Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Bogusławem Kołczem dyrektorem Akademickiego Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu, rozmawia Janusz M. Paluch

[3/2007]

Redakcji naszego kwartalnika Nowy Sącz zawsze kojarzy się z postacią dr. Jerzego Masiora. Jego nie ma już wśród nas. Pamięć o nim jest jednak kultywowana m.in. w szkole kierowanej przez Pana. To bardzo chwalebne, ale dlaczego właśnie ta szkoła?
Dr med. Jerzy Masior związany był z naszą szkołą – najpierw IV Liceum Ogólnokształcącym, a po przekształceniu Akademickim Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu – od początku istnienia placówki. Znany był w naszym mieście jako człowiek o zainteresowaniach iście renesansowych – lekarz, społecznik, poeta, malarz, reżyser teatralny, harcerz, żeglarz, animator kultury. Przy rozlicznych funkcjach społecznych był także założycielem sądeckiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, niestrudzonym i charyzmatycznym piewcą miłości do swojej utraconej małej ojczyzny. Z ogromną przyjemnością i zaangażowaniem spotykał się z młodzieżą, czytał wiersze, śpiewał piosenki, uczył ich wykonywania, godzinami snuł opowieści i zarażał pasją o nieznanym nam i urastającym do rangi mitu Lwowie – mieście zakazanym dotąd w świadomości powojennych pokoleń Polaków. Niekłamany szacunek do Pana Doktora, serdeczna więź, a z czasem prawdziwa przyjaźń, jaka połączyła nas z sobą, zaowocowały koncertami poezji i piosenki lwowskiej (Jerzy Masior sam pisał teksty i komponował muzykę) w naszej szkole, a wreszcie pierwszym, mającym wówczas – w 1994 roku – posmak egzotyki, dość ryzykownym i karkołomnym dla młodych ludzi – wyjazdem do Lwowa. Od 1994 roku tych wypraw naszych uczniów było ponad dwadzieścia. Najpierw z Doktorem, potem, gdy już stan zdrowia mu nie pozwalał, bez niego – ale w stałym kontakcie, wreszcie od 2004 roku już tylko Jego śladami i ku Jego czci.

