kiedyś miały bardzo jasne odniesienie do rzeczywistości, ponieważ obowiązywały na Kresach czytelne podziały: do Kościoła łacińskiego należeli w zasadzie Polacy, do Cerkwi – Ukraińcy. W przeszłości na Ziemi Lwowskiej Polaków było o wiele więcej i wtedy ten stereotyp bardziej odpowiadał rzeczywistości niż dziś. Dzisiaj struktura ludności uległa diametralnej zmianie: Polaków jest ogromnie mało. I nie da się przyjąć takiej tezy, że w Kościele łacińskim są tylko Polacy. Przecież nasz Kościół jest Kościołem powszechnym, który ma gromadzić ludzi mówiących różnymi językami, nie tylko Polaków. Z drugiej strony, w świadomości ludzi tam mieszkających, jeszcze z tego starego pokolenia, dalej jest to pewien model Kościoła polskiego. Co więcej – taki sam model istnieje w świadomości Ukraińców, Rosjan, Żydów. Powstał zatem nowy dla Kościoła problem. Czy kultywować stereotyp Polak – rzymski katolik, i Kościół łaciński tylko dla Polaków, czy też przyjąć formułę szerszą – Kościół jako miejsce spotkań człowieka z Bogiem, niezależnie jakim ten człowiek językiem się posługuje – ukraińskim, rosyjskim, białoruskim czy polskim. Jest to problem bardzo dramatyczny i delikatny. Z całą odpowiedzialnością trzeba stwierdzić i podkreślić, że Kościół powinien dbać o Polaków tam mieszkających, bo przecież oni dzięki Kościołowi przetrwali, a zarazem również dzięki nim przetrwał Kościół. Przez całe dziesięciolecia po wojnie dzięki Kościołowi Polacy mieli jedyną szansę swej identyfikacji narodowej, ze swoją kulturą narodową. Przed wojną, ale i po wojnie przez długi czas liturgia odbywała się przecież w języku łacińskim, ale kazania głoszone przez kapłanów i pieśni śpiewane przez wiernych już po polsku. Kościół przez całe powojenne dziesięciolecia formował świadomość Polaków pod sowieckim jarzmem przynależności do Zachodu jako kolebki cywilizacji chrześcijańskiej. Dzisiaj zmieniły się czasy, zmieniły się modele, ale pozostała jedna prawda, że Kościół nie powinien rezygnować z troski o Polaków tam mieszkających. Powinien nadal dawać szansę ludziom mówiącym po polsku w Kościele, w katechizacji, nauczaniu. A z drugiej strony księża powinni też posługiwać się językami rosyjskim, ukraińskim, białoruskim. Jest bowiem dużo ludzi, którzy zatracili świadomość korzeni polskich. Im bardziej na Wschód, tym bardziej zmniejsza się u Polaków znajomość języka. W pracy, w domu mówią po rosyjsku czy ukraińsku, ale w Kościele tylko po polsku. Jednak nie ulega wątpliwości, że ewentualne całkowite usunięcie języka polskiego z liturgii Kościoła rzymskokatolickiego zostanie odebrane przez wiernych w kategoriach ogromnej krzywdy moralnej. Bywały takie przypadki, że na Wschodnią Ukrainę przyjeżdżał z Polski młody, nowy ksiądz i ogłaszał wiernym, że nie będzie odprawiał mszy świętej dotąd, aż miejscowa społeczność nie opanuje języka ukraińskiego. I wyjeżdżał z parafii, jakby czekając na „nawrócenie" się parafian na jakąś nową kulturę. Takie postępowanie rodzi ogromną gorycz i ból, bo jednak ci ludzie chcą modlić się we własnym języku, języku polskim. Z całą pewnością są wśród nich tacy, którzy nie rozumieją języka polskiego. Dla nich trzeba zaproponować mszę świętą w języku ukraińskim. Ta propozycja winna być na zasadzie wyboru, a nie nakazu.

Można zaryzykować stwierdzenie, że Kościół na Kresach przetrwał też dzięki temu, że byli tam Polacy. Gdyby nie oni, ich obecność i wierność Kościołowi, nasza rozmowa traktowałaby tylko o historii Kościoła na Kresach. Jak wytłumaczyć tamtejszym Polakom, że Kościół nie odwraca się do nich plecami, że dostrzegając swe szanse w przyszłości, w swej nowej strukturze, nie lekceważy fundamentu, Polaków, dzięki którym jego obecność na Kresach przez lata komunizmu była uzasadniona i usprawiedliwiona.

