Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Adamem Chłopkiem rozmawia Andrzej Chlipalski

[4/1999]

Panie Adamie, przeleciał Pan niedawno przez Kraków jak meteor – trudno było Pana uchwycić na spokojną rozmowę. Dopiero tu w Łucku1 mam szansę z Panem porozmawiać, a szalenie mi na tym zależy, bo ten wywiad jest przeznaczony  do czwartego numeru „Cracovia-Leopolis”, poświęconego inteligencji twórczej Lwowa i Ziemi Lwowskiej. Jakże więc pominąć problem oświaty i Pana wkład w odradzanie się polskiej inteligencji, przede wszystkim nauczycielstwa.
Bardzo żałuję, że nie udało się nam spotkać w Krakowie. Przebywałem tam na zaproszenie duszpasterstwa nauczycieli „Ostoja” w Mogile. Każda godzina mojego półtoradniowego pobytu była bardzo ściśle rozpisana. Pragnę zaznaczyć, że spotkałem się z wielkim zainteresowaniem ze strony nauczycieli i uczniów krakowskich szkół, którzy znają i doceniają ogromną spuściznę kulturową, pozostawioną po tamtej stronie granicy. Cieszy mnie, że zainteresowanie Polakami ze Wschodu wciąż wzrasta. Myślę, że to także zasługa działalności informacyjnej waszego Towarzystwa, zwłaszcza w Krakowie.
 
Jest Pan „starym” (nie wiekiem, oczywiście) drohobyczaninem. Co znaczy dla Pana to miasto? Był Pan prezesem tamtejszego Towarzystwa Kultury Polskiej...
Jestem rodem z Drohobycza, miasta zwykłego, galicyjskiego, ale które swoją wielowiekową pracą i swoimi wybitnymi postaciami dodało świetności Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dokąd tylko sięga pamięć naszej rodziny, tak ze strony ojca, jak i matki – zawsze byliśmy w tym mieście. Dziadek i ojciec walczyli o wolność i niepodległość swojej ojczyzny. Los naszej rodziny jest podobny do przeżyć wielu tysięcy rodzin polskich.

Jak to się stało, że tu zostaliście?
Nie wyjechaliśmy z Drohobycza w czasach wypędzania Polaków z tej ziemi – z woli dziadka, a może i przez przypadek. Przez te wszystkie lata, gdy niszczono wszystko co polskie, dom nasz zachował swoją polskość i ojczyste tradycje. Nie było to łatwe, w czasie gdy likwidowano polską oświatę, systematycznie rujnowano gotycki XIV-wieczny kościół, nawet nie uszanowano szczątków zmarłych – za to, że nad nimi widniały polskie napisy. Niełatwo przychodziło być Polakiem, gdy oficjalna propaganda przedstawiała Polaków jako nierobów, dumnych panów i wyzyskiwaczy, gdy z pogardą mówiono: polaczek. Osobiście widziałem w miejskim wydziale paszportów uszkodzony dokument, w którym zdeterminowana kobieta usiłowała zmienić zapis swej narodowości – z Polki na Ukrainkę. Trudne to były czasy i wiele bólu pozostało po ówczesnych przejściach. Cisną mi się na usta słowa poety i drohobyczanina, Kazimierza Wierzyńskiego:
Bo nie ma ziemi wybieranej,
Jest tylko ziemia przeznaczona,
Ze wszystkich bogactw – cztery ściany,
Z całego świata – tamta strona.

Kiedy powstało w Drohobyczu Towarzystwo Kultury Polskiej?
Gdy przyszła odwilż „pierestrojki” w 1989 roku, niewielka grupa Polaków powołała do istnienia drohobycki oddział TKP Ziemi Lwowskiej. W tymże roku, po spotkaniu Ojca Świętego Jana Pawła II z Michaiłem Gorbaczowem, zwrócono nam kościół (na to spotkanie udało się nam dostarczyć podanie o zwrot świątyni). W 1995 r. zostałem wybrany na trzyletnią kadencję prezesem naszego Towarzystwa. Zadaniem nowo powstałego zarządu stało się w pierwszym rzędzie skupienie w naszych szeregach jak największej liczby Polaków i uświadomienie nam wszystkim, że słowo Polak pisze się wielką literą! Przecież mamy się czym poszczycić, i nie jesteśmy jakimiś przybłędami, co bardzo chcieli wmówić swoim narodom przywódcy komunistyczni.

Wrócę na chwilę do roku 1989. Chyba wtedy właśnie spotkaliśmy się po raz pierwszy, prawda? Jechaliśmy razem do Mościsk, Pan z Drohobycza, ja z Sambora (z grupą lwowiaków z Krakowa poszukiwaliśmy tam polskich strojów ludowych). W Mościskach odbywało się właśnie zebranie założycielskie TKPZL. To był czas wielkiej nadziei. Kościół rzymskokatolicki stał się dla was niejako duchową i fizyczną bazą wyjściową do dalszych zabiegów na rzecz polskiego środowiska. Co więc było potem?

