Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z prof. Bronisławem KOPYCIŃSKIM rozmawia Andrzej Chlipalski

[2/1997]

– Panie Profesorze, niedawno wpadł mi w rękę numer redagowanego przez Pana „Czasopisma Technicznego” (podtytuł: „Miesięcznik poświęcony zagadnieniom techniki”). Pismo o takim samym tytule wychodziło do II wojny we Lwowie. Czy jest jakiś związek między tymi wydawnictwami?
– Oczywiście, to jest kontynuacja. Można by nawet powiedzieć, że „kontynuacja kontynuacji”. Pismo powstało najpierw w Krakowie w roku 1880 – zaczęło je wydawać Krakowskie Towarzystwo Techniczne, ale w dwa lata później władze austriackie odmówiły mu debitu. Tytuł przeniesiono wtedy do Lwowa, jako organ tamtejszego Polskiego Towarzystwa Politechnicznego (zamiast dotychczasowej „Dźwigni”, ale w l. 1890–99 wychodziło znów w Krakowie, potem na lat 40 wróciło do Lwowa). Poza tym we Lwowie było liczniejsze środowisko, a przede wszystkim wielka Politechnika. Po ponad 60 latach edycji kres położyła mu II wojna.

– A to obecne, krakowskie?

– Krakowskie Towarzystwo Techniczne podjęło na nowo jego wydawanie już w 1945 r. Nie oparło się jednak komunistycznej centralizacji – zlikwidowano je w 1948 r. Kiedy zostałem rektorem Politechniki Krakowskiej w 1956 r., reaktywowałem to czcigodne „Czasopismo Techniczne”. Niestety w 1965 r. znowu zostało zlikwidowane – centralizacja dała o sobie znać ponownie. Potem wydawaliśmy je jako skromniejsze „Zeszyty Naukowe Politechniki Krakowskiej”, które wychodzą do dziś. Trzeba było odczekać trzydzieści lat, by znaleźli się sponsorzy (Realbud, Wodociągi krakowskie), i „Czasopismo Techniczne” odżyło. Zostałem jego redaktorem naczelnym, bo mam w tej dziedzinie doświadczenie – i zamiłowanie.

– Skąd to doświadczenie?
– O, to stara historia. Jeszcze jako student Politechniki Lwowskiej w latach 30-tych byłem przez parę lat naczelnym redaktorem „Życia Technicznego” (z początku nazywało się „Życie Technickie”). Pismo wychodziło we Lwowie, ale było organem studenckich kół naukowych wszystkich czterech polskich uczelni technicznych: Politechnik Lwowskiej, Warszawskiej i Gdańskiej oraz krakowskiej Akademii Górniczej. Poza tym, już po ukończeniu studiów, jako asystent prof. Matakiewicza (bud. wodne), związanego z „Czasopismem Technicznym”, miałem kontakt także z tą redakcją. Na to nałożyły się wspomniane doświadczenia powojenne w Krakowie.

– Studiował Pan Profesor na Politechnice Lwowskiej – to była tradycja „galicyjska”, że młodzi krakowianie na techniczne studia szli do Lwowa?
– Ależ ja jestem we Lwowie urodzony (1907 r.)! Mój ojciec był inżynierem kolejowym i po I wojnie został przeniesiony najpierw do Tarnowa, potem do Krakowa. Tu więc kończyłem gimnazjum św. Jacka i zdałem maturę. Potem, od 1925 r. były studia we Lwowie i krótko wspomniana asystentura, ale w 1934 r. przeniosłem się do Krakowa, bo dostałem tu dobrą posadę.

