Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Profesorem Stanisławem Grodziskim rozmawia Janusz M. Paluch

[4/2011]

To nie pierwsze spotkanie z Panem prof. Grodziskim na naszych łamach. Po raz pierwszy prezentowaliśmy w CL artykuł Profesora pt. „Z lwem w herbie” przed piętnastu laty, w numerze 3/1996.

Panie Profesorze, rozmawiamy kilkanaście dni przed wyborami do Sejmu i Senatu. Oczywiście nasza rozmowa będzie daleka od współczesnej polityki, ale bliska parlamentaryzmowi, administrowaniu – wprawdzie nie państwem, bo Galicja nie posiadała pełnej autonomii w ramach ck Austro-Węgier – i, chyba można tak powiedzieć, powstawaniu zaczątków demokracji parlamentarnej. Oczywiście, mówiąc o genezie parlamentaryzmu polskiego, można sięgnąć w odległe dzieje Polski. My zacznijmy może od Charta Leopoldina, która na terenie zaboru austriackiego (jego dzieje opisał Pan, jakże interesująco, m.in. w swej książce W Królestwie Galicji i Lodomerii) chyba dała podstawy parlamentaryzmu?
Kiedy królowie węgierscy w XII i XIII wieku usiłowali przekroczyć Karpaty i zająć Księstwo Halickie, na trwałe im się to nie powiodło. Do swego tytułu włączyli jednak informację, iż są Reges Galiciae et Lodomeriae, czyli królowie Halicza i Włodzimierza. Do tego faktu nawiązali w XVIII wieku Habsburgowie, podkreślając, iż są spadkobiercami praw korony węgierskiej. Stąd teren ten został nazwany Galicją, ale choć nawiązywał do historii Węgier, włączony został nie do Węgier, lecz do Austrii. Galicja nie otrzymała wówczas żadnej autonomii i nawet jeśli utworzono tzw. sejm stanowy, to nie miał on żadnego charakteru władczego, lecz był tylko organem pomocniczym dla administracji terytorialnej. Jednakże gdy w 1790 roku zmarł cesarz Józef II i na tron wstąpił jego następca, cesarz Leopold II, grupa galicyjskich działaczy, wykorzystując tę sytuację, przygotowała projekt konstytucji dla Galicji. Był to ciekawy projekt, trochę zaczerpnięty z pierwszych prac Sejmu Czteroletniego, z literatury francuskiej i niektórych reform józefińskich w Austrii. Był to na pewno jeden z najwcześniejszych projektów konstytucji w Europie, powstał bowiem jeszcze przed uchwaleniem w Rzeczypospolitej Konstytucji 3 Maja. Według autorów projektu, Galicja, co zbliżyłoby ją do Rzeczypospolitej, byłaby jedynym wyodrębnionym obszarem, posiadającym własną konstytucję, w ramach całej monarchii habsburskiej. Nie osiągnęła jednak Charta Leopoldina należnego jej znaczenia, gdyż już w 1792 roku zmarł cesarz Leopold II, a jego następca, Franciszek II był wrogiem reform i myślał o wzmocnieniu absolutyzmu. Tak więc to interesujące dzieło polityków polskich, schowane pod sukno, uległo zapomnieniu.
Aż do okresu Wiosny Ludów Galicja była prowincją zarządzaną w stylu absolutyzmu oświeconego, a od czasów ponapoleońskich – absolutyzmu policyjnego. Podlegała surowemu uciskowi i eksploatacji. Dopiero rewolucja 1848 roku i jej następstwa spowodowały, że Galicja stopniowo uzyskiwała autonomię, bardzo interesującą i wartościową. Wprawdzie wiele reform 1848 roku uległo likwidacji, ale kiedy w 1859 i 1860 roku Austria poniosła groźne klęski na terenie północnych Włoch i utraciła Lombardię, w Wiedniu groziła kolejna rewolucja. Młody jeszcze wówczas cesarz Franciszek Józef I wszedł na drogę konstytucyjną. Z udziałem polskiego polityka, hrabiego Agenora Gołuchowskiego (wcześniej namiestnika Galicji), wydany został tzw. Dyplom Październikowy, norma o charakterze konstytucyjnym, dotycząca władzy ustawodawczej. Władzy centralnej, cesarzowi i parlamentowi wiedeńskiemu, zastrzeżono sprawy ściśle wyliczone: polityki zagranicznej, stałych podatków, armii, floty. Wszystkie pozostałe sprawy przyznano sejmom krajowym monarchii habsburskiej, takim jak czeski, węgierski, chorwacki czy galicyjski.
Koncepcja polityczna Gołuchowskiego polegała więc na tym, iż autonomia poszczególnych krajów, wchodzących w skład monarchii habsburskiej, będzie się rozrastała. Skoro bowiem do kompetencji lokalnych należało wszystko to, co nie zostało przypisane parlamentowi wiedeńskiemu, to wszystkie nowe zagadnienia, które wymagały interwencji ustawodawczej w związku z rozwojem prawa pracy, ubezpieczeń socjalnych, komunikacji, poczty czy wielu innych, przyrastałyby sejmom krajowym, między innymi galicyjskiemu. Bez wydobycia broni autonomia rozwijałaby się w kierunku coraz pełniejszej suwerenności, i tylko korona cesarska łączyłaby te kraje z Wiedniem. Wybiegając myślą naprzód, można powiedzieć, że na takiej samej drodze dominia Imperium Brytyjskiego uzyskiwały w XX wieku suwerenność – i choć królowa Elżbieta II jest monarchinią Kanady czy Australii, nikomu nie przyszłoby do głowy kwestionowanie suwerenności tych państw. Oczywiście, politycy austriaccy w Wiedniu zdawali sobie sprawę z tego, iż koncepcja federacyjna Gołuchowskiego zmierzała do automatycznego ograniczania władzy centralnej. Silna opozycja spowodowała, iż cesarz udzielił dymisji Gołuchowskiemu, a w 1861 r. wydany został nowy akt prawny, tzw. Patent Ludowy, który przyjął koncepcję całkowicie przeciwstawną: ściśle wyliczone zostały kompetencje sejmów krajowych, a wszystkie pozostałe przyznane zostały parlamentowi wiedeńskiemu. Tym samym zahamowano rozwój autonomii poszczególnych krajów, w tym Galicji. Mimo to podkreślić warto, iż Agenor Gołuchowski był jednym z ciekawszych polityków polskich XIX wieku i niesłusznie został zapomniany.

Ten projekt przywodzi na myśl współczesną wspólną Europę, która ma ambicje poszerzania kompetencji parlamentu centralnego, ograniczając zwolna kompetencje państw członkowskich. Może tego nie widać jeszcze wyraźnie, ale…
Na pewno tak, choć była to już kon­cepcja bliższa następcom Gołuchowskiego. Jej też nie można odmówić znaczenia. Monarchia habsburska, na której terenie znajdowało – lepsze lub gorsze – warunki rozwoju blisko dwadzieścia rozmaitych narodowości, może i dziś służyć swymi doświadczeniami ustrojowymi Unii Europejskiej.

Wróćmy jednak do sejmu galicyjskiego...
Obradował on we Lwowie, i jego gmach przetrwał do dziś. Jest to gmach, który w 1918 roku został przejęty przez uniwersytet Jana Kazimierza. Sejm krajowy galicyjski, choć nie zyskał takiego znaczenia, jakie chciał mu zapewnić Gołuchowski, nie był tylko ornamentem politycznym, gdyż miał interesujące kompetencje. Należało doń tzw. ustawodawstwo krajowe, czyli stanowienie norm obowiązujących tylko w Galicji, nadzorował administrację, która szybko się polonizowała. Posiadał też pewne własne fundusze, wprawdzie skromne i zgodnie z ustawodawstwem austriackim przeznaczone na tzw. Landeskultur – kulturę krajową, pod którym to pojęciem pojmowano we Wiedniu kulturę rolną, leśną, hodowlaną i tym podobne dziedziny. Tymczasem we Lwowie sejm galicyjski poszerzył to pojęcie i zaczął się opiekować kulturą sensu stricto, nauką i sztuką. Wiele ze swych skromnych funduszy przeznaczał np. na remonty zabytków – Wawelu, ale też całego szeregu innych pomników sztuki, zwłaszcza sakralnej. Oczywiście na tym tle wybuchały ostre spory, czy nie za wiele pieniędzy przeznacza się na remonty świątyń katolickich, pomijając w Galicji wschodniej świątynie greckokatolickie czy prawosławne. Były to pretensje ze strony środowisk ukraińskich, nie zawsze jednak uzasadnione – nie można powiedzieć, iż doceniano przede wszystkim zabytki położone w zachodniej Galicji, lub też nie doceniano kultury w zakresie literatury i sztuki. Wielu pisarzy i malarzy korzystało wówczas ze skromnych, ale jednak liczących się stypendiów sejmowych, na podstawie których wyjeżdżało się na studia np. do Paryża czy Monachium.

