Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Romanem Aslerem rozmawia Janusz M. Paluch

[4/1997]

– Siedzimy przy kawie w centrum Krakowa. Jest jesień 1995 roku. Czy może nas Pan przenieść prawie 80 lat wstecz do swego rodzinnego Lwowa, którego bronił Pan jako małe dziecko?
– To nie będzie takie proste. Minęło tyle lat. A pan chce, żebym mówił o dwudziestu dwóch dniach... Wiem, że to były szczególne dni. Ale w moim życiu to niecały miesiąc!

– Ale spróbować chyba należy?
– Mieszkałem wtedy z rodzicami we Lwowie przy ul. Polnej 15, na parterze. Potem zmieniono nazwę tej ulicy na Lwowskich Dzieci. Podkreśliłem, że mieszkałem na parterze, bo uciekłem przez okno z domu do szkoły im. Konarskiego, gdzie mieściło się dowództwo 3. odcinka Obrony Lwowa.

– Ile miał Pan wtedy lat?
– Piętnaście.

– Który to był dzień?
– Już nie pamiętam. Ale był to sam początek Obrony Lwowa, pierwsze dni listopada. Było deszczowo. Taki ponury i deszczowy dzień jak w tej słynnej piosence. Byłem wtedy chory na grypę. Mama trzymała mnie w łóżku. Nie pozwalała ruszyć się na krok. Wiedziała, że Lwowa bronią dzieci. Dlatego musiałem uciekać przez okno. W domu rodzice słyszeli, co dzieje się we Lwowie. I że do walki zgłaszają się dzieci. Bali się o mnie, że też pójdę walczyć na front.

– Ta Pańska ucieczka z domu była taka zwyczajna? Bez przygotowania? Chciał Pan iść walczyć?

– Tak, chciałem walczyć. Ale leżałem chory w łóżku. I właściwie do tej ucieczki zdopingował mnie kolega ze szkoły. Jak dziś pamiętam, zastukał w okno. Uchyliłem je, a on mówi: – Roman uciekaj ze mną na front. Ukraińcy zajmują Lwów. Trzeba bronić miasta!

– Jak wyglądał w te dni Lwów?
– Mogę tylko powiedzieć, jak wyglądał Lwów na 3. odcinku. Rozkopane ulice. Powywracane słupy telefoniczne. Zwoje drutów na ulicach. Ogród Jezuicki też porozkopywany. Okopy, groby... To wszystko, co pamiętam!

– Jak Pan zapamiętał swój pierwszy dzień wśród Obrońców Lwowa?
– Zgłosiłem się do Komendy Odcinka nr 3, do kapitana Baczyńskiego. Zostałem przeznaczony do oddziału, którego głównym zadaniem było donoszenie amunicji z magazynu na front, do okopów w Ogrodzie Jezuickim. Jako mali chłopcy braliśmy taśmy amunicji do karabinów maszynowych i zanosiliśmy je chyłkiem pod murami domów do okopów. To było jakieś pół kilomentra pod obstrzałem. Było nas 6–8 chłopaków. Amunicję donosiliśmy zawsze wczesnym rankiem. Wtedy strzelanina była mniejsza. Najgorzej było w ciągu dnia. Wtedy kule sypały się na nas ze wszystkich stron. Ale nie było tak łatwo nas trafić. Stacjonowaliśmy w szkole. Tam też była kuchnia polowa. Posiłki gotowały kobiety z Czerwonego Krzyża. Jedliśmy mięsne konserwy z austriackich koszar. Ale najbardziej smakowała mi grochówka... Tak naprawdę ja wtedy nie zdawałem sobie do końca sprawy, że to jest prawdziwa wojna. Myślałem, że to jest strzelanina, która za chwilę ustanie i zaraz wrócimy do domu.

– Jak wyglądały wasze wolne chwile?
– Najczęściej odpoczywaliśmy. Nikomu nie było do śmiechu. Same kłopoty. Tu jeden chory. Tam inny, leżący pod ścianą ranny jęczał. Nie tak wyobrażałem sobie wojnę. Miałem przecież tylko piętnaście lat... Ja cały czas byłem przeziębiony i nie czułem się najlepiej. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się ze śmiercią. W pierwszym momencie nie mogłem patrzeć na rannych i zabitych. Bałem się. Ogarnął mnie prawdziwy strach. Później już się o tym nie myślało, tylko byle ominąć niebezpieczeństwo. W Ogrodzie Jezuickim pod obstrzałem musiałem się okopywać. I gdy już wiedziałem, że Ukraińcy nie mogą mnie dostrzec, to wtedy nawet strach mijał. Poza tym nie zdawałem sobie sprawy, że ja też mogę stracić życie! Gdy się jest chłopakiem w wieku 15 lat, nie myśli się o śmierci. Wiedziałem, że do mnie strzelają, ale nie dopuszczałem myśli, że mnie dosięgnie kula.

– Jednak dosięgała innych...
– Tak. Byli moi koledzy i zabici i ranni. Rannymi opiekowali się sanitariusze. A zabitych chowaliśmy płytko w Ogrodzie Jezuickim. Nie było pogrzebów.

– Pan wtedy zetknął się pierwszy raz z bronią.
– Po jakichś trzech dniach noszenia amunicji miałem już swój karabin. Był to bardzo ciężki jednostrzałowy manlicher. Wtedy też dostałem stanowisko na froncie w Ogrodzie Jezuickim i kazali mi strzelać do wroga. Nie bałem się. Kapitan mi mówił: – Jak zobaczysz, że któryś wystawia głowę, celuj i strzelaj! I strzelałem, choć bolało mnie ramię. Brałem też udział w wypadach. To było straszne. Ciężki karabin. A tu trzeba pędzić pięć kroków w przód i na ziemię. Ewentualnie przeładować karabin i oddać strzał, i znowu kilka kroków w przód. Jednej nocy skierowano nas na cmentarz, gdzie bardzo się bałem i nawet chciałem uciekać, ale obowiązek zwyciężył – płakałem i wołałem: Mamo, Mamo... Brałem udział w zdobywaniu dyrekcji kolei. Potem w epizodzie z samochodem pancernym... W warsztatach kolejowych zbudowano wtedy auto pancerne! Był to zwykły samochód, który obito grubą blachą. Jego żywot był jednak krótki. Dostaliśmy polecenie, by pod jego osłoną zbliżyć się do Ukraińców i wyrzucić ich z zajmowanych pozycji. Ruszyliśmy. Auto szybko wpadło w gąszcze drutów telefonicznych leżących na ulicy. Koła zostały zablokowane. Samochód nie mógł ruszyć ani do przodu ani do tyłu. My dostaliśmy rozkaz, aby się wycofać.

– Co na to wszystko rodzice?

– Było mi ich bardzo żal. Szczególnie mamy. Ona wiedziała, co to znaczy wojna. Maria Asler z domu Bębnowicz była córką Michała, powstańca z 1863 roku. Płakała. W końcu się rozchorowała. Udało jej się znaleźć mnie. Dotarła do mojego dowódcy. Prosiła, żeby mnie zwolniono... Ale to nie był obóz harcerski. Zresztą ja nigdy bym nie odszedł z oddziału.

– Po Pańskim szczęśliwym powrocie rodzice byli chyba szczęśliwi?
– Krótko. W 1920 roku uciekłem znowu, by walczyć z bolszewikami...

– Dziękuję Panu za rozmowę.


Mgr inż. Roman Asler, ur. w 1904 r. we Lwowie, absolwent Politechniki Lwowskiej. Zmarł w marcu 1997 roku.