Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z o. pułkownikiem Adamem Studzińskim rozmawia Janusz M. Paluch

[5/1999]

W dziejach Polskich Sił Zbrojnych II wojny światowej zapisał się Ojciec Pułkownik jako kapelan spod Monte Cassino. To był najważniejszy moment w dziejach współczesnego oręża polskiego, w którym przyszło Ojcu uczestniczyć. Gdzie tak naprawdę rozpoczął się bojowy szlak Ojca?
Świadomie, w chwili wyjścia z Czortkowa we wrześniu 1939 roku.

Był to moment, na którym zakończyła się nasza pierwsza rozmowa opublikowana na łamach kwartalnika Cracovia Leopolis (nr 3/96).
W Czortkowie miałem rozpocząć naukę religii w szkole. Dotarłem tam, mimo że wojna trwała już na dobre. Oczywiście w tych warunkach nigdy nie rozpocząłem tam pracy. Ledwie się tam stawiłem, już trzeba było uciekać. Zresztą przełożony, widząc co się święci, że to nie Niemcy, ale Sowieci wejdą do Czortkowa, zebrał nas razem i po wspólnej modlitwie powiedział, że teraz na własną rękę możemy działać, ukrywać się. Różnie mówi się o Polakach, ich zachowaniach w czasie wojny. Ja chciałbym powiedzieć kilka zdań o ich niesamowitej odpowiedzialności w tych pierwszych dniach II wojny światowej. Był bałagan, była panika – to prawda. Ale urzędnik państwowy do końca wypełniał swe obowiązki. Pamiętam dworzec kolejowy w Krakowie. Był zbombardowany. Ludzie nie byli wpuszczani na perony, ale kolejarze sprawdzający bilety przed wejściem i obecnie stali, gotowi do pełnienia powierzonych im obowiązków w każdej chwili. W Czortkowie było podobnie. Wieczorem 16 września do naszego klasztoru dotarła jakaś kobieta z wiadomością, że bolszewicy na Zbruczu stawiają mosty. Rozgorzała wówczas rozmowa na temat Rosji. Był z nami jakiś pułkownik. Uznaliśmy jednak, że to niemożliwe, aby Sowieci przygotowywali się do agresji na Polskę. Po pierwsze oni się nas bali. Po drugie – chyba nie bardzo dopuszczaliśmy myśli, że w takiej sytuacji mogą wbić nam nóż w plecy. A jednak tak się stało. I długo nie mogłem sobie wybaczyć, że tamtego wieczoru nie powiadomiłem nikogo o tym, co opowiadała nam owa kobieta. Uznaliśmy, że to kolejna niesprawdzona sensacja. Na drugi dzień o 5.00 rano dotarł do klasztoru goniec z informacją, że bolszewicy przekroczyli granicę i weszli na terytorium Polski. Od rana zaczął się ogromny ruch. Wszyscy uciekali. Ja postanowiłem sprawdzić tę informację, bo też chciałem uciekać tam, gdzie miała nastąpić koncentracja polskich wojsk, czyli w góry. Coraz bardziej bowiem uświadamiałem sobie, że moje miejsce jest przy wojsku. Udałem się do starostwa w Czortkowie. Cisza i pustka. Pozorna, bo na swoim stanowisku przy telefonie trwał przecież sekretarz starostwa. Trochę bezradny, osamotniony, ale był. Ponieważ chciałem się zorientować w sytuacji, dokąd już doszli bolszewicy, nakłoniłem go, by telefonował po wójtach. Zaczął dzwonić. Telefon każdego wójta odpowiadał. Oznaczało to, że urzędnicy trwali na swoich stanowiskach. Proszę sobie wyobrazić, iż w tamtym momencie tylko my dwaj wiedzieliśmy, co się dzieje w najbliższej okolicy. Około godziny 10.00 bolszewicy byli ok. 30 km od Czortkowa. W takiej sytuacji poradziłem sekretarzowi, żeby wypłacił ludziom pieniądze, które znajdowały się w kasie pancernej starostwa. Zrobił to na szczęście. Inaczej pieniądze przejęliby Rosjanie, którzy po wkroczeniu do czortkowskiego starostwa pierwsze, o co pytali, to o sejf z pieniędzmi. Potem obciążyło mnie to wobec bolszewików. Gdybym został, zabiliby mnie. Z tamtych dni do dziś pozostał mi ten podziw dla odpowiedzialności polskiego urzędnika. Wszystko działało do niedzieli 17 września 1939 roku. Takiego społeczeństwa, jak w tamtym czasie, długo mieć nie będziemy. To był efekt wychowywania społeczeństwa w duchu patriotyzmu i odpowiedzialności za losy Ojczyzny, młodego, zaledwie dwudziestoletniego państwa polskiego.

Rzadko spotyka się wypowiadane słowa tak dowartościowujące postawę społeczeństwa polskiego we wrześniu 1939 roku. Częściej padają gorzkie słowa, krytyczne uwagi na temat niezborności i bałagaństwa. Ale to była wojna.
Tak, dzisiaj to takie proste się wydaje. Opisałem to wszystko w swej książce Wspomnienia kapelana pułku 4 Pancernego „Skorpion” spod Monte Cassino. Wracając jednak do mego zmierzania ku wojsku. Około południa w czortkowskim klasztorze przekazałem przełożonemu wszystkie swoje sprawy, i na rowerze pojechałem na zachód. W tym czasie w granice miasta wkraczali już bolszewicy. Czortków był pusty. Jakby zupełnie wyludniony. Niedaleko za miastem natrafiłem na jakiś zdezorientowany wycofujący się oddział polski. Dowódca nakazał mi użyczyć roweru żołnierzowi, który miał się udać na zwiad. Podejrzewałem, że oznacza to utratę najwygodniejszego w tamtym czasie środka lokomocji. Myślałem, że żołnierz najzwyczjniej pojedzie sobie do domu. Czekałem jednak cierpliwie z wojskiem na efekt tego zwiadu. Szeregowiec wrócił, zameldował przełożonemu o zaobserwowanej sytuacji. Oddano mi rower i mogłem pojechać dalej. To zdarzenie tylko umocniło we mnie wiarę, że Polska nie przestanie tak łatwo istnieć, i udałem się w dalszą drogę w kierunku gór, na Buczacz, by na wysokości Stanisławowa przeprawić się przez Dniestr. W górach miała nastąpić koncentracja wojsk polskich, które tam zamierzały stawić zdecydowany opór Niemcom. Chciałem zatrzymać się w klasztorze w Niżniowie. Mieszkały tam żony oficerów. Do jednej z nich dotarł żołnierz z informacją od męża, że udają się do Lwowa, bo to miasto ma się bronić. Druga informacja była szokująca. Mówiła bowiem o wydanych przez Polaków rozkazach witania bolszewików! Dwa razy w tamtym czasie zetknąłem się z tą informacją przekazywaną przez zdezorientowanych żołnierzy polskich. To była bolszewicka prowokacja, która jednak przyniosła efekt. Od tego momentu znalazłem się bowiem w Jezupolu, w naszym klasztorze. Wędrowałem już wówczas w mundurze wojskowym. To był wyraz mojej determinacji, konieczności znalezienia się przy wojsku. Przełożony w Bohorodczanach, zobaczywszy mój mundur, przyjął mnie bardzo chłodno. Nakazano mi przebranie się w cywilne ubranie, a kolega poradził, by nie zwlekając udać się w dalszą drogę. Dzisiaj wiem, że dobrze zrobiłem słuchając go. Gdy wychodziłem z Bohorodczan, miejscowa ludność z kobiałkami pełnymi żywności szła witać bolszewików. To było smutne, bo byłem przecież w Polsce i nagle miejscowa ludność jakby wystąpiła przeciwko nam! Skierowałem się na Węgry. Po drodze spotkałem jakiś krakowski oddział ciągnący z sobą potężne działa z któregoś z fortów w Krakowie, które ani raz nie zostały użyte. Żołnierze nie wiedzieli, że zmierzają do granicy, po to, by ją przekroczyć. Gdy dowódca uzmysłowił sobie to, co się stało, nagle jakby go wola walki odeszła. Wypuścił nogi ze strzemion, głowa jakby weszła w ramiona. Zupełnie stracił postawę kawalerzysty, stracił poczucie pewności siebie. Dla niego to był dyshonor, że ciągnie tak dobrą broń, którą będzie musiał oddać bez jednego wystrzału. W Mikuliczynie zatrzymałem się u sióstr Notre Dame. Tam spotkałem oddział żołnierzy polskich, którzy z kolei szli od granicy węgierskiej i opowiadali, że Węgrzy żądają podpisywania przez żołnierzy deklaracji na zgodę na bezpłatną pracę na terytorium Węgier, ponieważ zaś nie chcieli tego robić, wracali z granicy. Potem okazało się, iż jest to informacja nieprawdziwa, rozsiewana wśród polskich żołnierzy przez ukraińskich prowokatorów, by Polacy porzucali broń przechwytywaną przez Ukraińców. Granicę przekroczyłem 19 września. Nagle znalazłem się na obcej ziemi. Uzmysłowiłem sobie, że nie mam Ojczyzny, nie mam się gdzie zatrzymać, że jestem uciekinierem. Węgrzy byli mili, serdecznie nam współczuli – ale nas to tylko drażniło.

