Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z o. Hieronimem Warachimem rozmawia Janusz M. Paluch

[1/2010]

Czytając życiorys Ojca, uświadomiłem sobie, że w Sędziszowie Małopolskim, w klasztorze oo. Kapucynów, gdzie teraz rozmawiamy, zaczęła się zakonna i kapłańska posługa Karola Warachima, który przybył tu ze Lwowa. Proszę opowiedzieć o swoim Lwowie...
Dziękuję, że mimo tak fatalnej zimowej pogody dotarł pan do mnie, do Sędziszowa. Rzeczywiście, gdybym ponownie urodzić się miał, to tylko we Lwowie... To najpiękniejsze miejsce na świecie! Ja urodziłem się na przedmieściach Lwowa, w Hołosku Małym, które w 1930 r. z dwiema małymi gminami – Kleparowem i Zamarstynowem, włączone zostały do miasta. Mój adres to: miasto Lwów, ulica Warszawska 133, a urodziłem się 6 września 1916 r. Tam się wychowywałem, uczęszczałem do gimnazjum we Lwowie, a potem wstąpiłem do zakonu Kapucynów. Tu w Sędziszowie odbyłem nowicjat, a po złożeniu ślubów w Krakowie rozpoczęła się moja dalsza edukacja, odtąd brata Hieronima. W tamtych czasach zawsze zmieniano imię, dzisiaj to nieobowiązkowe, ale wówczas było to podkreślenie, że zmienia się człowiek, ze stanu świeckiego zostaje kapłanem, zmienia się jego życie...
Borysław w latach międzywojennych
Kiedy o Lwów walczyły Orlęta, miał ojciec dwa latka, kiedy broniono Lwowa przed nawałą bolszewicką – tylko cztery. Jakie najwcześniejsze wspomnienia wiążą się ze Lwowem?
Oczywiście pozostały mi w pamięci ślady z tamtych lat. Nie wiem, ile miałem latek, ale utkwiło mi w pamięci takie hasło: Polska zmartwychwstała! Zmartwychwstanie zawsze sobie wiązałem z Alleluja, z pisankami, czyli okresem Wielkiej Nocy. Potem, miałem zapewne 4–5 lat, czyli to musiał być czas zakończenia wojny z bolszewikami w 1920 r., pamiętam wielką radość w domu. Kiedy chcieli robić flagi narodowe i nie było czerwonego płótna, to zrobili flagę z bibuły. Pamiętam też uroczystości z okazji 3 Maja! Śpiewaliśmy Witaj, Majowa Jutrzenko. A potem już w szkole uczyliśmy się patriotycznych pieśni: Wszystko, co nasze, Polsce oddamy i innych, których pewnie współczesna młodzież nie pamięta. Chodziłem do męskiego V Gimnazjum na Zamarstynowie, blisko dzielnicy Krakowskiej, gdzie mieszkało najwięcej Żydów. Dlatego też w naszym gimnazjum było więcej Żydów niż Polaków. W mojej, dość przepełnionej klasie, było 22 Polaków – rzymskich katolików, 2 grekokatolików, czyli Ukraińców, a reszta to Żydzi, na klasę liczącą czterdzieści parę osób. Ale my żyliśmy w zgodzie. Oczywiście, jak to chłopaki, czasem się poswarzyliśmy, ale nigdy na tle narodowościowym czy religijnym. Lwów liczył wtedy 360 tys. mieszkańców, z tego było 60% Polaków, 30% Żydów, 10% Ukraińców, Ormian i innych narodowości. Mój ojciec świętej pamięci powiadał do nas taką lwowską gwarą: Dzieci, ta jak ja sobie spamiętuję, tutaj nie było Ukraińców. Tutaj byli Rusini, którzy mówili po rusińsku. Kiedy chodziłem do szkoły, chyba już w trzeciej klasie szkoły powszechnej uczyliśmy się bukw, a potem uczyliśmy się z Uczebnika rusinskoj mowy. Taki był także w gimnazjum w pierwszej i drugiej klasie. A w trzeciej klasie pojawił się Uczebnik ukrainskoj mowy. Dlaczego ta Ukraina tak wtedy właśnie wybuchła we Lwowie? To był chyba rok 1929. We Lwowie była piękna tradycja – Święto Jordana. Święto Trzech Króli – w tradycji cerkiewnej zwane jest Świętem Jordana. Obchodzono je 19 stycznia. Tego dnia z katedry grecko­katolickiej od św. Jura, z katedry rzymsko­katolickiej i z katedry ormiańskiej szły ­procesje do Matki Bożej na placu Mariackim przed kościołem księży Bernardynów. Tam się spotykały te trzy obrządki w zgodzie i przyjaźni. Odbywało się wspólne święcenie wody. Ja nigdy w tym nie uczestniczyłem, bo byłem za mały. Ale ojciec chodził, a także brat i siostra. Przynosili wodę święconą i każdy potem musiał ją, choć trochę, wypić. I właśnie w tamtym roku brat z siostrą wrócili do domu i nie przynieśli wody święconej, bo nacjonaliści ukraińscy zorganizowali narodową manifestację i wtedy ta religijna uroczystość zamieniła się w ukraińską polityczną manifestację. A w tym święcie uczestniczyła przecież większość Rusinów! Doprowadzili do tego, że policja, a nawet wojsko musieli interweniować i użyć siły do doprowadzenia spokoju na ulicach Lwowa. Od tamtej pory nie było już tych wspólnych procesji i wspólnych modlitw.

