Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Ze Stanisławem Dziedzicem rozmawia Janusz M. Paluch

[1/1998]

– Jest Pan człowiekiem bywałym w świecie. Odwiedza Pan różne piękne, pełne zabytków architektury miasta. Jednak Lwów jest dla Pana miejscem szczególnym. Dlaczego?
– Nie ulega wątpliwości, że spośród wielu miast, zwłaszcza europejskich, które przyszło mi oglądać, Lwów należy do tych, które są mi szczególnie bliskie. W najbardziej polskim, a zarazem europejskim mieście, Krakowie, którego klimatem i pięknem jestem zafascynowany od dzieciństwa, podjąłem studia uniwersyteckie, a z czasem na stałe zamieszkałem; do Rzymu – kolebki naszej śródziemnomorskiej i chrześcijańskiej kultury podążam kiedy tylko mogę, możliwie najczęściej. Spośród miast dawnej Rzeczypospolitej do szczególnie mi bliskich należą Wilno i Lwów. Mówię o tym bez żadnego kontekstu politycznego. Na dwu różnych biegunach rozległego państwa owe miasta były położone, bardzo różne i zarazem bardzo podobne, mimo swego kresowego położenia i wielokulturowego charakteru, wybitnie polskie. Wilno, które jest miastem niezwykle pięknym, było jako stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego przez wieki całe drugą stolicą Rzeczypospolitej, Lwów w państwie polskiem takiej roli nie pełnił, był jednak miastem dogodnie położonym, na ważnych szlakach handlowych, bogatym, a jego rola zawsze była znacząca. W XIX w., po ciężkich doświadczeniach z austriackimi władzami zaborczymi, został kreowany stolicą cieszącego się pewną autonomią regionu, przewrotnie i kłamliwie zwanego przez Habsburgów Galicją, peryferyjnie położonego „kraju” w dogasającej monarchii Austro-Węgier. Był to jednakowoż okres znacznego rozwoju Lwowa, który nie tylko odzyskiwał dawne swe piękno, stawał się przy tym dużym, nowoczesnym miastem.
W niedługim czasie po włączeniu przez Kazimierza Wielkiego Lwowa do państwa polskiego, stał się on siedzibą katolickiej metropolii, jednej z dwóch naówczas polskich prowincji kościelnych. Podkreślało to rangę miasta. Gniezno i Lwów. Nawet stołeczny Kraków nie był stolicą prowincji kościelnej, choć biskupi krakowscy zajmowali po arcybiskupie gnieźnieńskim drugie miejsce w hierarchii ważności, ale właśnie Lwów. Z czasem był Lwów siedzibą trzech metropolii katolickich: obrządku łacińskiego, greckiego i ormiańskiego. Był to swoisty fenomen religijny, historyczny i kulturowy. Miasto zawsze wierne Rzeczypospolitej. Zamieszkałe aż do czasów bolszewickiej eksterminacji Polaków w większości przez ludność polską (już na początku XV w. w pięciotysięcznym Lwowie Polaków było ok. 4,5 tys. Żydów ok. 100, Ormian – 400, Rusinów kulkunastu), posiadało właściwy sobie charakter, niepowtarzalny klimat, będący w jakiejś mierze wynikiem jego wielokulturowej specyfiki. Każda z zamieszkujących tam społeczności cieszyła się znaczną swobodą w kultywowaniu własnej kultury, religii i tradycji. Tej mozaice narodowościowej odpowiadała też pyszna mozaika architektoniczna. Obok więc okazałych łacińskich kościołów były także wspaniałe cerkwie – utrzymane już to w stylu stricte bizantyjsko-ruskim, już to, zwłaszcza po przyjęciu unii brzeskiej (nastąpiło to tu stosunkowo późno) w formie coraz częściej i szerzej odzwierciedlającej wpływy kultury zachodniej, z pyszną późnobarokową katedrą greckokatolicką św. Jura na czele. Były wszakże we Lwowie także miejsca o trochę orientalnym, właściwym dla kultury ormiańskiej charakterze. Ormiańska społeczność, jakkolwiek stosunkowo nieliczna, była bardzo wpływowa. Ormiańscy kupcy należeli do najzamożniejszych mieszczan lwowskich, utrzymywali też dalekosiężne kontakty z własną nacją, rozsianą po wielu krajach. Właśnie we Lwowie było duchowe centrum polskich Ormian – katedra, tu mieściła się ich szkoła i klasztor benedyktynek ormiańskich. Znajdowali Ormianie w Rzeczypospolitej dogodne warunki życia i rozwoju, trudnili się na ogół handlem i rzemiosłem, a Polskę traktowali jak swą ojczyznę, dając wielokrotnie dowody swego do tej ojczyzny przywiązania.
Bogaty Lwów posiadał wiele okazałych mieszczańskich kamienic i wielkopańskich rezydencji. Wystarczy przejść się po ulicach starego miasta, by zobaczyć je, bo wiele z nich się zachowało, mimo wielokrotnych, często nieudolnych przeróbek i zaniedbań.