– Jak Pan wspomina Politechnikę Lwowską?
– To była wspaniała uczelnia. Dała Polsce wiele pokoleń znakomitych inżynierów, naukowców, twórców, ale również czołowych mężów stanu międzywojennego XX-lecia. Nie zapomnijmy, że to kadra Politechniki Lwowskiej umożliwiła utworzenie politechnik w Krakowie, Gliwicach i Wrocławiu, i wydatnie zasiliła politechnikę w Gdańsku, a nawet w Warszawie. Praktycznie wszystkie powojenne polskie uczelnie techniczne, krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej nie wyłączając, „odziedziczyły” doskonałą kadrę naukowo-dydaktyczną z tamtej Politechniki. Sto lat polskiej Politechniki Lwowskiej to wielka karta polskiej nauki i techniki. Taka ciekawostka: w latach 1904–06 Władysław Sikorski zorganizował na PL kursy wojskowe – uczęszczali na nie Piłsudski, Sosnkowski, Prystor.

– A lwowska „studenteria” – czy może ją Pan scharakteryzować?
– Na to pytanie mogę dać dość precyzyjną odpowiedż, bo na PL – jako student i asystent – przebywałem prawie 10 lat. Miałem więc możność porównania środowiska lwowskiego i krakowskiego. Różnicę odczuwało się niejako podświadomie: w Krakowie panował dostojny spokój, podczas gdy atmosferę wśród studentów we Lwowie cechowało pewne stałe napięcie, stan – można by powiedzieć – gotowości bojowej. Abstrahując od przesłanek historycznych, od świeżej pamięci Obrony Lwowa 1918 r., powodem tego stanu rzeczy było poczucie odpowiedzialności za polskość Miasta, zwłaszcza wobec jawnie okazywanej wrogości przez mniejszości narodowe, choć wcale nie tak liczne. Przypomnę dane statystyczne odnośnie do narodowości studentów na PL: w 1925 r. było 76% Polaków, 14% Żydów i 10% Ukraińców (właściwie Rusinów). Większość młodzieży polskiej stanowili kresowiacy z województw południowo-wschodnich, ale i wileńskiego, a poza tym z krakowskiego i poznańskiego. Ci ostatni bardzo szybko poczuwali się kresowiakami, zwłaszcza że nie brak było wydarzeń, które wymagały czujności i reakcji w obronie polskości i religii.

– Może jakieś wspomnienia osobiste?
– Można je uogólnić w odniesieniu do tych, którzy – tak jak ja – rozpoczynali studia w 1925 r. Już w listopadzie tego roku spotkaliśmy się przy odsłonięciu Pomnika Orląt, zbudowanego tuż przy głównym gmachu Politechniki. Wydarzenie to nie mogło się przyczynić do polepszenia stosunków z Rusinami.
W trzy lata później, w listopadzie 1928, byliśmy głęboko poruszeni profanacją tego pomnika, oblanego przez Ukraińców atramentem. Na zwołanym przez Bratnią Pomoc wiecu uchwalono protest przeciwko legalizacji ukraińskiego stowarzyszenia „Osnowa”, oraz wydanie zakazu noszenia czapek, tzw. mazepinek, w których żółty otok był nakryty żałobną krepą – miała ona być utrzymywana aż do uzyskania niepodległości Ukrainy.
W czerwcu 1929 na procesję Bożego Ciała posypały się z okien żydowskiego gimnazjum odłamki muru i inne śmiecie. Ta prowokacja uczuć religijnych wywołała demonstracje uliczne oraz strajki na uczelniach – żądano odpowiedniego zdośćuczynienia. Wypadki owe przeszły do historii Lwowa pod nazwą klocjady, od nazwiska starosty grodzkiego Alfonsa Klotza, który wydał nakaz rozpędzenia demonstracji. W zajściach było kilka humorystycznych faktów, np. wypuszczenie na ulice miasta prosiaka z napisem „kloc”, lub noszenie w klapach marynarek zapałek – symbolizujących kloce – zrywanych przez policję.
W 1930 r. Senat Akademicki PL zatwierdził swą uchwałą statuty stowarzyszeń „Osnowa” i Wzajemnej Pomocy Studentów Żydowskich. W związku z tym Bratnia Pomoc wysunęła żądanie, by stowarzyszenia te uchwaliły deklarację lojalności wobec Państwa Polskiego. Spotkało się to jednak z ich odmową. Rezultatem było znaczne pogorszenie się ustosunkowania do obu narodowości. Pojawiły się postulaty wprowadzenia osobnych ławek dla tych narodowości, wreszcie numerus clausus, a nawet numerus nullus. Trzeba tu dopowiedzieć, że mimo wszystko walka ta z naszej strony była prowadzona zgodnie z cechami natury polskiej, kulturalnie i bez stosowania przemocy. Spotkaliśmy się jednak z wieloma oznakami brutalności od drugiej strony. W 1931 r. został ukamienowany w Wilnie student Stanisław Wacławski. Wzrastało napięcie we wzajemnych stosunkach.
W 1932 r. w rocznicę śmierci Wacławskiego odbył się na dziedzińcu II Domu Techników wiec ogólnoakademicki, na którym uchwalono bojkot gospodarczy, zawodowy i towarzyski Żydów. Założono „Ligę Zielonej Wstążki”, której celem było pikietowanie sklepów żydowskich. Wobec interwencji policyjnej nastąpiła reakcja ze strony studentów. Powstały w mieście „zaburzenia”, które – po prawdzie – ograniczyły się do manifestacji i rozbicia kilku szyb w sklepach żydowskich. W odpowiedzi studenci żydowscy napadli na kilku polskich studentów, z których jeden – Jan Grodkowski, ugodzony nożem – zmarł. Wobec zdecydowanego stanowiska studentów Senat Akademicki uchwalił numerus clausus – zasadę przyjmowania żydowskich studentów w ilości 10%. Uzasadnieniem była statystyka: w Polsce żyło 10,3% Żydów, gdy tymczasem w uczelniach uczęszczało ich ponad 35%, a w Wilnie nawet 49%.