Zawsze możliwy i konieczny jest dialog. Polacy są chętni do słuchania. A przy tym mają wielki dla Kościoła szacunek, bo rozumieją, że dzięki Kościołowi przetrwali tam na Kresach. W końcu w Kościele znaleźli swoisty azyl, poczucie bezpieczeństwa, tożsamości, wolności wewnętrznej. I jestem przekonany, że dyskutowanie z nimi da skutki ogromnie pozytywne. Przecież nie chodzi o to, żeby Kościół narzucał pewną jednoznaczną opcję. Kościół ma służyć człowiekowi, ma być narzędziem, drogą spotkania z Bogiem, a nie celem samym dla siebie. I być może jest to zadanie na dzisiaj dla Kościoła tam na Ukrainie, słuchanie ludzi, wsłuchiwanie się w ich oczekiwania. Oczywiście proponowanie rozwiązań również, ale nie na zasadzie nakazu, ale dyskusji, słuchania, wchodzenia w ich sytuację, w ich położenie. Mam nadzieję, że ci ludzie są otwarci i myślący i zrozumieją, że na parafii, gdzie jest młoda populacja, nikt nie będzie się uczył w Kościele języka polskiego. Nie ma na to czasu ani nie jest to właściwe miejsce. Ale przez język polski także w Kościele ci ludzie mogą wchodzić w nową rzeczywistość. Niestety, generalnie rzecz biorąc poza kilkoma szkołami na całej Ukrainie nie ma innych istytucji, które by chciały i mogły prowadzić nauczanie języka polskiego. Niekiedy więc przy kościołach, jak np. na Wołyniu, przy katedrze w Łucku, są organizowane zajęcia nauki języka polskiego, czeskiego i niemieckiego. To jest funkcja kulturotwórcza Kościoła. W małych wioskach nie ma ani nauczyciela, ani też czasu, a i miejsca na to, by organizować dokształcanie w zakresie nauki języka polskiego. Może warto by wysyłać nauczycieli z Polski, by docierali – tak jak księża do parafii – do tych miejsc, gdzie ludzie chcą uczyć się polskiego. Nie jest to bowiem główne zadanie Kościoła na Kresach, ale odpowiedzialność w podtrzymywaniu tożsamości narodowej Polaków ciąży na instytucjach do tego powołanych w kraju.

Kościół to wierni, ale też kapłani. Do niedawna byli to ludzie w głównej mierze z Polski, kierowani do pracy duszpasterskiej na Kresach. Teraz pojawiają się już pierwsi księża miejscowi, którzy ukończyli seminaria duchowne w Polsce. Niebawem do pracy przystąpią pierwsi księża, wychowankowie lwowskiego seminarium w Brzuchowicach, w którym Ksiądz również prowadzi zajęcia. Jak wygląda obecnie na Ukrainie liczebność powołań? W jakim języku prowadzone są tam zajęcia, polskim, czy już ukraińskim?
Seminarium Duchowne Archidiecezji Lwowskiej w Brzuchowicach istnieje od niedawna. Dopiero trzy lata. Jeszcze nie dochowało się swoich absolwentów. Natomiast ma już swoich wychowanków Seminarium Lwowskie w Polsce, które istniało przynajmniej od dziesięciu lat w Lublinie jako dawne Seminarium Duchowne Archidiecezji w Lubaczowie. Lubaczów, jak pamiętamy, jest skrawkiem Ziemi Lwowskiej. Z tamtego Seminarium są święceni kapłani przez księdza arcybiskupa Jaworskiego w łacińskiej katedrze we Lwowie dla potrzeb lokalnego Kościoła. Obecnie jeszcze dwa roczniki finalizują studia w Lublinie i jeden rocznik przyjęty do Wrocławia. Kardynał Gulbinowicz przyjął w darze dla Lwowa czwarty kurs studentów, którzy we Wrocławiu kończyć będą studia. Natomiast cały nowy narybek kształtcony jest już we Lwowie, w Brzuchowicach. Powołania oczywiście zjawiają się. Obecnie na trzech rocznikach – zerowym, pierwszym i drugim roku – jest trzydziestu paru studentów. Nie jest ich zatem wielu, ale dla potrzeb Kościoła w tamtym regionie jest to już znaczący krok. Kandydaci na duchownych wywodzą się z różnych rodzin katolickich: polskich i mieszanych: polsko-ukraińskich, ukraińsko-rosyjskich, ale są też z ukraińskich rodzin unickich. Jest też student wyznania prawosławnego. Poziom intelektualny kandydatów w dużej mierze zależy od tego, co wynieśli ze szkół ukraińskich czy jeszcze sowieckich. Niestety nie jest to poziom górnolotny. Ale przy solidnej pracy i przy podaniu im narzędzi do pracy mogą osiągnąć duże rezultaty. Widać, że ci klerycy w kontakcie z wykładowcami i z książką rozwijają się. Ich postępy są zauważalne i jest nadzieja, że ich wiedza będzie się stale pogłębiać. Powstaje przy seminarium biblioteka zawierająca dużo darów z Polski, zwłaszcza od starych księży lwowskich, którzy już jako emeryci mieszkają w Polsce. Pomagają nam też różne polskie instytucje. Byłoby idealnie, gdyby można było sprowadzać do Lwowa więcej profesorów, bo na razie na wykłady zapraszamy gościnnie profesorów z Polski. Seminarium nie dorobiło się jeszcze kadry naukowej – prócz prefekta studiów, pochodzącego jeszcze z formacji lubaczowskiej. Zajęcia prowadzone są oczywiście po polsku, bo wykładowcy dojeżdżają z Polski, używamy do nauki również polskich książek. Nie ma bowiem literatury teologicznej o profilu rzymskokatolickim w języku ukraińskim. Tak więc klerycy skazani są na literaturę zagraniczną, a z języków zagranicznych najbardziej znanym i najbliższym jest im język polski. Kandydaci ubiegający się o rozpoczęcie studiów teologicznych słabo bądź wcale nie znają innych zachodnich języków – myślę tu o niemieckim czy angielskim. A język polski jest przecież dla nich bramą do poznania kultury zachodniej.