Skąd się wzięła fascynacja Ojca, czyli Karola, kapucynami?
To, że jestem kapucynem, to też nie przypadek. Kapucyni odwiedzali moich rodziców. Poza tym już w szkole Lolo był wysuwany na czoło! Wielokrotnie deklamowałem wiersze, chociażby z okazji 10. rocznicy obrony Lwowa! Lolo Warachim deklamował piękny wiersz: Tylko mi ciebie mamo, tylko mi Polski żal... – to Orlątko Artura Oppmana. Gdzieś na Kleparowie podczas patriotycznej uroczystości Lolo recytuje:

Ojczyzna moja to ta ziemia droga,
gdziem ujrzał słońce i gdziem poznał Boga.
Gdzie ojciec, bracia i gdzie matka miła
w polskiej mnie mowie pacierza uczyła...
To wiersz Ojczyzna Marii Konopnickiej. Czy dzisiaj dzieci wiedzą jeszcze, kto to była Konopnicka, czy ktoś uczy się jeszcze jej wierszy? I może to było podstawą, że ja się potem na kaznodzieję wyszkoliłem? No i opiekował się mną słynny Kapelan Legionów o. Kosma Lenczowski, który był przecież kapucynem. Był moim katechetą, jeszcze w szkole podstawowej w Małym Hołosku. Potem, w gimnazjum pilnował mnie cały czas. To dzięki jego trosce i Bożej Opatrzności jestem teraz w zakonie. Miałem chyba 8 lat, gdy o. Kosma odwiedzał wszystkich, którzy mogli wspomóc budowę klasztoru na Zamarstynowie. Trzeba pamiętać, że on też miał na imię Karol. Pewnego dnia, było to latem, przyszedł do nas o. Kosma, rozmawiał coś tam z ojcem na temat budowy klasztoru, i nawinął się Lolo. On mnie chwycił za rękę – ja tego nigdy nie zapomnę – i mówi do mojej matki tak: Proszę pani, ja Karolek i on Karolek, ja kapucyn i on będzie kapucynem! No i mama taka zafrasowana mówi: A żeby tak Pan dał! To był człowiek o złotym sercu. Tak też ludzie o nim mówili. Kochany we Lwowie, kochany też w Krakowie, gdzie już został, kiedy od bolszewików się wyzwolił w 1940 r. Przeszedł przez zieloną granicę. W klasztorze krakowskim był do końca życia. Ja go tam czasami odwiedzałem. On się też interesował moją drogą, cieszył się zawsze z każdego mojego sukcesu. Pamiętam ostatnie spotkanie z nim przed śmiercią w 1959 r. Byłem wtedy proboszczem we Wrocławiu. Żegnam się z nim, a on mi mówi: Ty zostaniesz prowincjałem, ale ja już tego nie doczekam! Dwa tygodnie później zmarł na serce, a ja kilka lat później, w 1964 r. zostałem wybrany na stanowisko prowincjała w Krakowie.

Ale przecież klasztor na Zamarstynowie został dość późno zbudowany?
Tak. Klasztor zaczęto budować w 1925 r., a w 1930 r. była konsekracja kościoła. Sam klasztor miał wtedy wybudowane tylko jedno skrzydło, ale zaplanowana była dalsza budowa obiektu i pięknego ogrodu. Przybywało wtedy kleryków, były nawet plany podziału seminarium: we Lwowie miała być filozofia, a w Krakowie teologia. Ale te plany się już nie zrealizowały, bo przyszła wojna. Budowniczym klasztoru na Zamarstynowie był o. Aleksander Chmura. A wcześniej kapucyni mieli stary klasztor na Łyczakowie, a w 1903 r. św. abp. Bilczewski przeniósł kapucynów na Zamarstynów, a ich parafia objęła Małe Hołosko.