– Ciekawe. A jak wyglądała wewnętrzna organizacja społeczności akademickiej?
– Rolę opiekuńczą nad studentami, zwłaszcza pozamiejscowymi, spełniało Towarzystwo Bratniej Pomocy Studentów Politechniki Lwowskiej, potocznie zwane Bratniakiem. Bratniak istniał na uczelni od 1861 roku, prowadził stołówkę w suterenach głównego gmachu oraz bufet na parterze. Ponadto wiele agend pomocy dla studentów, jak komisję pożyczkową, pośrednictwa pracy, gabinet lekarski, kolonię wypoczynkową w Mikuliczynie, dwa domy akademickie.
Budowa II Domu Techników stanowiła niecodzienną akcję Towarzystwa. Na podstawie uchwały walnego zgromadzenia Bratniaka każdy student, wstępujący na I rok studiów, był obowiązany odpracować na budowie 120 godzin przy robotach pomocniczych. Posiadam w indeksie pieczątki z potwierdzeniem tego. W Domu mogło mieszkać około 450 studentów, do dyspozycji mieli stołówkę (właściwie salę bufetową). Można było tam przejrzeć najnowszą prasę, zagrać w szachy, bilard. Była również sala balowa i kaplica.

– Czy poza Bratniakiem działały jeszcze inne organizacje?
– Oczywiście: około 25 związków, skupiających studentów poszczególnych specjalności lub regionalnych. M.in. było Koło Wilnian, Koło Studentów z Kresów Zachodnich itd. Istniało we Lwowie około 15 korporacji akademickich. Spełniały one rolę ideowo-wychowawczą, przygotowywały swych członków do pracy dla dobra ojczyzny.
Na osobną wzmiankę zasługuje rola studentów Politechniki Lwowskiej, w pewnym sensie przodującej wśród uczelni technicznych. Tu mieściła się redakcja „Życia Technickiego”, o którym wspomniałem na początku tej rozmowy. W rocznikach z trzech ostatnich lat mojej bytności we Lwowie, autorami artykułów byli studenci, inżynierowie i asystenci, którzy potem zostali profesorami politechnik, jak np. Jan Grubecki, Stanisław Juchnowicz, Bronisław Kopyciński, Adam Mściwujewski, Stanisław Murczyński, Paweł Nowacki, Robert Szewalski, Edmund Wilczkiewicz, Piotr Zaremba...