Czy można, w tym przypadku mówić, że Sejm Krajowy forował artystów pochodzenia polskiego? Wydaje mi się, iż artystów rusińskich było znacznie mniej i choć znaleźli swe zasłużone miejsce w historii literatury i sztuki ukraińskiej, to w tamtych czasach nie byli powszechnie znani i doceniani?
Oczywiście mieli Rusini (tak wówczas powszechnie nazywano Ukraińców) tych nazwisk mniej, ale dla sejmu liczył się przede wszystkim dorobek artystyczny – choć i to nie było regułą. Na przykład odmówiono stypendium malarzowi Kazimierzowi Sichulskiemu, nie z powodu pochodzenia, ale dlatego, że rysował złośliwe karykatury. Decydował konserwatyzm, który przejawiał się nie tylko w polityce, ale i w sferze artystycznej. Oczywiście, w związku z tym uczniowie Jana Matejki mieli zielone światło!

Jak wyglądała struktura galicyjskiego sejmu krajowego?
To był bardzo dziwny sejm. Składał się z tzw. wirylistów, zasiadających w nim z racji piastowanych funkcji (arcybiskupi i biskupi trzech katolickich obrządków, rektorzy obydwu uniwersytetów, rektor Politechniki Lwowskiej i prezes Akademii Umiejętności), oraz z posłów pochodzących z wyborów. Były to wybory oparte na systemie kurialnym. Społeczeństwo podzielono na cztery grupy czyli kurie, a mianowicie: kurię wielkiej własności ziemskiej, kurię izb przemysłowo-handlowych, kurię większych miast i wreszcie kurię reszty gmin. Rozdział mandatów był nierówny: w pierwszej kurii, gdzie głosowała arystokracja i ziemianie, wystarczyło pięćdziesiąt do osiemdziesięciu głosów, by wybrać posła, ale w czwartej, gdzie głosowali chłopi, trzeba już było około 8000 głosów. Istotę tego systemu maluje doskonale starcie pomiędzy posłem z kurii czwartej, socjalistą Ignacym Daszyńskim, a posłem z kurii pierwszej, hrabią Wojciechem Dzieduszyckim: Hrabia Dzieduszycki wobec mnie nic nie reprezentuje, bo jego wybrało towarzystwo obiadowe kilkudziesięciu szlachciców, a mnie wybrało dwadzieścia tysięcy obywateli. Podstawą systemu kurialnego była bowiem tak zwana zasada reprezentacji interesów: wiryliści reprezentowali interesy kościoła oraz nauki, zaś posłowie interesy ziemiaństwa, wielkiej burżuazji, inteligencji miejskiej, wreszcie drobnego mieszczaństwa i chłopów. System ten działał na niekorzyść mas chłopskich, drobnomieszczaństwa i proletariatu, a we wschodniej Galicji upośledzał Ukraińców. Nadto wszystkie sejmy krajowe wysyłały do Izby Posłów parlamentu wiedeńskiego swoich przedstawicieli. Czynił to i sejm galicyjski, którego przedstawiciele utworzyli we Wiedniu „Koło Polskie”. Stanowiło ono około 10% ogółu Izby Posłów parlamentu wiedeńskiego, ale było monolitem podporządkowanym swemu kierownictwu i to się liczyło w głosowaniach, gdy ta grupa jakąś sprawę popierała lub jakąś inną zwalczała. Miało to też takie znaczenie, iż z tą grupą polityków polskich poważnie się w Wiedniu liczono. Zawsze kilku z nich zasiadało w rządzie, zdarzało się nawet, iż Polacy bywali premierami rządu austriackiego.

