Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z prof. Władysławem Stefanem Lenkiewiczem rozmawia Janusz M. Paluch

[3/1997]

Panie Profesorze, przed paroma laty, zbierając materiały o Pańskim ojcu, miałem okazję poznać Pana jako Władysława Lenkiewicza. Kiedy omawiałem Pańską książkę Na nartach w Czarnohorze, pisałem o Panu jako Stefanie Lenkiewiczu. Dzisiaj już wiem, że imię Władysław przypisał Pan swojej twórczości naukowej, Stefanowi natomiast pozostawił rolę pisarza, poety. Profesor Władysław Lenkiewicz, wysoce ceniony naukowiec na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, dziesiątki artykułów, opracowań i książek naukowych, absolwent Politechniki Lwowskiej. Jak się zaczęła Pańska kariera naukowa?

Rzeczywiście, ukończyłem Politechnikę Lwowską. Działalnością naukową zająłem się dopiero w Krakowie. Ale też nie tak od razu. Do Krakowa trafiłem jako repatriant w roku 1945. Wtedy nie myślałem nawet o pracy na wyższej uczelni. Trzeba było przecież urządzić życie od początku, stanąć ponownie na własnych nogach. Dlatego też w Wadowicach otworzyłem szkołę kierowców, a potem w Krakowie założyłem prywatny zakład rzemieślniczy. Wyrabialiśmy części do samochodów.

Nauka jazdy w tamtym czasie?

Tak. Jeździliśmy po całym powiecie. Filie mieliśmy w różnych miejscowościach. Jak pan wie, to mogło trwać tylko do końca lat czterdziestych, bo wszystkie prywatne inicjatywy były tępione. W 1950 roku rozpocząłem pracę na Akademii Górniczo-Hutniczej. I jak pan to nazwał, przy „karierze naukowej” pozostałem aż do emerytury. Na AGH przeszedłem wszystkie stopnie naukowe aż do profesora włącznie. W swej pracy szczególną uwagę przykładałem do twórczości – w tym przypadku naukowej. Moją specjalnością była tribologia – nauka o tarciu, zużyciu i smarowaniu. To może brzmieć nieefektownie, bo cóż to jest nauka o tarciu, dla przeciętnego człowieka kilka rozdziałów w podręczniku fizyki w szkole średniej. Tymczasem tribologia ma ogromne znaczenie w wielu dziedzinach także życia codziennego. Potem zająłem się również niezawodnością. To był i jest bardzo nowatorski i popularny po wojnie kierunek badań naukowych, szczególnie wtedy, gdy w kosmos zaczęto wysyłać rakiety. Bardzo interesowałem się też teorią eksploatacji i metodologią projektowania. Ta ostatnia ma szczególny związek z twórczością. Tymczasem pojawiły się nowe kierunki w nauce, jak teoria systemów, cybernetyka... To wszystko musiałem też opanować. W sumie wychowałem na tej uczelni i poza nią piętnastu doktorów. W latach osiemdziesiątych, kiedy zbliżała się emerytura, zastanawiałem się, co robić dalej ze sobą? Jest bowiem wiadome, że jeśli człowiek przechodzi na emeryturę i niczym się nie zajmuje, to momentalnie się starzeje.

Z tego wnoszę, iż dla Pańskiej literackiej twórczości momentem przełomowym stała się emerytura. Sądzę jednak, iż te literackie zainteresowania Pana Profesora były – powiedzmy – utajone i całkowicie zdominowane przez naukę.

W pewnym sensie tak, bo rzeczywiście literaturze znacznie więcej czasu mogłem poświęcić po przejściu na emeryturę. Moja twórczość literacka wędrowała przez całe lata do szuflady. Ale też nie do końca. W 1985 roku opublikowałem w krakowskim Wydawnictwie Literackim tom opowiadań Kuternoga na linie. Potem namówiono mnie, by napisać o górach mojej młodości. Wtedy powstała książka Na nartach w Czarnohorze, którą wydało Wydawnictwo PTTK „Kraj” w Krakowie. Ta książka bardzo szybko rozeszła się wśród czytelników. Pomyślałem wówczas, że nie mogę krzywdzić innych swoich ulubionych gór, z którymi związany byłem od wczesnego dzieciństwa. Przecież nie tylko Czarnohorę tam pozostawiłem... Powstała więc książka pt. Dawnymi szlakami Gorganów edytowana przez Dom Wydawniczy „Ankar” w Warszawie. Ten tom przeleżał prawie sześć lat w różnych wydawnictwach. To fakt, bo nie jestem autorem ani romansów, ani kryminałów!

Panie Profesorze, czytając Pańskie książki czuje się powiew świeżości. To nie są tylko wspomnienia. Pan ponownie przemierza wraz z bohaterami swoich książek – wymyślonymi i autentycznymi – szlaki Gorganów i Czarnohory. W taki sposób pisze ktoś, kto pióro dzierży od młodości.