Skąd we Lwowie wziął się o. Chmura?
On się urodził w Wólce Tanewskiej koło Niska. Na kapłana został wyświęcony w 1905 r. I wojnę światową przeżywał w klasztorze w Kutkorzu. Potem w latach 1922–25 był gwardianem w Sędziszowie, a ponieważ był człowiekiem z inicjatywą, został przeniesiony do Lwowa, gdzie zaczynała się budowa kościoła na Zamarstynowie. Pamiętam takie rozmowy Aleksandra Chmury z moim ojcem, Lolo sobie siedział gdzieś tam w kąciku, ale przecież słyszał: No, to panie Warachim, ja pana poczęstuję tabaką, a pan przyśle nam konie... No i kichali potem po tej tabace, a Lolo się dziwił, jak to jest?... Przy klasztorze też wybudował dom akcji katolickiej. O. Chmura został aresztowany przez bolszewików w miejscowości Lesienice za Łyczakowem i przepadł bez wieści! Był tam przypadkowo. Wtedy był już w Drohobyczu. Do Lesienic przyjechał do sióstr Benedyktynek, aby zastąpić ich kapelana, który pojechał na urlop. Jak bolszewicy weszli do Lwowa, to wielu ludzi przeżywało tragedie, były natychmiastowe aresztowania. O. Kosma Lenczowski też był aresztowany, ale dzięki ludziom nie udało się sowietom go zamknąć. Wydarli go z ich rąk! Kilkaset osób otoczyło ten dom, gdzie go zatrzymali. Bolszewicy byli osaczeni i tak naciskani, że z wściekłością wepchnęli go w tłum: Majte waszeho boha! On się potem ukrywał przez jakiś czas. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Ale ja wiedziałem, ponieważ nie mieszkałem w klasztorze, a klasztor zapewne był przez bolszewików obserwowany. Tak więc niekiedy go odwiedzałem. Mieszkał u pewnej rodziny oficerskiej, którą potem na Sybir wywieźli. To była piękna willa na ulicy Snopkowskiej. Wówczas on wychodził ze mną na spacery. Przebierał się w jakieś łachmany, przewiązywał oko bandażami, ubierał jakąś wielką czapę.

Wojnę spędził ojciec we Lwowie. Jak wyglądało wtedy życie w tym mieście?
Święcenia kapłańskie otrzymałem w Krakowie 3 września 1939 r. w trybie nieco przyśpieszonym, ponieważ nie miałem jeszcze ukończonych studiów, ale ze względu na wojnę przyśpieszono wyświęcenie nas. Nasza msza prymicyjna odbywała się dosłownie w czasie, kiedy na Kraków spadały niemieckie bomby. Po skończonej liturgii biskup śp. Rospond powiedział: wyświęciliśmy was jak w katakumbach! Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, bo i nasz klasztor w Krakowie na Loretańskiej inaczej niż wtedy wygląda... Swoją prymicyjną mszę odprawiłem 4 września i natychmiast, jeszcze tego samego dnia, rozpocząłem wielką ucieczkę na wschód!

Jak wyglądał ten exodus ojca z Krakowa w 1939 r.? Czym i jak jechaliście?
Gdzie tam jechaliśmy! To była wędrówka najczęściej na piechotę. Już nie pamiętam jak... Wtedy w Krakowie panował taki popłoch, ludzie uciekali z zachodu przed Niemcami w przekonaniu, że front stanie na Wiśle. W czasie tej ucieczki byliśmy przez ludzi bardzo ciepło przyjmowani. To byli Polacy, patrioci! Dzielili się z ludźmi czym tylko mogli! Przypominam sobie, że doszliśmy do jakiejś miejscowości, gdzie Dunajec wpada do Wisły. Tam spotkaliśmy harcerzy, którzy płynęli taką barką z Krakowa do Warszawy. Zabrali nas, trzech kapucynów. Dopłynęliśmy do Tarnobrzega, skąd dotarliśmy do klasztoru w Rozwadowie. A stamtąd przez Lublin dostaliśmy się w okolice Lwowa. Tymi drogami na wschód wędrowało przynajmniej ze 40 kapucynów! Ja szedłem z bratem Kajetanem, pochodzącym ze Lwowa, i bratem Bonawenturą z Bojanowa koło Niska. Bonawentura został w Bojanowie, a ja z Kajetanem wędrowaliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy trzech ojców, tak że przez jakiś czas wędrowaliśmy w piątkę. Trudno dzisiaj opisywać przygody, zmęczenie i strach, ale jedna utkwiła mi w pamięci, bo wtedy – wstyd się przyznać – popełniłem grzech... Spaliśmy gdzieś w stodole. W pobliżu była studnia. Chcieliśmy napić się wody, wyciągamy bańkę, a tam było mleko. Wypiliśmy, skradliśmy to mleko... Do dzisiaj to pamiętam!

Kiedy dotarł ojciec do Lwowa?
Nie od razu udało mi się dostać do Lwowa, bo miasto zostało otoczone przez Niemców. Trwała walka. Polacy bronili swego miasta przed Niemcami! Dotarłem do naszego małego klasztoru w miejscowości Kutkorz, jakieś 60 km na zachód od Lwowa. Tam już było wielu braci. I charakterystyczne – 16 września dotarłem do Kutkorza, a 17 września rano jeden z braci, który pochodził z Kutkorza i nie nocował na strychu klasztoru tak jak my, bo miał pozwolenie na zamieszkanie w rodzinnym domu, przyszedł rano z informacją – są bolszewicy u nas! Odgłosy obrony Lwowa jeszcze dochodziły, potem to wszystko ucichło, nie było też łączności radiowej ani telefonicznej. 23 września Lwów skapitulował, Niemcy wycofali się, a na ich miejsce weszły wojska bolszewickie. To wszystko było ukartowane, musieli to planować dużo wcześniej. Przecież to wszystko jest polityką! Dwa dni później z jednym ze współbraci, również pochodzącym ze Lwowa, ruszyliśmy do naszego rodzinnego miasta. We Lwowie nie mogłem zamieszkać w klasztorze. Był przepełniony. Za zgodą przełożonego zatrzymałem się w domu rodzinnym. Nie wiedzieli, że przybyłem do Lwowa. Wchodzę na podwórko. A tam właśnie mój ojciec, stryj i trzy kobiety – siostra i dwie bratowe, stoją tacy bezradni, zaniepokojeni, i rozmawiają, gdzie to ich Lolo się podziewa, co się z nim dzieje? Tymczasem Lolo zza węgła wychodzi! Jaka była radość! Dla mnie po dzień dzisiejszy to wspomnienie jest tak niezwykłe i wzruszające. Zamieszkałem w rodzinnym domu, ale przez cały czas okupacji sowieckiej przemieszczałem się pod różne adresy. Radzono bowiem, by nie nocować tam, gdzie się jest zameldowanym. Nade mną czuwała opatrzność Boża, jak stwierdzam. Władza sowiecka już w październiku chyba zarządziła rejestrację obywateli. I tylko ci mieli prawo otrzymać paszport, czyli taki dowód osobisty, kto był zameldowany przed 1 września 1939 r. Okazało się, że kiedy ja pojechałem do Sędziszowa Małopolskiego, a potem do Krakowa, nie wymeldowano mnie. I dzięki temu mogłem otrzymać ten ich paszport, dokument uprawniający mnie do przebywania we Lwowie, ale też traktujący mnie i wszystkich Polaków jako obywateli sowieckich! Dla mnie jest to oczywisty dowód opatrzności Bożej!

Polacy musieli chyba być przerażeni i zdezorientowani? Tu walka z Niemcami, a okupant zamiast swastyki ma czerwoną gwiazdę!
Najpierw oczywiście wielkie przerażenie całego polskiego społeczeństwa. Lwów był przepełniony tzw. bieżeńcami. Najwięcej uciekinierów było chyba ze Śląska. Pojawiło się też wielu Żydów, którzy uciekali na wschód. Radziliśmy sobie jak tylko można było. A sowieci rabowali wszystko, co tylko się dało i wywozili wszystkie towary. Dosłownie wszystko! Nawet igły i nici! Patrzyliśmy na ten rabunek ze zdumieniem, ale nic poradzić nie można przecież było. Zaczęła doskwierać bieda. Choć w czasie tej pierwszej okupacji jeszcze nie było najgorzej, bo ludzie coś tam jeszcze mieli, co mogli zamienić na żywność. Kombinowali, bo przecież trzeba było przeżyć! Ale Lwów, jak zawsze w takich trudnych chwilach, nie tracił ducha, nie tracił swego słynnego humoru. Wtedy odbywały się takie obowiązkowe dla wielu mityngi – ja nie chodziłem na nie – podczas których sowieci wychwalali, jak to wyzwalali Polaków z kapitalistycznej niewoli, a po Lwowie już krążył taki wiersz pt. Wyzwoleni:

Wyzwoleni z pańskich knutów,
Pańskich portek, pańskich butów,
Wraz z radiańskich ludów kupą,
Świecim teraz gołą dupą!

Czy znany jest autor tego wierszyka?
Takie wiersze zazwyczaj pisze ulica. Nie mam pewności, ale pierwszy raz ten wiersz usłyszałem z ust o. Serafina Kaszuby. On pisał wiersze. Podejrzewam, że był autorem i tego wierszyka. On potrafił być też dowcipny! A na tych mityngach to wszyscy, Polacy też, musieli śpiewać Międzynarodówkę... Pan wie, co to za pieśń?

Tak, należę jeszcze do tych pokoleń, którym – na szczęście bez większego efektu – usiłowano ją zaszczepić...
No to zna pan tę melodię. Wyglądało to tak, że bolszewicy śpiewali po rosyjsku swoje słowa, a Polacy po polsku niby przetłumaczone słowa Międzynarodówki, których oczywiście bolszewicy nie rozumieli, a brzmiało to tak:

W kajdanach dzisiaj nasze ręce,
Dziś bat nad nami wznosi wróg,
Lecz wkrótce kres już naszej nędzy,
Przed nami wolność, z nami Lwów!
Bój to będzie ostatni, krwawy skończy
się trud,
Gdy Moskal z Żydami opuści miasto
Lwów!

Ale msze święte odprawiliśmy, propaganda bolszewicka przeciw Kościołowi była wielka, jednak generalnie nie przeszkadzali nam w pracy, a my się tym nie przejmowaliśmy. Oczywiście w szkołach religii już nie było. Księża nauczali za to w kościołach. To był czas, w którym bardzo dużo ludzi gromadziło się w kościołach. Modliliśmy się wspólnie długo, jak tylko można było. Gorzej było w styczniu 1940 r., kiedy bolszewicy zaczęli wywozić Polaków na Sybir. To było straszne, bo mrozy były wtedy wielkie, dużo śniegu, a oni aresztowali ludzi nocami. Ładowali do bydlęcych wagonów i wieźli na wschód. Ja wtedy mieszkałem u brata na Kleparowskiej, niedaleko torów kolejowych, to słyszałem, jak te pociągi jadą. Miałem świadomość, że tam wiozą ludzi w nieznane, może na pewną śmierć i nic nie mogłem zrobić! Zanim taki skład ruszał, trzymali ludzi w wagonach na stacji po dwa–trzy dni. Wciąż bowiem dowozili po nocnych aresztowaniach kolejnych więźniów. Dziewczyny, trzy siostry już dorosłe, po 16–17 lat, ugotowały zupę i poszły na dworzec z baniakami, chciały nakarmić tych biednych, cierpiących ludzi. Nie pozwolił bolszewik... Zupę wylał, a na nie się wydarł: ubiegaj, bo strielaju!... Mnie Pan Bóg uchował przed tą wywózką. Wywożono też bieżeńców.

Jak do tego doszło? Uciekinierzy nie byli przecież nigdzie zameldowani i mogli być tylko przypadkowymi więźniami, a przecież bolszewicy wiedzieli, kogo aresztują. To nie były przypadkowe zatrzymania.
I na to znaleziono sposób. Ludzie, którzy uciekli na wschód przed Niemcami, chcieli się teraz z tego raju sowieckiego wydostać i wrócić do swoich rodzinnych domów. Tymczasem już ustanowiono granicę między Niemcami a Związkiem Sowieckim. Niektórzy decydowali się iść przez zieloną granicę – tak też decydowali się kapucyni, ale jeden z nich, o. Roman, zginął podczas przechodzenia przez granicę. Inni mieli nadzieję, że znajdzie się jakieś humanitarne rozwiązanie tego problemu. I tak się też stało... Bolszewicy postanowili ten problem rozwiązać humanitarnie – po swojemu. Otwarto we Lwowie dwa biura, jedno przy ul. Zielonej. I poszła wiadomość, że należy się tam zarejestrować na wyjazd do domu. Ludzie szli, stali w długich kolejkach i zapisywali się. NKWD zapisywało ich dane osobowe i miejsce zamieszkania. A potem, na podstawie tej rejestracji, wywozili tych ludzi na Sybir. Ja w tej chwili przygotowuję artykuł o śp. o. Albinie Janosze, który na Sybir był dwukrotnie skazany! Ja we Lwowie miałem wygodne warunki do przetrwania, ponieważ miałem rodzinę i wielu znajomych. Tak więc zawsze mnie witano radośnie okrzykami: ksiądz Lolo, księże Lolo, niech ksiądz do nas wstąpi, mamy dzisiaj dobre gołąbki. Dało się przetrwać.

Jak sytuacja się zmieniła podczas okupacji niemieckiej?
Przyszedł dzień 21 czerwca 1941 r. Wtedy mieszkałem u brata Janka przy Warszawskiej i nagle nad ranem bomby, artyleria. Wojna! Hitler napadł na Stalina! A kiedy wkroczyli Niemcy, to nie mieliśmy się z czego cieszyć, bo przecież w pierwszych dniach rozstrzelali polskich profesorów wraz z rodzinami! Mieliśmy tylko świadomość, że zmienił się okupant! Dodatkowy niepokój przez pierwszy miesiąc okupacji spowodowany był działaniami Ukraińców. Najpierw były to bestialskie napady na Żydów. Napadali na ich domy, rabowali, zabijali nawet dzieci. W początkach lipca rozeszła się po Lwowie wieść, że Hitler przyjedzie do Lwowa i ogłosi wolną Ukrainę. Gdyby tak się stało, to kto wie, czy losy wojny inaczej by się potoczyły, ale to Pan Bóg przecież rządzi, nie ludzie, choć czasami dopuszcza zło... Tymczasem zamiast Hitlera przyjechał z Krakowa tylko generalny gubernator dr Hans Frank. Miasto udekorowane flagami niemieckimi i sino-żółtymi ukraińskimi, a zjechała się wsja hramada z całej okolicy, bo wszyscy czekali na ogłoszenie wolnej Ukrainy. Tymczasem ogłoszono powołanie Distrikt Galizien włączonego do Generalnej Guberni, a na gubernatora dystryktu mianowano dr. Karla Lascha! Jako język urzędowy obowiązywał niemiecki, a jako dozwolone języki: polski i ukraiński, waluta – Polski Bank Emisyjny – złoty polski. Ich mrzonki spełzły na niczym! W końcu przyszedł rok 1943, te bandy i te napady! Wciąż tak niewiele się o tym pisze i mówi! To było tak okrutne, tak barbarzyńskie mordowanie setek tysięcy ludzi! Niektórym udało się uciec. Na terenie naszej parafii w domu parafialnym i Domu Ludowym w Małym Hołosku umieściliśmy około 100 osób. Pochodzili z okolic Kowla, wystraszeni, niektórzy ranni. Opiekowałem się nimi, odwiedzałem ich. To, co opowiadali, budziło grozę, nie chciało się wierzyć, że ludzie potrafią być tak bezgranicznie okrutni.

Był ksiądz kapelanem AK...
Tak, od 1943 r. Ja miałem tam mnóstwo kolegów ze szkoły powszechnej, gimnazjum. Oni nie czekali, aż ktoś zachęci ich do pracy przeciw okupantowi. Sami zaczęli się organizować. A ja od początku też, jako kapłan, byłem zaangażowany w tę pracę. Byłem kapelanem AK – Inspektorat 2. Północ. Tak więc byłem informowany o sytuacji politycznej w Polsce i na świecie. O tym, że nas Polaków zdradzono, to wiedzieliśmy my, ale społeczeństwo nic na ten temat nie wiedziało. Stany Zjednoczone i Anglia sprzedały Polskę Stalinowi! Teheran, Jałta i Poczdam... To jest hańba dla naszych niby-sprzymierzeńców! Za to, że Polacy na dwóch frontach walczyli, tak haniebnie nas zdradzono! Za to sprzedano nas Stalinowi! W 1944 r. Lwów przygotowywał się do wyzwolenia od Niemców. I w tym momencie pojawia się znowu Boża Opatrzność, która chroni mnie od niechybnej śmierci. W lutym 1944 r. otrzymuję zakonną obidiencję od prowincjała z Krakowa, żeby przenieść się do Sędziszowa. Naczelny kapelan AK udał się do Krakowa, aby mnie zwolnić z tego polecenia, ale trafił na stanowczy upór prowincjała, który stwierdził, że jestem potrzebny w Sędziszowie. I dla mnie okazało się to zbawienne, bo Lwów wyzwoliła Armia Krajowa w czerwcu 1944 r., i gdybym tam był, na pewno bym się ujawnił. Ludzie cieszyli się z odzyskania wolności, śpiewali lwowskie piosenki, w mieście królowały polskie flagi! Szczęście i radość! Chwilowo, bo po trzech dniach pojawia się Armia Czerwona, aresztuje dowództwo i setki żołnierzy AK. Wywożą ich do miejscowości Trzebuska pod Rzeszowem i – są na to dokumenty z archiwum Armii Czerwonej z Kijowa – w obozie, gdzie ich przetrzymywano, wymordowano wszystkich w liczbie ok. tysiąca i zakopano, jak głoszą dokumenty – w dziewięciu rowach 10 m długich, 2 m szerokich, 2 m głębokich, ostatnia warstwa znajduje się 70 cm pod powierzchnią ziemi. Tak dosłownie, skrupulatnie zapisane jest w tych sowieckich dokumentach. Gdybym ja wtedy był we Lwowie, tam w Trzebusku na mnie wyrosłaby sosna! W trzecią niedzielę po 17 września każdego roku odprawiana tam jest msza święta. To jest znak Bożej Opatrzności – sierpień 1944 – ja jestem w Sędziszowie, w Warszawie wybucha powstanie, bolszewicy zatrzy­mali front na Wiśle, czekają, kiedy miasto się wykrwawi, a kilkadziesiąt kilometrów stąd, pod Rzeszowem, mordują moich braci ze Lwowa. I tak się rodziła przyjaźń polsko-radziecka, za którą kilka lat później wyrzucili mnie ze szkoły! Tak więc zostałem uratowany i po dzień dzisiejszy opowiadam o tym, co przeżyłem i co widziałem! Czasem wydaje mi się, że jestem już jednym z nielicznych świadków dramatycznej historii Polaków ze Lwowa i Kresów!

