Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Ewą Cieńską-Fedorowicz rozmawia Karol Chlipalski

[1/2012]

Jest Pani blisko spokrewniona z niezwykłymi księżmi: Włodzimierzem i Janem Cieńskimi; z kolei braćmi pani męża byli księża Tadeusz i Aleksander (Ali) Fedorowiczowie. Wszyscy czterej kapłani urodzili się na Kresach, los każdego z nich wystawił na próbę, z której każdy wyszedł zwycięsko, przy okazji zapisując się w historii Polski. Co najmniej dwaj z nich mają szansę trafić na ołtarze.
Porównując tych wszystkich czterech księży, można powiedzieć, że każdy z nich był zupełnie inny, nie wiadomo który większy, który bardziej święty. Każdy z nich był głęboko doświadczony przez życie, ale każdy w inny sposób. I każdy z nich stanął na wysokości zadania. Każdy z nich był całkowicie oddany temu, co robił. Każdy z nich wiedział, po co został księdzem, i tylko to było dla nich ważne.

Na czym te różnice polegały?
Po pierwsze ich losy były inne. Ali był schorowany od dzieciństwa. Chciał zostać księdzem, ale mu mówiono, że się nie nadaje, bo ma takie słabe zdrowie. On tymczasem wbrew wszystkim przeciwnościom został księdzem, zbudował kościół własnymi rękami, jedynie z pomocą siostry Klary. Był najmłodszy z nich wszystkich i miał najkrótsze życie. I cały czas bardzo cierpiał. Ksiądz Tadeusz najgorsze przeżył w czasie wojny. Sam, z własnej inicjatywy pojechał do Kazachstanu, do czego potrzeba było odwagi. Najdłużej cierpiał ksiądz Jaś w Związku Sowieckim, gdzie ustawicznie, całymi latami narażał swoje zdrowie, a nawet życie. Ksiądz Włodzimierz z kolei przeszedł przez Łubiankę, sowieckie okrutne więzienie śledcze, gdzie poddawany był długotrwałym przesłuchaniom i torturom.

Kiedy i przy jakiej okazji poznała Pani księży Włodzimierza i Jana Cieńskich?
Obu księży Cieńskich poznałam w 1938 roku na prymicjach stryja Jasia. Miałam wtedy 14 lat. Było to w Oknie, majątku Cieńskich. W tamtejszym kościele odprawiona została msza św. prymicyjna. Z tej okazji odbył się zjazd rodzinny, na który przybyło wiele osób. Część gości nocowała u rozmaitych krewnych w sąsiednich dworach, których w tych stronach nie brakowało. My nocowaliśmy w sąsiedniej Drohiczówce u stryjostwa Wielowieyskich. Ciocia Anusia była bowiem jedną z licznych sióstr księży Włodzimierza i Jana.
Niewiele pamiętam z tego zjazdu. Byłam ogłuszona gwarem, zmęczona długą mszą świętą prymicyjną odprawianą przez obu braci, a także oglądaniem parku i położonych w nim stawów – oknin, od których zapewne pochodziła nazwa majątku. Wciąż mnie ktoś zagadywał, ściskał, tłumaczył, że jest taką a taką ciotką, stryjem, wujem. Zwróciłam tam uwagę na przystojną młodą parę. Zapytałam mamę, czy to też wujowie. Powiedziała, że to Jerzy i Marylka Fedorowiczowie, ich majątek też się nazywa Okno, że mają dwoje małych dzieci, a jeden z braci Jurka, Tadeusz, też jest księdzem. Kto by wtedy pomyślał, że w niedalekiej przyszłości, w zupełnie innych warunkach, gdy nie będzie już dworów, dostatku i rodzinnych spotkań, w dalekim kraju na wygnaniu jeden z braci nowo poznanego Jerzego zostanie moim mężem? Wcześniej jednak wybuchnie wojna, Jurek wkrótce zginie, odznaczony krzyżem Virtuti Militari, a mój przyszły mąż wyląduje w sowieckiej mordowni.

Jakie były losy Pani znajomości z oboma braćmi Cieńskimi?
Lepiej poznałam ks. Włodzimierza Cieńskiego, który eskortował mnie przez ważny okres mego życia. W sierpniu 1939 Ojciec nasz wyjechał na wojnę z Niemcami i słuch o nim zaginął. W parę tygodni po tym, już po wejściu sowietów, my, czyli mama, moje dwie siostry i ja, uciekłyśmy z Ossowiec, naszego majątku, do piekielnie zatłoczonego uchodźcami Lwowa. Stryj Włodzimierz, który był wtedy proboszczem w kościele św. Marii Magdaleny, cudem znalazł nam mieszkanie. Nawiasem mówiąc, o czym nie mogłyśmy jeszcze wtedy wiedzieć, kapelanem wuja Włodzia był wówczas ks. Tadeusz Fedorowicz.
We Lwowie przez całą zimę chodziłyśmy do szkoły, do Sacré Cœur, która była niedaleko kościoła św. Marii Magdaleny. Widywałyśmy wuja prawie co dzień tak w kościele, jak i na plebanii. Pewnego dnia szkołę zamknięto, siostry uwięziono w suterenach, wejścia pilnował sowiecki wartownik. Tymczasem pojawił się stryj Włodzio z Najświętszym Sakramentem. Z koleżanką więc zagadałyśmy do wartownika, który był zachwycony, że polskie pensjonarki zwróciły na niego uwagę, i tak się rozgadał, że nie zauważył, jak stryj wśliznął się przez małe drzwiczki w klasztornym murze. Po kilku dniach miałyśmy powtórzyć manewr, ale już nie zdążyłyśmy…

Na przeszkodzie stanęła wywózka do Kazachstanu…
Tak. Zanim to nastąpiło, pewnego dnia poszłam z mamą do spowiedzi do kościoła św. Mikołaja. Konfesjonałów było kilka, czekających wielu. Tylko w jednym z konfesjonałów siedział ksiądz, a przed nim pusto. Ruszyłyśmy w tamtą stronę, ale podeszła do nas jakaś pani i szeptem nas uprzedziła, że ten ksiądz to „ksiądz patriota”. „Patriotami” nazywano wówczas księży donosicieli, którzy zbierać informacje nie wahali się w konfesjonałach, więc parafianie przed nimi ostrzegali niewtajemniczonych. Gdy wreszcie udało nam się dostać do księdza, któremu można było zaufać, ten po spowiedzi zasugerował mi, żebym następnym razem poszła do Marii Magdaleny, bo to bliżej mojej szkoły, a poza tym jest tam świetny spowiednik – ks. Cieński. Więc już wtedy ten młody, nowo przybyły na parafię ksiądz był znany i ceniony.
Dwór Cieńskich w Ossowcach, stan przed wojną
Jak rozumiem, następnym razem spotkała Pani ks. Włodzimierza Cieńskiego już w innym miejscu i innych okolicznościach, czyli w Azji Środkowej, gdzie wraz z mamą i dwiema siostrami została Pani wywieziona ze Lwowa.
Tak. Ale, jak się okazało, był obok nas w momencie wywózki. Gdy 13 kwietnia 1940 roku siedziałyśmy przez wiele godzin zamknięte w bydlęcych wagonach na lwowskim dworcu, doszły do nas słuchy, że na peronie był ks. Włodzimierz Cieński i że pobłogosławił nasz pociąg. Dwa lata później dowiedziałyśmy się, że po paru dniach aresztowano go, urządzając w jego mieszkaniu kocioł. W ten kocioł wpadł także między innymi ks. Tadeusz Fedorowicz. Stryj Włodzio znalazł się później na Łubiance, gdzie go poddawano wyszukanym torturom. Zwolniono go z więzienia dopiero po układzie Sikorski–Majski.
Gdy w kwietniu 1942 roku w drodze do armii polskiej dotarłyśmy do Uzbekistanu, stryj Włodzio dowiedział się o naszych losach od spotkanej przypadkowo w pociągu kuzynki Marysi Cieńskiej. Odnalazł nas i ściągnął do głównej kwatery wojska, do Jangi Jul pod Taszkientem. Stryj był wówczas naczelnym kapelanem Armii Polskiej w ZSRS pod dowództwem gen. Andersa. Byłyśmy wtedy skrajnie wyczerpane po wielu miesiącach morderczej pracy na plantacjach bawełny i w kołchozach w Kazachstanie i gdyby nie on, zostałyby nam pewnie ze dwa tygodnie życia. Moja młodsza siostra zmarła z głodu kilka dni wcześniej.
Ks. Włodzimierz Cieński starał się roztoczyć nad nami opiekę, mimo że sam chodził wycieńczony i zmaltretowany okrutnym śledztwem i torturami. Miał wtedy natłok obowiązków, łącznie z wyjazdami w teren w poszukiwaniu takich jak my zagubionych w sowieckich przestrzeniach niewolników. Organizował również transporty dla tych, którym sowieci pozwolili na wyjazd do Iranu. Staczał z odkomenderowanym przez Stalina generałem Żukowem prawdziwe boje o każde prawie dziecko, gdyż sowieci nie chcieli wypuszczać cywilów ze swojego kraju. Gdy odchodził ostatni z tych transportów, a ja leżałam ciężko chora w sowieckim szpitalu, stryj stoczył desperacką batalię z dyrektorem tego szpitala, żeby mnie wypisał. Ten nie chciał, bo uważał, że i tak nie przeżyję transportu. Stryj zorganizował nosze, wyciągnął także moją mamę z innego szpitala, gdzie właśnie wychodziła z tyfusu. Odprawił mszę św. w malutkim przedziale, w którym leżałyśmy z mamą, a gdy pociąg dojechał do granicy, wysiadł i zawrócił, żeby ratować następnych.
Kolejny raz spotkałam stryja Włodzia w Iraku. Pomógł się nam wtedy skontaktować z od lat niewidzianym ojcem. Nie wiem, jak mógł tyle rozmaitych spraw załatwiać na raz. Równocześnie opiekował się byłymi parafianami, swoimi innymi licznymi krewnymi, przyjaciółmi, odnajdywał rodzicom pogubione dzieci i odwrotnie, a przecież jako naczelny kapelan Wojska Polskiego był odpowiedzialny za funkcjonowanie całego duszpasterstwa.

