Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Tadeuszem Franiszynem rozmawia Janusz M. Paluch

[4/1997]

– Interesujący się historią II wojny światowej, szczególnie dziejami oddziałów partyzanckich na ziemiach polskich, zapewne znają Pana. Wszak jest Pan autorem jedynego oryginalnego filmu obrazującego życie partyzantów. Ja chciałem porozmawiać z Panem o roku 1918 i Obronie Lwowa. To tam zaczęła się Pańska walka o Polskę Niepodległą.
– Tak. To, że znalazłem się w tym czasie we Lwowie, było zwykłym przypadkiem. To było już tak dawno. I ta ostatnia, II wojna światowa wiele zatarła w pamięci z pierwszych lat Rzeczypospolitej. Zanim zaczniemy rozmawiać o tamtej walce, chciałbym zaznaczyć, że byłem wychowywany w rodzinie patriotycznej. Kiedy miałem 6 lat i poszedłem do szkoły powszechnej pod zaborem austriackim, kazano mi tam śpiewać „Boże, wspieraj, Boże, ochroń Cesarza”. Byłem tym wzburzony. Pytałem, dlaczego każą nam to śpiewać, co nas Polaków obchodzi jakiś cesarz? Mamusia powiedziała mi wtedy, że jesteśmy w niewoli i musimy słuchać, mówić i robić to, co nam zaborca każe. Trzeba jednak było paru lat, by sens tego, co mi wtedy mówiła mamusia, zrozumieć. Gdy w czasie I wojny światowej Józef Piłsudski zaczął tworzyć Legiony, byłem jego zwolennikiem. On był dla mnie wzorem prawdziwego Polaka. Pod koniec października 1918 roku wyjechałem z tatusiem z Tarnopola, gdzie mieszkaliśmy, do Lwowa, by zdać III klasę gimnazjalną. Zamieszkaliśmy u mojej ciotki przy ul. Gródeckiej 127. Miałem wtedy 15 lat. Byłem opóźniony w nauce, przecież była wojna i szkoły były pozamykane. Oczywiście w zamierzonym terminie tych egzaminów nie zdążyłem zdać. Ukraińcy, otrzymawszy broń od Austriaków, 31 października zajęli Lwów. Po apelu, by bronić polskiego Lwowa, już 1 listopada wybuchły walki. Wtedy postanowiłem zgłosić się ochotniczo do Obrony Lwowa. Zameldowałem się do punktu zbornego, chyba na Zamarstynowie już 2 listopada. Przydzielono mnie do IV odcinka, tzw. Dworzec Główny – Persenkówka. Dowódcą tego oddziału był kapitan Pieracki. Ten sam, który w 1934 r. został zamordowany przez Banderę w kawiarni przy ul. Foksal w Warszawie. Dostałem karabin manlicher, ciężki, duży. Ledwo mogłem go unieść.
A strzelać mogłem tylko z pozycji leżącej albo opierając go na jakimś murze.

– Czy pamięta Pan swój pierwszy oddany strzał?
– Tak. Było to nieprzyjemne, dość bolesne uczucie kopnięcia w ramię.

– Jakie były zadania oddziału, w którym Pan walczył?
– Głównym naszym zadaniem była służba wartownicza. Pilnowaliśmy magazynów w rejonie Dworca Głównego. Z taką ciężką bronią, jako dzieci, nie byliśmy użyteczni w potyczkach ulicznych. Ja byłem drobny i szczupły, wyniszczony trzema latami wojny, za wiele sił nie miałem. Chociaż kilka razy brałem udział w potyczkach, bo przecież Ukraińcy atakowali magazyny. Naszym zadaniem było jednak pilnowanie magazynów, tak więc odpieraliśmy ataki, pozostając na swoich stanowiskach.

– Tato ani ciocia nie zabronili Panu iść na wojnę? Był Pan wtedy przecież dzieckiem!

– Nikt mi nic nie mówił. Nie zabraniał. Tylko powiedziałem, że idę bronić Lwowa... Tato pochodził też z rodziny patriotycznej, sam politycznie sympatyzował z socjalistami, ale nie takimi, którzy zdradzają Ojczyznę. Prezesem socjalistów w Tarnopolu był Kurzaba, ten sam, który za czasów PRL zamordowany został w więzieniu we Wronkach. A ciocia? Ona córkę do obrony posłała... Stefania Franiszynówna spoczęła w ósmej Katakumbie Cmentarza Orląt Lwowskich, jako jedna z 40 bohaterskich Obrońców Lwowa. Miała 18 lat. Była sanitariuszką. Zginęła na Persenkówce. Poszukiwała rannych, kiedy ruszył atak Ukraińców. Pocisk trafił w gniazdo karabinu maszynowego. Obsługa została ciężko raniona lub zabita. Wtedy ona zaczęła strzelać do Ukraińców. Strzelała do ostatniego naboju. Ukraińcy zakłuli ją bagnetami. Nie pomógł jej ani czerwony krzyż, ani to, że była dziewczyną.

– Kiedy dla Pana skończyła się Obrona Lwowa?
– Dosyć szybko. Gdy tylko Lwów został uwolniony od Ukraińców, zdaje się 23 listopada, stanąłem do raportu u kapitana Pierackiego, z prośbą o zwolnienie ze służby w związku z koniecznością zdania egzaminów. Rzeczywiście w gimnazjum na Łyczakowie zdałem egzaminy i wróciłem do Tarnopola.

– Dzisiaj mówimy o tych wydarzeniach językiem beznamiętnym... A przecież to były 22 dni i noce pełne grozy i śmierci...

– Tak jak panu powiedziałem, wielu szczegółów nie pamiętam, choć gdy myślę o tamtych listopadowych dniach, przed oczami przesuwają mi się obrazy, jak na niemym filmie. Szkoda, że nie można ich utrwalić.

– Czy po tych dniach zostały Panu jakieś pamiątki, zdjęcia?
– Wszystko, co było, musiała zniszczyć mamusia w roku 1920, kiedy do Tarnopola wkroczyli bolszewicy.

– Dziękuję Panu za rozmowę.

Tadeusz Franiszyn zmarł 3 czerwca 1996 r. w wieku 93 lat. Był Obrońcą Lwowa w 1918 r., uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r., walczył w partyzantce (ps. „Jagoda”), był twórcą filmowej kroniki z lat okupacji hitlerowskiej, pełnił funkcję honorowego prezesa Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.