Jak wyglądała działalność ojca w konspiracji?
Trudno mówić o działalności. Przecież to wszystko było zakonspirowane. Nie znaliśmy się wzajemnie. Ja spotykałem swego przełożonego, który był prywatnie moim kolegą, Staszek ps. „Siewierz”. Spotykałem się z nim raz w tygodniu, wtedy opowiadał mi o sytuacji. O jakichś planowanych przedsięwzięciach, w których był przewidziany mój udział. To było czasem przeniesienie broni czy bibuły. Takie akcje jak atak na szpital na Zamarstynowie zdarzały się rzadko. Czasami „Siewierz” przyprowadzał ze sobą młodych żołnierzy, którzy w jego i mojej obecności składali na ten krzyż przysięgę. Ten krzyż idzie ze mną od początku mego kapłaństwa. A „Siewierz” też przez przypadek przeżył aresztowania AK we Lwowie. Nie było go wtedy w mieście. Spotkaliśmy się we Lwowie, kiedy tam w latach 70. pojechałem. Pokazał mi miejsce na ul. Łyczakowskiej, w którym go aresztowali. Podszedł wtedy do niego jeden z jego ludzi, przywitał się z nim, a za nim pojawiło się dwóch z NKWD. Po tym aresztowaniu wrócił do Lwowa po 16 latach zsyłki na Sybir! Staszek już nie żyje. Mam jednak kontakt z jego żoną. Staszek oprowadzał mnie wtedy po Lwowie. Zaprowadził mnie na Cmentarz Orląt. On tam się przytulił w swojej mogile do tego cmentarza... Jest pochowany na cmentarzu Łyczakowskim. Pokazywał mi ten zdewastowany, zasypany śmieciami polski cmentarz. Mówiono, że robili to bolszewicy. Ale to nieprawda! To dzieło Ukraińców!

Czy poznał ojciec późniejszego biskupa o. Rafała Kiernickiego?
Ależ oczywiście. To było podczas mego pobytu we Lwowie w latach 70. Odwiedziłem wtedy pierwszy raz to swoje kochane miasto, spotkałem swoją jedyną już tam kuzynkę Kasię Gindę. Wtedy on nawet dał mi jakiś kielich, żebym mógł odprawić mszę świętą w mieszkaniu. Nie pozwalali wtedy w katedrze odprawiać mszy. Tam właśnie u tej mojej kuzynki. Przychodziło zawsze z 15–20 osób, zazwyczaj sąsiedzi. Ale NKWD wiedziało wszystko. Pewnego dnia odprawiłem mszę u Katarzyny i wróciłem do domu. Za chwilę przychodzi do domu bolszewik i kontroluje, kto w domu, bo myślał, że ja odprawiam mszę świętą! Ale z o. Kiernickim nigdy nie dało się spokojnie porozmawiać, bo on był strasznie zapracowany. Niekiedy przychodziłem do katedry, on mi tylko umożliwiał odprawienie mszy św. w zakrystii, a sam siedział w swym słynnym konfesjonale przy kaplicy Najświętszego Sakramentu. On nie miał czasu na rozmowy, cały czas zapracowany. Tam ich było tylko dwóch księży! Wiem, że wspomagali ich w spowiedziach niektórzy księża greckokatoliccy. Siadali w ławkach i spowiadali. Wtedy Polaków było tam już bardzo mało. Moja kuzynka, która trwała tam do końca, powiedziała mi: To jest wasza wina, że wyjechaliście. Gdybyście tu zostali, Lwów inaczej by wyglądał. Ale ludzie po takich doświadczeniach bali się i kiedy już widzieli, że Polski tam nie będzie, wyjeżdżali. Zresztą jej mąż też wyszedł z domu w czasie bolszewickiej okupacji i nie wrócił.

Co się stało z rodziną ojca?
Mama zmarła jeszcze wojną. Ojciec odszedł w 1943 r. Na szczęście nie doczekał tego exodusu, on by tego nie przeżył. Niemcy zaplanowali wielkie getto we Lwowie, które miało objąć nasz dom, a także klasztor na Zamarstynowie. Już szykowaliśmy się, że trzeba będzie znaleźć jakieś miejsce na przesiedlenie się. Kiedy rozmawialiśmy o tym, to on do mnie mówi: To jak to tak? To ty, ksiądz, mi mówisz, że ja mam ze swojej ojcowizny pójść? Rodzice spoczęli na cmentarzu w Hołosku Małym. Na tym cmentarzu – pisałem o tym artykuł nawet – zostało pochowanych około tysiąca żołnierzy polskich poległych w 1939 r. w obronie Lwowa w walce z Niemcami. Pamiętam wielką mogiłę. Mój brat brał udział w zwożeniu ciał, opowiadał: kładliśmy ich tam jak snopy... Był wstrząśnięty. Trudno z Ukraińcami dojść do jakiejś zgody, żeby tam mogiłę upamiętniającą ich wybudować. Dopóki byli tam Polacy, to zawsze świece świecili, sprzątali tę mogiłę. A teraz wszystko podobno zarosło. Mówią, że rosną na ich grobie kapusta i buraki. Za chwilę nikt już o nich nie będzie pamiętał.