Czy po wojnie zetknęła się Pani jeszcze z ks. Włodzimierzem Cieńskim? Po wojnie zamieszkała Pani w Anglii, a Pani stryj również nie wrócił do Polski.
Tak, w 1951 roku przyjechał do Londynu udzielić nam ślubu. Później, po tym jak wstąpił do trapistów w Normandii, pojechaliśmy z mężem go odwiedzić. Niezbyt mi się tam podobało, było tam jakoś tak smutno, szaro. Po mszy św. w klasztornej kaplicy, gdzie młodzi zakonnicy wykonywali przedziwne nowoczesne utwory na jeszcze bardziej nowoczesnych instrumentach, żegnając się z nami westchnął tylko wskazując wzrokiem kaplicę. Wtedy widziałam go ostatni raz. Nie wiem, czy czuł się tam szczęśliwy i czy w takim właśnie miejscu chciał zakończyć swoje niezmiernie aktywne życie.

Młodszym bratem ks. Włodzimierza był ks. bp Jan Cieński. Czy po prymicjach w 1938 roku, widziała go Pani jeszcze kiedykolwiek?
Nie, pojechałam do Złoczowa dopiero po jego śmierci i byłam na jego grobie.

Czy rodzina w czasach komunistycznych coś wiedziała o jego losach?
My byliśmy w Londynie i, jak pan się domyśla, niewiele o nim wiedzieliśmy. Wiadomo było, że jest w Złoczowie i że żyje, ale nic poza tym. Wtedy z Polski ledwo docierały do nas wiadomości, a co dopiero stamtąd! O tym, że został biskupem, dowiedziałam się dopiero po jego śmierci. Jego krewni w Polsce też nie bardzo wiedzieli, jak mu się tam powodzi. Nie był człowiekiem, który by się użalał nad swoim losem czy lubiłby mówić o sobie. W roku 1991 bodajże, przed samą jego śmiercią, był u niego ksiądz Tadeusz z siostrzeńcami. Opowiadał, że stryj leżał w łóżku, był już bardzo schorowany, ale ich obsztorcował, że się zanadto nim interesują i że on nie chce żadnej pomocy, żadnej opieki. A oni przyjechali nim zachwyceni. Mówili, że zrobił na nich wielkie wrażenie, pomimo że na początek traktował ich surowo. Ks. Tadeusz był podobny, z rezerwą, nie wyrażał swoich uczuć. Chyba oni wszyscy czterej byli powściągliwi, niewylewni, nieskarżący się, wykonujący swoje obowiązki solidnie, rzeczowo, a gdy trzeba pomóc – pierwsi. Nie było u nich żadnej pozy, udawania.

