Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Ojcem pułkownikiem Adamem Studzińskim rozmawia Janusz M. Paluch

[3/1996]

Fot. Janusz M. Paluch, 1996
W miejscu, w którym rozmawiamy, w czasach, kiedy nie można było mówić oficjalnie o Kresach, Ojciec gromadził ludzi, którym tamte miejsca są szczególnie bliskie.
W Krakowie żył ś.p. Stanisław Wasiuczyński. To był jeden z tych, którzy pracowali we Lwowskiej Wesołej Fali. Właśnie on zaproponował w 1985 roku, czy nie mogliby się spotykać u mnie, w klasztorze OO Dominikanów. W tym samym czasie ta piękna krypta była już ukończona i początkowo tutaj spotykaliśmy się. Ale nie jest to najlepsze miejsce ze względu na ludzi starszych. Strome schody były dla niektórych barierą nie do pokonania. Dlatego też dalsze zebrania odbywają się w Kapitularzu w jedną środę miesiąca. Początkowo nasze spotkania były bardziej uczuciowe, duchowe... Wspominaliśmy, śpiewaliśmy... Ale z czasem nie tyle, że sentymenty się wyczerpały, ale wielu z tych osób nie ma już wśród nas. Dzisiaj rzeczywiście nie ma już tej atmosfery. Potwierdza się prawda, że owoc zakazany lepiej smakuje... Na spotkaniach wygłaszane są – często poważne, naukowe – referaty, albo – chyba najbardziej oczekiwane przez ludzi starszych – sprawozdania, opowieści tych, którzy na Kresach byli na wycieczce, lub innych relacji na temat tego co teraz się tam dzieje. Bardzo interesujące są referaty o sztuce, o zapomnianych profesorach tamtych uczelni i ludziach wybitnych.

Przecież to nie przypadek, że to Ojca poproszono, by tu w klasztorze dominikańskim spotkania kresowiaków mogły się odbywać. Ojciec przecież pochodzi z tamtych stron.
Tak. Ze Strzemienia w powiecie żółkiewskim. To bardzo ciekawa, rozległa wieś. Przed wojną była bardzo spokojna i bogata. Liczyła jakieś 120 domów, miała dużo łąk i pastwisk gminnych. Była tam cerkiew i kościółek pobudowany w 1912 roku. Polaków było 30 rodzin, Rusinów trochę więcej. Ale ani polskiego, ani ruskiego księdza na miejscu nie było. Tam, w Strzemieniu, skończyłem szkołę powszechną, gimnazjum w Żółkwi, potem odbyłem nowicjat w klasztorze OO Dominikanów w Krakowie. Studia teologiczne skończyłem u Dominikanów we Lwowie, gdzie przyjąłem również święcenia kapłańskie w 1937 r.

Kontatkty Ojca z rodzinnymi ziemiami nie urwały wraz z zakończeniem II wojny światowej.
Na Kresy jeździłem od czasu kiedy mi tylko pozwolono i byłem tam tyle razy ile to się dało. Pierwszy raz wyjechałem – do Związku Radzieckiego – a przecież w rodzinne strony w 1956 roku. Drugi wyjazd w 1958 roku połączony był z wędrówką na Syberię aż po Chabarowsk. Ta podróż dość dramatycznie została przerwana. Rosjanie wyśledzili co ja robię i na 10 lat miałem zakaz wyjazdu do Związku Radzieckiergo. Gdy zakaz minął jeździłem co roku. Byłem jednak mocno pilnowany. Mimo to działałem. Przygotowywałem dzieci do pierwszej komunii... Większość, były to dzieci ruskie.

W jakiej to było miejscowości?
W Kupiczwoli, w okręgu żółkiewskim, pięć kilometrów od mojej rodzinnej wsi. Jest to wieś nacjonalistyczna. Tam najdłużej działała partyzantka ukraińska, bo do 1953 r., zamordowali około 30 Polaków. Moja rodzina dzięki Bogu jakoś się uchowała. Ale tylko dlatego, że mój brat nie nocował w domu przez dwa lata. Ukrywał się. Potem jak przyszli bolszewicy, został gajowym. Miał więc opiekę, ale w nocy i tak musiał się gdzieś chować, żeby Ukraińcy go nie znaleźli. Te moje pobyty w Kupiczwoli spowodowały, że katolicyzm w tej ruskiej wsi utrzymał się. Ale i odradzał się w sąsiednich wioskach jak w Reklińcu, Ostrzemieniu, Bujańcu, które odwiedzałem również. Stworzyła się więc tam katolicka enklawa wśród wsi, gdzie już byli popi. Ludzie, niezależnie od narodowości lgnęli do mnie. Oczekiwali na Słowo Boże, przemycane różańce, obrazki, medaliki, potajemnie odprawiane Msze Święte. To trwało całymi latami, do schyłku lat osiemdziesiątych, kiedy zaczął walić się komunizm. W pewnym momencie dowiedziałem się, że kościół w Kupiczwoli potajemnie użytkowany jest przez prawosławnych Ukraińców, że chcą go przejąć na cerkiew. Cerkiew została spalona w czasie walk ukraińskich partyzantów z wojskami bolszewickimi. Zrobiłem wtedy spis mieszkańców, którzy chcieliby zachować kościół w Kupiczwoli jako świątynię rzymskokatolicką. Jeździli w tej sprawie do Lwowa, nawet do Moskwy. To się ciągnęło. Nikt nie był w stanie podjąć decyzji. Wszyscy się bali. Miejscowe NKWD – nie wiem, czy to przypadek, że właśnie NKWD wmieszało się w sprawy wyznaniowe – chciało przekazać kościół miejscowemu popowi. Pewnego dnia przyjechali, by zająć kościół. I wtedy wieś stanęła w jego obronie. Nastąpiła nawet przepychanka. Jedna z mieszkanek, chcącego wejść do kościoła popa wytargała za włosy i wygoniła go! Doszło do walki z milicją i wojskiem. Palono opony samochodowe, żeby dymem dać znać ludziom z innych miejscowości, że o kościół w Kupiczwoli toczy się walka. Dramat trwał trzy dni. W końcu władze komunistyczne zdecydowały, żeby był to kościół otwarty dla katolików, również Polaków. I wtedy Ukraińcy, którzy podpisywali się w wysyłanych pismach i petycjach za kościołem, powiedzieli: My teper nie choczem! My już nie chcemy kościoła dla Polaków, chcemy żeby to była cerkiew grekokatolicka. I rzeczywiście zawładnęli kościołem. Był to początek walki o cerkwie grekokatolickie na Ukrainie. Te wypadki w Kupiczwoli były opisywane w Kanadzie. Potem zaczęli walczyć o cerkwie we Lwowie i innych miejscowościach. Ukraińcy z Kupiczwoli uznają, że gdybym nie jeździł do nich, to katolicyzm ruski by się nie utrzynał. Teraz już tam nie jeżdżę, zdrowie i wiek mi nie pozwalają. Ale jest tam dobry ksiądz ukraiński. Trzyma się liturgii zachodniej. Ukraińcy mają mu za złe, że jest trochę polonizujący. Najważniejsze jednak, że mają księdza, kościół i trwają w wierze w Boga.

Nie tak wyobrażał sobie ksiądz odradzanie się wiary na Kresach. W księdza głosie słyszę nutę poniesionej osobistej klęski...
Ta walka była dość nieprzyjemna. Ludzie zaczęli nienawidzieć się między sobą. Prawie jak wojna religijna... Przed kościołem stały warty i nie wpuszczały do świątyni – w zależności od wyznania wartowników – prawosławnych albo katolików. Ukraińcy w walce o niepodległość zyskali tych z cerkwi prawosławnej. Jednak nie stało się tak jak sobie wyobrażali, że jak ustanowiona zostanie niepodległa Ukraina, to zaraz wszyscy przejdą na grekokatolicyzm. 40 lat prawosławia swoje zrobiło. Wsie się podzieliły. Niektóre już w ogóle nie przeszły na rzymski czy grekokatolicyzm. Tak więc grekokatolicyzm odniósł duże straty. To przykre, co powiem, ale już nie pamiętają, że kościół polski im pomógł. Nie oczekujemy wdzięczności, ale żeby budować między katolikami barykadę? Władze ukraińskie już nie idą na rękę ani Polakom, ani kościołowi rzymskokatolickiemu. Nie tylko nie oddają, ale ponownie zabrali te kościoły, które Polacy już odzyskali, np. w Brodach. A jest tych przypadków więcej. Dzisiaj, kiedy można byłoby w miarę spokojnie prowadzić pracę duszpasterską, to Ukraińcy – identyfikujący się z kościołem grekokatolickim – stwarzają niepotrzebne trudności.

Gotycką kryptę, w której rozmawiamy, odkrył Ojciec w trakcie swych konserwatorkich prac prowadzonych na terenie kościoła i klasztoru Ojców Dominikanów.

Trudno używać w odniesieniu do tego pomieszczenia określenia „krypta”, choć potocznie takie się przyjęło. Krypta to pomieszczenie, w którym dokonywano pochówków. W tej sali nie stwierdziłem grobów. Prawdopodobnie było tu mieszkanie dla braci zakonnych. To pomieszczenie dzisiaj znajduje się pod ziemią. Kiedyś jego okna były nad powierzchnią ziemi... Musimy pamiętać, że przez wieki, teren przy klasztorze podniósł się o 1,5 m, a Rynek Główny aż o 3,15 m! Ja doprowadziłem tę salę do takiego stanu, jaki był pierwotnie w XIII w.

Pytam o te szczegóły nie bez kozery, wszak historia sztuki i konserwatorstwo to kolejna pasja Ojca. Swymi pracami na trwałe zapisał się Ojciec jako badacz przeszłości Klasztoru OO Dominikanów w Krakowie.
Ja całe życie uczyłem się czegoś. Skończyłem m.in. konserwację. Zawsze udawało mi się wychwycić jakiś obiekt podczas remontów czy prac ziemnych. Tu w tej naszej „lwowskiej piwnicy” kiedyś trzymano ziemniaki, potem była kotłownia centralnego ogrzewania. Tak więc, by to pomieszczenie mogło stać się użytkowym, musieliśmy najpierw znaleźć miejsce dla pieców. Umiejscowiliśmy je się w pomieszczeniach, gdzie kiedyś stał kościół św. Tomasza, zburzony w XVII w. Prace renowacyjne trwały w tym pomieszczeniu przez cztery lata. Trzeba było ratować sklepienie. Pierwotnego tynku było tylko 60%. Proponowano, żeby w ogóle usunąć tynki i odkryć cegłę na sklepieniu. Ale było mi go żal. On jest podobny do żelbetonu.

Rzeczywiście takie wrażenie odniosłem...
Tymczasem jest to negatyw formy sklepienia odbitej podczas budowy! Formę sklepienia w tamtym czasie budowano ze szczap, takich od topora. Zalewano ją wapnem, potem wstawiano cegły i ponownie zalewano wapnem. To pomieszczenie, jak już wspomniałem, datowane jest na XIII wiek i jest jedynym w Polsce, które posiada odbity negatyw formy sklepienia.

Czy mógłby Ojciec opowiedzieć o swych najważniejszych odkryciach dokonanych w klasztorze?
Trudno tak wartościować, bo przecież każde odkrycie jest ważne. Nawet to najdrobniejsze. Prowadziłem prace w Refektarzu, gdzie starałem się przywrócić mu możliwie najstarszy wygląd. Odkryłem zasypane schody z XIII w. Są one bardzo oryginalne i są najbardziej autentycznym miejscem, po którym chodził św. Jacek. W gruzie, którym zasypano schody znaleźliśmy sporo rzeczy codziennego użytku, buty, koszule etc. Natrafiłem też na podziemne piece do wypalania płytek i ceramiki. Te odkrycia mają kolosalne znaczenie, bo mówią nie tylko o tym, co i jak tu robiono, ale niekiedy rewidują dotychczasowe poglądy historyków piszących dzieje klasztoru. Ja podziwiam tych dawnych budowniczych. Oni nic nie burzyli, a dobudowywali. A rozwiązania mieli świetne. Dajmy na to atrium. Tam pierwotnie było podwórze, które zostało przesklepione. Uzyskali salę krytą na dole, a ponadto nad nim jest część klasztoru, czyli stworzyli możliwość wybudowania piętra.

Jest Ojciec także kapelanem żołnierzy, kombatantów, spod Monte Cassino. Ojciec, jako kapelan, brał udział w tej wielkiej bitwie. Uwiecznił Ojca na kartach swego dzieła pt. „Monte Cassino” Melchior Wańkowicz. Jak trafił Ojciec do Armii gen. Andersa?
Wrzesień 1939 roku zastał mnie jeszcze w Krakowie. W tymże roku zostałem mianowany katechetą w Czortkowie. Mimo, że wybuchła wojna, musiałem dostać się na swoją placówkę. Wchłonął mnie tłum uciekinierów prący na wschód. Do Czortkowa dotarłem 15 września. To był ostatni dzień nauki w tamtej szkole. 17 września, kiedy Sowieci wdarli się do Polski, przełożony rozpuścił nas, spodziewając się co może czekać księży po zajęciu Czortkowa przez Sowietów. Wracałem w kierunku Krakowa. Byłem przekonany, że będziemy się bronić w Karpatach. Takie było założenie gen. Sosnkowskiego. Przeszkodzili bolszewicy.

O tych sprawach, jeśli ojciec pozwoli, porozmawiamy jeszcze innym razem. Serdecznie dziękuję za rozmowę.