Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z prof. JERZYM WĘGIERSKIM rozmawia Janusz M. Paluch

[1/2008]

­Panie profesorze, jest pan autorem biograficznej książki Bardzo różne życie: we Lwowie, w sowieckich łagrach, na Śląsku. Podejrzewam, że tam zawarte jest wszystko, co chciał pan nam, czytelnikom, przekazać. Proszę jednak opowiedzieć o swych dramatycznych przecież losach. A ten wywiad potraktujmy jako zachętę dla tych, którzy po pana książkę sięgną. Do rozmowy tej zainspirowały mnie książki, które pan poświęcił działalności Armii Krajowej we Lwowie i okolicach. Materiały do tych książek zbierał pan w czasach, kiedy ludzie zaczęli na ten temat rozmawiać. Poza tym, działając w podziemiu, znał pan zaledwie najbliższy sobie krąg osób i to często tylko z widzenia i pseudonimu... Jakim cudem udało się panu do tylu ludzi rozproszonych przecież po Polsce dotrzeć!
Mija już 40 lat, jak zacząłem się zajmować historią Armii Krajowej. Właściwie nie zajmuję się już tym od 10 lat, ponieważ powymierali ludzie, którzy dostarczali mi podstawowych informacji. Archiwalne źródła, wtedy już dostępne, też już właściwie wyczerpałem. Odnalazłem około 2000 osób z całego ZWZ AK Okręgu Lwowskiego! Jak do nich docierałem? Często były to przypadki, ale zazwyczaj jedno spotkanie owocowało kilkoma następnymi. I nie spotkałem się nigdy, żeby któryś z moich rozmówców nie chciał przekazać mi swych wspomnień z pracy konspiracyjnej w AK. Potem, kiedy wiedzieli, że zbieram te wiadomości, sami do mnie przyjeżdżali, między innymi po to, by pomóc mi w udokumentowaniu ich działalności w niepodległościowym podziemiu. A od 10 lat zajmuję się głównie historią Lwowa i nie będę ukrywał, iż jako historyk, czuję się zawiedziony, że redakcja „Cracovia–Leopolis” nigdy nie przesłała mi okazowego egzemplarza ani nie zaprosiła mnie do współpracy.

Proszę powiedzieć, jak udało się panu połączyć pasję historyka z zawodem ścisłym – jest pan przecież inżynierem, a do tego naukowcem – wszak tytuł profesora obligował też do prac teoretycznych…
W pewnym momencie po prostu mój zawód zszedł na drugi plan, a moje życie zdominowała historia AK. Aczkolwiek jeszcze do tej pory czasem zwracają się do mnie w sprawach konsultacyjnych, kolejowych – bo to była moja główna dziedzina… Do 1968 r. i jeszcze przez następne lata byłem całkowicie oddany sprawom kolejowym i jestem już chyba jednym z nielicznych inży­nierów, którzy przed wojną pracowali na PKP. W latach 1938–1939 przebudowywałem stację kolejową w Zakopanem na FIS. Jak pogodziłem te dwie dziedziny?… Cha, cha!… Tego nie trzeba było godzić. Przecież działalność w Armii Krajowej była częścią mojego życia. Właściwie to nie miałem przygotowania wojskowego, poza zajęciami jakie wszyscy w szkołach i na uczelni przechodzili.

Może takie oficerskie ostrogi zdobył pan w lwowskim harcerstwie?

Nie należałem do harcerstwa. Do szkoły podstawowej nie chodziłem, matka mnie uczyła. Zacząłem chodzić dopiero do gimnazjum. Było to IV Gimnazjum we Lwowie. Ale miałem przygotowanie konspiracyjne. Nie wiem, czy pan wie, ale przed wojną w gimnazjach istniały tajne organizacje, jak NOGA – endecka, Młodzieży Wszechpolskiej itd. Ale ja należałem do „Odrodzenia”, katolickiej społecznej organizacji, którą kierował Jerzy Turowicz. Z mojej klasy – z trzema kolegami tam należałem. Mieliśmy zebrania raz na miesiąc. Potem jeździłem na Tygodnie Społeczne „Odrodzenia”. Ale musiałem z „Odrodzeniem” zerwać, ponieważ należałem równolegle do Sodalicji Mariańskiej, a nasz moderator nie uznawał „Odrodzenia”, gdyż tam należeli i kobiety, i mężczyźni. Pozostawił nam wybór. Skoro złożyłem ślubowanie w Sodalicji Mariańskiej, musiałem zrezygnować z „Odrodzenia”. Dyrektorem mojego gimnazjum był pan Wincenty Śmiałek, zaprzyjaźniony z moją krakowską rodziną. Przed wojną mieszkało tam 50 osób z najbliższej rodziny! Estrei­cherowie przede wszystkim, babka była Estreicherówna z domu. Ambroży Grabowski był moim pradziadkiem. A teraz już nie ma nikogo. Wszyscy poumierali.

Wracając do głównego wątku naszej rozmowy… Umiejętności przywódcze daje nie tylko wojsko, ale normalna praca z ludźmi, choćby ta w Zakopanem, o której pan wspomniał…
Rzeczywiście, miałem jednak duże doświadczenie organizacyjne, a do tego moim przyjacielem był – wówczas sobie z tego nie zdawałem sprawy – komendant AK dzielnicy północnej we Lwowie, a nawet przez jakiś czas komendant na cały Lwów. I to właśnie on, Jędrzejewski, wciągnął mnie do organizacji, głównie z tego względu, że w 1942 r. zaczęto organizować AK w okolicach Lwowa. ZWZ działające za czasów okupacji sowieckiej zostało całkowicie rozbite, tak więc całą pracę organizacyjną należało zaczynać od nowa. A ja w 1942 r. pracowałem pod Lwowem. Jak weszli do Polski sowieci, znalazłem pracę przy budowie drogi – jako mierniczy, potem majster i technik… Kiedy przyszli Niemcy, to ogłosili, że jeśli ktoś pracował za czasów sowieckich, to musi się też zgłosić do pracy, na poprzednie miejsce, do Niemców. Ja zgłosiłem się do takiej instytucji, która nazywała się Strassen Bauamt. Okazało się, że szefem tego urzędu jest mój starszy kolega z politechniki, który był oficerem rezerwy WP, ale jak się okazało już przed wojną był członkiem NSDAP. Czyli był szpiegiem niemieckim i jak tylko wojna się zaczęła, przeszedł na stronę niemiecką i wrócił do Lwowa jako dyrektor tej instytucji. Trzeba przyznać, iż człowiek ten w stosunku do Polaków, ale głównie swoich kolegów, odnosił się lojalnie. Jak rozmawiał w cztery oczy, mówił po polsku, jeśli przy świadkach – oczywiście po niemiecku. I to on wyznaczył mnie na stanowisko inspektora nadzoru przy budowie tej samej drogi, przy której pracowałem za sowietów – w Winnikach pod Lwowem. Tam miałem do dyspozycji motocykl niemiecki z napisem „Organisation Todt”. Miałem też zatrudnić sobie techników. Ponieważ Niemcy nie byli podejrzliwi, byli naiwni politycznie, to ja sobie na technika zatrudniłem oficera rezerwy – Rudka Kozłowskiego. Przed wojną pracował jako kiper w zakładach produkujących papierosy. Inni też nie byli specjalistami, nikt na to nie patrzył. Trzeba było jakoś ludziom pomagać.
Z poręczenia Jędrzejewskiego zostałem szefem łączności w Winnikach i zacząłem ściągać ludzi. W końcu zostałem komendantem tego rejonu, a Rudek Kozłowski moim zastępcą. W tym rejonie było sześć wsi czysto polskich, i to właśnie głównie w oparciu o tamtejszych mieszkańców organizowałem AK. Ten motocykl niesamowicie mi pomógł w pracy organizacyjnej. Nikt mnie nie zaczepiał. Ukraińcy myśleli, że ja jestem Niemcem, a Niemcy nie kontrolowali mnie. Do jesieni 1943 r. zaangażowaliśmy do pracy w organizacji blisko 400 osób. Zaczęliśmy odbierać zrzuty. Było ich 5–6. Tą drogą dostawaliśmy broń, która w większości szła do Lwowa na uzbrojenie oddziałów konspiracyjnych. Ja czułem u siebie braki w wyszkoleniu. Upominałem się u swojego dowódcy mjr Białoszewicza, żeby skierował mnie na jakieś szkolenie do konspiracyjnej podchorążówki. Ale on zrobił coś zupełnie innego. 11 listopada 1943 r. otrzymałem awans do stopnia podporucznika czasu wojny. Byłem wówczas chyba jedynym, który nie miał przygotowania merytorycznego do pełnienia tej funkcji. Ponieważ mieliśmy broń, na wiosnę 1944 r. na moim terenie przystąpiliśmy do organizacji oddziałów leś­nych, partyzanckich. Te oddziały dostawały numer pułku wojskowych oddziałów, które stacjonowały na tym terenie przed wybuchem wojny. My byliśmy bardzo dumni, bo granicząc z górnym Łyczakowem, gdzie stacjonował 14. pułk Ułanów Jałowieckich, otrzymaliśmy ich nazwę. Do dzisiaj wraz z żyjącymi jeszcze kolegami należymy do Klubu Żółtego Proporczyka. W moim szwadronie był tylko jeden koń, który używany był przez gońca, będącego z zawodu kierowcą. A nasze oddziały po zwycięskiej z Niemcami wojnie, w wolnej Polsce, miały zostać szwadronami zmotoryzowanymi. Tak więc cały szereg moich chłopaków wysłanych zostało na kursy szoferskie.

Jaką rolę pański oddział odegrał podczas wyzwalania Lwowa spod niemieckiej okupacji?
W lipcu 1944 roku do Lwowa wdarli się Rosjanie. Były to oddziały pancerne, bez piechoty. Sami Rosjanie przyznawali się potem do tego, że ich oddziały nie były przystosowane do walki w mieście. Nasze oddziały konspiracyjne i leśne zastąpiły piechotę. Do 27 lipca walczyliśmy wspólnie z Rosjanami przeciwko Niemcom. Rejon, w którym działaliśmy, był lesisty i górzysty. Niemcy w 1944 r. zaczęli tam budować umocnienia, rowy strzeleckie i pozycje dla karabinów maszynowych do obrony Lwowa przed Rosjanami. Ale nie zdążyli ich nawet obsadzić, bo oddziały pancerne przeszły przez te linie i wdarły się do miasta. Natomiast w podlwowskich miejscowościach stały niemieckie oddziały pancerne, ale z powodu braku paliwa były unieruchomione. Na polecenie naszego dowództwa zajęliśmy te umocnienia niemieckie. Niemcy byli przed nami – na wschód od Lwowa, a w mieście toczyły się walki z Niemcami, w których brali udział Rosjanie i Polacy z AK. Naszym zadaniem była osłona oddziałów walczących we Lwowie. Kiedy staliśmy na tych pozycjach, zgłosił się do nas oficer niemiecki ze 140. Infanterie Regiment, prosząc o rozmowę z dowódcą polskim. Poszedłem i rozpoczęliśmy rozmowy. Kiedy się zgłaszał, informował, że oni chcą się nam poddać. Kiedy doszło do rozmów, okazało się na odwrót. Dostali polecenie, żeby próbować przeciągać AK na swoją stronę. Zażądał ode mnie, żebyśmy ich przepuścili. Oczywiście odmówiłem. I ta rozmowa zakończyła się bardzo elegancko, wyciągnął do mnie rękę. – Jesteśmy wrogami – powiedziałem. – Aber wir sind beide Ofiziere – odpowiedział. To było akurat po zamachu na Hitlera i mam wrażenie, że on już bez przekonania brał udział w tej wojnie, aczkolwiek spełniał swój obowiązek.
27 lipca Lwów został całkowicie wyzwolony od Niemców. Doszły też oddziały piechoty i my staliśmy się Rosjanom niepotrzebni. Początkowo obiecywali, że nas przezbroją, że wejdziemy jako osobna jednostka do Wojska Polskiego, tego berlingowskiego. Oczywiście do tego nie doszło. Zaczęli nas aresztować. Najpierw naszych dowódców. Najważniejszych zapakowano do samolotu i zabrano na spotkanie z Żymierskim do Żytomierza. Na tym spotkaniu zażądano żeby wejść do armii Berlinga. Nasz dowódca płk. Filipkowski odpowiedział, że się zgadza, ale pod warunkiem, że wejdziemy w stopniu szeregowców. Któryś z generałów pochwalił, że to bardzo piękne stanowisko, ale na tym rozmowy się skończyły. W nocy do ich kwater przyszło NKWD i wszyscy zo­stali aresztowani. Potem we Lwowie zaczęto aresztować także nas. AK przekształciło się w Nie-Niepodległość*, ja już w Winnikach przebywać nie mogłem, bo byłem spalony. Zostałem wyznaczony na oficera informacyjnego we wschodniej dzielnicy, której podlegałem poprzednio jako komendant rejonu. Dostałem pracę przy odbudowie mostów na drogach wylotowych ze Lwowa.