Proszę nam opowiedzieć o formach krzewienia wiedzy o Kresach.
Jako polonista znalazłem w Doktorze wspaniałego nauczyciela, mistrza i druha. Wychowany na studiach uniwersyteckich w stanie wojennym poznawałem literaturę tzw. drugiego obiegu, odsłaniającą prawdę o ziemiach utraconych i zabranych, o martyrologii Polaków na Kresach, o micie Kresów, utrwalonym od czasów romantyzmu w kulturalnej i patriotycznej świadomości Polaków. W swojej pracy pedagogicznej od końca studiów szukałem najlepszych sposobów oddziaływania na emocje coraz bardziej biernej i bezideowej młodzieży. Doszedłem do wniosku, że jednym ze sposobów może być odsłanianie tajemnic historii i kultury, przemierzanie literackich szlaków w dziewiczych niemalże i nieodwiedzanych dotychczas miejscach, prowadzenie lekcji w aurze ukazywania pożytków z odkrywania fascynującej przeszłości i zaczytywania się w zakazanych przez system komunistyczny tekstach. Stąd też – najpierw sam, potem z młodzieżą, przecierałem od połowy lat dziewięćdziesiątych szlaki litewskie, białoruskie i ukraińskie. Dotarliśmy m.in. do Wilna, Grodna, Katynia, nad Świteź i Niemen, musieliśmy stanąć również nad Ikwą w Krzemieńcu, w Rudkach Fredrowskich i w samym Lwowie. Byliśmy tam, gdzie nie mogli lub bali się dotrzeć inni, stawaliśmy się robinsonami zapomnianej polskiej kultury. Jeździliśmy do Lwowa w okropnych warunkach, wśród paczek z żywnością i książkami dla potrzebujących rodaków, czekaliśmy godzinami na granicy, drżeliśmy na widok kolejnego zatrzymującego nas milicjanta czy równie skorumpowanego, próbującego dorobić się na Polakach urzędnika. Spaliśmy w komunistycznych, pozbawionych jakichkolwiek standardów lwowskich hotelach, jedliśmy w ahigienicznych warunkach, obserwowaliśmy biedę na ulicach, płakaliśmy na zmaltretowanym Cmentarzu Orląt i wśród potrzaskanych polskich mogił na Łyczakowie. I właśnie ten płacz – to wzruszenie stało się naszym najcenniejszym darem od Lwowa i Kresów. Wzruszenie, którego nie da się przeżyć w Paryżu, Rzymie, Londynie czy Nowym Jorku. Tam też jeździmy – dzisiaj, w innych czasach. Lecz Lwów jest jeden na świecie. Każda wyprawa do Lwowa przygotowywana była przez Doktora. Przychodził do uczestników wycieczki – zawoziliśmy na Kresy zawsze pierwszoklasistów, rozpoczynających naukę w liceum – stawał przed mapą przedwojennej Polski i rozpoczynał fascynującą lekcję historii. Nakładały się na nią wspomnienia z dzieciństwa, opowieści lwowskiego harcerza, żołnierza AK, doświadczenia powojenne, dokumenty związane z prześladowaniami Polaków na Wołyniu, losem polskich pamiątek kultury we Lwowie, walką z polskością na Kresach. Zdjęcia i makieta Cmentarza Obrońców Lwowa wywoływały wstrząs w młodych słuchaczach. Budziły nieprzepartą chęć złożenia hołdu Orlętom, tym, którzy umierali za Lwów i tym, którzy po wojnie cierpieli we Lwowie. Zaczytywaliśmy się w literaturze kresowej, chłonęliśmy pierwsze przewodniki, książki Barbary Wachowicz i Jerzego Janickiego, studiowaliśmy życiorysy Fredry, Konopnickiej, Zapolskiej, Ordona, uczyliśmy się, kto to był Hemar, a kto Zbierzchowski. Dowiadywaliśmy się o lwowskich – zakazanych w szkole dotychczas – korzeniach i wierszach Herberta. Czekaliśmy na Lwów. I tam właśnie – we Lwowie – z Doktorem przeżywaliśmy katharsis. Stawaliśmy przy krzyżu Jurka Bitschana, wchodziliśmy boczną, zasłoniętą przed Polakami bramą na zrujnowane i odkrywane mogiły Orląt, wyrywaliśmy chwasty, stawaliśmy przed tragicznie wymownymi oczodołami katakumb, oglądaliśmy fotografie sprzed władzy sowieckiej. Cmentarz Orląt od pierwszych wypraw był dla nas świętością. Porażał ogromem zniszczeń, ale wzbudzał respekt i poczucie polskiej dumy. Spontanicznie zostawialiśmy dary na jego odbudowę i z radością corocznie widzieliśmy efekty tej odbudowy. Przed Łukiem Chwały pokazywaliśmy drogę, którą wjeżdżały czołgi sowieckie, by zniszczyć pamięć o Polsce, wskazywaliśmy miejsca po lwach z polskimi tarczami, szukaliśmy wygnanych lwów na rogatkach miasta, szukaliśmy dowodów polskości Lwowa na jego domach i drogach. Wracaliśmy zbudowani. Tych wrażeń nie dawała uczniom i do dziś nie daje żadna inna zagraniczna wyprawa.