Tak, to prawda. Ja zacząłem pisać jeszcze we Lwowie w czasach gimnazjalnych. Uczęszczałem do III Gimnazjum im. Stefana Batorego we Lwowie, staroklasycznego, 8 lat łaciny, 5 lat greki. Mój ojciec też był filologiem. Stamtąd wyniosłem szacunek dla kultury antyku, ale i zainteresowanie literaturą. Z dwoma przyjaciółmi stworzyliśmy namiastkę klubu literackiego. Bardzo śmiesznie się nazwaliśmy – „Srebrni obłąkańcy”. Do tej pory utrzymujemy kontakt. Jeden – filolog klasyczny prof. Jerzy Łanowski, ukończył Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie, mieszka we Wrocławiu. A drugi, Michał Lawina, z którym po wojnie próbowaliśmy podjąć działalność gospodarczą, mieszka w Stanach Zjednoczonych. Ukończył Politechnikę Lwowską, w Szwajcarii i w USA sprawdził się jako doskonały naukowiec, specjalista w dziedzinie teorii sprężystości, a poza tym dobry pisarz. Niedawno „Przekrój” drukował jego opowiadanie. W tamtych czasach pisaliśmy wiersze, opowiadania, eseje... Były one tematem naszych dyskusji. Czytaliśmy wspólnie książki, o które kłóciliśmy się... Wie pan, takich grup było w tamtym czasie we Lwowie zapewne wiele. I kto wie, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie wybuch wojny. Wprawdzie z Michałem Lawiną po wojnie razem znaleźliśmy się w Wadowicach, gdzie usiłowaliśmy rozruszać prywatną działalność gospodarczą. Z jakim efektem, już panu mówiłem. Później Michał musiał wyjechać za granicę. Przez Szwajcarię udał się do Ameryki.

Jest Pan nie tylko prozaikiem, ale i poetą. Niedawno czytelnicy otrzymali tomik Pańskich wierszy pt. Wynikanie wydany nakładem krakowskiej Oficyny Literackiej, który uroczyście promowany był w Krakowskim Oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego jest Pan członkiem.

Na jednym z moich wieczorów autorskich poświęconych książce o Gorganach wyłonił się problem, czy ja jestem bardziej poetą, czy prozaikiem. Trudno mnie samemu na takie pytanie odpowiedzieć. Dyskusja również nie rozstrzygnęła problemu, a ja wcale z tego powodu się nie zamartwiam. Wiersze zacząłem pisać jak każdy przyzwoity chłopak i gimnazjalista w odpowiednim wieku. Pisałem przez cały czas pod natchnieniem chwili. Wiersze nigdy nie ujrzały światła dziennego i zapełniały moje szuflady. Wynikanie jest moim debiutem poetyckim. Obecnie pracuję nad nowym tomikiem wierszy – będą to m.in. krótkie utwory, tzw. haiku. Jest to trudna forma, ale ja się bardzo dobrze czuję w krótkim, skondensowanym wypowiadaniu się.

Pańską trzecią miłością – po nauce, literaturze – są góry, turystyka i narciarstwo. Ktoś z Pana znajomych powiedział kiedyś, że Lenkiewicz to się z nartami na nogach urodził...

Wiele się nie pomylił, bo rzeczywiście od piątego roku życia ojciec uczył mnie jeździć na nartach. I proszę sobie wyobrazić, że ja na nartach jeżdżę już 76 lat!
 

Ojciec Pana Profesora, Adam Lenkiewicz, znany fotografik i turysta, prezes lwowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, swoimi zainteresowaniami musiał wywrzeć na Pańskie życie ogromny wpływ.

Naturalnie. Od 10 roku życia wędrowałem z nim po górach w lecie i zimie. W wieku 11 lat byłem członkiem grupy ratunkowej penetrującej lawinę, w której zaginął jeden z lwowskich narciarzy. To było w Sławsku. Ojciec był oczywiście ciągle w drodze. Między górami a obowiązkami wynikającymi z pracy. Ja „zaskoczyłem” też bardzo szybko i w zasadzie każdą wolną chwilę, czy to lato, czy zima, poświęcałem, i poświęcam do tej pory, górskim wędrówkom. W znakomitej części wynikiem zmagań ze szlakiem turystycznym są znane panu książki. Mój ojciec przez lata był prezesem Oddziału Lwowskiego PTT. Oddział ten opiekował się Zachodnimi Gorganami i inwestował w bazę turystyczną w tamtym regionie. Ojciec jeździł popularną „dekawką”, którą kupił po podpisaniu kontraktu na realizację widokówek z całego kraju z „Książnicą Atlas”. I ciągle jeździliśmy na znakowanie szlaków, budowę schronisk. Do 1939 roku ojciec wybudował tam cztery schroniska na Klauzy Świcy, Przełęczy Wyszkowskiej, Ruszczynie, Mołodzie. Były oddalone od siebie ok. jednego dnia drogi. Projektantem był inż. Tadeusz Solecki, który wypracował swój styl górski. Oczywiście po tych budynkach nie został ślad. Tylko na fotografiach i jeszcze w pamięci ludzkiej. Opowiadają mi młodzi ludzie, że szlaki, którymi chodziłem, są obecnie pozarastane kosodrzewiną. Drogę, którą pokonywałem w ciągu dwóch, trzech godzin, oni przechodzili czasem w ciągu jednego dnia!

 

Wojna odebrała Panu Profesorowi dom, ojca, przyjaciół. Odebrała także góry...

Nie całkiem, bo Kraków to miejsce położone blisko Tatr i Beskidów. Rzeczywiście, nie powróciłem dotychczas ani w Gorgany, ani w Czarnohorę. Jednak gór nie porzuciłem, nie zdradziłem. Skupiłem się na Tatrach. W 1952 roku ukończyłem kurs wspinaczki wysokogórskiej. Góry otworzyły przede mną inne tajemnice. Na krótko, bo miałem poważny wypadek. Poleciałem z lawiną w skałach spod Rysów. 300 metrów w dół! Żyję. Wyszedłem z tego połamany, poturbowany. Byłem wtedy pewien, że to są ostatnie chwile mojego życia. Wie pan, o czym ja wtedy myślałem? Że trzeba się ratować. Mogłem się poddać panice, obojętności. Kto wie, czy wówczas mielibyśmy okazję się poznać.