Taki wzorzec przydałby się naszym posłom we współczesnym Parlamencie europejskim...
Nie ma najmniejszej wątpliwości, ale którzby dziś z tych wzorów korzystał? Słowo jednak jeszcze dodam o wirylistach, zasiadających w sejmie z racji piastowanego urzędu. Byli wśród nich dwaj rektorzy uniwersytetów krakowskiego i lwowskiego, a od 1900 roku doszedł jeszcze rektor Politechniki Lwowskiej i prezes Akademii Umiejętności z Krakowa. Tymczasem Akademia Umiejętności, zatwierdzona przez cesarza Franciszka Józefa I w 1872 roku, składała się z członków krajowych, czyli uczonych, z terenu Galicji oraz członków pozakrajowych. Ci pozakrajowi mogli być Polakami z zaboru pruskiego czy rosyjskiego, ale także obcokrajowcami. Oczywiście trudno im było owo członkostwo uzyskać, bo na to musiał się zgodzić car rosyjski lub cesarz niemiecki, ale takie wypadki się zdarzały, i one powodowały, że akademia była reprezentacją całej polskiej nauki. I nagle, kiedy cesarz Franciszek Józef I zdecydował, że prezes Akademii będzie reprezentowany w sejmie galicyjskim, urzędnicy – niestety też i Polacy, nadmiernie lojalni wobec dworu austriackiego – zwrócili uwagę, że przecież może się zdarzyć, iż na walnym zebraniu AU prezesem zostanie wybrany uczony spoza Galicji i zasiądzie w sejmie monarchii austrowęgierskiej. Cesarz odpowiedział spokojnie: nie szkodzi (dobrze wiedział, iż prezesem AU był wówczas hrabia profesor Stanisław Tarnowski, na pewno wobec Wiednia w pełni lojalny).
A propos zasiadania, przypomnę jedną z ówczesnych, anegdot. Wpływowym politykiem galicyjskim był wówczas Franciszek Smolka, wprawdzie przed Wiosną Ludów za swą działalność rewolucyjną skazany na karę śmierci, ale potem objęty amnestią. Obrany został posłem do parlamentu wiedeńskiego, w którym pełnił rozmaite poważne funkcje i nawet przez szereg lat zasiadał na fotelu prezydenta Izby Poselskiej. Franciszek Smolka, kiedy wypadła rocznica trzystulecia Unii Lubelskiej w 1869 roku i było wiadomo, że pod rosyjskim panowaniem jej uczczenie w Lublinie nie wchodziło w grę, zaproponował odbycie uroczystości we Lwowie. On też był inicjatorem usypania kopca Unii Lubelskiej. Smolka był niski, chudy i miał ogromne wąsy. Kiedy w czasie przerw w pracy parlamentu wiedeńskiego przebywał we Lwowie, wówczas stawał do pracy fizycznej, wożąc taczkami ziemię na powstający powoli kopiec. Pewnego razu zatrzymał go przy tym austriacki oficer i zapytał: Wy tu, dobry człowieku, pracujecie? Smolka odstawił taczki i odparł: Tak, ja tu pracuję. Oficer pytał dalej: A czym jesteście w cywilu? Smolka odparł ze spokojem: W cywilu jestem prezydentem Izby Poselskiej parlamentu wiedeńskiego.

