Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Tadeuszem Noworolskim rozmawia Janusz M. Paluch

[1/1995]

Jeszcze nie tak dawno temu, wchodząc do powszechnie znanego i lubianego „Nowo-rola”, mimo pięknego wystroju wnętrz, czuło się w tych pomieszczeniach dziwny chłód. Nazwałem to kiedyś „brakiem go­spodarza”. Czy to się zmieniło, gdy w 1992 roku wrócił gospodarz?
Musiało się zmienić! Wrócił gospodarz i tra­dycja.

Pan stoi na straży tradycji od początków istnienia kawiarni Noworolskich w krakow­skich Sukiennicach.
To dość hucznie powiedziane, ale to prawda. Od małego towarzyszę tej kawiarni. Do Kra­kowa przyjechałem mając cztery lata i od tam­tego czasu najpierw patrzyłem jak ojciec two­rzył swe dzieło, później przejąłem na krótko od niego kawiarnię, w końcu obserwuję jak córka i wnuki po odzyskaniu bkalu stwarzają nowy -jak to się dzisiaj potocznie mówi... -image kawiarni Noworolskiego.

Pański ojciec, Jan Noworolski, przybył do Krakowa ze Lwowa, miasta równie pięknego - jeśli w owym czasie nie piękniej­szego - i ważnego w Galicji. Tam także zajmował się cukiernictwem i to przecież z dużym powodzeniem.

Rodzina Noworolskich wywodzi się z Turki nie­daleko Kołomyi, gdzie mój dziadek był pleni­potentem dóbr hrabiego Łosia. Lwów i Stani-sławów to już dalsze koligacje rodzinne. Nie wiem, jak potoczyłyby się losy rodziny Nowo­rolskich, gdyby nie tragiczna śmierć mojej mat­ki, Władysławy. Podczas gry w tenisa, piłka uderzyła ją w pierś. Mieszkaliśmy wtedy w Stanisławowie. Pojawił się guzek. Rak... Operował ją znany wtedy chirurg, dr Rydygier. Nie pomogło - nastąpiły przerzuty na kręgo­słup. Ojciec wiózł matkę koleją na desce do prasowania do Lwowa. Potem była operowa­na we Wiedniu. Zmarła jak miałem cztery lata. Miała tylko 28 lat. Pochowaliśmy ją na cmen­tarzu Łyczakowskim we Lwowie, w rodzinnym grobowcu. Tradycja cukierników wywodzi się z rodziny matki. Jej ojciec, Władysław Struś wraz z Ferdynandem Grossem prowadzili ka­wiarnię we Lwowie przy Wałach Hetmańskich. Ponadto byli właścicielami pierwszej w Polsce fabryki czekolady. Władysław Struś zmarł w 1880 roku i pochowano go we Lwowie na cmentarzu Łyczakowskim. Gross również prze­stał zajmować się cukiernią, gdy został wybra­ny na radnego miasta Lwowa. Filipina Strusio-wa po śmierci męża przeniosła się z dziećmi do Stanisławowa. Mój ojciec mieszkał wów­czas w Stanisławowie, gdzie do spółki z Ja­nem Krowickim prowadzili najpierw cukiernię, a później kawiarnię „Union”. Szło im całkiem nieźle i wtedy to nieszczęście, śmierć matki.

To było jeszcze przed I wojną światową?

Naturalnie. Ja urodziłem się w 1906 roku w Stanisławowie, a do Krakowa przybyliśmy w 1910. Przywiozła nas, to znaczy mnie i moje siostry, Zofię, Stefanię i Marię, babcia, kobieta znacznej postury, Filipina Strusiowa. Ona zaj­mowała się nami przez całe lata aż do śmier­ci. Ojciec był wiecznie zapracowany. Rzadko bywał w domu. Babcia, jego teściowa, pilno­wała go bardzo. Pewnie dlatego nie ożenił się powtórnie. A był dobrą partią do wzięcia! Bab­cia na każdym kroku przypominała mu, że ma dzieci... W późniejszych latach dotarł też do Krakowa brat ojca, Józef Noworolski, który z zawodu był ślusarzem. Pracował w Podgórzu jako kierownik parowozowni. Zmarł młodo, pochowaliśmy go na cmentarzu Rakowickim w Krakowie w 1923 roku. Na tym cmentarzu także przed II wojną światową pochowaliśmy brata mojej matki, zmarłego również przed­wcześnie płk. Władysława Strusia. Pierwsze wspomnienia z tamtego Krakowa, zaraz po przyjeździe, to hejnał. Jak urzeczony patrzy­łem na wieże kościoła mariackiego i słucha­łem zaczarowanego dźwięku trąbki hejnalisty.

Pan wychowywał się w dźwiękach hejna­łu. Sukiennice są przecież na rzut kamie­niem od hejnalicy...

Nie tylko Sukiennice. Mieszkaliśmy całe lata w kamienicy Szarskiego na trzecim piętrze. Właściwie moje dzieciństwo zamykało się w zaczarowanym czworokącie krakowskiego Rynku. Przypominają mi się przeróżne naj­ważniejsze wydarzenia, których byłem mimo­wolnym świadkiem. Jak wczoraj widzę mo­ment rozbrajania żołnierzy austriackich w 1918 roku przed wieżą ratusza... Ajak sie­dzimy tu w kawiarni, to wydaje mi się, że przed momentem cała generalicja, która brała udział w pogrzebie marszałka Józefa Piłsudskiego, dopiero co wyszła od nas. A cała malarska i literacka elita tamtego Krakowa... To była pro­szę pana powszedniość. Tylko można żało­wać, że ojciec nie prowadził księgi pamiątko­wej dla wybitnych gości...

Obecny wygląd kawiarni nawiązuje jak sądzę do tego z czasów pana ojca?
Staraliśmy się wszystko zrobić tak, jak było wtedy. Ale wydaje się to niemożliwe. Remon­ty przeprowadzone za czasów komunis­tycznych wiele zniszczyły. Gdy w 1910 roku nastał tu ojciec i jego wspólnik Wincenty Kondolewicz, pomieszczenia kawiarniane wyglą­dały zupełnie inaczej. To oni zlecili zaprojek­towanie wystroju wnętrza kawiarni Uzięble i Dąbrowie-Dąbrowskiemu. Do ich projektu nawiązuje obecny wystrój. Niestety nie zacho­wały się projekty wnętrz ich autorstwa, lecz znaleźliśmy wśród pamiątek rodzinnych foto­grafię, która mogłaby stanowić podstawę re­konstrukcji elementów malowideł ściennych. Dzięki niej, już niedługo zostaną zrekonstru­owane freski w drugiej sali.

Kiedy rozpoczął Pan współpracę z ojcem, jako cukiernik?
To nie nastąpiło tak szybko. Najpierw ojciec usamodzielnił się. Wykupił od Adama Kondolewicza - syna Wincentego, z którym prze­prowadzał remont kawiarni - udziały. Kondo-lewicz wyjechał do Lwowa, gdzie ożenił się z siostrą „Szczepcia”, Stanisławą Wajdówną. Później ja rozpocząłem pierwsze kroki cukier­nika. Praktykowałem najpierw w pracowni cukierniczej ojca w Pasażu Bielaka. Był to schyłek lat dwudziestych. Trzymałem się mocno kierownika pracowni pana Mikołaszka, od którego nauczyłem się wszystkiego, co naj­lepsze. Potem, w początkach lat trzydziestych, przez dwa lata praktykowałem w znanej cu­kierni warszawskiej Albrechta i Skąpskiego. A kolejne pięć lat prowadziłem w Warszawie przy ul. Świętokrzyskiej sklep cukierniczy, w którym sprzedawałem wyroby z krakowskiej pracowni ojca. Byłem już wtedy żonaty. Ślub wziąłem w 1934 roku z Haliną Ujazdowską w Warszawie. Pracowaliśmy razem. Co rano, z dworca PKP z expresu, odbieraliśmy świe­ży towar z Krakowa. I w końcu, już w Krako­wie, własna kawiarnia „Noworolski” przy ul. Długiej 12. To były lata 1934-44. Gdy ojciec zachorował, musiałem zajmować się dwoma lokalami - „Noworolskim”, kawiarnią przy ul. Sławkowskiej 32, którą otworzyłem, budując ją od podstaw w 1945 roku i „Sukiennicami”. Kawiarnia przy Sławkowskiej była pięknym lokalem. Krakowianie lubili tam przychodzić na równi z Sukiennicami. I tak pewnie też by­łoby nadal gdyby nie rządy komunistów. Za-bralli nam „Sukiennice” w 1949 roku. Doro­bek całego życia ojca. Nic mu nie pozwolili zabrać. Nawet z kasy gotówki. Ojciec był tym przybity. Spadł wtedy ze schodów. Miał 79 lat. W nodze, po tym upadku powstał skrzep, który spowodował rychłą śmierć ojca. W 1950 roku zabrali mi kawiarnię „Noworolski”. Jeszcze za czasów, gdy nazwali ją „Literacką”, było tam dobrze. Teraz, od niedawna, nazywa się „Piz­za Wendyz”. zniszczyli totalnie lokal! Gorzej niż komuniści!

Po 43 latach znowu w kawiarni „Sukienni­ce” można zjeść u Noworolskich wiedeń­skie śniadanie, wypić dobrą włoską kawę, spędzić miło czas.

Ja kończę w przyszłym roku 90 lat. Nie czuję się dobrze. Mimo to cieszę się, że doczeka­łem tej chwili. Cieszę się że miałem komu prze­kazać wywodzące się przecież jeszcze z Iwowsko-stanisławowsko-krakowskich doświad­czeń ojca, tajniki cukiernicze Noworolskich.

Dziękuję Panu za rozmowę.