Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Ze Zbigniewem Wawszczakiem rozmawia Janusz M. Paluch

[2/2012]

Poznaliśmy się dzięki Pana książce Tam był nasz dom. Opisuje w niej Pan losy Polaków, których wojna rzuciła w obce im strony. Dlaczego Pan zajął się tym tematem?
Wie pan, dzieciństwo wywiera na człowieka olbrzymi wpływ, rodzi się takie przywiązanie do miejsc, które wraz z upływem czasu stają się magiczne. W czasach PRL nie można było pisać wprost o Kresach. Co najwyżej oględnie, pisząc o historii ludzi, wielkich Polaków, którzy tam, na Kresach, przyszli na świat… Dopiero rok 1989 otworzył możliwości pisania i robienia audycji oraz filmów o Kresach. Pod koniec epoki Gierka, w 1978 r., zwolniono mnie z pracy w rzeszowskiej rozgłośni radiowej. Nie chciałem być piewcą tamtej epoki. Do prasy też nie chciano mnie przyjąć, więc na 12 lat wyleciałem z zawodu dziennikarskiego. Ceną, jaką zapłaciłem, był zawał.
Rozpocząłem jednak wówczas pracę w Rzeszowskim Towarzystwie Kultury. To był rodzaj federacji regionalnych stowarzyszeń kulturalnych. Ja bardzo miło wspominam tamten okres, choć rodzina mniej sympatycznie, bo miałem bardzo kiepskie zarobki. Poznałem społeczników z małych miasteczek i wsi, prawdziwych pasjonatów. Tego rodzaju organizacje nobilitowały niewielkie miejscowości. Społecznikowski ruch nie był mile widziany przez ówczesne władze, powstawał oddolnie, praktycznie poza kontrolą funkcjonariuszy politycznych. A my pracowaliśmy na rzecz podnoszenia kultury na prowincji. Do radia wróciłem dopiero po 1989 r. na zasadach współpracownika. W związku z zawałem byłem rencistą. Wtedy w Rzeszowie powstało też Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, w Polsce zaczęły wychodzić pisma i biuletyny, organizowano pierwsze wystawy pamiątek i fotografii związanych ze Lwowem – pierwszą taką wystawę zorganizowała w Rzeszowie pani Kinga Sapetowa. Wtedy pomyślałem, że może najwyższy czas, by tych ludzi pozbawionych swej małej ojczyzny kresowej, o których nie mówiono, nie pisano, w końcu usatysfakcjonować. Zabrałem się do pracy. Najpierw były to pojedyncze audycje poświęcone najciekawszym postaciom wywodzącym się z Kresów. A kiedy zauważyłem, jaka to ilość materiału, pomyślałem, by połączyć to w pewną całość i stworzyć Magazyn Kresowy. Pozwoliło to na zamieszczanie różnych form dziennikarskich, czy to komentarzy, czy to felietonów, a wszystko przeplatane muzyką i poezją kresową. Pomysł zrodził się w 1994 r. Mimo negatywnych opinii kilku kolegów, którym ta audycja się nie podobała, realizowałem ten program przez 14 lat! Niestety nie udało mi się czasowo rozszerzyć tego magazynu. A byłem już blisko – wiceprezes rzeszowskiego radia Andrzej Kamiński obiecał, że w nowej ramówce czas audycji kresowej zostanie wydłużony. Niestety wkrótce po tej obietnicy przestał być prezesem…
Oczywiście wielu Kresowian znałem wcześniej, choćby znanego nam pana Bolesława Opałka, który pracował w administracji Radia Rzeszów, i wielu innych. Ale dopiero te programy wywołały lawinę znajomości kresowych! Jeździłem po województwie, gdzie na każdym kroku Kresowianie zrzeszali się i chcieli opowiadać o swoich losach, sukcesach i krzywdach. Okres największej popularności audycja miała w latach 2000–2007, kiedy była nadawana regularnie o jednej porze – zawsze w niedzielę o 14.05. Słuchacze pisali do mnie mnóstwo listów, w których komentowali, sprzeczali się ze mną albo podawali jakieś nowe fakty, adresy ludzi, do których wartałoby dotrzeć. W ciągu 14 lat uzbierało się bardzo dużo materiału rozmaitej jakości. Było z czego wybierać do książki. I nadal jest z czego wybierać.

W jaki sposób realizował Pan te programy? Dzisiaj można posłużyć się telefonem, komputerem… W tamtych czasach technologie te nie były jeszcze tak zaawansowane…
Rzeczywiście. Praca dziennikarza radiowego wyglądała wówczas nieco inaczej. Ja musiałem do tych ludzi dotrzeć osobiście. Spotykaliśmy się w ich domach, w otoczeniu, w którym czuli się dobrze i pewnie. Opowiadali, otwierali się przede mną. Pokazywali mi pamiątki rodzinne, których nigdy do studia by nie przywieźli. Między nami nawiązywały się przyjaźnie. To był naprawdę piękny czas! Pisali do mnie listy. Wyszła też sprawa terroru ze strony nacjonalistycznych organizacji ukraińskich OUN-UPA. Kresowianie nie zapomnieli o tym. Poznałem wielu ludzi, którzy z tych rzezi ocaleli, przeżyli straszne rzeczy, którym tylko szczęśliwy przypadek pozwolił się uratować. I ciągle nie mogli i nie mogą zrozumieć, dlaczego ich to spotkało? Mieszkali na Kresach obok Ukraińców, Żydów, Ormian i innych nacji. Wzajemne stosunki były dobre. Wiedziano, że Ukraińcy nie są usatysfakcjonowani tym, że mieszkają w Polsce, ale nikt ich przecież nie mordował. Nikt ich nie wysiedlał. Społeczeństwo polskie nie stworzyło na Kresach organizacji, która stawiałaby sobie za cel eksterminację ludności ukraińskiej. Problem polegał też na tym, że z OUN w żaden sposób nie można było się dogadać, bo oni negowali jakąkolwiek współpracę z Polską. Ukraińcy mieli też inne partie, które miały swych posłów i senatorów. Mieli nawet Marszałka Senatu Mudrija! Była to społeczność politycznie zróżnicowana. Dopiero w czasie wojny, poprzez terror, OUN zaczęła społeczeństwo ukraińskie opanowywać. Młodym Ukraińcom, którzy nie chcieli przystąpić do UPA, groziła nawet śmierć. A przecież nie wszyscy młodzi ludzie palili się do wstępowania do tej organizacji. Kadrą UPA była policja ukraińska, Ukrainische Hilfs­polizei, utworzona przez Niemców i im się wysługująca, a także współpracująca z SS Galizien. To ich rękami Niemcy dokonali holokaustu Żydów kresowych. Na polecenie Providu OUN ta policja z bronią zbiegła do lasu i w taki sposób powstało UPA. Niedawno ukazała się „Kresowa Księga Sprawiedliwych”, której autorem jest Romuald Niedzielko z IPN, opowiadająca o Ukraińcach, którzy zostali zabici za to, że udzielili pomocy Polakom. To jest ważna książka dla oceny naszych wzajemnych stosunków. Nie można bowiem wrzucać do jednego worka wszystkich Ukraińców. Znane są wyroki śmierci wydawane przez UPA na Ukraińców, którzy nie wywiązywali się z obowiązkowych dostaw żywności, odzieży, kożuchów dla UPA. Taka sama kara czekała tych, którzy ośmielili się ich skrytykować. Nie jest odosobniony przypadek ks. Mychajło Telepa z Rogożna w pow. Tarnopol, który podczas nabożeństwa stanowczo potępił mord dokonany przez UPA na Polakach z sąsiedniej wsi Pyszówki. Niebawem został zamordowany z całą rodziną. Znany jest też jeden z wielu takich przypadków z Bieszczadów, gdzie UPA zażądała od Ukraińca, by zabił swą żonę Polkę i dwoje dzieci. Oczywiście on nie mógł tego zrobić. Następna wizyta skończyła się wymordowaniem całej rodziny. To było we wsi Tworylne, pow. leski. Banderowcy za­bili Marię Kucharz z dwojgiem dzieci, śmierć poniosła również ukrywająca ich ukraińska rodzina Gałuszków i dwoje ich dzieci. Teraz, co najbardziej boli i z czym nie możemy się pogodzić, to jest fakt gloryfikacji ruchu nacjonalistycznego na Ukrainie. Czytam w „Wołaniu z Wołynia”, wydawanym przez ks. Józefa Kowalowa, zestawienie miast i miasteczek, które nadały honorowe obywatelstwo Stepanowi Banderze. Toż to istna epidemia! Chyba na palcach jednej ręki można policzyć miasta na Kresach południowo-wschodnich, które jeszcze takiego obywatelstwa Banderze nie nadały. Nie wiem, jak samorządowcy ukraińscy sobie wyobrażają współpracę z Polską w cieniu Bandery? Jak współpracować z ludźmi pragnącymi narzucić nam kult przywódców, których ręce splamione są krwią tysięcy Polaków?!

W Pana pracy dziennikarskiej na Podkarpaciu musiał się Pan zetknąć z problemem „Akcji Wisła”?
Rzeczywiście trudno byłoby nie dotknąć tego problemu rozmawiając z ludźmi mieszkającymi na Podkarpaciu. UPA brutalnie terroryzowała południowo-wschodnie rubieże pojałtańskiej Polski. Próbowali systematycznie, tak jak wcześniej na Kresach, wymordować i wypędzić stąd Polaków, aby stworzyć zalążek nacjonalistycznego państwa ukraińskiego. W powiecie Lubaczów nie ma jednej wsi, w której nie byłoby uprowadzeń, napadów i mordów, dokonywanych na pojedynczych ludziach. Ale i całe wioski terroryzowano. Choćby wieś Rudka. Przyszedł kureń „Żeleźniaka” – to echa rzezi humańskiej, niektórzy przywódcy przyjmowali pseudonimy z powstania hajdamaków w XVIII w. – i spalili wieś, która nie odrodziła się do dzisiaj, wymordowali znaczną część mieszkańców. Takie życie na pograniczu było straszne. Regularne wojsko nie mogło sobie z nimi poradzić. „Upowcy” siedzieli w kryjówkach, doskonale znali góry i nękali wojsko zasadzkami, napadami. Na wioski uderzali wtedy, kiedy nie było wojska. W dzień przychodziło wojsko i rozpytywało o UPA, a w nocy pojawiali się „upowcy” i mordowali. Wiosną 1944 r. większość Polaków z powiatu lubaczowskiego, wszyscy mieszkańcy Lubaczowa i Cieszanowa, musieli opuścić swoje domy. To był słynny exodus Lubaczowian do Muniny pod Jarosław. Wyjechali na wozach konnych z najważniejszym dobytkiem. Jeszcze byli Niemcy. Napór sił banderowskich był wtedy tak ogromny, ponieważ ze wschodu napływały sotnie uciekające przed Rosjanami. Oddziały AK walczyły z nimi na froncie stukilometrowej szerokości. Uciekinierzy do swych domów wrócili dopiero latem. Kto wtedy nie uciekł, nie przeżył. Po wojnie uganianie się za banderowcami kosztowało Polskę ogromne sumy i życie wielu żołnierzy i mieszkańców tych terenów. UPA spustoszyła te i tak biedne gospodarczo tereny, paliła wsie, niszczyła mosty, większe budynki. Można by rzec, że banderowcy zawzięli się np. na Fredrę – w Hoczwi w Bieszczadach zniszczyli dwór wybudowany kiedyś przez ojca Fredry – Jacka, w Surochowie spalili pałacyk, w którym urodził się Aleksander Fredro, a w Dąbrówce Starzeńskiej nad Sanem spalili zamek z XVI w. Starzeńskich, w Horyńcu-Zdroju pałac hr. Ponińskich. Część ludzi opuszczała tamte tereny, sama nie mogąc wytrzymać ciągłego życia w strachu.
Obiektywny ogląd sytuacji wskazuje, że nie było innej możliwości uśmierzenia tej wojny, jak tylko przecięcie więzów łączących oddziały „upowskie” z ludnością cywilną. Mieszkańcy wiosek chcieli czy nie – musieli pomagać banderowcom, inaczej zostaliby zamordowani. Uważam, że niezależnie od tego, jaki byłby rząd, czy komunistyczny, czy londyński, musiałby wówczas podjąć taką decyzję. Proszę pamiętać, że ta dramatyczna sytuacja trwała tam na przestrzeni lat 1944–47. To była decyzja podjęta w obronie integralności Polski pojałtańskiej. Przecież chciano nam kawał tej ziemi oderwać! I jeśli są tacy historycy jak pan Grzegorz Motyka, którzy mówią, że przecież można było ten problem inaczej rozwiązać, to rozmijają się z prawdą. W jaki sposób można było ten problem rozwiązać? Czy należało przez kolejnych kilka lat narażać te tereny na destrukcję, terror i zniszczenia? A przecież operacją „Wisła” kierowali sanacyjni oficerowie, z gen. Mossorem na czele, którzy chyba się zgadzali z jej ideą. Poza tym operacja została przeprowadzona bardzo sprawnie. Przecież tych ludzi nie przesiedlano na puste miejsca. Tak jak sowieci wywozili Polaków, wysadzali w pustym stepie Kazachstanu i kazali ziemianki budować… Oni dostawali na zachodzie poniemieckie domy i gospodarstwa o niebo lepsze niż te, które zostawiali tutaj. Poza tym rząd uruchomił dla nich specjalne bezzwrotne pożyczki na zagospodarowanie się. To oczywiste, przymusowe przesiedlenie dla nikogo nie jest sprawą przyjemną. Zresztą Kresowianie sami wiedzą to najlepiej. Ale przecież gdyby nie było „upowskiej” rebelii, ta ludność by tam została! Kto by ją przesiedlał? W jakim celu?! Przecież taka operacja przesiedleńcza kosztowała mnóstwo pieniędzy. Wymagała zaangażowania państwa. Te cierpienia, na jakie byli narażeni przesiedleni, Ukraińcy zawdzięczają w pierwszej kolejności swoim rodakom z OUN-UPA.

Skąd wywodziła się Pana rodzina?
Gniazdo rodzinne znajduje się w Szczepańcowej pod Krosnem. Tato po wojnie z bolszewikami znalazł pracę i mieszkanie w Bitkowie. Pracował przy wydobywaniu ropy naftowej. Ja się urodziłem w Bitkowie. Tam jest bardzo pięknie. Karpaty mają swój niepowtarzalny urok. Wielkie, dzikie góry, wspaniałe lasy. Te zapamiętane pejzaże karpackie zawsze noszę pod powiekami i w sercu. Tam rozpocząłem edukację. W 1939 r. skończyłem drugą klasę szkoły powszechnej. W szkole uczyliśmy się także języka ruskiego. Po dziś dzień pamiętam taki wierszyk: Ośiń, ośiń, łyść żołtyje / czasto drobnyj doszczyk sije / wele osiń sine chmary / ale za to daje dary… (śmiech). Doskonale rozumieliśmy się z kolegami Ukraińcami i jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, że gdzieś tli się konflikt narodowościowy. Przed samą wojną policja odkryła jakąś zakonspirowaną komórkę ukraińskich nacjonalistów, która gromadziła broń. Ale o tym wiem z opowieści ojca. Ukraińcy, którzy w Bitkowie znaleźli pracę, byli z tego bardzo zadowoleni. W „nafcie” były niezłe zarobki. O tym, co się tam działo później, wiem z relacji córki państwa Głodów, którzy dopiero po wojnie opuścili Bitków i osiedlili się w Zielonej Górze. Udało im się przeżyć napad banderowców na Bitków, a kiedy bolszewicy – już po wojnie – nie chcieli wypuszczać fachowców pracujących przy wydobywaniu ropy, namawiając ich do pozostania, nie dali się zwieść obietnicom, bo już zbyt dobrze znali ten system.

Z Pańskiej książki wiem, że wojna na długo rozdzieliła waszą rodzinę. Właściwie to mama zajmowała się wychowaniem Pana i pańskiej siostry, która zmarła jednak w bardzo młodym wieku.
Moja matka okazała się bardzo silną kobietą. Kiedy wojna rozdzieliła naszą rodzinę, z matką, ze mną i siostrą znaleźliśmy się u rodziny koło Krosna, a ojciec w Bitkowie. Zimą 1940 r. matka postanowiła odwiedzić go. Przeszła przez zamarznięty San, przekraczając nielegalnie granicę. San nazywano wtedy „rzeką wściekłych psów”… Pewna Żydówka z Łodzi przekraczała nielegalnie San, żeby uciec z Generaniej Guberni pod sowiecką okupację. To ona tak nazwała San i tak już pozostało. Czasami zdarzało się, że w czasie przekraczania granicy ludzie ginęli. Mama była jednak tak zdesperowana, że chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jakie jej groziły. Była tam, pod okupacją sowiecką, przez dwa tygodnie. Chciała zobaczyć się z ojcem, wtedy nie wiedziała, że to będzie ich ostatnie spotkanie na długie lata rozłąki. Nikt nie podejrzewał, jak się potoczą losy naszej rodziny. Ja miałem wtedy 10 lat. Ojciec zaangażował się do pracy w konspiracji. Miał doświadczenie wojskowe. Brał przecież udział w kampanii kijowskiej, którą ukończył w stopniu kaprala, a jego dowódca kpt. Rutkowski chciał go skierować do szkoły podoficerskiej, ale ojciec odmówił. W czasie wojny jego komórka organizacyjna zajmowała się przerzucaniem oficerów polskich na Węgry. Karpaty są tam bardzo wysokie i nie było łatwo zwykłemu śmiertelnikowi przekroczyć góry. Trzeba było je znać. Tak więc zbierała się grupa zakonspirowanych uciekinierów, wśród których znajdowali się zazwyczaj oficerowie, łącznicy przenoszący ważne informacje z okupowanych terenów na zachód Europy. W końcu ojciec musiał sam skorzystać z tego szlaku. Bolszewicy wpadli na trop organizacji w Bitkowie. Organizacja miała jednak w tamtejszej milicji swojego człowieka, który uprzedził ojca, że jest na liście do aresztowania. Ojciec natychmiast opuścił mieszkanie. Wszystkie dokumenty, wraz z jakimiś odznaczeniami za wojnę polsko-bolszewicką, książeczkę wojskową, zakopał. Ukrył się u przyjaciół, państwa Głodów. Siedział u nich w piwnicy przez dwa tygodnie, aż zebrała się grupa uciekinierów. Podczas przeprawy na Węgry były przynajmniej dwa niebezpieczne epizody, które mogły się dla wszystkich skończyć tragedią. Raz o mało nie wpadli na patrol pograniczników, dosłownie w ostatniej chwili udało im się skutecznie ukryć. Na Węgrzech zastał mnóstwo Polaków, którzy docierali tam różnymi drogami zarówno z Generalnej Guberni, jak i spod rosyjskiej okupacji. Było mnóstwo młodych chłopaków, którzy chcieli się dostać do polskiego wojska. Ojciec opowiadał, że Polacy zachowywali się na Węgrzech bardzo nieostrożnie, w restauracjach czy barach dyskutowali głośno o tym, co w okupowanej Polsce się dzieje, zapominając o zasadach konspiracji. Ta gadatliwość mogła spowodować potem różne represje. Środowiska uciekinierów penetrowali agenci niemieccy, czekający na Polaków uradowanych, bo udało im się umknąć czy to przed gestapo, czy to przed rosyjskim NKWD!
To był dopiero początek wojny, brak doświadczenia konspiracyjnego. Im się wydawało, że jak uciekli z GG czy ZSRR, to na Węgrzech stawali się wolni! Pamiętajmy, że mówimy o roku 1940. Gdy do Małopolski Wschodniej w 1941 r. weszli Niemcy, ­mieli doskonałe rozeznanie w środowiskach konspiracyjnych. Nie można wykluczyć, że wiele tropów udało im się podjąć również na Węgrzech, infiltrując środowiska polskich uciekinierów. Taką ofiarą był ksiądz Józef Smaczniak, proboszcz z Nadwórnej, którego Niemcy po wybuchu wojny z ZSRR w 1941 r., aresztowali. Udzielał pomocy Żydom, wysyłał paczki do Polaków na Syberii, w końcu u niego na plebanii była skrzynka kontaktowa dla kurierów przerzucających pocztę między okupowaną Polską a Rządem RP na uchodźctwie. Nieco później były te straszne mordy w Stanisławowie. Niemcy aresztowali Polaków, oczywiście nie bez pomocy ukraińskiej policji, według przygotowanej listy. Czy nie mogli jej ustalić właśnie poprzez swych szpiegów na Węgrzech? Ofiarą zbrodni niemieckiej padło wówczas kilkaset osób. To była polska inteligencja. Chociaż w Stanisławowie nie było wyższej uczelni, ale było to duże miasto i miało wiele szkół średnich. Wśród ofiar spoczywających w Czarnym Lesie pod Stanisławowem znalazła się też inteligencja z sąsiednich miasteczek na Pokuciu. Długo nie wiedziano, gdzie spoczywają zamordowani przez Niemców Polacy. Tą eksterminacją osobiście kierował SS-Hauptsturmführer Hans Krüger, który chwalił się podczas przesłuchania aresztowanej w Stanisławowie hrabinie prof. Karolinie Lanckorońskiej, że osobiście kierował eksterminacją profesorów lwowskich. Opowiada ona o tym w swoich wspomnieniach. Był pewien, że hrabina nie przeżyje wojny, dlatego nie bał się o tym do niej mówić.

Wróćmy jednak do Pana ojca, który znalazł się na Węgrzech…
Podobnie jak inni, czekał na sposobność, by iść dalej, do Francji, do polskiego wojska. Zebrała się jakaś grupa i postanowili razem wędrować w kierunku Francji. ­
Obrali jednak dość skomplikowaną marszrutę: najpierw przekraczali rzekę – chyba Drawę – oddzielającą Węgry od Jugosławii, potem przedostali się do Grecji, następnie do Turcji i poprzez Konstantynopol do Palestyny. Tam znalazł się w szeregach Brygady Strzelców Karpackich. Brał udział w początkowej fazie walk pod Tobrukiem. Nie był wtedy już człowiekiem najmłodszym. Nie wiem, czy udałoby mu się przeżyć wojnę, która zbierała przecież ogromne żniwo. Jednak uśmiechnęło się do niego szczęście… Był członkiem PPS-u. Któregoś dnia przyjechał do ich obozu minister opieki społecznej w rządzie gen. Sikorskiego – Jan Stańczyk. Podczas nieoficjalnego spotkania zaproponował ojcu, żeby objął kierownictwo jednego z obozów uchodźców w Palestynie. Tam skończył swą żołnierską epopeję i dzięki temu mogliśmy się po latach spotkać. W Palestynie było mnóstwo Polaków, ludzi różnych zawodów, także pisarzy. Ojciec opowiadał o Władysławie Broniewskim, Anatolu Krakowieckim. Ten drugi już do Polski nie wrócił, a w Londynie wydał bardzo ciekawą książkę o losach Polaków na Syberii. Ojciec dotrwał w Palestynie do końca wojny i zajmował się też likwidacją tego obozu. Polacy wyjeżdżali zazwyczaj do Wielkiej Brytanii.
W tamtym czasie w Palestynie powstała bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ żydowska organizacja rozpoczęła walkę o niepodległy Izrael. To była batalia, w której nie przebierano w środkach. Walczono z Brytyjczykami, którzy tam sprawowali rządy, walczyno z Arabami. Dalszy pobyt w tamtym miejscu stawał się już bardzo niebezpieczny. Wyjechał do Londynu i spędził tam 25 lat. Nie wracał, bo dochodziły słuchy, jak traktowano w Polsce wracających żołnierzy związanych z rządem czy Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Oczywiście byliśmy w kontakcie, ale też bardzo dyskretnie. Ja przecież rozpoczynałem studia w Krakowie i mieliśmy świadomość, że to może mi zaszkodzić w przyjęciu na uczelnię.

Co Pan studiował na UJ?
Historię i dziennikarstwo. Historię wybrałem za namową prof. Henryka Twaroga z Jedlicza, gdzie kończyłem szkołę średnią. To był oficer AK. A ja wybrałem historię średniowiecza, bo to był najbezpieczniejszy kierunek. Moi profesorowie to Jan Dąbrowski, Roman Grodecki, Kazimierz Lepszy, Emanuel Rostworowski, Ludwik Piotrowicz. Nosicieli marksistowskiej idei nie było zbyt wielu. Najsłynniejsza była prof. Bobińska. Do współczesności miałem dystans. Pracowałem w radiu i publikowałem w prasie: w „Nowinach Rzeszowskich” i miesięcznikach „Profile”, „Prometem”. Zajmowałem się szeroko pojmowaną publicystyką kulturalną. W początkach lat sześćdziesiątych w Rzeszowie nie było jeszcze środowiska literackiego, ale byli różni twórcy wywodzący się z tych stron. Nagrywałem z nimi rozmowy, byli to m.in. Wilhelm Mach, Stanisław Piętak, Jan Maria Gisges, Julian Przyboś, Julian Kawalec, Jan Bolesław Ożóg. Zająłem się tą ciekawszą stroną rzeczywistości, wolną od nachalnej polityki.

Kiedy Pana ojciec wrócił do Polski?
Do Polski ojciec przyjechał pierwszy raz pod koniec lat 60., by przekonać się, jak wygląda tutaj sytuacja. Oczywiście nie było już terroru stalinowskiego i stwierdził, że można zacząć myśleć o powolnym powrocie. Był jednak mocno związany ze środowiskiem polonijnym. Najpierw postanowił zabrać tam na kilka lat mamę. Ich powrót przyśpieszyła choroba mamy. Lekarz zaordynował zmianę klimatu. I w 1970 r. razem wrócili do kraju. Ale jego decyzja o powrocie do Polski spotkała się z bardzo chłodnym, wręcz nieprzyjaznym przyjęciem przez znajomych z emigracji. Dochodziło do takich sytuacji, że ludzie, których znał bardzo dobrze, widząc go, przechodzili na drugą stronę ulicy, nie chcieli podawać ręki. Uważali to za zdradę! No cóż, taki był czas. W rezultacie postąpił słusznie, bo mama wróciła w Polsce do zdrowia i przeżyli razem jeszcze wiele lat. Wie pan – bardzo żałuję, że nie spisałem jego barwnych opowieści o tułaczce po Europie i Bliskim Wschodzie.

Czy wróciliście kiedyś do Bitkowa?
Niestety nigdy. To jest dość daleko. W czasach sowieckich było to raczej niemożliwe. Później nie miałem możliwości, bo nigdy nie byłem zmotoryzowany, a i też stan zdrowia nie bardzo pozwalał na dłuższe podróże.
 
Nie tylko rodzice Pana znaleźli się na Kresach…
Pradziadek i dziadek byli kowalami w Szczepańcowej. Na wsi to był ważny fach! Część dzieci zdołała się wykształcić. Jednym z nich był ks. Józef Wawszczak. Był dziekanem w Jaryczowie Nowym pod Lwowem. Byłem u niego na wakacjach w 1938 r. Pamiętam takie błotniste uliczki, mnóstwo ptactwa wodnego, gęsi, kaczki… Pamiętam go jako dobrotliwego, starszego i siwego już mężczyznę. Jego brat – Stanisław Wawszczak był nauczycielem i przez wiele lat pełnił funkcję inspektora szkolnego. Dzieci Stanisława, moi kuzyni, urodzili się na Kresach, ale każde w innym mieście. Ponieważ stryj Stanisław był zwolennikiem Narodowej Demokracji, często popadał w konflikty z aktualnymi władzami i przenosili go ciągle na inne stanowiska. Jego synem też był Stanisław Wawszczak, który poszedł do seminarium duchownego we Lwowie. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1936 r. wysłany został na studia do Rzymu. Po ich ukończeniu ks. dr Stanisław Wawszczak w lipcu 1939 r. wrócił do kraju. Młody ksiądz bez przydziału w chwili wybuchu II wojny światowej… Na szczęście miał stryja ks. Józefa w Jaryczowie Nowym, gdzie na jakiś czas się schronił i pracował jako wikary. Z relacji rodzinnych wiem, że jakiś czas był wikarym we Lwowie w parafii św. Antoniego. W tamtym czasie zapadł na chorobę płuc, do czego przyczynił się panujący we Lwowie głód. W 1945 r. abp Eugeniusz Baziak powołał go na ojca duchowego wyższego seminarium we Lwowie. Jak opowiadał mi ks. Stanisław, abp Baziak nie bardzo kwapił się do opuszczenia Lwowa, bo wydawało mu się, że uda się i ten okres okupacji przetrwać utrzymując strukturę kościoła. W końcu musiał się poddać, ponieważ powiedziano wprost – jeśli nie wyjedzie, wszystkich kleryków wcielą do Armii Czerwonej. Seminarium przeniesiono wtedy do Kalwarii Zebrzydowskiej. Ks. Stanisław pracował tam z seminarzystami przez trzy lata. Jednak choroba płuc rozwinęła się na dobre. Przeszedł operację, odjęto mu jedno płuco i resztę życia spędził w Zakopanem jako kapelan sióstr na Jaszczurówce. Ks. prałat Stanisław Wawszczak zmarł w 1989 r. w wieku 76 lat, a dwa lata temu ukazała się jego biografia napisana przez ks. Jacka Wali­górę, proboszcza parafii w Niżankowicach, tuż za ukraińską granicą.

A co się stało z ks. dziekanem Józefem Wawszczakiem?
Nadszedł 1945 r. Z jednej strony było zagrożenie banderowskie, z drugiej sowieci domagali się, by Polacy opuścili Kresy. Wyjechał wraz z całą parafią pod Wrocław, gdzie po kilku latach zmarł.

Skoro już mówimy o losach członków Pana rodziny, nie można pominąć wojskowych…
To byli oprócz ojca jego bracia. Bronisław był leśniczym w Worochcie. Cudowna miejscowość letniskowa w Karpatach. Jeździliśmy czasem na niedzielę do stryja do leśniczówki. To były wspaniałe chwile! Ale czasem pełne grozy… Mama zbierając w lesie maliny przeraziła się strasznie, bo spotkała się z… niedźwiedziem! Na ­szczęście nic się nie stało. A w 1941 r. przyszli sowieci, kazali się spakować i wywieźli całą jego rodzinę na Syberię. Stryj trafił potem do I Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, był saperem, uczestniczył w inwazji na Normandię. Po wojnie wrócił do Polski. Jego rodzina z Syberii trafiła do obozów w Afryce, gdzie też przeżyła wojnę. Najmłodszy z braci ojca – Tadeusz, też przez Syberię, trafił do Armii Andersa i przeszedł z nią bojowy szlak aż pod Bolonię. On też wrócił do Polski i spośród rodzeństwa zmarł najwcześniej. Synem Tadeusza, który wziął udział w bitwie pod Monte Casino, jest Mieczysław Wawszczak, człowiek bardzo energiczny, policjant, z przyczyn zdrowotnych rencista. Od lat gromadzi materiały, dokumenty i zdjęcia rodziny Wawszczaków, wywodzących się ze Szczepańcowej koło Krosna, na zachodniej granicy dawnego województwa ruskiego. Nawiązał kontakty z członkami rodziny rozrzuconymi w różnych częściach kraju, m.in. w Zabrzu, Wrocławiu, Bytomiu, Krakowie. Nie udało mu się dotrzeć do potomków Franciszka Wawszczaka, nauczyciela w Poznaniu. Jesienią 1939 r., po zajęciu Wielkopolski przez III Rzeszę aresztowany, znalazł się wśród ponad 20 tysięcy polskiej inteligencji zamordowanej przez hitlerowców. Mieczysławowi marzy się zorganizowanie zjazdu rodu Wawszczaków – oby mu się udało. Zawodowym wojskowym był kuzyn ojca kpt. Ignacy Wawszczak, oficer piechoty, który stał się zapalonym „baloniarzem”. Sportowa pasja dała mu wiele satysfakcji. Wraz z partnerem Antonim Januszem zajęli w 1935 r. II miejsce w Międzynarodowych Zawodach Balonowych o puchar Gordon Benetta. Jego dalsze ewentualne sukcesy przerwała śmierć w nurtach Wisły pod Toruniem podczas
wycieczki kajakowej.

Pana książka Tam był nasz dom. Wspomnienia Kresowian, edytowanej przez rzeszowskie Wydawnictwo Carpatia w 2010 r., spotkała się dużym zainteresowaniem czytelników. Nakład tysiąca egzemplarzy rozszedł się w całości. Czy myśli Pan o kontynuacji i drugiej części tej publikacji?
Kończę pracę nad drugim tomem tej książki, której pierwszą część opatrzył pan życzliwym wstępem, powinna ukazać się latem 2012 r. Wykorzystuję materiały, które zgromadziłem w okresie czternastu lat (1994–2008), kiedy w rozgłośni regionalnej „Polskie Radio Rzeszów” redagowałem wykreowaną przez siebie audycję cykliczną „Kresy, krajobraz serdeczny. Radiowy program publicystyczny poświęcony dawnym Ziemiom Wschodnim Rzeczypospolitej”. Ukazało się 514 odcinków tego programu. Wielu czytelników mej książki to dawni słuchacze audycji. Korzystając z okazji – gorąco dziękuję im za lata bliskiej współpracy i zainteresowanie, jakim obdarzyli książkę.

Właściwie dlaczego musiał Pan drugi raz odejść z radia?
Myślę, że już nie warto o tym mówić. Zawsze są ludzie, którzy bardzo gorliwie wypełniają jakieś zalecenia, wskazówki. Sądzę, że częściowe skrócenie emisji mojego magazynu, który na szczęście nie upadł, bo inicjatywę przejęli inni ludzie, i poświęcony Kresom magazyn jest nadal wydawany, wynikało z obawy, że ja poddaję w sposób dosyć radykalny krytyce działalność nacjonalistycznych organizacji ukraińskich. Zgodnie z prawdą przecież! Jak mógłbym spojrzeć w oczy Kresowianom, gdybym próbował coś fałszować czy kłamać, jak to często się w naszej rzeczywistości zdarzało i nadal niestety zdarza.

Dziękuję Panu za rozmowę.