Braćmi pani męża byli księża Tadeusz i Aleksander Fedorowiczowie. Wspomnijmy najpierw starszego z nich – ks. Tadeusza.
Ten to miał najlepiej! Mieszkał tutaj w Laskach, hołubiony przez siostry, obskakiwany, obsługiwany. Wielbicieli miał mnóstwo.
Dom Jana i Ewy Fedorowiczów w Laskach
Jakie były jego losy wojenne?
Wkrótce po nas pod przybranym nazwiskiem wsiadł do pociągu, takiego, którym wywożono ludzi. Nie wiedział, gdzie jedzie. Dojechał na tereny, na których panowała wieczna zmarzlina. Rąbał tam lasy, siedział wielokrotnie w więzieniu, gdzie też go torturowali. Wszystko to jest w jego książce, której ja nie mogłam czytać. Doczytałam do połowy i odłożyłam.

Dlaczego?
Bo gdy Tadzio pisze, jak tam pięknie w tym Kazachstanie było, jacy tam dobrzy ludzie, jacy uprzejmi śledczy go przesłuchiwali, jakie piękne kwiatki tam rosły, to mnie to tak denerwowało, że nie mogłam czytać. Ja wiem, że był to święty człowiek i wszystkim przebaczał, ale po tym, co przeszłam, trudno mi go było zrozumieć. Zresztą większość ze znanych mi Sybiraków tej książki nie mogła strawić. Wszystkim nam się wydaje, że to nie jest możliwe, żeby w tak sielankowy sposób wspominać swój pobyt w sowieckiej niewoli.

Rzeczywiście ks. Tadeusz Fedorowicz rysuje odmienny obraz Kazachstanu niż inni zesłańcy.
Można to wytłumaczyć tak: niech pan sobie wyobrazi jakieś zagubione w głuchym stepie lub tajdze baraki, gdzie wśród Kazachów mieszka garstka Polaków. Są głodni, zmarznięci, odcięci od świata. I nagle zjawia się polski ksiądz. To było dla nich niesłychanym wydarzeniem. No i oczywiście oni tego księdza noszą na rękach, karmią, wożą, wszystkim z nim się dzielą. Zwykle dla Polaków ksiądz jest ważny, a co dopiero tam, na zesłaniu. Więc myślę, że on może troszkę podświadomie na tym korzystał i nic dziwnego, że jego stosunek do tamtejszej rzeczywistości był tak optymistyczny. A może rzeczywiście na śledztwie obchodzili się z nim lepiej? Nie bardzo w to wierzę.

Jak ks. Tadeusz Fedorowicz znalazł się z powrotem w Polsce?
Tadzio wrócił z kościuszkowcami jako ich kapelan. Oni wtedy jeszcze udawali, że szanują księży. Wtedy jeszcze te wszystkie „bieruty” klękały podczas mszy i udawały, że się modlą. No, ale to się szybko skończyło. Ktoś go ostrzegł, że mają na niego oko i wtedy, nie wiem, czy to kardynał Wyszyński, czy kto inny, zaproponował mu, że tu w Laskach będzie się mógł bezpiecznie schronić.
Tadzio, jak wrócił, to oddał się całkowicie młodzieży, gromadził ją wokół siebie. Spowiadał, udzielał ślubów, prowadził na pielgrzymki. Skupiał młodzież w duchu religijnym i ją wychowywał. Zawsze przychodziły do niego tłumy.

Co miał takiego w sobie, że młodzież się do niego garnęła? Miała Pani okazję obserwować go po Pani powrocie do Polski, mieszkając w tym samym miejscu – a mianowicie w Laskach pod Warszawą.
Nie wiem, ja z nim czasem trochę wojowałam (śmiech). Ktoś skrzywdził przybłąkanego psa. A jestem niezmiernie czuła na punkcie zwierząt, dla mnie są one prawie tak ważne jak ludzie, czasem nawet bardziej (śmiech). – Przecież to tylko pies – powiedział Tadzio ku mojemu wielkiemu oburzeniu. Wojowaliśmy także na temat zbrodni ukraińskich. Mówiłam mu, co UPA wyrabiało na naszych terenach, jak było okrutne. Nie wierzył. Potem już nieco zmienił zdanie, gdy dowiedział się o zbrodniach z innych źródeł.

