Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z dr med. Przemysławem Włodkiem rozmawia Janusz M. Paluch

[2/2011]

Jest Pan lekarzem, a zatem człowiekiem zajętym, nie tylko pracą, ale i studiowaniem medycznych nowinek... Jak pan znajduje czas na realizację swoich zainteresowań?
Kwestia motywacji, Kresy Wschodnie, a szczególnie Lwów, pasjonują mnie od 30 lat. Jak człowiek się czymś pasjonuje, to zawsze czas się znajdzie.

O ile wiem, nie ma Pan żadnych rodzinnych relacji z Kresami, skąd więc to zainteresowanie?
Rzeczywiście, nikt z mojej rodziny, ani ze strony mamy, ani taty, nie pochodził z Kresów. W czasach, kiedy dorastaliśmy, świat był chyba bardziej tajemniczy niż dzisiaj. Stąd wystarczyło wysłuchać kilku tajemniczych opowieści o miejscach istniejących, a powszechnie dla Polaków niedostępnych, by już być zaczarowanym, zainspirowanym… W latach 80. było mi dane spotkać prawdziwych, oryginalnych lwowiaków. Pierwszą osobą, jaką poznałem z kresowych kręgów, była pani Łucja Kotlińska, urodzona w 1911 roku – to ona pierwsza opowiedziała mi o historii tego wspaniałego miasta. Nieco później poznałem maszynistę kolejowego – nazywał się Kazimierz Wójtowicz, prowadził przed wojną pociągi w Małopolsce Wschodniej. Znał doskonale wszystkie stacje od Przemyśla do Stanisławowa i Podwołoczysk. Po wojnie, w Krakowie, pracował jako stolarz. Również on opowiedział mi swoje wspomnienia ze Lwowa. W tamtych czasach oficjalnie nie było dostępnej prawie żadnej literatury na temat Lwowa czy Kresów; trzeba było zbierać informacje od samych lwowiaków. Mając 13 lat zdobyłem kserokopię przedwojennego planu Lwowa. Tydzień później potrafiłem już narysować plan Lwowa z pamięci! Dziś znam Lwów praktycznie „dom po domu”, prawie na pamięć znam numerację wszystkich ulic począwszy od Śródmieścia do rogatek. W latach 80. nie było możliwości, by pojechać do Lwowa. Dlatego też tworzyłem sobie pewne „zamienniki”. Wtedy Przemyśl, skądinąd bardzo piękne przecież miasto, stawał się dla mnie Lwowem, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów – Tarnica, stawał się czarnohorską Howerlą, a dorzecze górnego Sanu – Białym Czeremoszem. Na próżno próbowałem nocą z Połoniny Wetlińskiej lub Skarpy Jaksmanickiej koło Medyki dostrzec choćby światła Lwowa. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że Śródmieście Lwowa leży na dnie kotliny i że dostrzeżenie wież kościołów czy choćby poświaty miejskiej w nocy jest niemożliwe.

Był Pan bardzo aktywnie związany ze Związkiem Harcerstwa Polskiego. Czy to także ma związek z Pana zainteresowaniami Lwowem?
Oczywiście, przecież twórcy polskiego harcerstwa – Olga i Andrzej Małkowscy – mieszkali we Lwowie, na górze św. Jacka. Kamienica przy ul. Krasińskiego 27, w której mieszkali, do dzisiaj istnieje. Nie wiem nawet, czy lwowscy skauci pamiętają o tym. Może rocznica 100-lecia powstania harcerstwa polskiego przypomni im, że to właśnie we Lwowie powstawały pierwsze polskie drużyny harcerskie. O ile wiem, w dniach 20–22 maja we Lwowie mają się odbyć wielkie uroczystości z tej okazji.

Przewodniki Lwów i Wilno – to książki Pana autorstwa wydane przez Wydawnictwo Rewasz. Skąd pomysł na przewodnik po Lwowie? Dlaczego przewodnik, a nie książka poświęcona miastu, może harcerzom albo medycynie we Lwowie?
Książek wspomnieniowych o Lwowie jest już teraz na szczęście pod dostatkiem, natomiast przewodników opisujących cały Lwów brakowało. Te dostępne na rynku opisywały jedynie ścisłe centrum. W moim przewodniku po Lwowie zwracam szczególną uwagę nie tylko na centrum, które jest ważne, ale także, a może nawet przede wszystkim, na miejsca omijane, niestety, przez polskie wycieczki, miejsca leżące daleko poza centrum. Mam na myśli Cytadelę, z której W dzień deszczowy i ponury / Z Cytadeli idą z góry / Szeregami lwowskie dzieci / Idą tułać się po świecie. – jak opowiada znana patriotyczna pieśń, cmentarz na Hołosku, na którym pochowanych jest wielu Polaków, mieszkańców biedniejszych przedmieść, cmentarz Janowski, gdzie znajdują się pierwotne mogiły św. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego – obecnie jego doczesne szczątki złożone zostały w lwowskiej Katedrze, i Sługi Bożego o. Serafina Kaszuby, którego ciało w roku ubiegłym zostało przeniesione do Winnicy do klasztoru oo. Kapucynów. Dużo uwagi poświęciłem lwowskiej piłce nożnej. To przecież także we Lwowie powstały pierwsze polskie kluby sportowe: „Czarni”, „Lechia” i „Pogoń”. Przy okazji chcę wszystkim przekazać radosną informację, że od roku 2008 reaktywowany został Lwowski Klub Sportowy „Pogoń” w oryginalnych barwach niebiesko-czerwonych (barwach Lwowa) i oryginalnej symbolice. Zawodnicy są amatorami, ale prezentują całkiem przyzwoity poziom. Na razie grają w IV lidze ukraińskiej, ale mam nadzieję, że będą awansować coraz wyżej. Aktualnie skład „Pogoni” jest wymieszany: polsko-ukraińsko-rosyjski. Zawodnicy jednak rozumieją się doskonale na boisku, co widać po dobrej grze. Ze Lwowa pochodził bezdyskusyjnie najlepszy trener naszej reprezentacji – Kazimierz Górski. Niestety nie ma już śladów po stadionach tych drużyn. Nie przetrwały też stadiony drużyn „Świteź” czy „Orzeł Biały”. Pozostał natomiast stadion „RKS”, na którym wspomniany Kazimierz Górski jako dziecko zaczynał karierę. W przewodniku pokazuję, gdzie na przedmieściach mieszkali tacy wybitni Polacy, jak reżyser Janusz Majewski (przy Pochyłej) czy aktor Witold Pyrkosz (przy Wuleckiej). Do obu wymienionych postaci mam szczególny sentyment poprzez moje ulubione filmy: „CK Dezerterzy” i „Vabank”. Obu Panów znam osobiście. Lwów był jednak przede wszystkim do roku 1939 centrum polskiej nauki. Tutaj powstawała polska filozofia, matematyka i medycyna. We Lwowie pracował Ludwik Rydygier, pierwszy na świecie chirurg, który dokonał resekcji żołądka. Dotarłem do lwowianki, zamieszkałej przy ul. św. Łazarza 6, która znała osobiście Antoniego Rydygiera, syna Ludwika. Ona i jej siostry nazywały go „wujek Antoś”. Przy każdej wizycie starał się on dzieci rozbawić. Lwów posiadał najlepszy przed II wojną światową wydział filologii polskiej, a w pewnym momencie historii stał się centrum filozofii. Tu urzędowali Kazimierz Twardowski i Roman Ingarden. Dotarłem do lwowiaka, który był w jednym zastępie harcerskim z synem Ingardena. Lwów był także bardzo ważnym ośrodkiem matematyki. Tu przypomnę kawiarnię „Szkocką” przy Akademickiej 25, gdzie spotykali się znani lwowscy matematycy i prowadzili obliczenia na... blatach od stołów. Dotarłem do prof. Zdzisława Żygulskiego jr., który jako dziecko brał udział w tych spotkaniach ze swym ojcem.
We Lwowie spędził dzieciństwo najwybitniejszy polski poeta XX wieku – Zbigniew Herbert. Gdy byłem pierwszy raz we Lwowie, to w pierwszym rzędzie udałem się na Łyczakowską 55 (kamienica po lewej, powyżej kościoła św. Antoniego), by zobaczyć dom, w którym mieszkał. Następnie pobiegłem na róg ulic Janowskiej i Kleparowskiej. Od dziecka chodziła mi po uszach piosenka Tam na rogu na Janowskiej, przy ulicy Kliparowskiej / Tam jest szac urządzenie, eliktryczne oświtlenie / Tam się si schodzi panna Frania i ta spuchła krzywa Mania / Tam szantowców pełna sić, tam si będzie browar pić!, opisująca „elektryczne urządzenie”, które się tam miało znajdować. Nie zastałem ani Mani, ani Frani… I z browarem byłby wtedy problem. Dotarłem też do osób, które brały udział w uwolnieniu polskich więźniów ze szpitala zakaźnego przy Zamarstynowskiej. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem i to bez żadnego wystrzału. Było to wydarzenie porównywalne z warszawską akcją pod Arsenałem, niestety zupełnie dziś nieznane.

Jaką metodę przyjął Pan przystępując do zbierania materiałów do tego dość opasłego bedekera po Lwowie?
Bezwzględnie najlepszym źródłem informacji byli sami lwowiacy, to od nich bezpośrednio czerpałem informacje o mieście, o wydarzeniach związanych z daną ulicą, każdym domem. Potem oczywiście wszystkie fakty weryfikowałem. Wszak pamięć ludzka bywa zawodna. Ale dzięki tej metodzie wiele cennych informacji udało mi się uchronić od całkowitego zapomnienia. Najlepszym miejscem do zbierania informacji o Lwowie są trzy zachodnie miasta Górnego Śląska: Bytom, Zabrze i Gliwice oraz oczywiście stolica Dolnego Śląska – Wrocław. Penetrowałem też Wałbrzych, Jelenią Górę, Kraków, Warszawę i Rzeszów. Za pomocą poczty mailowej dotarłem też do lwowiaków w USA, Wielkiej Brytanii i Australii.

Czy wszystkie zebrane materiały wykorzystał Pan w przewodniku?
Wszystkiego nie dało się pomieścić.

Co Pan zrobi z zebraną wiedzą, a nie wykorzystaną w przewodniku?
Przekażę zapewne którejś z bibliotek albo Instytutowi Lwowskiemu. Przy okazji mam prośbę do wszystkich lwowiaków: opisujcie swe wspomnienia z dzieciństwa, gdzie mieszkaliście, wszelkie historyczne wydarzenia przedwojenne, wojenne i powojenne. Byliście świadkami bolesnych zakrętów historii Polski, warto to wszystko spisać. Wspomnienia przekazujcie mailem: lwow.lviv@interia.pl lub na adres redakcji. Z góry dziękuję!

Jakie ma Pan jeszcze plany dotyczące Kresów?
Mam jedno marzenie – zachęcić tłumy Polaków do wizyty na Kresach Wschodnich. Lwów niezwykle boleśnie przeżywa kryzys gospodarczy. Przemysł ciężki upadł w połowie lat 90. Jedynie masowa turystyka może pozwolić temu najpiękniejszemu miastu świata na wyjście z kryzysu. Cieszę się, że powoli pojawiają się tam Brytyjczycy, Szwedzi, Amerykanie i inne nacje. Wiem, że trasa z Warszawy lub Krakowa do granicy ukraińskiej jest w stanie opłakanym, żadnych obiecanych autostrad nie ma i nieprędko będą, mimo to gorąco zachęcam. Lwów jest miastem magicznym i nietypowym. Jest przepięknie położony na siedmiu wzgórzach, posiada cudowną architekturę. Widok z Kopca Unii Lubelskiej może śmiało konkurować z widokiem z dachu bazyliki św. Piotra w Rzymie. Powoli Lwów ekonomicznie staje na nogi. Co szósty mieszkaniec Lwowa pracuje za granicą na emigracji. Pojawiają się nowoczesne sklepy, bankomat na każdej większej ulicy, eleganckie kawiarnie. I przede wszystkim ludzie – ci są rzeczywiście przyjaźni – tutaj wciąż można doświadczyć wschodniej gościnności.

A może ma Pan jakieś receptury lekarstw kresowych... Taki trochę medyczny byłby koniec naszej rozmowy...
Najlepszym kresowym lekarstwem jest lwowska piosenka, pełna swawoli, poczucia humoru.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Od redakcji: zamiast – zwyczajowo – zdjęcia Rozmówcy, zamieszczamy okładkę Jego doskonałego przewodnika po Lwowie, wydanego w 2006 r. przez Oficynę Wydawniczą „Rewasz”. Pisaliśmy o nim w CL 3/07. Oczekujemy na kolejne wydania!