– Czy tylko architektura aż tak bardzo zapiera Panu dech, gdy odwiedza Pan Lwów czy też o nim myśli?
– Nie same mury, oczywiście. Lwów to obszerna i bogata historia polskiego teatru, radosny klimat, który w tym mieście istniał. Do dobrego tonu należał folklor przedmieść lwowskich. Ożywiały to miasto wesołe piosenki, kapele podwórkowe, batiarskie dowcipy. Znajduję często ten klimat w dokumentacji, którą przeglądam. Przykra konstatacja mi się nasuwa, gdy chodzę po tym Lwowie dzisiaj i tego wszystkiego tam nie ma. Miasto skazane jest na prowincjonalizm.

– Należy Pan do tych szczęśliwców, a nie jest ich za wielu w naszym kraju, przed którymi otworzyły się drzwi kościoła Jezuitów, gdzie przechowywane są zbiory Ossolineum. Wiem również, że oglądał Pan wnętrze katedry ormiańskiej.
– Myślę, że nie było to aż nazbyt trudne, bo wyłączając miejsca szczególnie strzeżone, na terenie dawnego państwa radzieckiego udawało się wejść wszędzie, oczywiście okazując stosowne dowody wdzięczności. Często chodziło o wcale niewielką łapówkę. Po zakończeniu II wojny światowej tylko część zbiorów Ossolineum została przewieziona do Wrocławia. We Lwowie pozostały wciąż bogate zasoby, których wbrew intencjom Ossolińskich nie zamierzano zwrócić narodowi polskiemu. Znaczną część tych zbiorów złożono w pięknym barokowym kościele Jezuitów, który władze sowieckie zamieniły na magazyn. Przekraczając progi kościoła naocznie przekonałem się, że głoszone przez władze deklaracje, są tylko deklaracjami, bowiem zbiory przechowywane są w warunkach tragicznych. Gmach świątyni nie był przecież dostosowany do funkcji, które mu zostały narzucone. Zawilgocone ściany, zniszczony częściowo dach powodowały warunki nie do zniesienia. W konsekwencji, przebywając w tym kościele, należało używać specjalnych masek. Zauważyłem, że niektórzy pracownicy mieli założone na usta jakieś tampony. Od tamtego czasu upłynęło parę lat. Nie słyszałem, aby w sposób zasadniczy zmieniły się warunki przechowywania tych zbiorów. Obustronne rządowe rozmowy, dotyczące zwrotu tej części zbiorów Ossolińskich, które zatrzymano we Lwowie, nie przyniosły dotąd, mimo deklarowanej pomocy, zasadniczych rozstrzygnięć. Decyzje w tym zakresie będą podejmowane zapewne na najwyższych szczeblach władz państwowych pomiędzy Rzeczypospolitą a państwem ukraińskim. Kiedy? Tego dzisiaj ustalić nie sposób. Władze ukraińskie stosują w tym względzie przedziwną – moim zdaniem – politykę.
W podobnych okolicznościach udało mi się wejść do katedry ormiańskiej, którą zamieniono na magazyn obrazów. Już wtedy interesowałem się historią Kościoła ormiańskiego. Tragiczny był – i nadal taki pozostaje – stan zabezpieczenia obiektu i zgromadzonych w nim zbiorów. Zącząłem się zastanawiać, na ile sprowokowany tam pożar byłby w mentalności opiekunów miejsca uwolnieniem od konieczności choćby sporadycznego przeglądu zbiorów. W słabo oświetlonym wnętrzu nie sposób było dostrzec elementów wystroju polichromii, mozaiki Mehoffera, wspaniałych nagrobków etc. Kiedy końcem 1996 r. przebywałem ponownie we Lwowie, zapragnąłem, tym razem bardziej oficjalnie, bo z pomocą przedstawicieli miejscowych władz, dostać się do katedry. Nie potrafię orzec, czy kłopotliwość sytuacji, wysoce niewłaściwe warunki przechowywania zgromadzonych tam dzieł sztuki, czy też dotkliwy rozziew między deklarowanym liberalizmem wyznaniowym i rzeczywistością – stały się przeszkodą w wejściu do świątyni. Dowiedziałem się oto, że osoba posiadająca klucze od katedry wyjechała poza Lwów. Komentarz do tej sceny jest zbyteczny.

– Zechciałby Pan odsłonić tajemnice innych miejsc we Lwowie, może nieznanych, zapomnianych...

– Nie chciałbym tej rozmowy zamienić w przewodnik po Lwowie, zwłaszcza po miejscach, do których oficjalnie nie wolno, czy też nie wolno było chodzić. Znam wszakże takich miejsc znacznie więcej. Cmentarz Łyczakowski z położonym obok niego zrujnowanym Cmentarzem Orląt, liczne lwowskie kościoły, gmachy użyteczności publicznej, zrujnowane klasztory, pałace etc. Na szczęście takich miejsc jest tam coraz mniej, a wkrótce – wierzę – ich nie będzie. Sytuacja w państwie ukraińskim powoli normalnieje. Z pewnym uznaniem postrzegam, że we Lwowie władze starają się te miejsca eliminować, aliści sądzę, że jest to proces obliczony z konieczności na dłuższy czas. Niektóre obiekty są w tak katastrofalnym stanie, że kłopotliwe jest ich udostępnianie.

– Zajmuje się Pan między innymi ochroną zabytków. Po tych licznych lustracjach Lwowa, rozmowach z ludźmi odpowiedzialnymi za kulturę, a tym samym substancję zabytkową w tym mieście, jest Pan zapewne w stanie określić stan zachowania zabytków we Lwowie.

– Zacznijmy od zabytków sakralnych, które podobnie jak w Krakowie czy Wilnie stanowiły w sposób przemożny o randze Lwowa. Po ostatniej wojnie kościoły te w wielu przypadkach skazane zostały niemal na zupełną zagładę. Szczytem wandalizmu w najgorszym wydaniu, wręcz bandytyzmu – nie boję się tego określenia – było przeznaczenie tych obiektów na różnego rodzaju magazyny. Najczęściej, z pełną premedytacją, przechowywano tam takie środki, które w warunkach zawilgocenia niszczyły substancję architektury, doprowadzając te obiekty do stanu nieodwracalnej ruiny. Bywały obiekty sakralne, którym udało się w sposób przedziwny uniknąć zagłady, gdyż wyznaczono im funkcję muzealną. Podobna sytuacja była w Wilnie, skąd niedawno wróciłem. Ale tam, na Litwie, wykazywano więcej wyobraźni, a mniej bezinteresownej zawiści. Nikt przez lata nie dbał o to, by je naprawiać czy remontować. One były skazane na powolną zagładę. Stało się na szczęście inaczej. Ukraina uzyskała niepodległość i ona sama decyduje w tej chwili o tym, co tam się dzieje i jaka jest, czy jaka będzie ich funkcja. I stąd wspólna, nas wszystkich nadzieja, że te obiekty w wielu wypadkach będą miały przywróconą dawną swoją funkcję. Jeśli chodzi o stan obiektów świeckich, to stwierdzić trzeba, że ich stan również jest w większości tragiczny. Te budynki malowano z zewnątrz często najgorszymi farbami i metodami. Zamalowywano, zatynkowywano zagrzybione obiekty, nic nie robiąc, żeby je ratować. Wystarczyło wejść na zaplecze, by zobaczyć ich prawdziwy stan. Są we Lwowie całe kwartały budynków, których stan jest przerażający. Jeśli władze Lwowa i Ukrainy nie podejmą natychmiastowej decyzji o ich gruntownej restauracji, to one się nieuchronnie zawalą. Dochodzą do mnie wiadomości pocieszające, że świadomy tego rząd ukraiński i władze lwowskie mają ze swych budżetów przeznaczyć znaczące środki na restaurację tych obiektów. Wierzę również, że skoro tak wysoki protektorat w tym zakresie jest przewidziany, to za tym pójdą znaczne środki, które pozwolą wielu obiektom zabytkowym odzyskać tyle z ich świetności, ile będzie to możliwe. Myślę, że parę zabytków we Lwowie można by już pokazać jako gruntownie odnowionych, zgodnie z wymogami konserwatorskimi. Przykładem w tym względzie może być katedra łacińska. Ale tam od kilku lat troszczy się o tę świątynię jej gospodarz, ksiądz metropolita Marian Jaworski. Kościół lśni zarówno wewnątrz, jak i i na zewnątrz. Życzę tego Lwowowi, by cały mógł się tak prezentować i odsłaniać swoje nadzwyczajne piękno.

– Lwów to nie tylko zabytki, to także ludzie. Są tacy, którzy przetrwali tam bardzo dramatyczne lata. Czy sądzi Pan, że będą w stanie dźwigać nadal, w nowych warunkach, swą rodzimą polską kulturę? Tym bardziej, iż w kościele rzymskokatolickim obowiązującym w liturgii stał sie język ukraiński?

– Kościół jest uniwersalny i traktowanie tych kwestii w narodowych kategoriach, że grekokatolik-unita to Ukrainiec, a rzymski katolik to Polak, jest daleko idącym uproszczeniem i anachronizmem. Nie ma żadnych powodów, dla których Ukrainiec miałby być obcym dla Kościoła rzymskokatolickiego i vice versa. Myślę, że oba nasze narody, Polacy i Ukraińcy, to rozumieją. Nowoczesne państwo dbające o rozwój kulturalny pozwoli na funkcjonowanie całego dziedzictwa kulturowego zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Wierzę, że wraz z wybiciem się na niepodległość państwa ukraińskiego stworzone tam zostaną zdecydowanie lepsze warunki mniejszościom narodowym. Także Ukraińcy coraz bardziej interesują się naszym językiem i kulturą. Znaczna część Polaków zamieszkujących tamte tereny, a ukrywających dotąd swoje pochodzenie, widzi dzisiaj potrzebę ujawniania tego pochodzenia i kultywowania polskich tradycji, zaś powstające i działające tam polskie towarzystwa kulturalne rozszerzają zakres swojej działalności. Nieliczne wciąż polskie szkoły cieszą się niemałą popularnością.
Polska stara się prezentować na Ukrainie swe najlepsze osiągnięcia z zakresu kultury. Czyni to z myślą o rodakach żyjących tam na ojcowiźnie, a także o promocji polskiej kultury. Przykładem tego jest Festiwal Kultury Polskiej we Lwowie, który odbył się w 1996 r.
Rzeczywiście. Ten festiwal rodził się w bólach. Po obu stronach było wiele niedomówień. Wreszcie decyzją władz ministerialnych, polskich i ukraińskich, odbył się w roku 1995 Festiwal Kultury Ukraińskiej w Przemyślu. Właśnie wówczas podjęto myśl o zorganizowaniu Festiwalu Kultury Polskiej we Lwowie. Dzięki przychylności władz zorganizowano znakomitą imprezę. W katedrze łacińskiej odbył się rewelacyjny koncert „Homagium Leopoli”, w którym wystąpiły zespoły z Polski i Ukrainy. Reżyserem był Zbigniew Chrzanowski, lwowianin, zamieszkujący w Przemyślu. Brałem udział w bezprecedensowym wydarzeniu artystycznym, które wieńczyło ten festiwal – w koncercie „Polskiego Requiem” Krzysztofa Pendereckiego. Wykonanie utworu odbyło się w miejscu dla Polaków niezwykłym, w katedrze łacińskiej, która to katedra w okresie powojennym była tam bastionem polskości. „Polskie Requiem” jest dziełem obdarzonym olbrzymim ładunkiem ekspresji, wyrażającym tragiczne doświadczenia Polaków w ostatnich czasach. Utwór wykonany został przez chór i orkiestrę Filharmoni Krakowskiej pod batutą samego kompozytora. Krzysztof Penderecki specjalnie na tę okazję przyjechał do Lwowa, by osobiście poprowadzić orkiestrę. Wystąpili znakomici soliści: Jadwiga Rappé, Jadwiga Gadulanka, Piotr Kusiewicz, Piotr Nowacki. Katedra wypełniona była po brzegi. Rozmawiałem z biskupem Trofimiakiem, sufraganem lwowskim, który był zbudowany tak wielką ilością ludzi. Bilety na koncert były drogie, jak na zasobność tamtejszej społeczności, a mimo to zostały one wyprzedane w całości. Kiedy przechodziłem obok katedry na dwie godziny przed rozpoczęciem koncertu, zobaczyłem szturmujące tam tłumy ludzi. Było to dla mnie wzruszające doświadczenie. Tam była nie tylko elita artystyczna Lwowa. Owacja, jaką zgotowano kompozytorowi i wykonawcom, była dowodem, że dzieło zostało przeżyte w sposób nadspodziewanie głęboki. Myślę, że słuchający tego utworu Ukraińcy znaleźli w nim również tragiczne doświadczenia własnego narodu. Pragnę podkreślić, że przed wyjazdem do Lwowa miałem propozycję udania się na uroczystość prezentacji regionu krakowskiego w Liegé. Musiałem zatem dokonać wyboru, wyjaśniając, że w Liegé już byłem, a we Lwowie nie byłem już dwa lata – i pojechałem do Lwowa. Wypowiadam te słowa bez cienia kurtuazji. Ta decyzja w sposób naturalny odzwierciedla mój stosunek do tego miasta. Wierzę, że takie wydarzenia jak ów koncert będą tam się powtarzać. Sam Krzysztof Penderecki pragnąłby w przyszłości zaprezentować we Lwowie „Jutrznię”. Po koncercie znany lwowski reżyser teatralny, Miron Łukawiecki, z małżonką, Walą, zaprosili mnie do swojego mieszkania na kolację. Miron zwierzył mi się, że czułby się ogromnie zaszczycony obecnością w swoim domu państwa Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich, ale nie ośmieli się ich zaprosić. Jakaż była radość państwa Łukawieckich, gdy Krzysztof Penderecki z małżonką i ówczesna dyrektorka Filharmonii Krakowskiej, Joanna Wnuk-Nazarowa, wyrazili gotowość odwiedzenia Łukawieckich. Spotkanie miało nadzwyczajny charakter. Przedłużyło się do późnych godzin nocnych. Okazało się, że tematów do rozmów było nader wiele. Ojciec Mirona, absolwent krakowskiej ASP, kochał Kraków, zachował to miasto we wdzięcznej pamięci, lubił wracać pod Wawel. Rodzina Łukawieckich bywa w Krakowie możliwie często, sam zaś Miron był inicjatorem współpracy lwowskiego Teatru Młodego Widza z krakowskimi instytucjami kultury.

– Pańskie kontakty z władzami miasta Lwowa na różnych szczeblach predestynują Pana do przedstawienia Pana wizji dla Lwowa, jego szans – onegdaj miasta na świeczniku monarchii Habsburgów, dzisiaj, jednego z wielu miast Ukrainy – w XXI wieku.

– Nie ulega wątpliwości, że Lwów jest jednym z najciekawszych miast współczesnego państwa ukraińskiego, choć – jak wspomniałem – jego ranga jest dziś znacznie mniejsza niż ongiś. Wierzę, że jest to stan przejściowy.

– Czy oni to dostrzegają?
– Lwów ma duże szanse stać się jednym z centrów kulturalnych i gospodarczych, ale dzisiejsza kondycja tego miasta wciąż jest nazbyt niezadowalająca. Złotego okresu, jaki Lwów przeżywał w swej historii parokrotnie, w najbliższej przyszłości nie wróżę. A szkoda, bo przecież tam kiedyś panowały doprawdy europejskie zwyczaje i styl. Życzę Lwowowi, żeby te dobre doświadczenia wróciły. Wielu lwowiaków zdaje sobie z tego sprawę. Zwłaszcza bywali w świecie. Oni też wiedzą najlepiej, jak wiele pozostało im w tym względzie do zrobienia.

– Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.