Kto zatem mógł zostać posłem galicyjskiego sejmu krajowego i w jaki sposób mógł zostać wybrany?
Oczywiście, przed każdymi wyborami rozwijała się kampania wyborcza. Nie były to wybory powszechne, gdyż były ograniczone cenzusem majątkowym. Nie były równe (skoro w każdej kurii potrzebna była inna liczba głosów, by wybrać posła). Bezpośrednie były one tylko w trzech kuriach – w czwartej, gdzie głosowali chłopi, były to wybory pośrednie. Nie mogły być też tajne, skoro wielu wyborców było analfabetami. Kampania wyborcza zmierzała do tego, by w czwartej kurii chłopi wybierali ziemian lub ludzi z cenzusem wyższego wykształcenia; nie od razu i niełatwo było włościaninowi dotrzeć do poselskiego fotela.
W obrębie ugrupowań politycznych dominowali w Galicji konserwatyści, w zachodniej części kraju nazywani Stańczykami, we wschodniej – Podolakami. Ci ostatni dbali o to, by stan posiadania ziemiaństwa polskiego nie umniejszał się na rzecz Rusinów; z czasem dali oni początek ugrupowaniu narodowych demokratów czyli endeków. Wreszcie rozwijał się w Galicji ruch socjalistyczny oraz ruch ludowy. Z tych szeregów wyszli tacy politycy, jak socjalista – Ignacy Daszyński, czy ludowcy – Wincenty Witos, Jakub Bojko, Jan Stapiński. Zanim ci działacze pojawili się na scenie politycznej, jednym z filarów ruchu ludowego był ksiądz Stanisław Stojałowski, działacz nader zasłużony, ale pod koniec życia ewoluujący w kierunku rusofilstwa i antysemityzmu. Zdarzyło się raz, iż kiedy na sali sejmu galicyjskiego przemawiał ostro przeciw prawu propinacji, podkreślając, iż karczmy prowadzone głównie przez Żydów, rozpijają chłopów, przerwał swą mowę, spojrzał na salę i powiedział: A pan poseł Loewenstein patrzy na mnie, jakby chciał mnie zjeść! Na to poseł Loewenstein odpowiedział z uśmiechem: Religia mi zabrania...
Postacią niezwykle barwną i znaną nie tylko we Lwowie, ale i w Galicji oraz we Wiedniu, był hrabia Wojciech Dzieduszycki, konserwatysta, profesor uniwersytetu, historyk sztuki liczący się w nauce europejskiej. Słynął ze znakomitego dowcipu, nie zawsze jednak cenzuralnego. Znana jest historia, gdy do niego, jako posła, przybyła delegacja nauczycieli oraz nauczycielek, by za jego pośrednictwem rozpocząć starania o wzrost uposażenia pedagogów. Hrabia Dzieduszycki zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnych szans na załatwienie podwyżek i dlatego chciał tę delegację odpowiednio spławić. Przyjął gości wieczorem i wyszedł do nich w pantoflach oraz długiej nocnej koszuli, mówiąc: Przepraszam bardzo państwa, ale muszę udać się do pani hrabiny aby spełnić obowiązek małżeński!

Jak wyglądała ówczesna, ordynacja wyborcza?
Ordynacja kurialna, która uzupełniała wydany w 1861 roku Patent Lutowy, nie spełniająca wymogu ani powszechności, ani równości, obowiązywała do końca XIX wieku, kiedy w roku 1895 powołano do życia piątą kurię, w której głosować mogli ludzie nie posiadający dotychczas praw wyborczych: proletariat i ubożsi włościanie. Dalszy krok w tym kierunku dokonany został w 1907 roku: w wyborach do parlamentu wiedeńskiego zniesiono system kurialny i wprowadzono zasady równości oraz powszechności. Wybory do sejmu krajowego galicyjskiego pozostały jeszcze wyborami kurialnymi, ale i tu podjęto prace nad reformą. Trwały one kilka lat, z udziałem ówczesnego namiestnika Galicji, profesora Michała Bobrzyńskiego. Nową ordynację wyborczą uchwalano w 1914 roku, ale w związku z wybuchem wojny nie udało się na jej podstawie odbyć żadnych wyborów. Można jednak podkreślić, iż to dzieło Bobrzyńskiego zasługiwało na wysoką ocenę: udało mu się dojść do pełnego porozumienia z nacjonalistami ukraińskimi. Kto wie, czy gdyby udało się tę ordynację wyborczą wprowadzić w życie, doszłoby później do krwawych wydarzeń w 1918 roku i późniejszych latach. Niestety, pozostała ona tylko na papierze.

