Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Krystyną Bobrowską rozmawia Janusz M. Paluch

[3/1995]

Nigdy nie poznałem osobiście Pani Męża, czego bardzo żałuję. Kilka razy przymierzałem się do rozmowy z nim, jako człowiekiem opatrznościowym dla Lwowa. Zawsze zastanawiałem się, czy wyjazd do Lwowa inżyniera Józefa Bobrowskiego był jego świadomym wyborem, czy też służbowym poleceniem zwierzchników?
Mój Mąż nie był inżynierem lecz magistrem ekonomii. Prowadził zajęcia na krakowskiej Akademii Ekonomicznej, był też autorem jednego ze skryptów dla studentów a także członkiem Rady Programowej Podyplomowego Studium Kadr przy AE. A ten inżynierski tytuł przylgnął do niego, bo całe życie pracował w przedsiębiorstwach budowlanych. Organizował je. W końcu nosiło go po świecie, po różnych budowach. Pyta pan, czy Lwów był przypadkiem... Nie. To świadomy i mocno przemyślany wybór. Mąż miał do wyboru budowę w Pradze czeskiej, którą ja popierałam, albo Lwów. Lwowa zupełnie nie znałam, ale mąż bez wahania zdecydował. Argumentował, że tam może da się coś dla Polaków zrobić, tym bardziej, że zetknął się z żyjącymi w dawnym ZSRR Polakami, w czasie kontroli budowy w Smoleńsku. Wiedział, jakie biedne i zastraszone życie wiodą tam Polacy.

Czy spodziewał się tego, co go we Lwowie czekało?
Wiedział, czym Lwów jest dla wielu Polaków, dla dziejów kraju i narodu. Znał miasto i okolice. Bywał przed wojną u stryja w Konopnicy pod Lwowem. Tam zresztą uciekli przed Niemcami z całą rodziną we wrześniu 1939 roku. Na szczęście udało im się umknąć spod okupacji sowieckiej. Podzielili by niechybnie los rodziny stryja. Syberia... Mógł coś planować. Wybierając wyjazd na budowę do Lwowa, mówił mi, że tam mieszka tylu Polaków, że można coś dla nich zrobić. Gdy spojrzę w przeszłość, to mój Mąż zawsze taki był. Gdziekolwiek znalazł się w świecie obarczony niemałą odpowiedzialnością za budowę, jej organizację i przebieg, szukał co można jeszcze zrobić, by pozostały czas sensownie wykorzystać. A tego czasu naprawdę nie było za wiele. Gdy w latach siedemdziesiątych pracował na jednej z budów w RFN, pisał felietony poświęcone gospodarce polskiej dla Radia Wolna Europa. Kiedy znalazł się w Polsce, już w dobie stanu wojennego, nie odwrócił się od „Solidarności”. Przez wiele lat działał aktywnie w podziemnych strukturach związku, używając kryptonimu „Fin”, przez cały czas jako bezpartyjny dyrektor przedsiębiorstw, którymi kierował. W czasie kontroli przez Męża budowy elektrowni w Smoleńsku, umiał dotrzeć do Katynia. Wtedy było to oficjalnie niemożliwe. A jemu się to udało. Do tej pory trzymam gdzieś w książkach zasuszony leśny kwiat z katyńskiego lasu. Mówił, że był pierwszym Polakiem, któremu udało się to miejsce odwiedzić nieoficjalnie. On zawsze starał się być pierwszy. Tak więc, gdy znalazł się we Lwowie, też musiał natrafić na coś inspirującego. A pan wie, że we Lwowe takich miejsc nie brakuje. Mąż musiał wybrać takie miejsce, które dla Polaków z kraju było długo zakazane a przez komunistyczne władze ówczesnego Związku Radzieckiego skazane na zagładę. Przecież na katakumbach Cmentarza Orląt wybudowano zakład kamieniarski, słynne lwy wywieziono na rogatki miasta, a Pomnik Chwały próbowano zburzyć czołgami, natomiast groby polskich bohaterów systematycznie zasypywano śmieciami.

Zachowała Pani w pamięci pierwszą opowieść o pobycie Męża we Lwowie?
Tych opowieści było tyle... Ale to nie tylko opowieści. Ja tam byłam z Mężem prawie cały czas. Przez przeszło rok pracowałam w polskim konsulacie i osobiście przeżywałam te wszystkie wspaniałe patriotyczne wydarzenia. Lwów mnie zupełnie pochłonął i przyznałam, że decyzja Męża była słuszna. Jestem jednak przekonana, że jedna z pierwszych wolnych od pracy chwil poświęcona była odwiedzinom Cmentarza Łyczakowskiego. Tam właśnie zobaczył Górkę Powstańców, całą zarośniętą drzewami i gęstymi krzakami, pokrytą zniszczonymi mogiłami, zdewastowanymi pomnikami nagrobnymi. Od razu wiedział, że właśnie od tego miejsca trzeba zacząć. Natychmiast rozpoczął rozmowy z miejscowymi władzami, wyrażając gotowość uporządkowania mogił powstańczych. Początkowo nie chcieli o tym słyszeć. I myślę, że tu zatriumfowały stanowczość i spokój Męża. Przekonał ich, że to jest cmentarz wojskowy, który chronią prawa międzynarodowe. I pozwolili. Potem przyszedł czas na Cmentarz Orląt. Tu trudności były znacznie większe ze strony miejscowych władz. Ale też się udało. Nigdy nie zapomnę tych zwałów gruzów wywożonych ciężarówkami, zanim natrafiono na pierwsze obramowania grobów Obrońców Lwowa. Nikt nie umiał Mężowi powiedzieć, czy cmentarz został zniszczony przez ciężki sprzęt, czy tylko zasypany gruzem. Mąż odniósł też inny sukces. Pracownicy Energopolu wolny czas wypełniali piciem alkoholu. Bo co tam popołudniami było do roboty? Mąż przerwał tą złą passę wielu ludzi. Porwał ich do wielkiego czynu. To brzmi trochę patetycznie, ale przekonał ich, by zrobili to dla Polski w swoim wolnym czasie i w dodatku bez żadnej zapłaty. Nie chce się wierzyć, ale nie trzeba było ich długo przekonywać. Ich zapał do tych prac społecznych był godny najwyższego uznania.
Kolumnada Cmentarza Orląt po wysadzeniu w 1971 r.

Pani Mąż nie tylko wstrzymał proces dewastacji, ale także rozpoczął rewaloryzację cmentarza Orląt. Dokonał niemożliwej na ówczesne czasy rzeczy!
Mąż był tego świadom. Wielokrotnie napotykał bariery nie do przejścia. Ale nie dla niego. Władze Lwowa nie zezwoliły naszemu konsulowi na zapalenie zniczy w dniu Wszystkich Świętych w 1988 roku. Ale nie zabroniły przecież Bobrowskiemu! On pierwszy od wielu lat zapalił na Cmentarzu Łyczakowskim oficjalnie polską świecę. I to dosłownie, bo na jego prośbę przygotowywaliśmy w Krakowie olbrzymie pudła ze świecami. Tam przecież niczego nie można było kupić. 1 listopada 1988 roku „płonęła” już uporządkowana cała Górka Powstańcza.

A co na to miejscowi Polacy?
Oni byłi zastraszeni. Przez całe lata bali się przyznawać do tego, że są Polakami. To Mąż przełamywał ich bojaźń. Na zawsze zapamiętam koncert Reprezentacyjnej Orkiestry Wojska Polskiego, który odbył się 11 listopada 1988 roku w pięknej sali Teatru we Lwowie. Publiczność złożona z pracowników Energopolu i miejscowych Polaków płakała. Owacja na stojąco. Ludzie widzieli polski mundur pierwszy raz od zaboru Lwowa w 1939 roku. To było wydarzenie. Choć zaprezentowany przez orkiestrę repertuar – tak między nami mówiąc – był bardzo bezpieczny i na polskie warunki już anachroniczny. Jak wyznał mi dyrygent, repertuar tego koncertu dobierany był specjalnie przez jakiegoś generała. Mimo wszystko ten koncert pozwolił poczuć się ludziom, Polakom ze Lwowa, jak u siebie w domu. Takich wydarzeń inspirowanych we Lwowie przez Męża można byłoby wymienić wiele... Przecież dzięki Mężowi pierwszy raz od 1938 roku do polskich dzieci przybył 6 grudnia 1989 roku Święty Mikołaj. Ile było wzruszeń! Ta normalna obyczajowość polska pomału na powrót zaczynała wrastać w życie Polaków we Lwowie. Ale to nie oznaczało, że Polacy przestali się bać. Mąż był inicjatorem i członkiem założycielem pierwszego Towarzystwa Kultury Polaków na Ukrainie. Na spotkanie założycielskie przybyło prawie pięćset osób. Na listę chętnych przystąpienia do Towarzystwa wpisało się tylko trzydziestu. Skąd ta bariera, mur nie do pokonania? Okazało się, że po sali poszła informacja, żeby się nie wpisywać, bo to są już gotowe listy na wywózkę Polaków na Sybir.

Z czasem ta bojaźń minęła?
Tak, ale to olbrzymia praca Męża i Energopolu. Organizowano tam liczne okolicznościowe koncerty, przyjeżdżali znani polscy aktorzy, odbywały się bale i spotkania Polaków. To owocowało. Budowało jedność Polaków tam żyjących. Czerpaliśmy z ich postawy energię i chęć do pracy. Polacy powoli zaczęli już ze wszystkimi sprawami zwracać się do Męża, bo twierdzili, że „Energopol” to dla nich Polska – mały kawałek własnej Ojczyzny. Nie zapomnę koncertu warszawskich aktorów, jaki odbył się w kościele w Samborze, jak zebrani tam miejscowi Polacy o zmęczonych i zniszczonych biedą twarzach – płacząc śpiewali pierwszy raz od 50 lat „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”. Na koncerty jakie odbywały się we Lwowie Mężowi udawało się wynajmować salę opery pod pretekstem imprezy dla pracowników „Energopolu”. W rzeczywistości 3/4 biletów otrzymywali Polacy ze Lwowa. To były bardzo wzruszające imprezy zarówno dla publiczności jak i dla występujących aktorów. A ta wspaniała wigilia urządzona przez Męża w stołówce „Energopolu”, na którą zaproszono wielu polskich Lwowiaków śpiewających już pełnym głosem, bez strachu, polskie kolędy, łamanie się opłatkiem. To trzeba przeżyć, bo takie wydarzenia pozostają w pamięci na całe życie. Oby tylko nie zaprzepaścili tego, co zdobyli dzięki pomocy mojego Męża.

Pobyt Józefa Bobrowskiego we Lwowie, to również inne przypomniane i ocalone – miejmy nadzieję na zawsze – miejsca. Proszę je przypomnieć naszym Czytelnikom.
Powszechnie znanym, bo pisała o tym cała prasa polska, miejscem ocalonym przez Męża jest kościół i krypta grobowa, w której spoczywa Aleksander hr. Fredro w Rudkach. Były też mogiły żołnierzy z września 1939 roku. Jedna przy ul. Warszawskiej, druga na Hołosku Wielkim. Niestety nie udało mu się w pełni zabezpieczyć mogiły w Malechowie za Lwowem. Wybudowali tam kapliczkę i rozmawiali z miejscowymi ludźmi, by jednak to miejsce uszanowali. Ta malechowska mogiła wymagała przeprowadzenia ekshumacji. Kości ludzkie wystawały tam z zerodowanej skarpy.

Kontrakt Energopolu dobiegł końca. Józef Bobrowski musiał pozostawić Lwów.
Tak, to było dla Męża przykre. On tyle pracy i serca tam pozostawił. A ile mógłby tam jeszcze zdziałać. Pragnął odbudować katakumby. Nawet tego nie doczekał... Ale muszę przyznać, że wtedy cieszyłam się na jego powrót do Polski. W ostatnim czasie odbierał tam mnóstwo telefonów z pogróżkami. Oczywiście w języku ukraińskim. Natomiast w nocy po wyjeździe ekipy Energopolu, ich baza została napadnięta i splądrowana przez bandytów, a Polacy, którzy jeszcze pozostali na miejscu, dotkliwie pobici.
Centralna część Cmentarza Orląt, odtworzona przez krakowski Energopol pod kierownictwem Józefa Bobrowskiego

Po powrocie do Krakowa, rozpocząl się nowy etap pracy Pani męża na rzecz Kresów II Rzeczypospolitej.
Rzeczywiście Mąż bardzo aktywnie włączył się w działalność Stowarzyszenia “Wspólnota Polska”. Pełnił funkcję wiceprezesa Zarządu Głównego. Konsultował budowę szkoły im. Jana Pawła II w Wilnie. Również dzięki jego spokojnemu podejściu do wygórowanych wymagań Polaków na Białorusi, w Grodnie stanęła polska szkoła. W planach były też szkoły w Mościskach i Strzelczyskach. Na te budowy nie starczyło mu zdrowia i życia. Ale tak naprawdę, do końca żył Lwowem. Śledził wszelkie rozmowy tyczące spraw polskich we Lwowie. Denerwował się ślamazarnością niektórych działaczy, którzy jeździli, dyskutowali, omawiali, powoływali komisje, ale tak naprawdę nic z tego nie wynikało. Spowodował jeszcze przeprowadzenie badań kanalizacji na Cmentarzu Orląt. Jeszcze zapoznał się z ich wynikami. Martwił się o katakumby, że zaprzepaści się możliwość ich odbudowy. Wiedział, że gdyby jeszcze został we Lwowie, udałoby mu się zakończyć ratowanie Cmentarza Orląt. Jego ostatnie słowa były poświęcone temu miastu. Następnego dnia stracił mowę.

Zapewne firma „Energopol” wdzięczna była Pani Mężowi. Dzięki jego pracy społecznej stała się przecież znana w kraju i poza granicami nie tylko dzięki prowadzonym budowom.
Mąż cieszył się sympatią jako człowiek pracowity, skromny i niekonfliktowy. Pomimo tego spotykały Męża ze strony niektórych członków dyrekcji duże przykrości. Mąż bardzo to przeżywał i trudno mu było zrozumieć niektóre decyzje. Nie będę o tym szerzej mówiła. Niech to pozostanie na sumieniu tych osób. Zawsze pocieszałam Męża mówiąc: „sukces ma wielu ojców”. We mnie pozostał głęboki żal i poczucie krzywdy wyrządzonej Mężowi.
Katakumby – stan obecny

_____________

13 września 1995 r. licznie przybyli do Krakowa Polacy ze Lwowa pożegnali swego serdecznego opiekuna na Cmentarzu Rakowickim. W tym samym czasie pozostali we Lwowie Polacy modlili się we lwowskiej katedrze na specjalnie odprawionej mszy. Jedno jest pewne, że nieodżałowany mgr Józef Bobrowski poprzez swoją działalność na stałe wszedł do historii Lwowa i pozostanie we wdzięcznej pamięci wszystkich Polaków na Kresach Wschodnich.
Redakcja