Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z JANEM SURĄ

[4/2005]

Z kapitanem

 

Janem Surą

 

prezesem Ogólnopolskiego Okręgu Żołnierzy Armii Krajowej Obszaru Lwowskiego im. ­„Orląt Lwowskich” Światowego Związku Żołnierzy AK
rozmawia Janusz M. Paluch

 

 

 

Panie Prezesie, słuchając pana, pomyślałem, że nie udałoby się panu ukryć kresowego pochodzenia!

 

Jestem rdzennym lwowianinem! Urodziłem się we Lwowie w 1923 roku i tam spędziłem młodość. I pewnie gdyby nie wojna, mieszkałbym tam do dziś. W 1939 roku ukończyłem gimnazjum i zdałem tzw. „małą maturę”. Zostałem przyjęty do liceum humanistycznego. To było IX Gimnazjum i Liceum im. Jana Kochanowskiego przy ul. Chocimskiej, nieopodal kościoła św. Elżbiety. Po wybuchu wojny do Lwowa wkroczyli sowieci. Naukę kontynuowałem, ale już nie w polskiej szkole, ale typu sowieckiego. Tam też, w 1941 roku, zdałem maturę.

 

Czy już od młodzieńczych lat był pan związany z polskim podziemiem?

 

Rzeczywiście, bo od samego początku sympatyzowałem z ruchem narodowym. Pracę konspiracyjną rozpocząłem w 1937 roku...

 

Nie pomylił pan dat?! Przecież wojna rozpoczęła się we wrześniu 1939 roku!

 

Nie, proszę pana, to były czasy rządów sanacyjnych. Stronnictwo Narodowe było wtedy źle widziane. Poza tym
w szkołach nie można było zakładać innych organizacji poza harcerstwem i Sodalicją Mariańską. Ja wtedy wstąpiłem do nielegalnej Narodowej Organizacji Gimnazjalnej, tzw. „NOGA”. Składaliśmy przysięgę, że wszystko utrzymamy w tajemnicy, że niczego nie zdradzimy... Również w gimnazjum pełniłem funkcję prezesa Sodalicji Mariańskiej. Tak więc od samego początku byłem bardzo ściśle związany z ruchem narodowo-katolickim.

 

Czyli konspiracyjna działalność w podziemiu nie była dla pana czymś nowym, tyle że przeciwnik był daleko niebezpieczniejszy.

 

To prawda. Po wkroczeniu 1939 roku wojsk sowieckich do Lwowa nie zaprzestałem działalności. Niejako automatycznie włączeni zostaliśmy w struktury organizacyjne powołanej już w okupacyjnej konspiracji przez Stronnictwo Narodowe organizacji „Wyzwolenie”. Początkowo zajmowaliśmy się zbieraniem pozostawionej przez żołnierzy broni, którą gromadziliśmy w wielu punktach zbornych. Zakładaliśmy, ba – byliśmy pewni, że ta broń może się kiedyś przydać. Kiedy w 1941 roku do Lwowa wkroczyły wojska niemieckie, też nie zaprzestaliśmy działalności konspiracyjnej. Z organizacji „Wyzwolenie” przeszedłem do Narodowej Organizacji Wojskowej – NOW, która w 1942 roku została scalona z Armią Krajową. Nazywała się „NOWAK”! W tej organizacji ukończyłem kurs szkoły podchorążych rezerwy, uzyskując w 1943 roku stopień kaprala podchorążego. NOW, działająca w ramach AK, posiadała pewną samodzielność, polegającą na tym, że można było podejmować działalność polityczną w ramach Stronnictwa Narodowego. Wiadomo było bowiem, że Armia Krajowa to siły zbrojne Polski Podziemnej, które polityką się nie zajmują. W tym czasie we Lwowie powstała organizacja młodzieżowa przy Stronnictwie Narodowym – Młodzież Wielkiej Polski. Od samego początku byłem członkiem tej organizacji, a od roku 1944 byłem jej kierownikiem organizacyjnym.

 

To musiała być bardzo ważna, ale i niebezpieczna funkcja. Opowiada pan o tamtych trudnych przecież czasach w taki sposób, że nie czuje się atmosfery grozy...