Klerycy, którzy ukończą seminarium w Brzuchowicach, trafią do parafii w archidiecezji lwowskiej. Z tego co wiem, Ksiądz ma również dobre rozeznanie o stanie zachowania kościołów, zabytków architektury. Co młodzi księża zastaną w swoich parafiach?
Zastaną różne problemy. Tam, gdzie w tej chwili są księża z Polski, parafie prosperują względnie dobrze, bo wszelkiego rodzaju wsparcie materialne płynie z Kraju. Nie mówię o pomocy duchowej. Aby zadziałała łaska Boża, należy stworzyć jakieś podłoże – w tym przypadku świątynia, mieszkanie dla księdza, salka katechetyczna. Tam, gdzie obecnie pracują księża miejscowi, jest z tym gorzej. Nie każdy z nich ma bowiem możliwość kontaktu i zorganizowania pomocy z Zachodu. A przecież różnego typu prace remontowo-renowacyjne pochłaniają olbrzymie nakłady finansowe. Źle przedstawia się sprawa z kościołami zabytkowymi, których jest niemało w archidiecezji lwowskiej. Na restauracje potrzebne są ogromne nakłady finansowe. Dochodzi tam do znamiennego spięcia sytuacyjnego. Księża stają przed trudnym dylematem. Czy restauracja kościoła winna polegać na odtworzeniu jego dawnej świetności i inwestowaniu w budynek niewyobrażalnej dla tamtych ludzi kwoty, czy też prowizorycznie, przy niewielkim wkładzie finansowym, ale tak zaadaptować obiekt, aby kościół mógł sprawować swoją funkcję sakralną. Byłoby ideałem, gdyby posiadano środki i możliwości odbudowy kościołów metodami konserwatorskimi. Ale jest to niemożliwe. Stąd tylko od księdza zależy, jak ten kościół będzie utrzymywany. Czy zadba on o pewien minimalny pietyzm, minimalną wierność dla kultrury materialnej, czy też powstaną jakieś rzeczy tragiczne. Przykładem tego może być kościół w Siemianówce, gdzie ludzie wbrew swemu duszpasterzowi, który nalegał na restaurację starych fresków, dokonali własnymi siłami, własnym przemysłem restauracji świątyni, w najgorszym tego słowa znaczeniu, pokrywając ściany zwykłymi farbami o krzyczących i jaskrawych kolorach. W taki sposób świątynia niemal w całości została oszpecona. Tak się niestety dzieje w wielu przypadkach. Jest więc problemem skala dobrego smaku księdza i wiernych. Zatraciły się pojęcia estetyki i dla wielu ideał piękna kojarzy się z krzykliwym kolorem. Jeżeli coś jest stare i spatynowane, trzeba to zniszczyć, skazując na bezpowrotne stracenie. Jawi się pilna potrzeba wprowadzenia w Seminarium Duchownym wykładów z historii sztuki i historii konserwacji, bo jest w tym jakaś nadzieja. Ostatnio słyszę, że środowisko wawelskie z Krakowa wyszło z inicjatywą zorganizowania dla tamtejszych księży cyklu wykładów poświęconych historii sztuki. Bez wątpienia będzie to miało wpływ na kształtowaniie postawy wobec zabytków księży, a przez nich również wiernych. O ruinach kościołów nie wspominam.