Ale Ojciec się nie poddał i nie marnował czasu. Stał się Ojciec kapelanem wygnańców i internowanych.
Tak, rzeczywiście niemal od pierwszych chwil, jak znalazłem się na terytorium Węgier, trzeba było pomagać zagubionym i zrozpaczonym Polakom. Dość szybko dotarłem jakimś transportem do Budapesztu. Tam zatrzymałem się w dominikańskim klasztorze. Gdy Ambasada Polska dowiedziała się, że jestem, skontaktowali się ze mną. Byłem chyba jednym z pierwszych duchownych, z którymi mieli kontakt. Wysyłali mnie po różnych obozach z mszą świętą, gdzie przebywali Polacy. Trzeba było rozmawiać z ludźmi, podtrzymywać ich na duchu. Pamiętam, dotarłem kiedyś do obozu, gdzie było zgrupowanych 500–600 policjantów ze Szkoły Policyjnej w Mostach Wielkich. Ich żony pozostały w Polsce. Chcieli wracać do kraju. Na nic zdawały się tłumaczenia, że tam zostaną aresztowani i Bóg jeden wie, co może ich czekać. Wtedy, gdy mijał szok, wydawało się, że życie nawet w okupowanym kraju w jakiś sposób będzie się musiało unormować, do czasu kiedy nastąpi wyzwolenie kraju przez Anglię i Francję. W 1939 roku był potworny strach przed Niemcami, ale jeszcze nie było Katynia, nie było Oświęcimia ani Treblinki... W Budapeszcie powstało w końcu duszpasterstwo dla Polaków. Na jego czele stanął ksiądz biskup Karol Radoński. Trochę przyhamowało to moją działalność. Biskup wydał bowiem zarządzenie, by zaprzestać działalności na własną rękę. Nie zmieniło to mojego trybu życia, a bardziej je zorganizowało. Wcześniej docierałem bowiem do Polaków w mniejszych skupiskach. Teraz organizowano mi kontakty z dużymi skupiskami w obozach. Na Węgrzech byłem przez cały październik, cały czas w drodze. Odwiedziłem około dziewięciu obozów. Byliśmy zobowiązani do składania oficjalnych raportów na temat ludzi, którzy zgrupowani zostali w obozach, warunków, w jakich tam mieszkają. W zasadzie dopiero od tamtego momentu nasze pomału organizujące się władze na wygnaniu zaczęły interesować się obozami uchodźców.

Cały czas była to jednak cywilna działalność Ojca. Choć z drugiej strony cały czas mówimy o wojnie i okupacji nabierającej z każdym dniem coraz bardziej dramatycznych barw. Formowało się też Wojsko Polskie na Bliskim Wschodzie.
To prawda. Gdy dotarłem do Palestyny, wśród żołnierzy polskich nie było najlepiej. Prawdę mówiąc mieliśmy dużą grupę oficerów i podoficerów, w randze kaprali. Nie mieliśmy wielu żołnierzy szeregowych. Było to towarzystwo mocno zantagonizowane, przeżywające militarną klęskę Polski. Poza tym oficerowie byli całkiem niesłusznie oskarżani o zdradę, nie cieszyli się dużym poważaniem u polskiego żołnierza. Sytuację oczyściło dopiero powstanie w Egipcie Legii Oficerskiej. Oficerowie, mimo swej rangi, stali się zwykłym szeregowym wojskiem. Gdy żołnierze zobaczyli, że porucznik stoi na warcie, zmienili zdanie. Ponownie nabrali szacunku dla oficerskich stopni. Na Bliskim Wschodzie, w Palestynie przez długi czas pracowałem jako duszpasterz w szpitalach, wśród rannych żołnierzy, wśród chorujących cywili. Dopiero 2 sierpnia 1942 roku oficjalnie zostałem kapelanem wojskowym w stopniu kapitana w samodzielnej brygadzie pancernej. Składała się z trzech pułków: IV Pułk Pancerny, I Pułk Ułanów Krechowieckich i VI Pułk Dzieci Lwowskich.

Czy wśród dowódców byli tacy, których Ojciec szczególnie zapamiętał?
Było ich wielu i każdy na swój sposób był kompetentny i wspaniały. Nie sposób jednak wymienić wszystkich. Przybywali do nas z różnych stron: Major Szostak – z Rosji, Iwanowski, Dzięciołowski – z Anglii, Bortnowski, kapitan Drelicharz – z Libii... To byli wspaniali ludzie. W wojsku otrzymałem stanowisko p.o. Szefa Duszpasterstwa 2. Samodzielnej Brygady Czołgów. Musiałem zatem pisać raporty. Tego mnie nigdy nie uczono. A jak pan zapewne wie, wojsko posługuje się specyficznym, hermetycznym językiem. Pułkownik Korczyński, dowódca Brygady, mówił, niech ksiądz przyjdzie do mnie. Czytał to, co napisałem i poprawiał czerwonym atramentem. Do dzisiaj trzymam te zeszyty. Wielu było wspaniałych ludzi, których znałem, i z których wielu potem grzebałem na włoskiej ziemi.

Jakie zadania stały przed księżmi w mundurach?
Gdy przyszedłem do wojska, to nikt mi nie umiał powiedzieć, jak powinna wyglądać moja praca w broni pancernej. Sam się ksiądz przekona – mówiono. W Anglii kapelan to tak jak „politruk”, bo za morale wojska odpowida. Musi dbać o żołnierzy. W transportach morskich kapelan jest tam ważniejszy od dowódcy. Kapelan dostawał zawsze kajutę jednoosobową. Dowódcy angielscy wychodzili bowiem z założenia, że żołnierze będą chcieli na osobności porozmawiać z kapelanem. W polskiej dywizji było 15 kapelanów katolickich, jeden rabin, protestancki i prawosławny. Nie było grekokatolików, bo ich księża nie chcieli służyć w wojsku. Prawosławni księża pod tym względem wykazywali większą dbałość o wiernych związanych z Cerkwią. A moja praca różnie wyglądała, w zależności od tego, w jakim stanie gotowości bojowej były oddziały wojska. Na postojach organizowałem pogadanki z życia religijnego w wojsku, o jego znaczeniu dla państwa, patriotyzmie i posłuszeństwie. Gdy oddziały wchodziły w stan gotowości bojowej, czyli były przerzucane na pierwszą linię i gotowały się do walki, to był czas organizowania spowiedzi. W takich chwilach żołnierze chętnie się spowiadają. Nie ma wśród nich takich, którzy nie chcieliby porozmawiać o swoich problemach. Wiedzą przecież, co może ich spotkać. Przed samą bitwą jest zwyczaj udzielania ogólnego rozgrzeszenia. Nie zawsze jest przecież czas na to, by każdemu żołnierzowi poświęcić choćby chwilę. Przed bitwą pod Monte Cassino, powiedziałem do żołnierzy ni mniej ni więcej: – Wiecie, co nas czeka. Wielu z nas zginie. Ale jak zostawicie duchownemu sprawy, które was dręczą, będziecie mieli spokój. Zajmiecie się tylko walką, skupicie się na tym, co wam grozi. Nie będziecie się rozpraszali na to, co wam na duszy leży. Dowódcy byli przerażeni, bo uważali, że przed walką nie można mówić do żołnierza, że może zginąć. Tymczasem okazało się, że ten moment bardzo dobrze podziałał na żołnierzy. Wojsko lubiło mnie bardzo. Oni dla mnie po bitwie pod Monte Cassino zrobiliby wszystko. Gdy mnie czasami nie było w oddziale, szukali innego księdza. Tak była im potrzebna obecność kapelana. A ja w tej wspaniałej atmosferze w oddziałach czułem się bardzo dobrze.

Jak można czuć się dobrze, kiedy ma się pełną świadomość, że przygotowywuje się ich wszystkich na śmierć.
Tak. I oni musieli to zrozumieć. Musieli to zrozumieć, że jako katolicy są odpowiedzialni za wolność Ojczyzny. Dla nich było ważne, że ksiądz jest z nimi na linii walki. Czuli się pewniej, że jest z nimi wóz „white”, a w nim kapelan, lekarz, sanitariusz, mechanik. Podziwiałem też lekarzy, którzy byli opanowani i zawsze z nami współpracowali. Wśród nich byli Żydzi, którzy gdy tylko zauważyli, że ranny odzyskuje przytomność, zawsze wzywali kapelana, któremu kazali robić swoje. Podziwiałem ich za to. Teraz przypisuje się mi, że jestem przeciw Żydom. To nieprawda. Ja jestem tylko przeciw dominacji Żydów w Polsce. Ale – wracając do tematu – poza tym musieli żyć normalnie, czuć się dobrze, i mieć nadzieję na przeżycie wojny. Czy inaczej bylibyśmy tak waleczni? Czy zdobylibyśmy Monte Cassino?

Wśród rannych byli też Niemcy, których brano do niewoli. Czy kapelan miał obowiązek udzielania im ostatniej posługi?
Ja nigdy nie miałem nienawiści do Niemców. W czasie bitwy, czy po niej, nie ma czasu na rozczulanie się. Trzeba być jednakowym dla każdego. Ja bardzo to wszystko przeżywałem, ale aby zachować zimną krew, trzeba nauczyć się bardzo chłodno podchodzić do wszystkich. Młodzi Niemcy brani do niewoli strasznie się ślimaczyli, płakali. Nie pozwalałem rozczulać się żołnierzom naszym nad Niemcami. Z drugiej strony zdesperowani żołnierze częstokroć chcieli się na nich mścić. Nigdy nie pozwalałem uderzyć Niemca tylko opatrzyć i odstawić na punkt, gdzie przetrzymywano wziętych do niewoli. Dlatego też ważna jest obecność księdza na linii. Jeśli go zabraknie, szybciej pojawia się bandytyzm. Pod Bolonią miałem bardzo przykrą sytuację. Lekarz odmówił bowiem udzielenia pomocy rannemu Niemcowi, który miał zabić ks. Waculika. Zrobiłem awanturę. Lekarze i żołnierze podzielili się. Zgłosiłem to dowódcy, który natychmiast zbeształ lekarza. Oddział się uspokoił. Ten Niemiec był żołnierzem, robił swoje.

Na polu bitwy spotykał ksiądz rannych, konających Polaków, nie tylko katolików, ale i wyznania mojżeszowego, protestantów, prawosławnych czy greko- katolików.

Tam nie było czasu na dłuższe rozmowy. Tam była masa rannych. Wszyscy są wtedy równi. Jedna modlitwa kapłana musi objąć wszystkich cierpiących. Jednego jest czas pogłaskać, drugiemu można dać – często ostatniego – papierosa. Mówię o tym tak spokojnie, ale tego nie da się opisać. To jest tragedia. Trzeba to szybko robić, bo drugi czeka. Ranny żołnierz czuje to i nie ma pretensji do otoczenia. Wie, że nie może mnie zająć dłużej, bo tam czeka drugi, jego kolega. On czuje to instynktownie. Zawsze do rozgrzeszenia zdejmowałem hełm. Pewnego razu żołnierz ukradł mi go. Nie patrzył, że należy do księdza... Oczywiście nie zabierałem mu go, on szedł walczyć. Wziąłem jakiemuś rannemu. Przez całą kampanię zmieniałem w ten sposób cztery razy hełm.

W końcu przyszedł czas, by mundur żołnierza zamienić na zakonną sutannę. Jak wyglądało rozstanie z mundurem Ojca pułkownika?

Mundur zdjąłem w dniu rozwiązania pułku 17 lutego 1947 roku. Po euforii zwycięstwa przyszło rozczarowanie, rezygnacja. Straciliśmy wszystko. To było gorsze od rozbiorów. Traciliśmy nasze ziemie. Narodowi zafundowano substytut wolności. Ja wróciłem do kraju. I przez te wszystkie lata niosłem pomoc wszystkim tym, którzy nie stracili ducha, wiary i narodowej świadomości. Cieszę się, że teraz dożyłem czasu odzyskania przez Polskę prawdziwej wolności.

Serdecznie dziękuję Ojcu za rozmowę.