Pan także nie uniknął aresztowania…
13 lutego 1945 r., w dzień moich urodzin, aresztowano mnie. Trafiłem do więzienia na Łąckiego. Ja byłem dobrym konspiratorem. Nawet moja matka nie wiedziała, jaką funkcję pełnię w AK. Wiedział o tym tylko mój przełożony. Moja łączniczka była niedoświadczona. Przynosiła do mnie pocztę w niewielkich zwitkach. Któregoś dnia podała mi taki zwitek przy Rosjaninie… Śledczy miał ciężkie zadanie, bo wiedział tylko tyle, że ja byłem w AK. Początkowo się do niczego nie przyznawałem. On chciał się dowiedzieć. kim ja jestem, a ja usiłowałem od śledczego wyciągnąć, co on o mnie wie. U mnie w domu zrobiono kocioł, złapano jedną z kurierek, przy której znaleziono pocztę. To wszystko potwierdzało moją podziemną działalność. Któregoś dnia śledczy się bardzo zirytował i powiedział: Ty nie chcesz nic mówić, ale twój kolega – oficer AK – wszystko nam powiedział! Przedstawił mi jego zeznania, a ja już wiedziałem, że są zmyślone, fałszywe. Wtedy wpadłem na pomysł, że będę się przyznawał do tworzenia struktury organizacyjnej, której nigdy nie było! Ponieważ śledczy żądał bardzo szczegółowych informacji, kazał opisywać ludzi, więc jako swego przełożonego wymyśliłem oficera, który nigdy nie istniał! Tak więc, gdyby teraz protokoły z przesłuchań wypłynęły, ktoś niezorientowany mógłby nagle poczuć się odkrywcą podziemnej organizacji, która powstała tylko w mojej wyobraźni! Potem były dalsze aresztowania ludzi z mojego terenu. Już po moim aresztowaniu działała tam radiostacja, którą zdekonspirowano. A aresztowanych tam konfrontowano ze mną. Jedna łączniczka, dzielna dziewczyna, podczas konfrontacji dała mi znak – wiedziałem, że ona się do niczego nie przyzna. I tak się stało, oboje wyparliśmy się znajomości. Natomiast druga, mniej doświadczona i pewnie przerażona, jak tylko ją wprowadzili, o mało się nie rzuciła na mnie, żeby mnie całować na powitanie. A poza tym wszystko powiedziała o tym oddziale leśnym… No więc musiałem się do tego oddziału przyznać. Ale śledczemu i tak było to nie w smak, bo musiałem się też przyznać do współdziałania z Armią Czerwoną podczas wyzwalania Lwowa. Zostałem skazany na 10 lat, które niemal w całości odsiedziałem! Niemal w całości, bo po śmierci Stalina weszło takie prawo, które za dobre sprawowanie i wysokie procenty w pracy umożliwiało skrócenie odsiadki. A w obozach obowiązywało też wewnętrzne prawo, że im dłuższa odsiadka, tym wyższa pozycja wśród „arystokracji obozowej”. Pod koniec zostałem pomocnikiem brygadzisty, którym był Polak z Rygi, w brygadzie Łotyszy. A Łotysze nie potrafili porozumiewać się ani po rosyjsku, ani tym bardziej po polsku. Ja pracowałem przy dokumentacji brygady i to ode mnie zależało, jak powpisuję te wypracowane procenty. Odpowiednio trzeba było fałszować te niby wykonane prace. A Łotysze, którzy byli żołnierzami niemieckimi, dostali wyroki po 25 lat! Dla nich skrócenie terminu nie miało żadnego znaczenia, wszak i tak wiedzieli, że takiego wyroku w obozie nie przeżyją. I oni tymi procentami, pochodzącymi z moich fałszerstw, dzielili się ze mną. W rezultacie ja miałem tych „zaczotów” parę miesięcy i zamiast wyjść w lutym 1955 roku, byłem na wolności w sierpniu 1954 r.

Tak spokojnie mówi pan o swoim pobycie w więzieniu na Łąckiego, o tej grze z prowadzącym śledztwo, jakby to była rozgrywka w szachy między dżentelmenami…
Proszę pana, na Łąckiego było bardzo ciężko. Ten śledczy nie mógł dojść, kim ja jestem, dlatego przeszedłem bardzo ciężkie przesłuchania. Byłem przesłuchiwany sześćdziesiąt nocy, prawie bez przerwy! Bił mnie czym popadło. Ale bili umiejętnie, tak żeby nie uszkodzić niczego wewnątrz, bo ja byłem przecież potrzebny jako robotnik w obozach. Początkowo prowadzono mnie do wspólnej łaźni, ale potem przestano, bo miałem plecy czarne od bicia. Miał też taką wyrafinowaną torturę – sadzał mnie na stołku w taki sposób, bym kością ogonową opierał się o kant siedziska. Stawiał swoją nogę tak, bym nie miał szans poprawienia się, i mówił: wot tiebia polskaja terytoria! A to powiedzenie brało się stąd, że ja mu powtarzałem, że my nie walczyliśmy przeciwko sowietom, tylko po to, żeby Lwów należał do Polski! Był wściekły, kiedy się zorientował, że ja już z bólu miałem tak znieczulone to miejsce, że właściwie już niczego nie odczuwałem. Podejrzewam, że moje kłopoty z kręgosłupem właśnie stąd się biorą. Druga dolegliwość, którą i pan odczuwa rozmawiając ze mną, to moje niedosłyszenie. Któregoś dnia uderzył mnie w ucho z taką siłą, że przestałem słyszeć. I dzisiaj mam poważne problemy ze słuchem w ogóle. Ale w obozach, w czasach kiedy ja tam przebywałem, nie było już tak strasznie jak za pierwszych sowietów. Tam już o nas jako o robotników jednak dbano. Jakkolwiek jedzenie nie było wystarczające, to jakoś można było przeżyć. I pewnie nie byłoby tak źle, gdyby kucharze nie musieli z naszych porcji wykarmić swoich przyjaciół i do tego tych strażników pilnujących nas w obozach. Tak więc byliśmy cały czas niedożywieni, a do tego praca była ciężka. Ja byłem inżynierem i komuniści to ­wiedzieli, więc wykorzystywali moje umiejętności, dzięki temu nie byłem eksploatowany przy ciężkich pracach fizycznych. Pierwsza moja praca była bardzo interesująca, bo budowaliśmy przegrodę doliny, tej wielkości jak w Rożnowie. Tam pracowałem jako technik geodeta, wytyczałem wszystko na tej budowie. Miałem dobre kontakty z więzionymi inżynierami rosyjskimi. Dostałem się do brygady „prydurków”, która nie pracowała fizycznie. Kiedy ta budowa się skończyła, zabrano mnie do budowy fabryk w Saratowie. Tam trafiłem do brygady byłego więźnia inż. Gorłowa, który doceniał moją fachowość i bardzo dobrze mnie traktował. A jego żona, która też była więźniarką – miała tatuaż na całym ciele – któregoś dnia przyszła do naszego biura z jakąś torbą. Z nami był jeden z enkawudzistów. Ona powiedziała mu, że na drugim końcu budowy ktoś go wzywa. Kiedy poszedł, wyciąga z tej torby bochenek chleba, kawał słoniny, butelkę „braszki” – pan pewnie nie wie, co to jest – surowiec wódki. Kazała nam to schować do kasy pancernej i życzyła smacznego. Do nas, więźniów, należało się zwracać per „zek”. Jeden z wolnych inżynierów pracujących z nami, Kanunnikow, który bardzo mnie szanował, mówił do mnie Jurij Jurijewiczu – po imieni i otczestwie. Wielokrotnie zwracano mu na to uwagę, ale on do końca traktował mnie jak wolnego człowieka, nie jak więźnia. Jak się opowiada o obozach, to mówi się o braku żywności… Może nie powinno się aż takiej wagi do tego przykładać, bo tam, w Związku Radzieckim, na wolności, bywało czasem gorzej… Jakiś czas pracowała ze mną wolna Rosjanka, ekonomistka czy inżynier, już nie pamiętam. Miałem wtedy dobre układy w kuchni i zazwyczaj nieco większą porcję. W którymś roku przyszła wymiana pieniędzy, zlikwidowano kartki żywnościowe i ci wolni mieli większe możliwości kupna żywności, bo i zaopatrzenie było już niezłe. I ona nam kiedyś mówi: – Słuchajcie, ja z taką zazdrością patrzyłam, jak jedliście tę miskę kaszy, bo ja tego często w domu nie miałam. Tak więc, o to, że nas kiepsko karmili, a do tego jeszcze okradali, to nie bardzo można mieć pretensje.

Muszę zapytać pana o Sołżenicyna, który przebywał w tym samym obozie co pan. Zresztą w swej książce „Archipelag Gułag” wspomina pana….
Rzeczywiście był taki incydent… To było w następnym obozie Ekibastaz – kopalnie miedzi. Mówiąc szczerze ja tego spotkania za bardzo nie pamiętałem. To był incydent jak wiele innych w moim życiu. Byłem tam chyba majstrem na budowie osiedla, a Sołżenicyn był jeszcze szeregowym więźniem. I jak napisał w swych wspomnieniach, przyszedł do mnie, żeby pożyczyć mu metr składany, który ja miałem. I ja mu dałem ten metr bez żadnego zbędnego gadania. Jemu tak zaimponowało to, że ja obdarzyłem go takim zaufaniem, że potem, jak został brygadzistą, to mnie do swojej brygady i biura ściągnął. Był to obóz specjalny, gdzie nie wolno było korespondować. Po pracy wszystkich zamykano w barakach. Pewnego dnia obóz się zbuntował. Ogłoszono głodówkę. Zresztą, ta głodówka taka straszna też nie była, dlatego że więźniowie jednak jakieś paczki dostawali – mimo że nie wolno było korespondować – i dzielili się między sobą. Toczyły się pertraktacje, żeby tę głodówkę przerwać. Kto ją organizował – nie wiadomo, nawet Sołżenicyn tego nie wiedział, tak było to zakonspirowane. Któregoś dnia doszli do porozumienia i dali się skusić na specjalnie dobrą kolację. Ja byłem jedynym, który się sprzeciwił. Leżałem na górnych narach. Sołżenicyn wyrzucał wszystkich na kolację, a ja mu powiedziałem: – Brygadzisto, ja na kolacje nie pójdę! To musiało zostać zauważone przez donosicieli, bo potem, jak się zaczął etap karny, to mnie nim zabrano. Siedziałem wtedy w ciężkim więzieniu. Rozchorowałem się poważnie, współwięźniowie mnie ratowali. Z zamkniętej celi zabrano mnie do jakiegoś punktu sanitarnego. Tym szpitalikiem kierował felczer Ukrainiec. Wypytywał mnie, skąd ja jestem, i proszę sobie wyobrazić, że on pochodził ze Lwowa i mieszkał na tej samej ulicy co ja, czyli na Potockiego! Sfałszował wyniki badań, zgłosił, że mam zakaźną czerwonkę, i zabrali mnie do porządnego szpitala, którego ordynatorem był także więzień, prof. Oppel z Leningradu. On się mną bardzo serdecznie zaopiekował. Miałem zresztą taką anemię z tego niejedzenia, że byłem na granicy śmierci. Ale jakoś mnie z tego wyciągnął. Kiedy wróciłem do obozu, w krótkim czasie po aresztowaniu i zamordowaniu Berii i śmierci Stalina, zlikwidowano „specobozy”. A o śmierci Stalina dowiedzieliśmy się też w specyficzny sposób. Któregoś dnia po otwarciu karmuszki – okienek, przez które dawali nam jedzenie – strażnik powiedział: – A teraz na znak gwizdkiem wszyscy staniecie na baczność! Przez jakieś dziesięć minut trzymali nas w pozycji na baczność. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. I dopiero potem, w latrynie, znalazłem kawałek gazety, z którego dowiedziałem się, że Stalin umarł. Jak już z tego obozu wyszedłem, to stałem się „arystokratą” obozowym, którym należało się opiekować. Jeszcze jakiś czas pracowałem, ale byłem już słaby. Znowu trafiłem do szpitala, gdzie okazało się, że nabawiłem się gruźlicy. Tym razem trafiłem na lekarza, którym był Żyd polski, Markowicz, ochotnik z wojny z 1920 r., podchorąży ówczesnego Wojska Polskiego. Wyciągnął mnie z tej choroby i wtedy wyszedłem z obozu – na zesłanie. Czyli nie byłem już więźniem, ale musiałem przebywać w określonej miejscowości i pracować. Wówczas korespondencyjnie poznaliśmy się z żoną.

A pani też ze Lwowa pochodzi? – zwracam się do małżonki Profesora, pani Józefy Węgierskiej.
Nie, ja spod Brześcia. Mój ojciec był też w więzieniu, w którym przebywał kolega męża. Oni, żeby nie tracić ze sobą łączności, pisali do mnie, a ja pośredniczyłam w kontaktach z nimi. No i w taki sposób poznałam się z mężem!

Niesamowite i jakże romantyczne!
Żona, jeśli można tak powiedzieć, uciekła do mnie z domu. To było możliwe, bo mieszkali po sowieckiej stronie. Rodzina nie chciała jej wypuścić! A ponieważ jej ciotka była niedaleko mnie w Kazachstanie, to powiedziała, że jedzie do niej, a przyjechała do mnie i zaraz wzięliśmy ślub!

W Kazachstanie?!
Tak, w Kazachstanie. Ten ślub odbył się w zaimprowizowanej kaplicy – w prywatnym domu – w Karagandzie. Ślubu udzielał nam obecny Sługa Boży ks. Władysław Bukowiński.

Czy Państwa ślub też był utajniony?

Nasz ślub był już całkiem oficjalny. Było kilkaset osób. To był czas, kiedy zwolnieni Polacy wyjeżdżali do kraju. Zupełnie nieznani nam ludzie razem z nami cieszyli się z naszego szczęścia. Pamiętam, że podszedł do nas mężczyzna i składając nam życzenia przedstawił się nazwiskiem Plater. Zapamiętaliśmy go, bo to nazwisko ze stron mojej żony!

Czy to był pierwszy kontakt z księdzem Bukowińskim?
Pierwszy raz spotkałem się z nim, kiedy przebywałem w obozowym szpitalu. Najpierw drzwi mojej celi były zamknięte, okno zakratowane i kontakt ze światem był tylko przez tę kratę. Kiedy połapali się, że nie jestem jakimś niebezpiecznym więźniem, pozwolili mi wychodzić. Odwiedzali mnie ks. Bukowiński i jeszcze jeden wilniuk. Prowadziliśmy dysputy teologiczne pod szpitalem. Ks. Bukowiński był wtedy w więzieniu. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Potem z nim korespondowałem, gdy był na zesłaniu, ale w innym miejscu. No i tak się złożyło, że spotkaliśmy się w Karagandzie. Ponieważ ja wcześniej zawiadomiłem go, że się zaręczyliśmy, więc poprosiliśmy, by udzielił nam ślubu. Świadectwo ślubu wyglądało tak, że na odwrocie swojej fotografii napisał: + Małżeństwo sakramentem wielkim jest w Chrystusie i Kościele. Jerzemu i Józefie Węgierskim w dzień ślubu 26 XI 1955 r. Karaganda [podpis] XWBukowiński. I tu, na Śląsku, ksiądz nie wiedział, czy może nam uznać tego dokument. Powiedział, że słyszał, że na dzikich wyspach ludzie się tak zachowują. Nam było wtedy bardzo przykro… No to zaproponował, że nam jeszcze raz udzieli ślubu. Wtedy zmitygował się, napisał do biskupa, który okazał się mądrzejszy. Musieliśmy dać świadectwo dwóch świadków. I na tym się skończyło.

Jak pamięta pan pracę ks. Bukowińskiego w więzieniu?
Pamiętam wielu księży, którzy byli w obozach. Oni się bali. A ks. Bukowiński był jedynym, który cały czas spowiadał, rozmawiał, pocieszał. Był niezwykle odważnym księdzem. Przysyłali mu opłatki i coś zamiast wina, chyba suszone winogrona… Wszystko było w wielkiej konspiracji. Znałem też księdza greckokatolickiego, który odprawiał nam msze. Bardzo skarżył się na swych rodaków, bo na jego msze przychodzili Polacy, Niemcy, a Ukraińcy nie przychodzili.

Jak wyglądała taka utajniona msza?
Bardzo zwyczajnie. Siadaliśmy grupą w kącie baraku na narach. Ksiądz odprawiał Ofiarę, a my siedzieliśmy w milczeniu, modląc się. Miał jakąś szklaneczkę, zamiast kielicha; jak nie było opłatka, to kruszyny chleba. Ale to było możliwe po likwidacji specobozów i kiedy ten reżim znacznie zelżał.
Jak wyglądał wasz powrót do Polski?
Trzeba powiedzieć, że był luksusowy. Podstawili nam sypialne wagony. Jechało blisko tysiąc Polaków! I tylko jeden oficer sowiecki jako komendant transportu. Ze mną wracała moja mama, która też przeszła obóz. Dostała 10 lat za to, że znała, a nie skazała! Oczywiście nic nie wiedziała o mojej działalności. I proszę sobie wyobrazić, że ona dłużej siedziała w łagrze niż ja. Ja już byłem na zesłaniu, kiedy ją zwolnili z obozu. Wtedy przyjechała do mnie znad Morza Czarnego. A żona nie mogła z nami wracać, bo powiedzieli, że ona jest obywatelką sowiecką. Tak więc ona musiała najpierw pod Brześć pojechać i tam podjąć starania wyjazdu do Polski.

Jak się pan znalazł w całkiem nowej rzeczywistości?
W tym czasie AK było jeszcze potępione. AK-owców ze Lwowa spotykałem w obozie. Ale tam na temat naszej pracy konspiracyjnej nie mówiliśmy. Wszyscy się bali, bo mogli podsłuchiwać, a poza tym każdy mógł być donosicielem. Tu na Śląsku zacząłem w początkach 1956 r. pracować w biurze projektów górniczych. Na tematy konspiracji też z nikim nie można było mówić. A mnie cały czas gnębiły wspomnienia z AK. W tym śledztwie na szczęście nie wyszło, że byłem oficerem informacji, bo miałbym wyższy wyrok, a tak skazali mnie tylko za udział w konspiracji. I bałem się, żeby to w Polsce nie wyszło. Bo i tu, choć po odbytym wyroku, byłoby przecież źle widziane. Okazuje się, że jeśli się chce, to można wiele rzeczy zapomnieć celowo. I ja po latach nie potrafiłem już powiedzieć, na czym ta moja praca jako oficera informacyjnego polegała. Co ja właściwie tam robiłem? I to do tego stopnia, że zapomniałem, jaki miałem pseudonim! Zapamiętałem tylko tyle, że ta nazwa nawiązuje do czegoś w rodzaju smoka. Dopiero kiedy dotarłem do dokumentów, stwierdziłem, że ten pseudonim brzmiał „Gryf”. A poprzedni mój pseudonim, pod którym najpowszechniej byłem znany, brzmiał „Antek”. Przez szereg lat z nikim też na te tematy nie rozmawiałem. Czekałem. Ponieważ spotkałem swoich przełożonych, m.in. Jędrzejewskiego, który mnie zwerbował, komendanta dzielnicy Białoszewicza, to tak w cztery oczy coś mówiliśmy, ale raczej unikaliśmy tych tematów. A ja, zamierzając pisać swoje wspomnienia, chciałem mieć zezwolenie swoich dowódców. Obaj byli po ciężkich polskich więzieniach, w których stracili zdrowie. Po 10 lat przesiedzieli! Gdybym ja był w Polsce skazany, to nie przeżyłbym tej katorgi, przez którą oni przeszli! Tak więc mogę powiedzieć, że Rosjanie mnie uratowali.

To jest niesamowite, co pan mówi!
I wreszcie w 1968 r. ci dwaj moi dowódcy powiedzieli, że już można pisać wspomnienia. Zacząłem od napisania raportu ze swojej działalności. Tak się złożyło, że dość szybko natrafiłem na swoich podkomen­dnych i pierwsza relacja, którą zakończyłem w 1970 r., miała 40 stron i opierała się na moich wspomnieniach, które jak mówiłem, były dość nikłe. Potem zaczęła się lawina znajomości. I nie było tak, jak pan myśli, że trzeba było ludzi namawiać. Sami się zgłaszali, sami opowiadali, nigdy żadnych nacisków nie trzeba było wywierać. Jak znalazłem jednego, podawał mi adresy kilku następnych kolegów. I tak trafiłem do ponad 2000 ludzi, zebrałem dwa tysiące fotografii ludzi związanych z AK na terenie Małopolski Wschodniej. Cała ta dokumentacja znajduje się teraz w Krakowie w Bibliotece Jagiellońskiej. W krakowskim Muzeum AK jest też moja wystawa. Potem dobrałem się do archiwów. Były jednak przypadki, że ludzie się na mnie obrażali, bo nie znaleźli się w książce, ale nie było takiej możliwości, żeby wszystkich wymieniać.

Proszę powiedzieć, jak wspomina pan Lwów z czasów dzieciństwa?
Na ten temat dużo by gadać! Odsyłam pana do mojej książki Bardzo różne życie: we Lwowie, w sowieckich łagrach, na Śląsku, jeśli uda się ją panu zdobyć, bo z tego co wiem, nakład wyczerpany! Ja jestem chyba jedynym już człowiekiem, który pamięta obronę Lwowa w 1918 r.! Dlatego, że u nas w domu, przy ul. Potockiego 27, była filia szpitala, jaki znajdował się na Politechnice Lwowskiej. Leżało u nas kilkunastu lekko rannych żołnierzy i oni się mną opiekowali. Ja miałem wtedy cztery lata, uczyli mnie czytać i pisać. M.in. późniejszy szef wspólnoty interesów płk. Piasecki. Mam takie wspomnienia obrazkowe, pamiętam maszerujący oddział. Z matką poszedłem pod kościół Marii Magdaleny, to już było w czasie walk, i koło mnie upadł jakiś odłamek granatu. Któryś z oficerów strasznie obhuśtał moją matkę.

Serdecznie dziękuję panu za rozmowę!


JERZY JULIAN WĘGIERSKI, ur. 1915 we Lwowie. Emerytowany profesor Instytutu Kolejnictwa i Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej, wykładowca Politechniki Śląskiej i Warszawskiej. Żołnierz ZWZ i AK, uczestnik powstania lwowskiego w ramach Akcji „Burza”. Wieloletni więzień syberyjskich łagrów. Autor dziewięciu ważnych książek o AK we Lwowie: Zarys historii lwowskiego obszaru ZWZ-AK (współautor: Bolesław Tomaszewski, Warszawa 1983), Lwowskie AK (współautor: Bolesław Tomaszewski, Warszawa 1984), W lwowskiej Armii Krajowej (Warszawa 1989), Lwów pod okupacją sowiecką 1939–1941 (Warszawa 1991), Armia Krajowa na południowych i wschodnich przedpolach Lwowa (Kraków 1994), Lwowska konspiracja narodowa i katolicka: 1939–1946 (Kraków 1994), Konspiracja lwowska 1939–1944: słownik biograficzny (współautor: Grzegorz Mazur, Katowice 1997), Komendy Lwowskiego Obszaru i okręgu Armii Krajowej: 1941–1944 (Kraków 1997), Lwowskie oddziały leśne „Warta” na Rzeszowszczyźnie 1944–1945 (Kraków 1998), Obsada osobowa dowództw Lwowskiego Obszaru SZP-ZWZ-AK-NIE w latach 1939–1945 (Kraków 2000), Bardzo różne życie: we Lwowie, w sowieckich łagrach, na Śląsku (Katowice 2003), Kronika 2350 dni wojny i okupacji Lwowa. 1 IX 1939 – 5 II 1946 (współautorzy: Grzegorz Mazur, Jerzy Skwara, Katowice 2007), Przeciw okupacji sowieckiej. Żołnierze wyklęci na kresach południowo-wschodnich (wersja elektroniczna) oraz wielu artykułów naukowych i wspomnień z dziejów Lwowa w II wojnie światowej i historii ZWZ-AK-NIE Obszaru Nr 3 (Lwów).