– Potem przetoczyła się cała epoka. Po wojnie został Pan profesorem Politechniki Krakowskiej, objął Pan katedrę żelbetu. Jako student, w latach 1950-tych miałem zaszczyt słuchać Pana wykładów na Architekturze. W 1956 r. został Pan rektorem tej uczelni, a Pańskie zasługi są pamiętane do dziś.
– Tak się złożyło, że na Politechnice Krakowskiej byłem pierwszym – po październiku ’56, i ostatnim przed 1989 rokiem – a więc jedynym (!) – wybranym rektorem. Wcześniej przy mojej katedrze utworzyłem pierwsze uczelniane gospodarstwo pomocnicze – laboratorium żelbetu (zatrudniałem tam 40 osób), nawiązałem współpracę z przemysłem. To w dużej mierze spowodowało, że zostałem rektorem. Za cel postawiłem sobie wtedy walkę z centralizacją i przeciwstawianie się szkodliwej ingerencji czynników politycznych. Powołałem Ośrodek Postępu Technicznego – opracowaliśmy tam nowy system budownictwa uprzemysłowionego, oparty na próżniowaniu betonu (szeroko stosowanym w pewnej fazie budowy Nowej Huty). Dziś te budynki nie muszą być wzmacniane ani docieplane, a były o 20% tańsze od wielkopłytowych. Postawiono nam więc zarzuty... niewykonania planów finansowych, a także „niepostępowego” wypełniania ścian cegłą. Teraz przeżywamy moralne zwycięstwo, ale wtedy nie było dyskusji: musiały zwyciężyć „postępowe” – pożal się Boże – systemy warszawskie. Dziś mamy tego opłakane skutki.
– I to wielorakie. To, co Pan Profesor opowiada, świadczy o dobrej formacji inżynierów, którzy wyszli z Politechniki Lwowskiej. Przypomina mi się list, który czytałem przed paroma laty, napisany przez innego absolwenta tamtej uczelni, inżyniera-konstruktora Jerzego Solaka, zamieszkałego od II wojny w USA. Było to po pamiętnym, tragicznym trzęsieniu ziemi w San Francisco. Wiele nowych budowli uległo tam wtedy zawaleniu, spękaniu. Budynki zaprojektowane przez Solaka – którego przecież we Lwowie nie uczono o specyfice trzęsień ziemi, na szczęście nie znanych w naszej części świata – nie uległy nawet zarysowaniu. Jednak zasługę za to przypisywał Solak nie sobie, lecz właśnie lwowskiej Politechnice, która potrafiła przygotowywać swoich studentów do rozwiązywania wszelkich zagadnień inżynierskich. Uczyła twórczego myślenia.
Serdecznie dziękuję Panu Profesorowi za tę rozmowę.


* * *

O leopolitanach w wydawanym obecnie w Krakowie „Czasopiśmie Technicznym” – prosimy czytać w dziale Kultura-Nauka.


* * *

Przypomnijmy, że w ostatnich kilku latach wydano następujące pozycje na temat Politechniki Lwowskiej:

• Zbysław Popławski: DZIEJE POLITECHNIKI LWOWSKIEJ W LATACH 1844–1945. Wyd. Ossolineum, Wrocław 1992.

• Praca zbiorowa: POLITECHNIKA LWOWSKA 1844–1945. Wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 1993. Komitetowi redakcyjnemu przewodniczył prof. Robert Szewalski. Książka obejmuje zarys dziejów uczelni, monografie poszczególnych wydziałów oraz omówienie stowarzyszeń, korporacji i czasów konspiracji.

• POLITECHNIKA LWOWSKA, MACIERZ POLSKICH POLITECHNIK. Materiały z konferencji naukowej. Wyd. Wrocławskie Towarzystwo Naukowe, Wrocław 1995.