Czy można zatem powiedzieć, że sejm galicyjski oraz parlament wiedeński były szkołą polityczną przyszłego parlamentaryzmu polskiego?
I tak, i nie. Prawdą jest, że z trzech dzielnic Polski, jedynie pod zaborem austriackim Polacy mieli możność uczestniczenia w parlamencie, tak krajowym, jak i centralnym. W tym też zaborze dochodzili do wysokich stanowisk, z premierami rządu włącznie. Nie należy jednak też zapominać, iż była to szkoła polityczna nieuchronnie rozpadającej się monarchii habsburskiej. Czy prowadziła ona do nadmiernego oportunizmu?
Wiadomo, iż koncepcje polityczne galicyjskich konserwatystów wywoływały wiele krytycznych ocen. 10 grudnia 1866 roku sejm galicyjski uchwalił tzw. „adres” do cesarza Franciszka Józefa I, w którym zawarte były słowa: Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy. Kiedy później zarzucano temu „adresowi” nadmierny lojalizm, nie brano pod uwagę faktu, iż słowa te padły w czasie, kiedy w zaborze rosyjskim po upadku powstania styczniowego doszło do niebywałych represji, kiedy w zaborze pruskim rozwijał się Kulturkampf – groźna akcja przeciwko nie tylko polskiej kulturze, ale i przeciw polskości. Jedynym wówczas zaborem, w którym język polski posiadał prawa w szkole, urzędzie i w sądzie, był zabór austriacki. To w Galicji istniały dwa polskie uniwersytety, krakowski i lwowski, w czasie kiedy wileński został zniszczony, warszawski nie mógł się rozwinąć, a i w Poznaniu nie było mowy o powstaniu uniwersytetu polskiego. To cesarz Franciszek Józef I podpisał akt o utworzeniu Akademii Umiejętności w Krakowie w 1872 roku, umożliwiając stworzenie instytucji, która odegrała znaczną rolę w rozwoju nauki i kultury polskiej, nie tylko w Galicji, ale i w Europie. Powstał jednak pewien groźny paradoks: jedyną dzielnicą, w której polska kultura i nauka, miała szerokie możliwości rozwoju, była dzielnica pod względem ekonomicznym stojąca najniżej.

Jak wyglądała struktura administracyjna Galicji?
Tu powiedzieć należy o dwóch etapach. Do Wiosny Ludów Galicja jako tzw. kraj koronny podlegała, w całości władzom wiedeńskim. Na czele tego kraju stał gubernator, powoływany i odwoływany przez cesarza, zawsze był to Austriak lub Niemiec. Podlegały mu jednostki administracyjne zwane cyrkułami. Cała administracja, aż do najniższych stanowisk, była importowana, z krajów austriacko-czeskich; nie związana z miejscowym społeczeństwem, posłusznie wykonywała polecenia rządowe.
Drugi etap rozpoczęła Wiosna Ludów. Na czele Galicji stanął namiestnik, wprawdzie nadal mianowany i odwoływany przez cesarza, ale z jednym wyjątkiem był to już zawsze Polak. W obsadzie tych stanowisk cesarz opierał się na arystokracji i zamożnym ziemiaństwie. Rozpoczął się proces polonizacji administracji, co było niewątpliwą zasługą wspomnianego już wcześniej hrabiego Agenora Gołuchowskiego. Miało to istotne znaczenie dla stosunków panujących w Galicji wschodniej, gdzie pogłębiał się konflikt narodowy. Rusini (tak bowiem wówczas nazywano Ukraińców) nie mieli swojego ziemiaństwa i arystokracji, tak więc pierwsza kuria w sejmie krajowym była kurią polską; Ukraińcy zyskiwali mandaty dopiero w kurii czwartej i z tego tytułu czuli się pokrzywdzeni, zarówno w obrębie sejmu krajowego, jak i w administracji. Wynikało to jednak z przepisów konstytucyjnych, na których treść polscy politycy wpływu nie mieli; Wiedeń prowadził więc w Galicji celowo politykę divide et impera, korzystając z coraz silniejszego konfliktu narodowego. Jednym z przejawów takiej polityki była walka o uniwersytet. Uniwersytet we Lwowie, dawna akademia jezuicka założona przez króla Jana Kazimierza w 1662 roku, runęła w chwili zaboru austriackiego w 1772 roku, także z powodu kasaty zakonu jezuitów. Kiedy ten uniwersytet władze wiedeńskie postanowiły odbudować, była to już uczelnia niemiecka, z niemieckim językiem wykładowym i niemieckimi profesorami. Kiedy w drugiej połowie XIX wieku rozpoczęły się starania o polonizację Uniwersytetu Lwowskiego (wcześniej spolonizowany został Uniwersytet Jagielloński w Krakowie), Rusini zaczęli się przeciwstawiać polonizacji i byli nawet skłonni popierać niemieckich profesorów, utrudniając proces zastępowania ich polskimi profesorami. Bardzo powoli przychodziło im zdobywanie poszczególnych katedr, kiedy jednak ten proces się rozpoczął, żądać poczęli dla siebie odrębnego uniwersytetu we Lwowie. To z kolei napotkało na opór Polaków. Konflikt narodowy przeniósł się na pole nauki i kultury, ten stan trwał do pierwszej wojny światowej i przeniósł się na czasy powojenne.