A czy może Pani opowiedzieć o jego znajomości z Karolem Wojtyłą?
Niewiele wiem. Nawet nie wiem, kiedy się poznali, czy w Lublinie, czy gdzie indziej. Nie słyszałam, by Tadzio o tym opowiadał. Wiem, że kardynał Wojtyła przyjeżdżał tu do Lasek jeszcze z Krakowa, ale nie wiem jak często. Ja nigdy go tu niestety nie widziałam. Kardynała Wyszyńskiego widywałam, ale Wojtyły nie. A potem, po wyborze na papieża, Tadzio jeździł regularnie spowiadać go do Rzymu. Zawsze zabierał ze sobą kogoś z rodziny i przyjaciół.

Ksiądz Aleksander Fedorowicz był najmłodszym bratem Pani męża.
Tak. Aleksandra poznałam w 1961 roku, gdy przyjechałam po raz pierwszy po wojnie z Anglii do Polski. Najpierw do Wrocławia. Na drugi dzień w towarzystwie jednego z siostrzeńców pojechałam pociągiem tu do Lasek, bo się musiałam przedstawić mojej teściowej, której nie znałam. Teść już nie żył. Było dla mnie wielkie przeżycie. Bałam się, jakie zrobię wrażenie. To była wielka, potężna i surowa dama. Już podczas naszej rozmowy przyszedł też Ali. Skromniutki, cichutki, nie odzywał się ani słowem, bose nogi. Nie wiedziałam, co myśleć o nim. Potem już go więcej nie widziałam. Gdy w 1975 roku powróciliśmy do Polski na stałe, Ali już nie żył. Ja nic więcej o nim nie mogę powiedzieć, ale tutejsi ludzie ciągle o nim mówią. – Aa, to pani jest bratową księdza Aleksandra. – A ksiądz Aleksander mnie chrzcił. – A ksiądz Aleksander mnie spowiadał. – Ksiądz Aleksander mnie uczył. Wszyscy wspominają go z łezką w oku. Ale tyle o nim książek napisali, że ja się nie czuję kompetentna, żeby o nim mówić. Wiem tylko, ze mieszkał skromniusieńko. Tu w bocznej nawie kościoła w Izabelinie jest taki pokoiczek, zwany gołębnikiem. Wchodzi się po stromych, ciasnych schodkach. W środku jest taka maciupka kliteczka, łóżko, umywalka i nic więcej. On tam mieszkał i jeszcze pijaków podobno nocował, gdy nie mieli gdzie się przespać. Oddawał im skarpetki, a sam chodził boso.

Z tego, co wiem, księża, o których rozmawiamy, nie byli jedynymi członkami swoich rodzin, jacy wybrali stan duchowny.
Rzeczywiście, zakonnicami były przynajmniej jedna siostra Fedorowiczów i jedna siostra Cieńskich. Siostra mojego ojca była u Niepokalanek w Nowym Sączu i tam umarła. A Olga, siostra Federowiczów, najpierw była przez kilka lat we Francji, potem pojechała na misję do Chin. Mieszkała tam, nie wiem, chyba z 10 lat albo więcej, aż do czasów Mao Tse-Tunga, kiedy wraz z całym klasztorem została wyrzucona stamtąd w dramatycznych okolicznościach. Z tego, co słyszałam, przynajmniej jedna z zakonnic ze zgromadzenia, w którym była Olga, zginęła w czasie tej deportacji. Olga wróciła najpierw do Rzymu, a potem do Polski, gdzie umarła.

Czytając pani wspomnienia, zaskoczyło mnie, jak wiele osób ze znanych rodzin ziemiańskich ze wschodu wybierało życie konsekrowane.
Prawda? Dużo ich było! I Czartoryskich, i Dzieduszyckich, i Cieńskich…

A skąd się to brało? Czy z wychowania?
Wszyscy we dworach byli zawsze bardzo religijni. Bardzo się pilnowało przestrzegania norm i zwyczajów religijnych. W każdym dworze była kaplica, oprócz tego, że obok był kościół, zazwyczaj ufundowany przez ten dwór. We wszystkie niedziele i święta jeździło się do kościoła wozem albo saniami. Przed świętami młodzież wraz z dziećmi wiejskimi dekorowała kościół. Dziewczynki zazwyczaj wysyłało się do szkoły klasztornej – najczęściej do Lwowa, do Sacré Cœur albo do Niepokalanek. Chłopców zazwyczaj do kadetów. Ale w każdym razie religia cały czas towarzyszyła życiu ziemian. Ale ja byłam za mała, żeby w tym bardziej świadomie uczestniczyć. Już nie pamiętam szczegółów, byłam mała, kiedy ten świat się skończył.
 
Dziękuję Pani bardzo za rozmowę.