Jest ojciec autorem książki o błogosławionym o. Serafinie Kaszubie.
Serafina pamiętam jeszcze z gimnazjum. Już tam odznaczał się jako nieco inny. Widziałem go też jako ministranta. Ja nie byłem ministrantem, a on służył do mszy na Zamarstynowie. On tak zawsze w kąciku siedział, jakby spodziewał się, że będzie za chwile do czegoś potrzebny. Po złożeniu matury wstąpił do kapucynów, a ja się z nim widywałem w Krakowie. Serafin był już na teologii, a ja kończyłem gimnazjum. Pamiętam jego święcenia, to był taki człowiek zakochany w książkach, zawsze skupiony, trochę inny niż jego koledzy. A potem we Lwowie spotkaliśmy się. On zasadniczo przeznaczony był do Krakowa. A przyjechał do rodziny na wakacje, tam zastała go wojna i bolszewicka okupacja. Spotykaliśmy się na mszach świętych. Miał bardzo pobożnego ojca, dwóch siostrzeńców, którzy służyli mu do mszy. Mieliśmy spore gospodarstwo, brat ojca Kazimierz zginął na wojnie w obronie Warszawy, drugi był internowany w Rumunii, a gospodarkę trzeba było obrobić. Kiedyś Searfin pomagał nam przy żniwach. On się do tego nie nadawał. Nie umiał sobie poradzić z nakładaniem snopków na wóz. Ale nie uchylał się od pracy. Był bardzo sympatyczny. We Lwowie byłem księdzem bezrobotnym. A Serafin mówił, że jest potrzeba pracy, bo księża albo ucie­kali, albo znikali aresztowani i wywożeni na Sybir. Serafin był na Wołyniu i w 1941 r. zaprasza mnie na Wołyń. Ja chętnie zaproszenie przyjąłem, a w czerwcu dostaję od Serafina kartkę, w której pisze, że załatwił w kurii diecezjalnej w Łucku, iż zostałem mianowany proboszczem w miejscowości Janowa Dolina. A do tego dopisek: Czekaj na pismo z kurii. Czekam. Tymczasem Niemcy napadli na Związek Sowiecki. Kolejna wojna, wszystko się pomieszało, nie otrzymałem żadnej wiadomości i oczywiście nie pojechałem. Później dowiaduję się, że Janowa Dolina – to była czysto polska miejscowość – wycięta została przez Ukraińców w pień! Jak tu nie wierzyć w Opatrzność Boską?! Przecież gdybym tam pojechał, dzisiaj nie rozmawialibyśmy...

Spotykaliście się po wojnie, jak on już ciężko chorował...
Serafin przyjechał trzy miesiące po śmierci siostry. Bolszewicy nie chcieli go wypuścić na pogrzeb. Potem został w Polsce na dłużej, bo poważnie chorował. Przebywał w szpitalach i sanatoriach. Leczył się. Ja wtedy odwiedzałem go w szpitalu, rozmawialiśmy. I on potem na moją prośbę pisał notatki, które opracowałem i ukazały się one w formie książkowej. Myślałem nawet, że już zostanie w Polsce, że nie będzie w stanie wyjechać do Związku Sowieckiego. Pojechał, jak tylko lepiej się poczuł.

Czy organizował ojciec dla niego jakąś pomoc?
On nie potrzebował od nas żadnej pomocy. Denerwował się, jeśli czegoś miał za dużo. On był wspomagany przez tamtejszych wiernych i to co miał, wystarczało mu. Był flegmatyczny. Zawsze powtarzał, jeśli ktoś go chciał czymś obdarować: Ta to bez potrzeby...Ta po co oni się starają?

Zabiegi o wyniesienie go na ołtarze to ogrom pracy, jaką ojciec wykonał.
Kiedy on zmarł, bolszewicy nie pozwolili nikomu z Polski, z Krakowa, pojechać na jego pogrzeb. Pochowano go na Cmentarzu Janowskim we Lwowie bardzo szybko, żeby jak najmniej ludzi dowiedziało się o jego pogrzebie. Obawiano się przy tej okazji manifestacji religijnej. Tak więc nie byłem na jego pogrzebie, ale wszyscy uważaliśmy, że to jest tak wielka postać, że zasługuje na to, by rozpocząć proces jego beatyfikacji. Jeździłem wtedy do Wołyniaków i zebrałem ponad 50 zeznań świadków. To potem było dla mnie podstawą do napisania książki. Zostałem mianowany wicepostulatorem do sprawy o. Serafina Kaszuby. Drugim wicepostulatorem był o. Józef Marecki. W Krakowie powołano trybunał pod kierunkiem kardynała Franciszka Macharskiego. Zasadniczo proces powinien się odbywać w tej diecezji, w której o. Serafin zmarł. Ale wówczas we Lwowie było to niemożliwe. Proces został już zamknięty. W tej chwili sprawa jest już daleko posunięta, ostateczny dokument z naszej strony – tzw. positio – jest już na ukończeniu. A w każdy ostatni czwartek miesiąca w Sędziszowie odprawiana jest msza święta w intencji beatyfikacji o. Serafina.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.