Na terenie Galicji były przecież inne miasta, gdzie taki uniwersytet można było zorganizować, choć z drugiej strony niewiele z nich mogło być porównywane ze Lwowem. W grę mogły wchodzić Stanisławów, Tarnopol czy Czerniowce – choć to miasto było poza Galicją, stanowiło stolicę Bukowiny…
Uniwersytet w Czerniowcach powstał w bardzo szczególny sposób. Kiedy postępowała polonizacja Uniwersytetu Lwowskiego, grupa niemieckich profesorów ze Lwowa przeniosła się do Czerniowiec, tworząc tam w 1875 roku niemiecki uniwersytet (niebawem na wysokim poziomie naukowym). Tymczasem Ukraińcy domagali się swojego uniwersytetu we Lwowie i inne miasta galicyjskie ich nie interesowały. Było ich jednak naówczas we Lwowie niewielu, w praktyce około 10% ogółu ludności miasta; ze strony polskiej podnoszono argument, iż na polonizację uniwersytetu, godziła się silna kolonia niemiecka, a także i żydowska – Żydzi bowiem stali w większości po stronie polskiej.

Musieli Ukraińcy zdobyć mocne poparcie we Wiedniu, skoro byli w stanie doprowadzić do poważnych dyskusji na ten temat...
Niewątpliwie, bowiem Ukraińcom zależało na własnym uniwersytecie we Lwowie i między innymi powoływali się na przykład Pragi Czeskiej, w której działały wówczas dwa uniwersytety: czeski i niemiecki. Sprawę drugiego uniwersytetu popierali też duchowni grecko-katoliccy, bardzo lojalni wobec Wiednia. A jeśli już o tym mowa: Lwów, jako stolica Galicji, miał też poważne znaczenie w dziedzinie wyznaniowej:
rezydowali w nim trzej arcybiskupi: rzymskokatolicki (podlegały mu wszystkie diecezje rzymskokatolickie w Galicji), grecko-katolicki czyli unicki (podlegały mu galicyjskie diecezje unickie) i ormiańsko-katolicki, który już nie zarządzał odrębnymi diecezjami, ale podlegali mu wpływowi lwowscy Ormianie. Ta pozycja Lwowa jako stolicy trzech wyznań była też zjawiskiem konfliktogennym.

Czy galicyjski sejm krajowy wykorzystywał swe możliwości w pełni? Czy – jak współcześnie – posłowie, skłóceni ze sobą, nie topili ważnych spraw w niekończących się kłótniach i swarach?
Do nader ostrych walk doszło od początku XX wieku na forum parlamentu wiedeńskiego. Natomiast sejm galicyjski, choć też skłócony, pracował wydajnie i miał spore osiągnięcia, a jego dorobek stał na wysokim poziomie merytorycznym. Była już mowa o tym, iż Galicja była z dzielnic polskich dzielnicą najuboższą, tym samym i dochody sejmu krajowego, które stanowiły niewielki procent niektórych podatków ogólno austriackich, były bardzo skromne. Można więc powiedzieć, iż sejm ten miał możliwości polityczne, ale nie miał możliwości gospodarczych.

Końcówka tego sejmu była nijaka. Wybuch pierwszej wojny światowej uniemożliwił oficjalne zamknięcie działalności w chwili upadku monarchii austrowęgierskiej.
Kiedy w 1919 roku postanowiono powołać do życia Sejm Ustawodawczy Rzeczypospolitej, nie były jeszcze ustalone granice państwa polskiego i trudno było określić okręgi wyborcze. Przyjęto jako zasadę, że jednoizbowy Sejm Ustawodawczy będzie się składał z posłów, którzy zostaną wybrani w ramach utworzonych okręgów wyborczych, ale oprócz tego z posłów polskich, którzy działali w parlamentach państw zaborczych. Znaleźli się więc w Sejmie Ustawodawczym Polacy, którzy do 1914 roku zasiadali w parlamencie wiedeńskim, a przez to także w sejmie galicyjskim. Miało to praktyczne znaczenie, bo byli to ludzie, którzy wiedzieli, jak wygląda praca parlamentarna, jak jest zorganizowana od strony kuchni; to swoje doświadczenie byli w stanie ofiarować Sejmowi Ustawodawczemu. Zadbali też i o to, by Sejm Ustawodawczy wydał normę oficjalnie zamykająca działalność sejmu galicyjskiego.