Izba Lwowska w Akademickim Liceum
Organizowane przez Pana wyjazdy mają również charakter niesienia Polakom na Kresach pomocy. Jakiej pomocy tam jeszcze potrzebują?
Od 1994 roku, kiedy zaczęliśmy wyjeżdżać do Lwowa, charakter naszej pomocy ulega oczywiście zmianom. Początkowo w autobusie brakowało miejsca dla uczniów, bo wszędzie, aż pod dach wstawialiśmy paczki z odzieżą, środkami czystości, książkami. Wieźliśmy upominki świąteczne dla Polaków w Katedrze, zostawialiśmy dary w parafiach w Żydaczowie i Chodorowie, odwiedzaliśmy z paczkami Rudki, Krzemieniec, Tarnopol. Odwiedzaliśmy polskie szkoły we Lwowie i przeka­zywaliśmy potrzebne rzeczy dla uczniów i nauczycieli. Potem, na kolejne wyprawy, zbieraliśmy pieniądze przekazywane przez nas środowiskom polskim i Komitetowi Odbudowy Cmentarza. Do tych darów i takiej pomocy nie trzeba było nikogo z uczestników naszych wypraw namawiać. Zdarzało się, że po powrocie z wycieczki starali się sami organizować dary dla Polaków na Kresach. Chcieli pomóc tym, którzy żyją w znacznie gorszych od nich samych warunkach. Czuli, że to jest ich obowiązek i radość. Dzisiaj takim obowiązkiem dla nas wszystkich stało się ocalenie polskich kościołów, zabytków kultury, pamiątek w Ossolineum, Galerii Obrazów. I wyciąganie wniosków z lekcji udzielanej naszym pokoleniom przez pokolenia poprzedników, poległych za Lwów.

Jak sądzę współpracujecie z tamtejszymi szkołami polskimi. Czy oprócz zorganizowanej wymiany młodzieży po tej współpracy zostanie jakiś ślad?
Od kilku lat pomoc jest bardziej ograniczona. Kiedyś organizowaliśmy wspólne lwowskie śpiewanie, wymiany międzyszkolne, organizowaliśmy wyjazdy nauczycieli. W zmieniającej się od kilku lat sytuacji lwowskie szkoły mają sporo podręczników i książek, w mniejszym stopniu oczekują też polskiej pomocy. Grupy uczniów z dzisiejszej Ukrainy zapraszane są stale do Polski. Sporo grup ze Lwowa i Kresów przyjeżdża do Nowego Sącza i na Ziemię Sądecką. Młodzież ze szkół im. Marii Konopnickiej i św. Marii Magdaleny odwiedza także nasze miasto, goszczona jest w sądeckiej szkole im. Orląt Lwowskich, przychodzi do naszego liceum. Młodzieży i ich rodzicom ze Lwowa żyje się dziś lepiej, nadal jednak ciężko żyją rodacy na Wołyniu i w wioskach pod Lwowem, nadal pomocy potrzebuje Cmentarz Łyczakowski, Cmentarz Janowski (kwatera Obrońców Lwowa), Cmentarz Orląt. Ale najważniejsza jest dziś pamięć. I szacunek dla przeszłości. Ktoś, kto wejdzie w mury Akademickiego Liceum i Gimnazjum w Nowym Sączu, czuje się jak we Lwowie. Korytarze szkolne, sale lekcyjne pełne są gablot, plansz, obrazów dokumentujących kilkanaście wypraw i kilkanaście lat naszych związków z tym miastem. Gromadzimy pamiątki, albumy, nagrania, przygotowujemy projekty, piszemy artykuły, uczestniczymy w audycjach radiowych i reportażach telewizyjnych. Od 2002 roku odniesienia do patriotyzmu wśród Polaków na Kresach znajdują się w podręczniku licealnym Barwy epok (Literatura i kultura, wyd. przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne w Warszawie) , którego jestem współautorem. W 2006 roku powstała szkolna Izba Lwowska im. Doktora Jerzego Masiora, małe multimedialne muzeum wiernego Miasta i Kresów. Muzeum otwarte dla wszystkich i stale się rozrastające o kolejne eksponaty i pomieszczenia. W październiku 2007 kolejna grupa młodzieży naszej szkoły wyjedzie do Lwowa. Uzyskaliśmy pomoc z rządowego programu „Patriotyzm jutra” i nakręcimy materiał filmowy dla telewizji, związany z edukacją patriotyczną na Kresach. Miejsc dla chętnych już dzisiaj brakuje.
Młodzież z Nowego Sącza przy grobie Salomei Słowackiej-Becu na cmentarzu krzemienieckim. Na płycie nagrobka siedzi dr Jerzy Masior, w głębi czyta wiersz Wieszcza dyr. Bogusław Kołcz. Obok stoi p. Jadwiga Gusławska
Kiedy rozmawialiśmy przed kilkoma dniami, powiedział Pan, że właściwie tylko na Kresach są takie miejsca, w których można młodych ludzi uczyć patriotyzmu… Czy można to rozumieć w ten sposób, że na naszej młodzieży to, co u nas – królewskie groby na Wawelu, mogiły powstańców warszawskich na Powązkach, miejsca bitewne – nie robią już wrażenia?
Po pierwszej wyprawie do Lwowa jeden z uczniów napisał: „Tam polskość krzyczy ze ścian”. Po innej drugi uczeń stwierdził, że po przekroczeniu powrotnej granicy, ucałował polską ziemię z radości, że wrócił... Lwów wywołuje nieznane gdzie indziej uczucia. Młodzież prowadzona przez smętnych przewodników mija znudzona kolejne muzea na świecie, wychowana na kolejnych filmach wojennych i masakrycznych horrorach widzi we wszystkim, co im się pokazuje, także filmową – czytaj: nierealną, obojętnie odbieraną rzeczywistość. We Lwowie natomiast ich odhumanizowany świat wyobraźni zdaje się jeszcze ożywać. Śmierć rówieśnika wydaje się namacalna, bezpośrednia, list Jurka Bitschana do ojca odbierany jest przez pryzmat ich młodych beztroskich problemów, liście z alejek łyczakowskich nabierają barw także tamtego, przedwojennego listopada. Rok temu na Cmentarzu Orląt my – sądeczanie zorganizowaliśmy koncert dla Jurka Bitschana. Były skrzypce, gitara, znicze. Śpiewaliśmy „Orlątko”, składaliśmy wieńce. Kilka lat wcześniej w tym samym miejscu śpiewaliśmy dla Doktora. Jerzy Masior, schorowany, słuchał nas przez telefon komórkowy ze swojego pokoju w Nowym Sączu. Płakaliśmy wraz z nim. Podczas otwarcia szkolnej Izby czternastoletni gimnazjaliści ściskali w dłoniach liście z Łyczakowa, wkrótce potem pojawiły się u nas sadzonki łyczakowskich cyprysów, a ostatnio oryginalna, zabroniona na cmentarzu we Lwowie tabliczka „Nieznany Obrońca Lwowa”. Wszyscy, którzy odwiedzają naszą szkołę i naszą lwowską Izbę Pamięci, ci, których nasz Doktor wychował dla swego Lwowa i zaraził jego miłością, takimi obrońcami się stają.

Serdecznie dziękuję Panu Dyrektorowi za rozmowę.
Izba Lwowska

Bogusław Kołcz, ur. 1963 w Nowym Sączu, absolwent filologii polskiej UJ, dyrektor Akademickiego Liceum i Gimnazjum, prowadzonego przez Wyższą Szkołę Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu. Współautor podręczników do nauczania literatury w szkole średniej, autor ogólnopolskich programów i publikacji z zakresu nauczania języka polskiego oraz edukacji estetycznej i regionalnej, inicjator popularyzowanej w regionie i mediach (prasa – „Semper Fidelis”, „Gazeta Lwowska”, „Głos Nauczycielski”, „Cracovia Leopolis” i in., radio, TV) edukacji kulturalnej i patriotycznej na Kresach (Litwa, Białoruś, Ukraina). Uczeń, współpracownik i przyjaciel dra Jerzego Masiora (1924–2003), kultywujący jego pamięć i działalność dla Nowego Sącza i Lwowa (koordynator pomocy charytatywnej dla rodaków na Kresach, sekretarz sądeckiego oddziału TG „Sokół”, organizator Izby Lwowskiej im. dra Jerzego Masiora i festiwali piosenki lwowskiej w Nowym Sączu ). Nagrodzony Krzyżem Drugiej Obrony Lwowa 1939–1944 oraz Złotą Odznaką Zasłużonego dla TMLiKPW.