 

No oczywiście! Wtedy nikt się nad niebezpieczeństwem nie zastanawiał. A dzisiaj? Dzisiaj grozę tamtych lat pokryła patyna czasu... Tak więc w taki sposób dotrwaliśmy do 1944 roku, kiedy wszyscy wzięliśmy udział w Akcji „Burza”. Prawdę mówiąc,
w dzielnicy „Śródmieście”, gdzie ja pracowałem, działały cztery plutony NOW. I my właściwie opanowaliśmy całe miasto! Politechnikę – gdzie mieliśmy placówkę, ratusz, okolice katedry łacińskiej... Tak, że sowieci wkraczając do Lwowa 27 lipca, weszli do miasta, które obwieszone było polskimi biało-czerwonymi flagami. Na ulicach znajdowało się mnóstwo żołnierzy AK z opaskami biało-czerwonymi na ramionach. Prawdę mówiąc, w tych pierwszych chwilach sowieci zachowywali się bardzo przyzwoicie. Dziękowali, że tylko dzięki nam mogli tak błyskawicznie zdobyć Lwów.

 

Brzmi to nieprawdopodobnie! Dlaczego?

 

Ponieważ do Lwowa wkroczyły oddziały zmotoryzowane, nie mając w zapleczu żadnej piechoty! Wobec tego skorzystali z pomocy AK, która tę piechotę dała. I właśnie dzięki tej piechocie, która przecież doskonale znała teren, na którym odbywały się działania wojenne, mogli tak szybko iść do przodu, wypierając Niemców. Gdyby wpadli czołgami do Lwowa, chyba niewiele by zdziałali. Niemcy byli jeszcze dość silni.
A i Lwów ucierpiałby o wiele bardziej.

 

Jednak ta sympatia sowietów do was dość szybko się chyba skończyła?

 

Rzeczywiście. Po tych pięknych przyjaznych układach, jakie wytworzyły się między sowietami a nami, na trzeci dzień do Lwowa wkroczyło NKWD. I wszystko się skończyło. Natychmiast aresztowano komendanta generała Filipkowskiego oraz całą komendę. I rozpoczęło się też wyłapywanie żołnierzy AK... Zresztą we Lwowie było to dość łatwe, bo przecież była tam dość spora grupa Ukraińców. Myśmy ich przed wojną nazywali Rusinami, oni też używali takiej nazwy. Zmiana nazewnictwa pojawiła się, kiedy zaczęły się mordy na Polakach, kiedy powstała UPA (Ukraińska Powstańcza Armia). Nie będę jednak na ten temat się wypowiadał, bo ja działałem we Lwowie i nie brałem udziału w walkach z bandami UPA, ale przecież wiadomo, ile wsi polskich zostało przez nich spalonych, ile tysięcy Polaków przez nich wymordowanych i to w jak bestialski sposób. Wróćmy jednak do Lwowa... To właśnie Ukraińcy pomagali w tym polowaniu na żołnierzy AK. I tylko wskazywali: ten chodził z opaską! To wystarczyło!

 

Pana też nie minęło aresztowanie...

 

Mnie aresztowali 6 sierpnia. I to w bardzo dziwny sposób. Ukrywałem się, jak wszyscy, którzy mogli obawiać się aresztowania. Przebywałem w mieszkaniu, do którego niby przypadkowo – jak mówili, w poszukiwaniu mieszkania – weszło dwóch oficerów NKWD. Kręcili się po pokojach. Jeden z nich otworzył szafę i z mojej marynarki wyjął „Słowo Polskie”, najświeższy numer
z 4 sierpnia. Na pierwszej stronie był artykuł „W »oswobodzonym« Lwowie” opisujący wszystkie aresztowania Polaków. Oczywiście zostałem zatrzymany, przesłuchiwali mnie. Pytali skąd mam gazetę, od kogo dostałem i tak cały czas... Wymyśliłem historyjkę, że w każdą niedzielę o 9 rano pod kościołem Marii Magdaleny spotykam nieznajomego faceta, od którego otrzymuję świeże egzemplarze gazety. Proszę sobie wyobrazić, że wypuścili mnie, pod warunkiem że wskażę im osobę, która kolportuje pismo. Celowo wybrałem tę godzinę, bo
z kościoła po „dziewiątówce” zawsze wychodziły tłumy ludzi. Wiedziałem, że wtedy jest szansa ucieczki, że w tym tłumie ludzi wychodzących z kościoła mogę się zgubić. I udało się! Natychmiast też wyjechałem ze Lwowa, żeby zejść im z oczu. W końcu protokół spisali i wiedzieli, jak wyglądam. Na pewno mnie szukali. Tak nagły wyjazd spowodował, że nie miałem szansy spotkania się z kolegami, żeby dostać kontakty do leśnych oddziałów, które ze Lwowa zostały przerzucone przez San na Rzeszowszczyznę. Do października byłem po drugiej stronie, za Sanem. Oczywiście przez granicę przejechałem sowieckim wozem nielegalnie. Wódka była tam zawsze najlepszym dokumentem. Nie udało mi się trafić do oddziałów leśnych. Z powrotem przez „zieloną granicę” wróciłem do Lwowa, gdzie nawiązałem ponownie kontakty i wróciłem do działalności konspiracyjnej. I tak było do maja 1945 roku. Wtedy ponownie zostałem aresztowany na ulicy. Na szczęście udało mi się ponownie uciec. Wtedy definitywnie postanowiłem wyjechać. Grunt palił się pod nogami. Nie miałem co jeść ani pieniędzy na utrzymanie. Pracy też nie było.

 

Wtedy zaczyna się pański krakowski okres życia?

 

Tak. Przez zieloną granicę, nielegalnie dotarłem do Przemyśla. Tam otrzymałem fałszywe dokumenty, a więc kartę ewakuacyjną ze Lwowa, którą sam musiałem wypełnić, oraz przepustkę wydaną przez komendę w Krakowie. Wychodziło na to, że niby do Przemyśla jechałem w sprawach rodzinnych z Krakowa. I dzięki tym dokumentom 16 maja znalazłem się w Krakowie. Tym razem znałem już adresy, pod które miałem się zgłosić. Nawiązałem kontakt ze Stronnictwem Narodowym i Komitetem Ziem Wschodnich. Od razu też przystąpiłem do współpracy z nimi. Zacząłem też pracę
w firmie Bata przy ul. Floriańskiej. Był to sklep obuwniczy. Pracowałem tam i na polecenie władz Stronnictwa Narodowego stworzyłem w tamtym miejscu punkt kontaktowy. To było doskonałe miejsce! Blisko dworca i przewijała się masa ludzi. Był to czas, kiedy do Krakowa przyjeżdżało wiele osób ze Lwowa, którzy docierali do nas bez żadnych dokumentów. Ja miałem bezpośredni kontakt z biurem legalizacującym dokumenty. Brałem dane personalne od ludzi, fotografie i wytwarzaliśmy im nowe dokumenty, na podstawie których mogli rozpocząć nowe i legalne życie. I tak było do 3 grudnia 1946 roku. Tego dnia zostałem aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Zostałem przez kogoś „zasypany”. Nie wytrzymał, załamał się i powiedział na przesłuchaniu, co wiedział! Dwa miesiące siedziałem w więzieniu przy Placu Inwalidów. Kiedy zakończyli śledztwo, przewieźli mnie na Montelupich. Zadziwiające dla mnie było to, że byli doskonale poinformowani o naszej działalności. Wszystko wiedzieli! W maju 1947 roku odbyła się rozprawa. Prokurator żądał 7 lat więzienia za prowadzenie punktu kontaktowego i fałszowanie dokumentów. Ale ja miałem niesamowite szczęście! Zresztą nie opuszczało mnie ono przez całą wojnę! Okazało się, że sekretarzem Okręgowego Sądu Wojskowego w Krakowie był ojciec koleżanki mojej żony ze Lwowa. Razem chodziły do szkoły Królowej Jadwigi. Kiedy doszło do rozprawy, to tak poukładał wszystko, że zostałem skazany na 5 lat i na mocy amnestii wypuszczony na wolność. I w taki sposób skończyła się moja konspiracyjna działalność.
W sklepie Bata pracowałem do 1951 roku. Później przeszedłem do pracy w Biurze Projektów Przemysłu Skórzanego, gdzie dotrwałem do emerytury.

 

To zrozumiałe, był pan spalony!

 

Tak. Ale proszę sobie wyobrazić, że pomimo tego, że nie narażając siebie, nie narażałem innych na niebezpieczeństwo, kiedy w Instytucie Pamięci Narodowej zajrzałem do swojej opasłej teczki, okazało się, że przez cały czas podlegałem obserwacji! To niewiarygodne, jak oni się bali!

 

W końcu jednak przyszły czasy powstawania „Solidarności” w 1980 roku i w końcu wolność – rok 1989.

 

Ja nie działałem w „Solidarności” w roku 1980. Tak się złożyło, że kiedy powstawała „Solidarność” w moim zakładzie pracy, ja byłem na urlopie. Kiedy wróciłem, władze „Solidarności” były już wybrane i pracowały. Jak ja zobaczyłem, kto się tam wepchał... Ja z nimi nie mogłem być w jednej organizacji. Ale w 1989 roku, kiedy powstało Stowarzyszenie Żołnierzy AK w Krakowie, nawiązałem z nimi kontakt, który trwa do dziś.

 

Przecież to pana zasługa, że w Krakowie powstało koło żołnierzy AK obszaru „Lwów”.

 

Nie do końca tak było. W 1991 roku
w Krakowie istniało już środowisko żołnierzy AK obszaru lwowskiego, które podlegało Okręgowi „Małopolska” Światowego Związku Żołnierzy AK. Z Zarządu Głównego ŚZŻAK docierały do nas sygnały, aby założyć „Okręg Lwowski”. W takiej sytuacji przejąłem inicjatywę i doprowadziłem do powołania w ramach naszego związku „Okręgu Lwowskiego”. W grudniu 1991 roku doszło do pierwszego organizacyjnego spotkania we Wrocławiu. Dlaczego tam? We Wrocławiu mieszka najwięcej Lwowiaków
i jest tam najprężniejsze środowisko. Na tym spotkaniu powołaliśmy Ogólnopolski Okręg Lwowski Żołnierzy AK, a mnie wybrano na jego prezesa. I trzeba było zająć się sprawami organizacyjnymi. Spotkania, zebrania, korespondencja. Nawiązałem kontakty z już istniejącymi środowiskami, a to w Bielsku-
-Białej, Gliwicach, Rzeszowie, Warszawie, Poznaniu, Bydgoszczy i Szczecinie. W maju 1992 roku ZG ŚZŻ AK powołał w swych strukturach już oficjalnie nasze środowisko. Okręg bez ziemi! W Zarządzie Głównym tak nazywają te nasze wschodnie okręgi – Wilno, Nowogródek, Polesie, Wołyń, Lwów, Stanisławów, Tarnopol – „okręgi bez ziemi”! No rzeczywiście nie mamy tej ziemi! A dalsze działania doprowadziły do tego, że teraz
w ramach naszego okręgu w całej Polsce istnieje 12 środowisk! W sumie mamy jeszcze ponad 400 członków! Ale nas ciągle ubywa... Nie ma miesiąca, żeby ktoś nie odszedł...

 

Jakie główne cele postawiliście przed organizacją?

 

Przede wszystkim wypełnienie wszystkich białych plam w historii, by wypełnić nieobecność AK w dziejach Lwowa. Powołaliśmy w naszym okręgu zespół redakcyjno-
-wydawniczy najpierw Biuletynu Informacyjnego Okręgu Lwowskiego, a później powstał Zespół Wydawniczy Biblioteki Historycznej Lwowskiego Okręgu AK. Biuletyny wydajemy już 15 lat! Zaczęliśmy też wydawać książki – 17 tomów! I w tym miejscu muszę wspomnieć naszego historyka prof. dr hab. inż. Jerzego Węgierskiego. To jest jego wielka zasługa. On jest autorem 9 tomów! Prof. Węgierski został aresztowany w 1946 roku, odsiedział 10 lat w łagrach sowieckich. Wrócił do kraju i z benedyktyńską dokładnością zaczął jeździć po Polsce, odwiedzać żołnierzy AK, o których wiedział i zbierał materiały. Od samego początku nawiązaliśmy też kontakt z kościołem pw. św. Jadwigi
w Krakowie na Krowodrzy. Tam zbudowaliśmy Panteon Narodowy Żołnierzy Armii Krajowej. Ostatnio odsłoniliśmy tablicę poświęconą płk Tomaszowi Matuszewskiemu. On jest bardzo znanym bohaterem Armii Krajowej we Lwowie. Był komendantem dzielnicy Śródmieście, potem dowódcą oddziałów „Warta” na Rzeszowszczyźnie, które przeszły tam ze Lwowa. Szedł na odsiecz Warszawie! Zostali rozbrojeni. Ale dzięki jego umiejętnościom i pomysłowości, potrafili wydostać się z okrążenia. I proszę sobie wyobrazić, że on swoich ludzi wywiózł do Niemiec jako głuchoniemych Greków, ­którzy byli tutaj w obozach niemieckich i po wojnie wracali do domu! Załatwił to z misją francuską i przez Czechosłowację udało im się wymknąć spod reżymu sowieckiego. Dotąd umieściliśmy tam 44 tablice pamiąt­kowe naszych lwowskich żołnierzy, generałów, oficerów, różnych bohaterów. W roku 2002 w Muzeum Armii Krajowej w Krakowie otworzyliśmy stałą ekspozycję „Obszar lwowski ZWZ AK”. Udostępniliśmy nasze dokumenty Instytutowi Pamięci Narodowej, Radzie Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa Narodu Polskiego w Warszawie, w końcu Muzeum Powstania Warszawskiego.

 

W jaki sposób udało się prof. Węgierskiemu zebrać te materiały? Przecież ludzie cały czas się ukrywali. Nie ujawniali się bardzo długo!

 

Tak, to prawda. Nie ujawniali się. Są tacy, którzy do dziś się nie ujawnili. Prof. Węgierski miał swoje kontakty. Pracował w Instytucie Kolejnictwa w Katowicach, dzięki czemu mógł bez większych obciążeń finansowych poruszać się po Polsce. Ludzie, do których dotarł, kiedy tylko nabierali do niego zaufania, przekazywali mu kolejne kontakty. Przecież on nie był obcym człowiekiem, sam się wywodził z tego środowiska. A poza tym, każdy coś przekazał, to informację, to fotografię, albo jakiś dokument. Powstawała swoista układanka!

 

Powiedział pan, że jesteście „okręgiem bez ziemi”. Ale przecież ta ziemia istnieje, tak samo jak i miasto Lwów. Czy odwiedzają państwo tamte strony?

 

Ależ naturalnie! Systematycznie wysyłamy do Lwowa 60 egzemplarzy naszych biuletynów. Byliśmy też jednym z głównych sponsorów Polskiego Radia Lwów. W 1993 roku zorganizowaliśmy olbrzymią zbiórkę pieniędzy na pomoc dla Lwowiaków, które przekazaliśmy późniejszemu biskupowi Kiernickiemu. Za naszym pośrednictwem syn generała Langnera – generał Langner był przecież dowódcą obrony Lwowa w 1939 roku – dwukrotnie przesyłał z USA transporty odzieży do Lwowa. Jako organizacja nie mamy na te cele żadnych pieniędzy, tak więc wszystko zdobywaliśmy sami. Jeśli potrzebne były pieniądze, to pochodziły
z naszych prywatnych budżetów.

 

Czy jako organizacja kombatancka nawiązujecie kontakty z młodzieżą, ze szkołami?

 

To jest nasza bolączka. Bardzo trudna
i smutna sprawa. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, działamy na obcym dla siebie terenie. Nie mieliśmy znajomych, nie mieliśmy dojścia do szkół. Tym bardziej że już wcześniej wszystkie zainteresowane szkoły nawiązały kontakty z okręgiem „Małopolska”. Tu w grę też wchodzi patriotyzm lokalny. Poza tym, kiedy mogliśmy zacząć działać, nasze dzieci były już dorosłe. Nie sprostaliśmy temu zadaniu... My jesteśmy już na wymarciu... Średnia wieku w naszym kole przekroczyła 80 lat! Ile lat jeszcze będziemy żyć? Chcielibyśmy, by ktoś po nas przejął schedę. Ale nie mamy komu przekazać! Bolejemy nad tym, ale i nic nie jesteśmy
w stanie na to poradzić. Pozostają muzea, archiwa i biblioteki...

 

Serdecznie dziękuję panu za rozmowę.