Oprócz kościoła Polacy w Drohobyczu mieli jeszcze tylko cmentarz. Rozpoczęto więc starania o Dom Polski. Przy ul. Kozłowskiego znajdował się pusty, nieużytkowany budynek dawnej ochronki, wybudowany ze składek Polaków w 1912 r. Niestety władze odmówiły oddania go nam. Staraliśmy się również o zwrot pustego budynku dawnego „Sokoła” – Pan pomagał nam w tych staraniach. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że oba wymienione budynki władze oddały pośpiesznie diecezji grekokatolickiej, dobrze wiedząc, że nie będziemy się sądzili z biskupem – choć innego obrządku – ale katolickim. Zaś kuria grekokatolicka odpowiedziała, że te obiekty im się należą, bo w Polsce zostawili duży majątek. Mimo iż starania o Dom Polski były prowadzone potem na szczeblu prezydentów Polski i Ukrainy – dotąd nie mamy swojego kąta.

To wszystko jest – niestety – bardzo charakterystyczne, tylko mało dociera do naszych krajowych „Europejczyków”. A co z oświatą? Prawo uczenia się własnego języka jest podstawowym prawem każdej mniejszości.

Państwowej szkoły polskiej nie mamy. Przez trzy lata prowadziliśmy starania o rejestrację Polskiej Szkoły Sobotniej. Kilku nauczycieli i 50 uczniów rozpoczęło rok szkolny 1995/96 w pomieszczeniach szkoły nauki jazdy, pośród części samochodowych, nieogrzewanej w zimie. Wytrwaliśmy i obecnie nasza szkoła mieści się w średniej szkole, gdzie posiadamy swoje pomieszczenia. Jest to wielki sukces polskiej społeczności. Obecnie ponad 200 uczniów pobiera naukę przedmiotów ojczystych, a uczy ich 12 nauczycieli. Planujemy również założenie pracowni komputerowej, z podłączeniem do internetu.

Zdaje mi się, że sprawy szkolnictwa pochłonęły Pana bez reszty.

Po ukończeniu mojej 3-letniej kadencji, mimo wybrania mnie na następną, złożyłem rezygnację z działalności w Towarzystwie, ażeby zająć się wyłącznie szkołami. Moim zdaniem dla Polaków w państwie ukraińskim nie ma ważniejszego zadania, jak odrodzenie szkolnictwa polskiego. Dwie polskie szkoły we Lwowie, kilka klas polskich w Stanisławowie i Mościskach, a także w Chmielnickim (Płoskirowie) i Gródku Podolskim nie wystarczą dla półtoramilionowej rzeszy Polaków i osób polskiego pochodzenia. Obecnie tylko 12% Polaków włada językiem ojczystym, i ta liczba wcale nie będzie się powiększać ze względu na brak nauczania. Rozpoczęto więc organizowanie Polskich Szkół Sobotnich. Pierwszą taką, oficjalnie zarejestrowaną przez władze, stała się nasza placówka oświatowa w Drohobyczu2. Opracowano programy nauczania języka polskiego, historii, geografii, muzyki i podstaw wiedzy o narodzie polskim. Powstał zespół muzyczny i taneczny.


Jak sobie radzicie od strony materialnej? Szkoły sobotnie – to znaczy poza siecią szkolnictwa państwowego, czyli bez pensji dla nauczycieli, bez jakiejkolwiek pomocy władz oświatowych.
W 1996 r. zorganizowaliśmy zjazd w Chmielnickim i powołaliśmy Zjednoczenie Nauczycieli Polskich w Ukrainie – jestem członkiem jego zarządu. W naszym szkolnictwie brakuje praktycznie wszystkiego. W zachodniej części państwa – poza szkołami we Lwowie – nauczyciele polscy nie otrzymują zapłaty. Problemy są z lokalami dla nauczania języka polskiego. Wielkie rozproszenie miejsc zamieszkania nauczycieli powoduje trudności z komunikowaniem się. Aby temu zaradzić, w 1999 roku zaczęliśmy wydawać biuletyn „Głos Nauczyciela”. To czasopismo stało się łącznikiem między nauczycielami w całym państwie. W tym kraju jest ogromne zainteresowanie językiem polskim, wręcz moda na ten język.

Co z podręcznikami?
Dostajemy je z Polski, ale potrzeby są jeszcze większe. Brakuje pomocy dydaktycznych, klasyki polskiej. Byłoby ideałem, gdyby każdą polską placówką oświatową u nas zaopiekowała się jakaś szkoła w Kraju.

To dobra idea, będziemy ją propagować. Choć wiemy, jak dobrą robotę wykonuje w tej dziedzinie „Wspólnota Polska”, szczególnie krakowska. Jednak bezpośrednie powiązanie się szkół tu i tam, przy pomocy oddziałów „Wspólnoty” w całej Polsce, dałoby jeszcze inne, obustronne korzyści. Dobrym wzorem może być partnerstwo VII Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie ze Szkołą nr 10 we Lwowie. Należałoby skorzystać z ich doświadczeń i związki te jeszcze doskonalić. Panie Adamie, serdecznie dziękuję za ten czas poświęcony naszemu kwartalnikowi, oraz za ciekawe i ważne informacje.


———————————-
Rozmowa odbyła się z końcem listopada w Łucku na Wołyniu, w przerwach obrad III Sejmiku Organizacji Polskich (relacja o Sejmiku znajdzie się w CL 1/2000)
2  O Polskich Szkołach Sobotnich pisaliśmy już w CL 2/98 i 1/99. W następujących miejscowościach Małopolski Wschodniej są już czynne szkoły sobotnie: Borysław z filią we wsi Popiele, Czortków, Drohobycz z filią w Medenicach, Nadwórna, Sambor, Sąsiadowice, Stryj, Truskawiec, Złoczów oraz Czerniowce z 3 filiami w terenie.