Jak obecne władze na Ukrainie traktują księży? Pamiętamy sytuacje drastyczne. Wyrzucano duchownych z Ukrainy. Posądzano o szpiegostwo. Czy takie incydenty zdarzają się nadal?
Jest to problem dość złożony. Kościół łaciński w kręgu kultury Wschodu zawsze pojmowany był i jest do tej pory jako ciało obce. A w części ukraińskiej jednoznacznie kojarzy się go jako ciało polskie. Wobec tego podwójnie w tej kulturze niepożądane. Były przypadki, już za czasów Ukrainy niepodległej, kiedy poddawano księży polskich przemocy. Dwóch z Kołomyi zostało wywiezionych przemocą do Przemyśla wbrew ewidentnym zasadom umów międzynarodowych, postawiono im prymitywne zarzuty szpiegowania na rzecz obcych mocarstw, a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Oczywiście było to bardzo żenujące. Nikt nie zadbał wówczas o wizerunek publiczny tych księży. Dzisiaj nie ma tak drastycznych przypadków, ale nadal nie rejestruje się księży na pobyt stały. Co trzy miesiące dokonuje się przedłużenia wizy pobytowej. I tylko od miejscowych władz zależy, od dobrego humoru urzędnika, jego dobrej woli, prolongata albo też oddalenie wniosku o przedłużenie pobytu na Ukrainie. Nie ma tu żadnych zasad, a nawet przekornie można powiedzieć, że są zasady: jeżeli ksiądz jest bardzo aktywny, energiczny, dobrze pracuje, na ogół może liczyć na nieprzychylne stanowisko władz, bo jego praca burzy w ich przekonaniu pewien spokój społeczny. Ten, który uplasuje się w parafii na zasadzie nieobecnego działacza, pracownika cichego, ma szansę się ostać. Jest to pewne niebezpieczeństwo, bo władze w ten sposób wpływają na koniunkturalną postawę księży, promując przekonanie, że tylko ksiądz, który milczy, który zamknięty jest w kruchcie, jest dobry i takiemu można pozwolić pracować.

Wiele kościołów na Kresach zostało przejętych przez cerkwie. Czy chrześcijanie nie są w stanie współpracować i podzielić się świątynią?
Wydaje się, że to, co miało być zabrane, już zostało zabrane Kościołowi łacińskiemu. W samym Lwowie zostało niewiele kościołów nieoddanych. Jest nim kościół św. Marii Magdaleny, który służy jako sala koncertowa bardzo źle prosperująca, bo ludzie nie mają pieniędzy na bilety. Jest też niewielki kościółek św. Jana Chrzciciela, w którym znajduje się „muzeum jednej ikony". W kościołach św. Łazarza i Kazimierza funkcjonują instytucje państwowe, jak szkoła policyjna czy szkoła muzyczna. Wszystkie inne kościoły są zajęte przez Cerkiew greckokatolicką, z wyjątkiem katedry, która zawsze była czynna, i kościoła św. Antoniego. Niedawno powstał nowy ośrodek w dzielnicy Lwów-Sichów, który już jest zarejestrowany, buduje się kościół na Zboiskach. Nigdzie nie dochodzi wszakże do zwrotu Kościoła łacinnikom, ponieważ uznaje się, że oni i tak już nadto posiadają. Co więcej, są przykłady dramatycznej sytuacji rzymokatolików, jak w Komarnie, gdzie siłą zostali wyrzuceni z kościoła. Świątynia do tej pory stoi pusta i nie jest używana przez Cerkiew. Ze strony ukraińskiej nie było nigdy mowy o możliwości współużywania świątyni dla potrzeb kultu rzymskokatolickiego. Natomiast na Wołyniu, w katedrze łuckiej, użyczono unitom miejsca, kiedy nie mieli jeszcze własnego kościoła. Dramat jest tym większy, iż jesteśmy wszyscy chrześcijanami zwróconymi ku temu samemu Bogu. Nie ma żadnej woli współpracy, a wręcz przeciwnie, barykadowanie się Cerkwi ukraińskiej na przeciwstawnych pozycjach. Jakby próba pokazywania, kto teraz tutaj rządzi...

Czy można przewidywać, że w przyszłości te punkty zapalne ulegną neutralizacji? A życie katolickie potoczy się w trzema nurtami, ale na zasadzie braterskiej współpracy?

Trudno w chwili obecnej cokolwiek prorokować, bo sytuacja na Ukrainie jest niestabilna pod względem ekonomicznym, religijnym, socjalnym i światopoglądowym. Trzeba mieć nadzieję, że nowe pokolenie bywające w Polsce, gdzie postrzega obszary stabilności i dobrobytu, zrozumie, że Kościoł katolicki nie jest na Ukrainie dla nikogo zagrożeniem, a jedynie może wzbogacić tam pejzaż religijny, kulturalny i ekonomiczny także. Kościół katolicki jest bowiem mniejszością w morzu Cerkwi unickiej i prawosławnej. Chyba że powstaje obawa przed ekspansją kulturalną, propagowaniem pewnych pozytywnych wartości przez Kościół. Tu można nawet podać przykład. Były miejcowości, gdzie księża łacińscy mieli wejścia do szkół z katechezą dla dzieci obrządku rzymskokatolickiego. Spotykało się to natychmiast z ostrą reakcją Cerkwi greckokatolickiej, która wpływała na dyrekcje szkół, aby zabronić nauki religii. A dyrekcja szkoły mówiła: Wy też macie prawo, też uczcie religii swoje dzieci. I w takim momencie oczywiście powstawało milczenie, ponieważ Cerkiew nie prowadzi katechezy, nie prowadzi tego typu zajęć, nie jest przygotowana i nie ma takich możliwości mobilnych. Księża uniccy i prawosławni, którzy mają obowiązki rodzinne, nie mogą oddać się w takim wymiarze pracy duszpasterskiej, jak duchowni rzymskokatoliccy. Obawiają się, że nastąpi przyciąganie wiernych do Kościoła łacińskiego. Katecheza nie jest żadnym zagrożeniem, ale pewne fobie wśród tych ludzi istnieją.

Współczesny Kościół katolicki to nie tylko sfera duchowa, ale i gospodarcza. Czy na Kresach istnieją próby mobilizowania Polaków poprzez działania Kościoła do tego, by próbowali organizować przedsiębiorstwa i stawać ekonomicznie na własnych nogach, by tworzyli własne, polskie życie gospodarcze?
Różnie to bywa. Na ogół nie ma na to pomysłu, wizji. Łatwiej jest w pasie nadgranicznym. W parafiach graniczących bezpośrednio z Polską powstają organizacje samopomocowe, warsztaty rzemieślnicze, załążki drobnego przemysłu. Im dalej na wschód, tym gorzej. Ludzie skupiają się na swoim ubóstwie, na tym, by przetrwać z dnia na dzień. Nie mają już czasu, woli ani energii – nie wspominając o środkach – czy w końcu pomysłu na to, by rozpocząć jakąś działalność gospodarczą. Oni po prostu nie mają co jeść.

No dobrze, a kto zajmuje się produkcją dewocjonaliów? Przecież na tym można dobrze zarobić i nieźle i nauczyć się przedsiębiorczości.
To prawda. Poszczególne diecezje różnie sobie radzą z tym problemem. Archidiecezja lwowska sprowadza niezbędne pomoce z Polski. Dziecezja kamieniecka ma już od dawna własną drukarnię, w której wydaje się pomoce katechetyczne, książki, formularze, zarówno w języku polskim, jak i ukraińskim.

Ale przecież archidiecezja lwowska posiada własne wydawnictwo pod wezwaniem Bł. Jakuba Strzemię.
Tak, jest to kontynuacja przedwojennego wydawnictwa egzystującego we Lwowie za czasów arcybiskupa Bilczewskiego, które restytuowało się po wojnie w Lubaczowie, potem przeniosło się do Lwowa, a obecnie działa w Krakowie jego filia, którą kieruję. Wydawnictwo to nie ma nic wspólnego z produkcją materiałów dewocyjnych czy pomocy katechetycznych. Celem jest wydawanie tanich i powszechnie dostępnych książek o tematyce historyczno-religijnej. Drukowanie książek we Lwowie jest utrudnione ze względu na koszty, trudności z papierem, ciągle trzeba zdobywać pozwolenia na druk etc. Dlatego też działamy w Polsce i wydajemy książki głównie z dziejów Kościoła na Kresach. Ukazujemy okresy rozkwitu Kościoła na tamtych ziemiach, ale i dramat Kościoła, martyrologię księży i wiernych w czasach sowieckich. Wkrótce zjawią się i inne nurty: pastoralne i liturgiczne.

Mimo wszystko w wypowiedziach Księdza Doktora można znaleźć odrobinę optymizmu. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Nota biograficzna – patrz CL 3/97