Panie Profesorze, dlaczego to Lwów został stolicą Galicji?
Kiedy w 1772 roku dokonywano zaboru ziem polskich, granica biegła prawym brzegiem Wisły i Kraków (aż do trzeciego zaboru) pozostawał w obrębie Rzeczypospolitej. Władze austriackie, zastanawiając się nad tym, które miasto uczynić stolicą Galicji, brały pod uwagę Lwów i Przemyśl. Lwów, mimo iż bardziej od Wiednia oddalony, był silniejszy gospodarczo i on ostatecznie został wybrany. Natomiast kiedy, w 1795 roku, w ramach trzeciego rozbioru Polski, Austrii przypadły ziemie aż po Pilicę, Wisłę, linię Karczew-Serock i do Bugu, nazwano ten zabór „Galicją Nową” albo „Galicją Zachodnią” i tej właśnie stolicą został Kraków. Kiedy jednak okazało się, iż Kraków, leżący na samym zachodnim krańcu nowej prowincji, nie mógł podołać nowym obowiązkom administracyjnym, stolicą całej Galicji został Lwów. W 1809 roku Kraków włączony został do Księstwa Warszawskiego, a od 1815 roku stał się „Wolnym Miastem” aż do roku 1846. Kiedy jednak po tym roku został włączony do Galicji, a ta otrzymała autonomię, pojawił się w sejmie krajowym projekt, aby sesje sejmowe odbywały się naprzemian we Lwowie i w Krakowie. Ten projekt nawiązywał do czasów Rzeczypospolitej, kiedy w XVII i XVIII wieku sejm zbierał się w Warszawie dla Korony i w Grodnie lub Wilnie dla Litwy. Nie został jednak ten projekt zrealizowany – Lwów pozostał aż do 1918 roku stolicą Galicji i siedzibą jej sejmu.

Najnowsza książka Pana Profesora, która niebawem ma się ukazać, będzie poświęcona Krakowowi. Proszę powiedzieć o niej kilka słów!
Będzie to rzecz poświęcona Wolnemu Miastu Krakowowi (1815–1846), ale niewiele tam będzie o ustroju; chciałbym się skupić na ludziach. Dotychczas za mało zwracano uwagę na fenomen środowiska krakowskiego od końca XVIII wieku, kiedy to ubogie, powoli rozwijające się miasto przyjmowało ludzi ze wszystkich ziem polskich. Tu chronili się starzy powstańcy, jak generałowie Franciszek Paszkowski, Józef Chłopicki czy Jan Skrzynecki. Tu ściągali ludzie nie tylko z Kęt, jak Ambroży Grabowski czy z Myślenic jak Kutrzebowie, ale przybywali z Czech jak Estreicherowie czy Hawełkowie, z Niemiec jak Zollowie czy Helclowie. Ludzie ci w ciągu jednego pokolenia polonizowali się i stawali polskimi patriotami. Kraków, mimo swego ubóstwa, z powodu tradycji stołecznych, a także zespołu zachowanych w mieście i na Wawelu zabytków, miał istotne znaczenie. To tu powstała decyzja, że skoro nie ma już królów polskich, to Wawel zostanie Panteonem polskich bohaterów narodowych. A to, że w 1817 roku sprowadzono prochy księcia Józefa Poniatowskiego, to nie tylko kwestia jego zasług. Było to odczytywane tak, że nie zasłużył na to Stanisław August Poniatowski, ostatni król polski; zresztą nie koronował się on w Krakowie, więc niech spoczywa tam, gdzie go pochowano. Natomiast jego bratanek, polski bohater narodowy – dla niego czeka miejsce na Wawelu. Dwa lata później pochowano na Wawelu Tadeusza Kościuszkę, ostatniego wodza ginącej Rzeczypospolitej. Nie było też później wątpliwości, iż na Wawel sprowadzić należy prochy wieszczów narodowych. Tu, skoro straciła swe znaczenie nazwa „Szkoły Głównej Koronnej”, wprowadzona przez Hugona Kołłątaja, uczelnię tę nazwano Uniwersytetem Jagiellońskim, aby bezpośrednio nawiązać do złotego wieku kultury polskiej. Dzięki ludziom, którzy tu zamieszkiwali, miasto to miało przed sobą wielką przyszłość. Jeśli nie gospodarczą, to w zakresie nauki i kultury. O tym chciałbym w tej książce napisać.

Dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę.