Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Ze Zbigniewem Chrzanowskim dyrektorem Teatru Polskiego we Lwowie rozmawia Janusz M. Paluch

[3/2008]

Panie dyrektorze, za kilka godzin stanie pan na scenie krakowskiego Teatru Bagatela, gdzie wraz ze swym zespołem przedstawicie publiczności, wśród której będzie bardzo dużo osób o lwowskich korzeniach, komedię Mariana Hemara Dwóch panów B. Tym razem wizyta Teatru Polskiego ze Lwowa związana jest z obchodami jubileuszu 50-lecia Teatru. Czy zechciałby Pan omówić to niezwykłe wydarzenie – dlaczego ten jubileusz jest tak ważny?
Jeżeli 50 lat uznalibyśmy za mało ważne dla teatru nieprofesjonalnego, dla teatru, który wystartował w realiach powojennego Lwowa, kiedy do minimum skurczyła się społeczność polska, kiedy Lwów został pozbawiony zawodowej sceny polskiej, kiedy ostatni zawodowi polscy aktorzy odjechali ze Lwowa w roku bodajże 1945, to który jubileusz miałby być ważny? Dopiero 100-lecie?! Dla naszego teatru każdy rok, każda chwila są niebywale ważne, a i każda okazja do tego, by podkreślić obecność we Lwowie polskiej sztuki, polskiej kultury. ­Teatr powstał w 1958 roku, i dla niego jest to bardzo ważna data. Może nie upominałbym się o miejsce w historii, ale dla nas samych, dla ludzi, którzy mieszkali i ostali się we Lwowie, stworzenie placówki kulturalnej, tym bardziej teatralnej, było i jest rzeczą niezwykle ważną. Być może 50 lat temu nikt poważnie nie traktował powstania tego zespołu. Ale w tej chwili, kiedy możemy podsumować jego repertuar, jego lata działalności, jego koleje losu, wszystko urasta do rzeczy szalenie ważnych – dla miasta, dla kultury teatralnej zarówno Lwowa, jak i polskiej. Działając w przestrzeni absolutnie już nie polskojęzycznej, potrafiliśmy utrzymać polski repertuar, słowo polskie, co jest we Lwowie bardzo ważne, i to jest zasługą tych ludzi, którzy na przestrzeni tego półwiecza byli związani z zespołem. Oczywiście największe honory winniśmy przede wszystkim naszemu nauczycielowi Piotrowi Hausvaterowi, który najpierw wychowywał nas w polskich szkołach. To on powołał ten zespół, kiedy był już na emeryturze. Z czasem zespół wystartował na szkolnej scence. Taki był początek naszego teatru.

Wiem, że jesteście już po jubileuszowych obchodach we Lwowie.
Rzeczywiście, 19 kwietnia tego roku na tej samej scence, w tym samym dniu, tylko 50 lat później, zagraliśmy tę samą sztukę, czyli farsę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Babcia i wnuczek. To był nasz prawdziwy, choć mały jubileusz, ale tylko dlatego, że w małej sali i na małej scenie. Następnego dnia, 20 kwietnia, w kościele św. Marii Magdaleny, naszym parafialnym kościele, odbyła się uroczysta msza święta poświęcona naszemu jubileuszowi, za co jestem niezmiernie wdzięczny księdzu biskupowi Leonowi Małemu, który tę mszę celebrował. Ksiądz biskup jest naszym wiernym widzem i bardzo często przychodzi na spektakle. Znaczniejsze obchody odbyły się 19 maja, kiedy zagraliśmy na dużej scenie w Teatrze Skarbkowkim, specjalnie na tę okazję wypożyczonym.

Pan jest związany z teatrem od samego początku. Jak wspomina Pan premierę 19 kwietnia 1958 r.? Przecież to były bardzo dramatyczne czasy, ówczesny Związek Radziecki był już wprawdzie w okresie tzw. odwilży politycznej, ale tam zawsze społeczeństwo było trzymane na dość „krótkiej smyczy”...
Myślę, że ten czas, właśnie po odwilży, był sprzyjający dla tego typu działalności. To, co stworzył prof. Hausvater, było właściwie teatrem szkolno-domowym, próby do przedstawienia rozpoczęły się w jego prywatnym mieszkaniu. Tuż po Gałczyńskim była przygotowana olbrzymia pozycja, nie najłatwiejsza nawet dla teatru zawodowego: Balladyna Juliusza Słowackiego. W 1959 r. przygotowaliśmy fragmenty dramatów Słowackiego z okazji jego 150. urodzin. Wystąpiliśmy wówczas na jakimś przeglądzie miejskim. Zauważono nas i zaproponowano przejście do Obwodowego Domu Nauczyciela z racji tego, że kierownik artystyczny był emerytowanym nauczycielem, więc w tym pionie nauczycielskim będzie nam najłatwiej pracować. I do dziś jesteśmy nawet w tym samym budynku, w dawnym Pałacu Bielskich przy ul. Kopernika 42. Do dzisiejszego dnia pracujemy tam na malutkiej scence, 5x5 metrów.]
Prof. Hausvater wśród członków Teatru
 
A wydaje się, że ta scena jest znacznie większa!
My potrafimy ją dostosować do potrzeb spektakli. Na przykład w komedii Szekspira Sen nocy letniej zrobiliśmy duże proscenium. Wszystko wiąże się jednak z ograniczoną liczbą widzów. Sala pomieścić może bowiem tylko do 100 osób. Ale to nauczyło nas także tego, że potrafimy transponować nasze przedstawienia na duże sceny. Nigdy nie mamy kłopotu zaistnienia na innej scenie. Na przykład scenografia zaplanowana do Dwóch panów B., którą przedstawiamy dzisiaj w teatrze Bagatela w Krakowie, pochodzi z naszej małej scenki. Ale przecież doskonale sobie radzimy też na scenie teatru im. Juliusza Słowackiego, a także na lwowskich dużych scenach.

Przez te pół wieku przez scenę teatru przeszło wiele osób. Niektórzy pozostawili po sobie trwałe ślady. Może pan ich przypomnieć?
Ta klamra, która spina lata 1958 i 2008, jest ogromnie ważna nie tylko dla teatru, ale dla nas, trwających we Lwowie. Ludzie, którzy byli związani z naszym teatrem, zawsze wiele serca wkładali w pracę. Niektórzy niestety nie doczekali tego pięknego jubileuszu. Myślę tu o wspanialej aktorce naszej sceny Jolancie Martynowicz, Annie Hausvater – córce naszego mistrza; myślę też o zmarłym w zeszłym roku Walerym Bortiakowie, człowieku, który miał ogromne zasługi w budowaniu tego teatru, jego repertuaru, wizji teatralnej. Był on scenografem, reżyserem i aktorem równocześnie. Jego kariera aktorska rozpoczęła się od przebrnięcia przez trudne dla Rosjanina słowo „zaprzężony” w komedii Fredry Mąż i żona. Myślę też o całym szeregu ludzi, dla których teatr był profesją. Nie mogę w tym miejscu pominąć kompozytora Andrzeja Nikodemowicza, mieszkającego obecnie w Lublinie, a który dla teatru pisał muzykę i przez lata stworzył kilka bardzo istotnych kompozycji teatralnych. Była to muzyka do Wesela Stanisława Wyspiańskiego, do granych przez nas komedii Aleksandra Fredry.

Z Teatrem jest pan od początku, a jak długo jest Pan jego dyrektorem?
Dyrektorem zostałem po śmierci profesora Hausvatera, w 1966 r. To był również rok ukończenia przeze mnie studiów w szkole teatralnej. Mówiąc o aktorach, to w tej chwili pracuje już ze mną trzecie pokolenie, a pomału wchodzi do teatru czwarte...

A nie ma problemów z naborem aktorów do teatru?
I tak, i nie. Czasy, jeśli chodzi o kompletowanie zespołu, nie są najłatwiejsze, dlatego że utalentowana młodzież wyjeżdża na studia do Polski. Myślą o tym już w licealnych klasach, kiedy mogliby zaczynać pracę w naszym teatrze. Ale nie przychodzą do nas, bo wiedzą, że za chwilę ich nie będzie we Lwowie. Ale mam nadzieję, że ta sytuacja pomału będzie ulegała zmianie i pęd na studia poza Lwowem będzie mniejszy niż w ostatnich dziesięciu latach.

Pracujecie we Lwowie, mieście, w którym przez lata oficjalnie mówiło się po rosyjsku, a teraz po ukraińsku. Byliście jednak w swoim rodzinnym mieście, wychowywani w języku polskim i potajemnie w kościele rzymsko­katolickim, mieście przez lata zamkniętym dla Polaków chcącym przyjechać z tej strony granicy. Nie czuliście się ze świadomością tego wszystkiego obco, nie odczuwaliście wyobcowania?

Oczywiście nie! Co ciekawe nasz teatr, wydawałoby się, iż działający w sferze językowo wyodrębnionej, takiej enklawie polskiej, nigdy nie był teatrem tylko dla Polaków. Potrafił sobie z biegiem lat przyswoić społeczność rosyjską, ukraińską i żydowską. Przychodzili do teatru zainteresowani jego repertuarem, pewną artystyczną odrębnością i w ten sposób nawiązywała się współpraca między nami. Zawsze chętnie zapraszaliśmy nie tylko na nasze spektakle, ale i do współpracy aktorów rosyjskich i ukraińskich. Organizowaliśmy wspólne wieczory poezji, to było takie wzajemne przenikanie się kultur. Teatr Polski nie izolował się od życia artystycznego we Lwowie. W miarę możliwości starał się być obecny wszędzie: i na wystawach plastycznych, i na koncertach muzycznych. Ściśle z teatrem związany był prof. Mieczysław Gębarowicz*, historyk sztuki, który czasami zapraszał nas na fascynujące wycieczki po Lwowie czy do galerii obrazów, gdzie komentował dzieła sztuki albo opowiadał o słynnych wystawach, np. o wystawie portretu polskiego. To były nasze uniwersytety, nasze szkoły teatralne. W tym czasie skąpym, kiedy ludzie odrywali się od swych obowiązków zawodowych, od rodzin, kiedy nie było czasu na pracę studyjną, trzeba było kształcić swoich aktorów na bieżąco, otwierając ich na życie artystyczne Lwowa, na inne teatry, inne spektakle. To pomagało wyrabiać własny styl teatralny i wzbogacało nasze doświadczenie. Kiedy skończyłem szkołę teatralną, wydawałoby się, że rozpocznę normalne warsztaty teatralne. Ale na to nie było nigdy czasu. Skończyłem Szkołę Teatralną w Moskwie, miałem wyśmienitych nauczycieli pamiętających czasy realizacji Księżniczki Turandot w 1922 r. i samego Jewgienija Bagrationowicza Wachtangowa, który był legendą tej szkoły.

Wspomniał pan prof. Gębarowicza; to wielka postać polskiego Lwowa, swoisty stróż zabytków polskich i kultury we Lwowie, dokumentator tego, co niszczało, co przepadało. Kto jeszcze bywał na spektaklach waszego teatru?

Nie zetknąłem się osobiście z obecnością o. Rafała Kiernickiego, ale opowiadali mi, że bywał w naszym teatrze. Pojawiał się incognito. Siadał sobie gdzieś tam na uboczu i oglądał przedstawienie. Bywali także inni profesorowie, np. Maria Jarosiewicz, Adam Kuryłło, którzy pozostali we Lwowie. Powoli wycofywali się jednak z życia i kruszały nam te rzędy wypełniane przez ludzi tamtych czasów. Ale pojawiała się nowa publiczność, coraz młodsza, często wielo­narodowościowa. We Lwowie język polski nie był barierą. Tym bardziej, że my proponowaliśmy pozycje literackie, które na innych lwowskich scenach nie figurowały. Byliśmy inicjatorami lwowskich prapremier sztuk Sławomira Mrożka czy Tadeusza Różewicza. Te nazwiska stały się przecież w krótkim czasie związane już nie tylko z teatrem polskim, ale i teatrem europejskim.

No właśnie – repertuar! To przecież on stanowi o tym, jak postrzegany i jak odbierany jest teatr. Proszę powiedzieć o repertuarze Teatru Polskiego we Lwowie.
Opieramy się na polskiej klasyce, co się absolutnie zgadza, ale po 10 latach działalności teatr zaczął też sięgać po repertuar bardziej uniwersalny, oparty na współczesnej dramaturgii – taką była Antygona Jeana Anouilha, komedie Sławomira Mrożka, jak Karol, Na pełnym morzu, komedia Szekspira Sen nocy letniej, komedie Czechowa Jubileusz i Oświadczyny czy spektakl Tadeusza Różewicza Stara kobieta wysiaduje i później zrealizowana na przełomie 2000 r. Kartoteka tegoż autora. Nasz repertuar nie jest zatem tylko popularyzacją klasyki. Sięgamy także po sztuki współczesne, na wysokim poziomie artystycznym. To wyraziście świadczy o możliwościach artystycznych zespołu.

Jolanta MartynowiczJak na wasze propozycje reagowała cenzura? Była chyba sroższa niż w Polsce?
Jeśli chodzi o pozycje klasyczne, to nie było problemów z cenzurą. Natomiast w przypadku sztuk współczesnych, to wykazywaliśmy się umiejętnością budowania repertuaru ze świadomością tego, żeby nie narażać zespołu na jakieś kłopoty z cenzurą. Przecież to mogło przenieść się na dalsze szykany, które mogły naszych aktorów dosięgnąć w ich miejscach pracy! Tak więc na pewno nie sięgaliśmy po bardzo dyskusyjne tematy. Aczkolwiek dostęp do literatury, do dramaturgii nie był wtedy skomplikowany we Lwowie. Docierały wtedy do nas regularnie numery „Dialogu”, ale i cała polska prasa, łącznie z „Teatrem”, który pozwalał nam śledzić panoramę repertuarową nie tylko w Polsce. Oczywiście dokonując wyboru patrzyliśmy też na nasze możliwości, czy jesteśmy w stanie daną sztukę udźwignąć. W swojej praktyce teatralnej nie sięgam po pozycje, które z góry skazane są na niebyt. Mam świadomość możliwości wykonawczych zespołu, nigdy nie prowokuję swoich aktorów do zagrania czegoś, co odczuwam, że nie są w stanie udźwignąć, że jeszcze nie są w stanie tego zrobić. Naprawdę, z niektórymi pozycjami czekam po kilka lat, czekam, aż do danej sztuki dojrzeją.

Rzeczywiście nie do wszystkich ­dociera świadomość statusu pańskiego teatru. O Teatrze Polskim we Lwowie prawie zawsze rozmawiamy jak o instytucji profesjonalnej. A przecież w zespole tylko pan jest z wykształcenia aktorem i reżyserem...
Nie ukrywamy tego, że jest to teatr nieprofesjonalny. Amatorski. Ale moi aktorzy są artystami z powołania, są ludźmi o nieprzeciętnej wrażliwości, potrafią reagować na pewne rzeczy, nie trzeba ich tego uczyć, nie trzeba im tego tłumaczyć. Zazwyczaj są to ludzie dorośli, nie prowadzę szkolnego teatru. Trafiają ludzie, którzy są na studiach albo już po studiach. Oczywiście ich edukację artystyczną trzeba jednak uzupełniać i to się robi. Teraz jest znacznie łatwiej. Są nagrania znakomitych przedstawień szekspirowskich. Są filmy, a zespół dysponuje dobrym sprzętem technicznym. Tak więc, pracę studyjną można uzupełnić audiowizualną.

Andrzej NikodemowiczDziałacie w tej chwili w kręgu zupełnie innej kultury, ale w strefie języka polskiego. Spoczywa na was wielka odpowiedzialność za kulturę polską. Jak sądzę, są wielkie oczekiwania od was zarówno tu w Polsce, bo jesteście jedyną artystyczną placówką polskojęzyczną w naszym Lwowie, ale i tam, na Kresach, ludzie oczekują od was coraz to nowych spektakli. Jak pan odczuwa ten ciężar, jak pan chce sprostać tym oczekiwaniom?
Jest to z jednej strony niełatwe działanie, dlatego że ten nagły, powiedziałbym, przypływ do polskości – bo tak byśmy to zjawisko w ostatnich latach nazwali – jest takim pędem śpiewająco-tańcząco-grającym. Jeżeli chodzi o teatr, o słowo, o poezję, to naprawdę nie jest to łatwa działalność i zapotrzebowanie niestety jest mniejsze. Mniejsze przede wszystkim ze strony młodego pokolenia, które zainteresowane jest łatwiejszą formą artystyczną, tańcem, piosenką, nie słowem czy jakąś głęboką literaturą. My uparcie trwamy przy tym słowie, prawdziwej literaturze, ale obawiam się, że coraz bardziej jesteśmy idealistami. Występujemy przed różną publicznością. Często wyjeżdżamy też poza Lwów, w jego okolice. Tam spotykamy się z tym, że publiczność czasami nie jest przygotowana do odbioru pewnego rodzaju sztuki. Przez tak długie lata pozbawiona tego kultu słowa polskiego, piękna języka, dzisiaj sięga po jakieś substytuty, łatwiejsze formy artystyczne narzucane przez ogólnie dziś dostępne mass media. My na pewno nie będziemy się zmieniać, aczkolwiek nam też nie jest obcy łatwiejszy repertuar, folklor ulicy lwowskiej, łatwiejsza poezja czy piosenka. Również potrafimy się z tym uporać. Akcent stawiamy jednak na ważniejsze dla nas tematy. Być może z czasem uda nam się wychować publiczność, która już się zmieniła. Niestety nie jestem w tym względzie optymistą. Ale nie będę też już nic zmieniał w naszym repertuarze. Bo na przykład powrót do Wesela nastąpił nie tylko dlatego, że w ubiegłym roku obchodziliśmy Rok Wyspiańskiego, ale też przez fakt, o którym już wspominałem, że zauważyłem, iż zespół dojrzał do tego, by móc wrócić do przedstawienia, które zostało zrealizowane w 1969 r. i które przez ponad 12 sezonów trwało w repertuarze teatru, aż do 1981 r.! Ciekawostką naszego zespołu jest to, że potrafi przez bardzo długi czas utrzymywać przedstawienia w repertuarze – przykładem jest grana w teatrze przez ponad 15 sezonów Zemsta Fredry, którą zrealizował Walery Bortiakow jako scenograf, reżyser i aktor! Oczywiście zmieniają się wykonawcy, ale spektakl jest eksploatowany. Już na początku przez 10 lat utrzymywana była Panna Maliczewska Zapolskiej, która powstała w 1961 r. To była moja pierwsza próba reżyserska, która skłoniła mnie do podjęcia studiów w szkole teatralnej, by w końcu uporządkować reżyserską drogę. Oczywiście wiem, że reżyserii nie można się nauczyć, ale szkoła pomogła mi zrozumieć wiele aspektów tej pięknej sztuki.

Tadeusz Różewicz w rozmowie ze Zbigniewem  Chrzanowskim we Lwowie. Po lewej W. BortiakowWspomniał pan dramatyczny dla Polski rok 1981, który również rzucił cień na wasz teatr. Czy we wcześniejszej historii teatru były takie zagrożenia, które mogły zniweczyć pracę Hausvatera i pana?
Nie, wcześniej takie zagrożenia nie miały miejsca. Zryw solidarnościowy w Polsce, w warunkach ówcześnie panujących we Lwowie, o mało co nie zredukował działalności teatru. W 1981 r. był ten jedyny raz, kiedy próbowano wmówić, że teatr zajmuje się nie sztuką, a stał się jakąś platformą polityczną. Oczywiście prowokacja spaliła na panewce. Okazało się, że to insynuacja, bzdura! Nikt nie dał się sprowokować. No i jakoś udało się ominąć te burzliwe zakręty, a Wesele było takim punktem, na którym to wszystko się skupiło. Dla niektórych z nas były to czasy bardziej dramatyczne. Wśród nas byli aktorzy będący obywatelami polskimi, którzy studiowali na Politechnice Lwowskiej. Ich po prostu deportowano ze Lwowa. Ja straciłem wówczas pracę w telewizji lwowskiej. Równocześnie z tym otrzymałem zakaz wstępu do teatru. Wtedy podjąłem decyzję o wyjeździe do Polski. Ale po kilku latach wróciłem. Wróciłem już na takich zasadach, że na próby czy na spektakle dojeżdżam do Lwowa. Czuję się więc tak, jakbym nigdy ze Lwowa nie wyjechał. Nie jest to łatwe, ale daje się jeszcze pokochać. Na szczęście był z nami Walery Bortiakow, który podczas mojej nieobecności podjął się kierownictwa i dzięki niemu zespół się utrzymał. A mógł się przecież zupełnie rozpaść. Ba, mało tego! Potrafił w tym czasie doprowadzić do realizacji kilku premier. Wtedy powstała wspominana już Zemsta i Odprawa posłów greckich Jana Kochanowskiego.

Walery Bortiakow to bardzo specyficzna postać. Narodowości rosyjskiej, a z duszy i serca Polak.
Potrafił być bardzo otwarty na kulturę polską już wtedy, kiedy się pojawił w teatrze. Z czasem język polski stał się dla niego na pewno drugim językiem ojczystym. A ponieważ był niesamowicie wrażliwym człowiekiem na piękno, na sztukę, to i kultura polska, i wszystko to, co było z nią związane, szalenie rozszerzyło jego horyzonty. On nigdy nie przestawał być Rosjaninem, my szanowaliśmy jego narodowość i wszystko to, co sobą reprezentował. Z drugiej strony podziwialiśmy go za to, jak głęboko potrafił poznać polską kulturę, do niej się zbliżyć, pokochać ją, bo tego słowa należy tu użyć, bo to była miłość do kultury polskiej. Zmarł w tamtym roku. To wielka strata, tym bardziej że tak nieoczekiwana. Scenografa można znaleźć i namówić do współpracy z nami, ale takiej osobowości jaką był Walery Bortiakow łatwo się nie znajdzie.

Scena w Teatrze Skarbkowskim, na której obchodziliście jubileusz, to chyba pierwsza tak duża scena teatru polskiego we Lwowie w XIX w.
Wcześniej były w innych miejscach sceny teatralne za czasów legendarnych Bogusławskiego i Kamińskiego. Ale ten teatr, który zafundował hrabia Skarbek miastu, naonczas w XIX w., był chyba jednym z największych obiektów teatralnych europejskich. Teatr o ogromnej tradycji. Dla nas ma to ogromne znaczenie, że możemy się pojawić na deskach tego właśnie teatru. Dla mnie osobiście ma to zdarzenie zupełnie inny wymiar. Ja się w tym gmachu urodziłem. Ta scena, przy której po wojnie pracował mój ojciec, był elektrykiem teatralnym, odsłoniła przede mną swe kulisy, właściwie całą magię teatru, od strony nie widowni, a właśnie zaplecza, te wszystkie zakamarki! Być może też było to jedną z przyczyn, że wybrałem taki, a nie inny zawód. Ale to nie jest nasz pierwszy występ na tej scenie, na której obchodziliśmy wspólnie z aktorami ukraińskimi 200-lecie urodzin Aleksandra Fredry. Tam była grana Zemsta w rocznicę jej lwowskiej prapremiery, z udziałem prof. Barbary Lasockiej – znanego fredrologa, która wystąpiła przed publicznością lwowską. W Teatrze Skarbkowskim graliśmy też Kartotekę Tadeusza Różewicza. A teraz będziemy grali komedię Mariana Hemara Dwóch panów B. Dla mnie osobiście ta scena ma też i takie znaczenie, że w 1975 r. odbyła się tam premiera Dam i huzarów Fredry w mojej reżyserii, którą zrealizowałem z ukraińskim teatrem. Ta komedia doczekała się ponad trzystu przedstawień! Była grana do 1981 r. Później wznowiona została w 1988 r. i jeszcze raz zaproszono mnie do realizacji tego przedstawienia. Tak więc są to moje dodatkowe związki z tą sceną i zespołem teatralnym, który tam obecnie pracuje.

Nie są to chyba jedyne teatry, z którymi Pan współpracuje.
Oczywiście. Nie są to za częste kontakty, ale zawsze ciekawe i owocują nowymi przestawieniami. Ostatnio na kameralnej scenie w Teatrze Narodowym im. Iwana Franki w Kijowie zrealizowałem spektakl poświęcony Sarze Bernhardt z Larysą Kadyrową w roli głównej. W roku ubiegłym prezentowała ten monodram w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie. W operze lwowskiej zrealizowałem prapremierę Myrosława Skoryka Mojżesz, opery, która była przygotowana z okazji wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II na Ukrainie i we Lwowie. Naturalnie Ojciec Święty nie miał możliwości obejrzenia tego przedstawienia. Podjechał pod teatr, zatrzymał się, ale nie wysiadł z papamobile. Szereg osób było ­wytypowanych, żeby podejść do Niego i otrzymać papieskie błogosławieństwo. Ja byłem wśród nich, ale dopiero po kilku latach otrzymałem od kogoś z Internetu fotografię, jak stoję tuż przy Papieżu pod lwowskim teatrem. A kiedy Ojciec Święty był w Lubaczowie w 1991 r., wtedy nasz teatr zagrał tam premierę sztuki Karola Wojtyły Przed sklepem jubilera. Otrzymaliśmy od Niego dedykację na naszym plakacie, który chronimy jak relikwię. W czasach, kiedy opuściłem Lwów, byłem związany z Teatrem Polskim w Szczecinie, Teatrem im. Szaniawskiego w Wałbrzychu, Teatrem Współczesnym we Wrocławiu. Ale moje doświadczenia wskazują, że najlepiej czuję się z tym zespołem Polskiego Teatru we Lwowie.

Kończąc rozmowę, na Pana ręce, w imieniu naszej redakcji, składam gratulacje z okazji tak wspaniałego jubileuszu oraz życzenia dalszych sukcesów scenicznych i osobistych! Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę!