Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Romaną Żukową rozmawia Janusz M. Paluch

[3/2012]

Dlaczego Pani rodzina nie wyjechała po II wojnie światowej ze Lwowa?
Jestem ze Lwowa, ze Słonecznej na Zamarstynowie. Chcieliśmy wyjechać, ale jak to w życiu bywa, wszystko się pokomplikowało. Ojciec, Stanisław Kozłowski, pracował w restauracji. I jak przyszli ruscy, to chcieli, żeby on zajmował się donoszeniem. Twierdzili, że jest między ludźmi, słyszy, co mówią, i że taki człowiek by się im przydał. Ojciec się nie zgodził, został aresztowany na parę miesięcy. W końcu zwolnili go, ale pod warunkiem, że podejmie współpracę. Wtedy cała rodzina zdecydowała się na opuszczenie Lwowa, ale ojciec musiał to zrobić natychmiast. We Wrocławiu znalazł pracę i mieszkanie. Mama, starsza siostra i ja zostałyśmy we Lwowie. Mama likwidowała mieszkanie, sprzedawała, co się dało sprzedać, inne przedmioty rozdawała. Niebezpieczeństwo nie mijało, a nasz wyjazd się wciąż odciągał. Tuż po wojnie NKWD często chodziło po domach i sprawdzało paszporty mieszkańców. Mama strasznie się bała, że będą szukać ojca, jego nie znajdą, a nas wywiozą na Sybir. Dozorcą w naszej kamienicy był Ukrainiec, który miał żonę Polkę. Trzy razy ostrzegał mamę, że będą kontrolować naszą kamienicę. Zamykałyśmy się w mieszkaniu, a dozorca z zewnątrz zamykał nas jeszcze na kłódkę. Dzięki tej kłódce nasza nieobecność nie wzbudzała podejrzeń. Jednak za trzecim razem nie ukrywali zdziwienia, że znowu nas nie ma w domu. Wtedy dozorca powiedział im, że mieszka tu stara i biedna kobieta z dwiema córkami, opuszczona przez męża, i ciągle z dziećmi siedzi u rodziny na wsi, bo tam ją nakarmią, a do miasta rzadko przyjeżdża. Obok nas mieszkała rodzina ukraińska. Podobno byli podejrzani o związki z banderowcami i podczas takiej kontroli zostali wywiezieni. A nas, być może, uratował od Sybiru ten ukraiński dozorca. Mama bała się wyruszyć sama. Od sióstr ojca dochodziły niepokojące wiadomości o stanie zdrowia taty. On cały czas chorował. Kiedy w końcu zdecydowała się na wyjazd, stan ojca się pogorszył i zmarł na zapalenie płuc u siostry w Zielonej Górze. Tam został pochowany. To był 1950 r. Wtedy mama podjęła decyzję, że zostajemy we Lwowie. Nie odważyła się na wyjazd w nieznane. Wszystko trzeba było odkręcać! Na nasze mieszkanie już był wypisany przydział. To nie było rewelacyjne mieszkanie, ale ruskich było we Lwowie tyle, że na każde mieszkanie było wtedy wielu chętnych. Chciał tam mieszkać jakiś rosyjski wojskowy, a kierowniczka „domouprawy”, Żydówka, już sobie nawet przydział na to nasze mieszkanie wypisała. Mama wpadła w rozpacz, bo mogliśmy za chwilę znaleźć się na ulicy bez dachu nad głową. W naszej kamienicy mieszkał też rosyjski pułkownik. Mama zaznajomiła się z jego żoną. Któregoś dnia siedziała przed naszym mieszkaniem na spakowanym kufrze i płakała, tak strasznie płakała. I ten pułkownik zainteresował się nią, zapytał, co się stało? Kiedy mama opowiedziała mu naszą historię, obiecał, że pomoże. Zaczął pisać pisma, chodził po urzędach i uratował nam mieszkanie. Dzięki bezinteresownej pomocy Rosjanina znowu miałyśmy gdzie mieszkać. I tak, pod opieką mamy, dorastałyśmy we Lwowie...

Co się stało z resztą rodziny, wszyscy wyjechali?
Dziadków ze strony mamy w ogóle nie znam. Mama była sierotą od ósmego roku życia. Jej rodzice zmarli w ciągu pół roku – jedno po drugim, na „hiszpankę”. Mama wychowywała się w sierocińcu u sióstr zakonnych, poza Lwowem. Sama niewiele wiedziała o swojej przeszłości. Miała rodzeństwo, siostrę i brata. Nie znała ich losów. Natomiast rodzice mojego taty pochodzili z Podola. Dziadek miał chyba w Grzymałowie lub Żurowie niewielki dworek. Dziadkowie też zmarli przed wojną.

Z czasów wojny chyba niewiele Pani pamięta... Była Pani wtedy małą dziewczynką…
Pamiętam tylko bombardowanie, niedaleko nas była gazownia…

Przejdźmy zatem do czasów, które pamięta Pani jako dziewczynka i uczennica, a w końcu dorosła kobieta. Lwów na dobre – choć wraca Pani tam jako turystka każdego roku – opuściła Pani z całą rodziną w roku 1981! My na tamte czasy patrzymy przez pryzmat PRL-u, już nieco z dystansu i z przymrużeniem oka.
Wychowywałam się w domu. O sowieckim żłobku czy przedszkolu matka nie chciała słyszeć. Do szkoły zaczęłam uczęszczać w 1947 r. Była to szkoła polska nr 30 przy ul. Krasickich, dzisiaj już nie istnieje. Mama pracowała w różnych miejscach: w młynie, skąd przynosiła mąkę, szyła – czego nauczyła się w sierocińcu. Nie miała wykształcenia, więc często zmieniała pracę. Przez jakiś czas pracowała nawet w bibliotece naszej szkoły, gdzie zatrudnił ją pan dyrektor Węgier. A dzieciństwo było sielskie anielskie, choć nie było nam łatwo. Nie żyło nam się dostatnio, ale dzięki zaradności mamy nie było też biednie. Choć przecież jako dziecko nie bardzo zdawałam sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje. Bawiliśmy się wszyscy razem. Ja mieszkałam w dużej kamienicy. Było tam 47 mieszkań, w których mieszkali Polacy, Ukraińcy, Ormianie, Żydzi czy w końcu Rosjanie. Dzieci różnych nacji bawiły się i doskonale porozumiewały… Byliśmy jedyną rodziną polską, która w tej kamienicy pozostała po 1945 r. Mimo że w czasie wojny Niemcy i Rosjanie wymordowali, wywieźli i wypędzili tylu ludzi, to Lwów nadal był i jest wielonarodowym miastem.

W jakim języku porozumieliście się na podwórku?
Rozmawialiśmy po rosyjsku, po ukraińsku też się w końcu nauczyłam. Ale po 1946 r., kiedy skończyła się ekspatriacja. Dzieci zawsze się między sobą dogadają.

Ale w domu to chyba po polsku?
W domu tylko po polsku. I muszę przyznać, że matka bardzo tego przestrzegała. Z domu wyniosłyśmy wychowanie w duchu patriotycznym i religijnym.

Jak było w szkole? Pamięta Pani swoich nauczycieli?
W pierwszych klasach uczył nas pan Paradowski. On szybko wyjechał. Były też panie – dwie siostry – Gajdacz, niezastąpiona pani Zabłocka, polonistka, którą już po przejściu na emeryturę często odwiedzaliśmy. Parzyła dobrą herbatę, piekła pyszne kapuśniaczki, opowiadała o literaturze, czytała interesujące książki i wiersze. To był pierwszy „salon herbaciany”, z jakim się zetknęłam. Miała willę na Łyczakowie. Była samotna… Nie przyjęła na mieszkanie nikogo z Polaków, to po jej śmierci dom przejęli Rosjanie. Teraz to jest ruina. Z czasem w szkole zmieniało się na gorsze. Odszedł polski dyrektor, pan Węgier. Zastąpił go Ukrainiec – Kowałyszyn, a po nim Wawryk. Był łysy, uczniowie mówili na niego „Globus”. Kiedyś, po dzwonku, na trzecim piętrze goniłyśmy jeszcze po korytarzach i ktoś krzyknął: „Globus” idzie! Wawryk przyszedł do naszej klasy rozwścieczony i zapytał: Kto to powiedział?! Oczywiście nikt się nie przyznał. Wtedy zwyzywał nas: Polska swołocz, polskie świnie… On nas nienawidził!
Bardzo niemiło wspominam czas, kiedy namawiali nas do wstąpienia do pionierów, a potem do komsomołu. Starałam się godnie przetrwać ten okres. To nie było takie łatwe. Zmuszali nas, namawiali opornych na różne sposoby. Ja nie należałam…

Czyli nawet w ZSRR można było powiedzieć: nie!
Można było. Wprawdzie z trudem to przychodziło, ale nielicznym to się udało. Trzeba pamiętać, że mieliśmy pracujących rodziców i taka postawa na nich się odbijała. W siódmej klasie – to schyłek pionierów – mieliśmy nauczycielkę matematyki Żydówkę. To był bardzo ważny przedmiot – algebra, geometria, trygonometria, a nam bardzo zależało, żeby mieć bardzo dobre oceny. Ona obiecywała piątki, starała się nam przypodobać, prosiła, żebyśmy się zapisali do pionierów. Mówiła: Nie musicie wierzyć, tylko ten czerwony krawat ubierzcie. Sama chciała wyjechać do Izraela, bo Ruscy prześladowali jednak Żydów. Przyszłam kiedyś ze szkoły i mówię do mamy, że dla dobra tej pani może bym się jednak zapisała? To był nie lada problem. Matka też się bała powiedzieć nam cokolwiek. Gdyby wyszło na jaw, że matka nie pozwala wstąpić do pionierów, to byłby Sybir! Nawet w późniejszych latach. Mama odpowiedziała mi dyplomatycznie: Wiesz, czego was uczyłam i czego was uczę, a postępuj jak chcesz. Oczywiście nie wpisałam się. Czasami zamykali nas – osoby, które nie chciały się zapisać do pionierów – w szkole na 3–4 godziny. Trzymali nas, wytrzymamy czy nie wytrzymamy. Przychodzili na lekcje wychowawcze z komitetu pionierów i z komsomołu, pytali się: Dlaczego nie chcesz się zapisać? Mama ci nie pozwala? Mama pozwala – odpowiadałam. – No to dlaczego nie chcesz się zapisać? No to wymyślałam: Nie jestem godna, bo dwójkę dostałam, a Lenin mówił, że trzeba się uczyć, uczyć i uczyć! (śmiech) No to pytali dalej: Czy wierzysz w Boga? Czy chodzisz do kościoła? A ponieważ my uczyliśmy się religii i wiedzieliśmy, że nie wolno się wyrzekać wiary katolickiej, to poszliśmy z tym problemem do ojca Rafała Kiernickiego, po poradę. – Co mamy powiedzieć? – pytaliśmy. On się uśmiechał i z pełną powagą tłumaczył: Jak was zapytają, czy wierzysz w Boga, powiedz, że wierzysz. Ty możesz wierzyć i do tego mama cię nie zmusza. A jak zapytają, czy chodzisz do kościoła, to powiedz, że nie chodzisz. Bo do kościoła to już rodzice prowadzą i można to zinterpretować, że was do tego zmuszają. No i takimi wykrętami udało się przejść przez szkołę, nie zapisując się do tych organizacji! Było nas wprawdzie niewiele takich niezależnych, ale kilka osób jednak było.
To, że nie byłam ani pionierką ani komsomołką, przepłaciłam studiami. Wybrałam historię, zdałam egzaminy, miałam odpowiednią ilość punktów, ale i tak nie zostałam przyjęta. Podczas rozmowy z dziekanem zapytano mnie, jak mam zamiar uczyć dzieci, jeśli jestem „ideologicznie niepodkuta”? Tłumaczyłam, że nie chcę uczyć w szkole, że mnie bardziej praca naukowa interesuje. Na nic się to zdało. Nie przyjęli mnie. Tak mnie to dotknęło i zraziło, że nie podjęłam już żadnych studiów. Na inne kierunki – chociażby medycynę, miałabym szansę się dostać.

Co zatem robiła Pani po skończeniu szkoły?
Miałam trochę szczęścia, bo szybko udało mi się znaleźć pracę w Archiwum Wojewódzkim. Najpierw trafiłam do biblioteki, a potem przeszłam już na etat archiwalny. Pracowałam tam przez 20 lat! To była ciekawa praca. Mieliśmy dostęp do różnych dokumentów historycznych i współczesnych. Wtedy trafiłam też do innego „herbacianego salonu” u pani Marii Jarosiewicz, na Nabielaka. Miała tam swój dom. Na parter kogoś jej wcisnęli, a ona zajmowała całe piętro. Pani Jarosiewicz to znana wśród Polaków we Lwowie postać, nasza wspaniała nauczycielka geografii. Kiedy przeszła na emeryturę, zaczęła organizować „herbatki”. Przychodziło grono młodych, oczywiście zaufanych, osób. Spotykaliśmy się tam z takimi znanymi osobami, jak pani Janina Zamojska, siostry Zappe, małżeństwo Nikodemowiczów – znany kompozytor, który teraz mieszka w Lublinie. Spotkania były prawie konspiracyjne, że to niby spotkanie imieninowe… Urodziny odpadały, bo to mogli zawsze sprawdzić, a na imieninach to oni się nie znali. Zawsze były kanapki, herbatka – pełny, ale sympatyczny kamuflaż! W tamtych warunkach taka konspiracja była koniecznością. Zawiadomienia, oczywiście tylko ustne, trafiały do grona zaufanych osób. A na spotkaniach opowieści o historii Obrońców Lwowa, o sowieckiej zbrodni w Katyniu, wojnie polsko-bolszewickiej. Ale nie tylko. Pamiętam ostatnie spotkanie z panem Nikodemowiczem, przed jego wyjazdem do Polski. To był pokaz przeźroczy z naszej lwowskiej katedry. Tyle lat chodziliśmy do tego kościoła, na msze święte, na modlitwy, a dopiero te jego przeźrocza otworzyły nam oczy na piękno naszej świątyni. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, czym jest ta świątynia dla Lwowa i dla Polski.
Z grona pedagogów naszej szkoły trzeba też przypomnieć nauczyciela fizyki i astronomii Chrystoforowa, czyli tak naprawdę Krzysztofowicza. Był chyba Ormianinem. Organizował dla nas wycieczki po Kresach, na Podole – aż po Kamieniec Podolski. W tych wyprawach uczestniczyła tylko zaufana młodzież. Tam mówiło się o prawdziwej historii Polski. W szkole nie bardzo lubiliśmy go, szczególnie w młodszych klasach, kiedy nie mieliśmy z nim bliższego kontaktu. Był powolny, oschły i ostry. Nazywaliśmy go „Lolo”. Jak byłam w 10. klasie, wybuchła sensacja. Ktoś z nas był w zakrystii katedry i spotkał tam Chrystoforowa. Na drugi dzień powtarzaliśmy w tajemnicy sensacyjną wiadomość: Wiecie, że „Lolo” w katedrze kupował opłatek?! W jednej chwili zyskał w naszych oczach. Od razu go polubiliśmy. Skoro kupował opłatek, to wiadomo, że jest Polakiem wierzącym i praktykującym. Nasze wycieczki z nim skończyły się dość dramatycznie. Złożono na niego doniesienie. W katedrze była wtyczka. Jakiś chłopak na jednej z wycieczek miał magnetofon i chyba wszystko nagrywał. A przecież „Lolo” opowiadał nam prawdziwą historię Rzeczypospolitej! Został wtedy wyrzucony z pracy. Po skończeniu szkoły kontakt z „Lolem” się nie urwał. Pracowałam wtedy już w Domu Nauczyciela. W pokoju siedziałam sama. Odwiedził mnie i powiedział, że wyjeżdża do znajomych na Kaukaz i prosił, żebyśmy nie szukali z nim kontaktu. Kiedy wróci, to sam się z nami skontaktuje. Dostawał wezwania, nie odbierał ich i nie stawiał się na przesłuchania. Musiał zatem zniknąć. Musiał się ukrywać. I to niejednokrotnie. Kiedy dewastowali Cmentarz Obrońców Lwowa, Chrystoforow ze znajomymi zrobili zdjęcia i wysłali je do Kanady, gdzie zostały opublikowane. W chwili zagrożenia przyszedł do nas z tymi fotografiami oraz plikiem innych dokumentów. Mieliśmy wtedy piece kaflowe ogrzewane gazem. Do jednego z tych pieców schowaliśmy dokumenty przyniesione przez Chrystoforowa. Zapytał też, czy mamy rodzinę na wsi, czy ktoś przyjeżdża do nas w nocy… Uspokoił się, gdy dowiedział się, że nie. Powiedział: Schowajcie te dokumenty do pieca, ale jeżeli w środku nocy ktoś zadzwoni do drzwi, zapalajcie palnik; zanim ktoś otworzy drzwi, dokumenty muszą już płonąć. Dzięki Bogu nic takiego się nie wydarzyło, a jak Chrystoforow poczuł się bezpiecznie, to je zabrał. W latach sześćdziesiątych, kiedy już mogliśmy na urlop do Polski wyjeżdżać, na prośbę wielu starszych osób dostarczałyśmy listy do ich rodzin w Polsce. Kiedyś Chrystoforow poprosił nas o dostarczenie informacji do wielu osób w Polsce związanych z AK oraz harcerstwem. Podał zaufane adresy, gdzie miałyśmy dotrzeć. Zakazał zapisywać te adresy, miałyśmy je zapamiętać. To była ciężka sprawa. Wzięłyśmy się na sposób. Jak Pan może pamięta, w Rosji kanapki zawijało się wtedy w gazety... Na mocno zadrukowanej stronie gazety, między linijkami, ołóweczkiem cieniusieńko wpisywałyśmy te adresy! Kanapek, choćby z tego względu, miałyśmy dużo. Jeden adres umieszczony był na osobnym skrawku gazety. Kiedy przyjechałyśmy do Przemyśla, od razu odwijałyśmy kanapki, żeby te adresy się nie zatarły… A informacja była krótka: Nie kontaktujcie się z Chrystoforowem, jesteśmy w niebezpieczeństwie...

Przez długi czas występowała Pani na scenie Teatru Polskiego we Lwowie.
Z teatrem związana byłam od 1958 r. Pierwsze próby, w których uczestniczyłam, odbywały się jeszcze pod kierunkiem pana Piotra Hausvatera. I występowałam dość długo, bo jeszcze w 1970 r. – już w stanie błogosławionym – byłam na scenie! (śmiech) Grałam wtedy w Weselu Stanisława Wyspiańskiego i nagle spódnica mi pękła! (śmiech) To były bardzo miłe czasy, prezentowaliśmy głównie polskie spektakle, jeździliśmy po Kresach do Polaków. Po premierze Wesela mieliśmy jechać do Rzeszowa na Festiwal Kultury Polskiej. Było już zezwolenie z Kijowa na nasz wyjazd, wydrukowane afisze czekały w paczkach, a władze lwowskie nas nie puściły. Przykro nam było, ale zawsze rekompensowała nam to nasza lwowska publiczność. Prof. Adam Kuryłło i jego żona zawsze siedzieli w pierwszym rzędzie. Rzucał się w oczy, bo był łysym i postawnym mężczyzną. Po jednym z występów odwiedził nas w archiwum z żoną i służącą, gratulując nam i wręczając naręcze pięknych kwiatów. To było dla nas wielkim wyróżnieniem! A występowałam wtedy z Lidią Chrzanowską – siostrą naszego reżysera Zbigniewa Chrzanowskiego, oraz niezapomnianą Jolą Martynowicz – gwiazdą naszego teatru. Prof. Adam Kuryłło z Politechniki Lwowskiej bojkotował wszystkie imprezy państwowe we Lwowie. Miał też kiedyś powiedzieć, że nigdy do teatru nie będzie chodził. A Teatr Polski we Lwowie był jedynym, do którego przychodził regularnie. Nasza sala była niewielka, zaledwie 150 miejsc, ale zawsze była wypełniona i to przez jakich gości!.

Czy w związku z pracą w teatrze spotykali się państwo z jakimiś szykanami ze strony władz lub pracodawców?
Raczej nie. Tyle, że repertuar musieliśmy mieć mieszany. Trzeba było czasem pokazać jakąś współczesną sztukę teatralną. Ale w realizacji tego, co przepuściła cenzura, nie przeszkadzali nam. Dopiero w 1980 r., jak w Polsce „Solidarność” wybuchła, zaczęły się problemy. Wtedy już nie grałam i tylko koleżanki opowiadały czasem, co w teatrze się dzieje. Tradycją w naszym teatrze było, że po premierze szliśmy z kwiatami pod pomnik Adama Mickiewicza. Tak było też w 1981 r. A na drugi dzień rozpoczęła się nagonka, że aktorzy z Teatru Polskiego manifestowali pod pomnikiem Adama Mickiewicza i wykrzykiwali antypaństwowe hasła przeciw Związkowi Radzieckiemu, popierając oczywiście „Solidarność”. ­Najbardziej ucierpiał nasz reżyser Zbigniew ­Chrzanowski, ­który stracił pracę w telewizji lwowskiej i musiał wyjechać ze Lwowa. Ale dzięki temu, że związany z teatrem Walerij Bortiakow – Rosjanin zakochany w Polsce, Polakach i teatrze, poprowadził teatr przez ten trudny okres, Teatr Polski we Lwowie przetrwał do dziś. Wiele zawdzięczamy też Larisie Swierdlik – Ukraince z Winnicy, dyrektorce Domu Nauczyciela, gdzie teatr wciąż ma swą siedzibę. Nie wszyscy byli tacy jak ona…

Lwów zawsze przesiąknięty był patriotyzmem. Zawsze świętował hucznie narodowe święta, a Polacy mieszkający w tym mieście mocno związani byli ze świętami religijnymi. Co z tego zostało we Lwowie powojennym?
Nie obchodziliśmy oficjalnie świąt narodowych. W listopadzie spotykaliśmy się u pani Jarosiewicz, ale to już w późniejszym okresie. Kiedy Cmentarz Orląt był już zdewastowany, to nasz nauczyciel, Krzysztofowicz, mobilizował nas i szliśmy oczyścić cmentarz. Rosjanie siali specjalnie jakąś dziwną trawę, która rosła wysoko, była wyższa od człowieka, i bardzo twarda. Ścinaliśmy ją odsłaniając groby. To było zanim na cmentarzu wysypisko śmieci zrobili. Potem, na 1 listopada, trzeba było oświetlić. Ale nie było nas stać, żeby znicze kupować. W archiwum zarabiałam wtedy 40 rubli. To było bardzo mało. Zawsze po ratunek szliśmy do katedry. Tam zbierali dla nas ogarki świec. Czasem dostaliśmy też kwiaty, najczęściej były to chryzantemy. Wtedy po jednym kwiatuszku i ten ogarek świecy na prawie każdej mogile się znalazł. A na grobie Nieznanego Żołnierza zapalaliśmy lampiony z białej tekturki, z wyciętymi krzyżami zaklejonymi czerwoną bibułką. Na tych lampionach były wypisane wszystkie miejsca kaźni Polaków, zarówno Katyń, jak i Auschwitz. Lampiony przygotowywaliśmy w magazynach archiwum z Lidką Chrzanowską, Jolą Martynowicz i Waldkiem Przyszlakiem. W początku lat siedemdziesiątych nasi koledzy zorganizowali niesamowitą akcję. Do dużej puszki włożyli gałgany nasączone ropą. Do puszki przymocowali linę, którą też nasączyli łatwo­palnym płynem. Przerzucili sznur przez wysoki pylon na cmentarzu i osadzili tę puszkę na szczycie pylonu. Potem podpalili linę nasączoną ropą, która przeniosła ogień do puszki. A my pobiegliśmy na górę powstańców, skąd patrzyliśmy na pięknie oświetlony cmentarz! Taka piękna łuna powstała nad Cmentarzem Orląt! Dzisiaj to by się nazywało happeningiem… Wtedy nie było żartów, jakby ich złapali, mieliby potworne kłopoty. Oczywiście było dochodzenie, poszukiwanie sprawców, których na szczęście nie udało się zidentyfikować. A mama mówiła do mnie tak: Nie wywieźli nas Ruscy w 1944, to teraz przez ciebie jeszcze na tej Syberii wyląduję… A ja jej wtedy zadawałam pytanie: A kto mnie tego nauczył? Mama wtedy patrzyła na mnie i mówiła: Ale ja ci nie kazałam tam chodzić… (śmiech) Nie kazała, ale uczyła. Mama w 1953 r. ciężko zachorowała. Miała problemy z tarczycą i musiała poddać się operacji. Bała się, że umrze. Miałam 13 lat, a siostra 16. Tego dnia, kiedy mama szła do szpitala, przed naszym wyjściem do szkoły usiadła w kuchni na taborecie, posadziła nas sobie na kolanach i powiedziała: Słuchajcie, nie wiem, co będzie, co się stanie. Jeśli umrę, a was ktoś weźmie na wychowanie, to róbcie, co chcecie, róbcie, co wam każą, tylko o jedno dbajcie, żebyście się nie dały przepisać ani na Ukraińców, ani na Ruskich. Nawet nazwisko możecie zmienić, tylko żebyście się nigdy nie wyrzekły narodowości polskiej. Mówię, bo was będę straszyć! (śmiech) Na każdym kroku wpajała nam polskość, tak jak potrafiła. To siedziało w nas, zawsze o tym, że jesteśmy Polkami, pamiętałyśmy i pamiętamy. Taki duch przekory siedział we mnie zawsze… A wcześniej edukacja patriotyczna odbywała się tylko w domu. Mama zawsze prowadziła nas na Cmentarz Orląt i opowiadała o polskich świętach narodowych. Uczyła nas patriotycznych pieśni. W szkole obchodzono tylko święto pracy 1 maja i kolejne rocznice rewolucji październikowej. Jeśli coś organizowano, to tylko w ukryciu, w zaciszu domowym. Przykładem mogą być jasełka dla dzieci u państwa Adamskich. Ale tylko dla zaprzyjaźnionych. Jasełka organizowały także panie Zappe, a aktorami były nie tylko dzieci, ale i dorośli.

Panie Zappe uczyły też religii…
Tak. Ale nie tylko one. Ja naukę religii zaczęłam w 1950 r. u o. Kiernickiego. Pamiętam dwie lekcje przez niego prowadzone. Odbywały się w katedrze pod amboną. Trzecie spotkanie już się nie odbyło, ponieważ władze zakazały księdzu prowadzenia pracy duszpasterskiej. To spowodowało, że mieliśmy roczną przerwę w nauce religii. A potem, przez znajomych, trafiłam do pani Władzi, która mieszkała na Zamarstynowie. Chodziliśmy do niej niewielką grupką. Moja starsza siostra uczęszczała na religię jeszcze do kościoła Maryi Śnieżnej. Pamiętam, jak jechałyśmy tramwajem na moją pierwszą komunię świętą do katedry. Byłam ubrana w białą sukienkę i welon. Rosjanki mówiły o mojej mamie, że taka stara, głupia baba, takie dziecko do ślubu wiezie (śmiech). Myślały, że ja za mąż wychodzę!
Mój siostrzeniec uczył się religii u pani Ireny Zappe. A moje dzieci przez panie Zappe odesłane zostały do „dziewczyn”, które były w katedrze. One uczą religii – powiedziały mi. Co to były za „dziewczyny”, to jeszcze nie wiedzieliśmy. Ale skoro panie Zappe je poleciły... Później okazało się, że to były siostry zakonne! One przychodziły do domów dzieci. I powtarzała się historia jak z tymi herbatkami. W jednym domu spotykało się dwanaścioro dzieci i były to oczywiście urodziny lub imieniny… W jednym miejscu takie lekcje odbywały się dwa-trzy razy. Potem lekcje przechodziły do następnego miejsca. W jednym pokoju dzieci uczyły się z „dziewczyną” religii, a rodzice w kuchni przygotowywali herbatę i kanapki. Zawsze gotowi na tłumaczenie się, że to dziecięca uroczystość imieninowa. Na uroczystość pierwszej komunii świętej ubrania naszych dzieci wieźliśmy w torbie i w zakrystii dzieci były przebierane. Taka manifestacja, jaką zafundowała sobie ze mną mama, mogła skończyć się nieprzyjemnie, przede wszystkim dla rodziców. Ludzie się bali. Moja siostra pracowała w urzędzie statystycznym; kiedy w pracy się dowiedzieli, że brała ślub kościelny, musiała się zwolnić z pracy. Ja w archiwum na szczęście nie miałam takich problemów. Ludzie byli tam bardziej tolerancyjni. Chciałam wysłać do rodziny, do Polski, zaproszenie na ślub, choć i tak wiadomo, że nikt by nie przyjechał. Oni bardzo się bali kontaktów z nami. Pochodzili z Podola i tam pozostawili cały swój dobytek uciekając przed Ukraińcami. Na drzwiach znaleźli od banderowców kartki, że mają 24 godziny na opuszczenie domów. Uciekli do Lwowa, a stamtąd do Polski. Oni się potwornie bali. Nikt do nas do 1981 r. z Polski nie przyjechał. Wracając do mego ślubu. W archiwum mieliśmy maszyny do pisania z łacińską czcionką, więc w czasie przerwy obiadowej chciałam te zaproszenia wypisać. Zauważyła to zastępczyni dyrektorki. Zapytała, co ja tam robię, czemu nie jestem na przerwie. Myślała, że dorabiam sobie do pensji przepisując jakieś dokumenty. I zajrzała mi przez ramię… Zmartwiałam. Nic mi nie powiedziała, ale w katedrze na ślubie była – z inną koleżanką, Rosjanką, kierowniczką czytelni w archiwum. Ta kierowniczka musiała pochodzić z jakiejś grafskiej rodziny, była taka dystyngowana, lubiła Polaków, lubiła z nami rozmawiać. Jak odeszliśmy od ołtarza, podeszły do nas z życzeniami. Ja, zamiast się cieszyć, już przygotowywałam się na to, że będę musiała opuścić pracę. Ale nic takiego się nie stało.

Widocznie były normalnymi, rozumnymi i dobrze życzącymi Pani i mężowi, kobietami…
Widzi Pan, ludzie byli naprawdę bardzo różni. Jak Pan wie, archiwum mieści się w klasztorze dominikanów. Pracowałam w jednym z magazynów z Rosjanką, która była tak zaciętą komunistką, że to było coś strasznego! Była biedna jak mysz kościelna, a tak strasznie kochała i wierzyła w tę komunę!
Ale zdarzyło się kiedyś w Wielką Sobotę, kiedy jak zawsze był organizowany tzw. „subotnik”, czyli w polskich realiach czyn społeczny. Wtedy były już wolne soboty, a władze sowieckie zawsze starały się zakłócić nam święta wielkanocne. Z Katią zawsze razem wracałyśmy po pracy w jednym kierunku. Ona mieszkała nieco dalej ode mnie, na Kleparowie. Tym razem zamierzałam się z nią pożegnać nieco wcześniej. – A ty co, nie idziesz do domu? – zapytała. – Nie, bo idę na Boże Groby. Ja nigdy w życiu nie kryłam się ze swoją wiarą. A co to są te Boże Groby? – zapytała Katia. Przecież wiesz, że jutro mamy święto, Wielkanoc. – odpowiadam – W Wielką Sobotę zawsze trzeba nawiedzić Boży Grób. – To ja pójdę z tobą, można? No i poszła. Boży Grób w katedrze zawsze robił niesamowite wrażenie. Umieszczony był w ogromnej kaplicy, tam zawsze w absolutnej ciszy ptaszki śpiewały. Uklękłam, żeby się modlić. Ona uklękła przy mnie. Nie wiem, co ona tam sobie myślała. Długą chwilę spędziłyśmy w katedrze. Kiedy szłyśmy do domu, od Katedry do Teatru Wielkiego milczałyśmy. Nie odezwała się ani słowem. W końcu zebrała się po tych przemyśleniach i mówi: – To jest nieprawdopodobne! – Ta zacięta komunistka, miała dwóch synów, których też w takim duchu wychowywała. – To jest takie przeżycie! Ja się wam teraz nie dziwię, że wy wierzycie w tego Boga i że wy do kościoła chodzicie. Ty wiesz, co ja zaraz zrobię? Pójdę do domu, wezmę Kolkę i Saszkę i zaciągnę ich do kościoła, żeby zobaczyli, jak przeżywacie święta!

Jak się Polacy we Lwowie bawili?
Musiał pan słyszeć o Jarku Stankiewiczu. Miał piękny olbrzymi dom przy drodze prowadzącej na Wysoki Zamek. On zawsze urządzał zabawy sylwestrowe, karnawałowe dla Polaków. Dla nas te spotkania u pana Jarka były zawsze wspaniałym i niepowtarzalnym przeżyciem. Później popsuła się atmosfera, bo przecież nasi panowie pożenili się z Rosjankami i Ukrainkami i zaczęli z nimi przychodzić. W końcu pan Jarek przestał organizować te zabawy. Tam się potrafiło i sto osób bawić! We Lwowie święta Bożego Narodzenia inaczej były wtedy zorganizowane niż w Polsce. Najpierw, na siódmą, szliśmy na pasterkę, dopiero potem zasiadaliśmy do wieczerzy wigilijnej. Atmosfera pasterki z kolędami przenosiła się do domu, ta wieczerza była taka uświęcona. Nastrój był taki podniosły. A potem mogliśmy się odwiedzać i biesiadować radując się ze świąt. Swoją pierwszą pasterkę w Polsce przeżywałam we Wrocławiu. I zapamiętałam jakiegoś pijaka, od którego cuchnęło alkoholem, a w dodatku tak ryczał śpiewając kolędy… Dla mnie to był szok, makabra! Tam, we Lwowie, nikt po pijaku nie ośmieliłby się pójść na pasterkę! No mówię Panu, nie ma jak we Lwowie! Przy okazji pasterki, bo po mszy to się przecież prawie cały polski Lwów w katedrze spotykał, składaliśmy sobie życzenia i umawialiśmy się na zabawę sylwestrową u pana Jarka. Potem, 31 grudnia, szliśmy do kościoła na zakończenie starego roku, pan Jarek też był z nami, i po zakończeniu, z torbami – każdy przynosił prowiant, panie coś do jedzenia, a panowie alkohol – szliśmy do pana Jarka! A tam wszystko wypakowywaliśmy na stoły i dalej bawić się! Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to znaczy „szwedzki stół”, ale już stosowaliśmy go u pana Jarka i nazywaliśmy go „bufetem”. A w bufecie pojawiały się przygotowane w domu kanapki, pączki, chrust i inne smakołyki. Tańczyliśmy przy magnetofonie, grała nam moja ulubiona orkiestra Glena Millera. Pan Jarek był pasjonatem muzyki i fotografii. Miał lampę błyskową, co na tamte czasy było luksusem, i robił nam zdjęcia. U pana Jarka było zawsze strasznie zimno, on nie ogrzewał domu, bo to przecież kosztowało. I miał taką zasadę, że choinki nie rozbierał aż do Wielkanocy! Te choinki były specyficzne, bo nie ubierał je w świecidełka, a otulał watą. Choinka była w pokoju, w którym tańczyliśmy, a nad drzwiami do bufetu – czyli drugiego pokoju – wisiała też ogromna gałąź choiny. To były obowiązkowo jodły! Nie było krzeseł, tylko pniaczki brzozowe. Były też zabawy karnawałowe i oczywiście zapusty! Przed środą popielcową była śledziówka u pana Jarka. Kiedyś przyszliśmy i nie było śledzia! Taka była tradycja, że na lampie, na sznurku o północy wieszało się śledzia. Prawie cały Lwów za tym śledziem zbiegaliśmy! Dopiero koło dziewiątej wieczorem w jakimś gastronomie udało się nam kupić jakiegoś wędzonego śledzia. No i spokojnie bawiliśmy się do północy! Wtedy wieszaliśmy śledzia i koniec zabawy. Szliśmy do domów, a śledź tam wisiał aż do zakończenia postu.

Katedra lwowska przez całe lata kojarzyła się z osobą o. Rafała Kiernickiego. Czy ma Pani jakieś wspomnienia związane z jego osobą?
Z księżmi nie było takiego kontaktu jak w Polsce. Dla nas ksiądz to był Bóg, często nieprzystępny. Zawsze chodziłam na majowe nabożeństwa, nosiłam chorągwie, należałam do Bractwa. Kiedyś ksiądz Kiernicki zabrał nas, miałam wtedy chyba 16 lat, na Czartowską Skałę, na wycieczkę. Dla nas było to wielkim wyróżnieniem, bo rozmawiał z nami, opowiadał nam ciekawe rzeczy, śpiewaliśmy pieśni. W pewnym momencie wyjął duży worek cukierków czekoladowych i po dwa cukierki nam rozdał.
Ks. Kiernicki udzielał też komunii świętej mojemu synowi. Moje dzieci chodziły do jednej klasy z synem pani, która opiekowała się ks. Kiernickim. On miał na nogach okropne rany i wymagał stałej pielęgniarskiej opieki. Byłam też wtajemniczona przez siostry Pankówny w ich sekret. Niewiele osób wiedziało, że o. Rafał u nich mieszkał. Przy katedrze był pokoik, gdzie zazwyczaj ks. Kiernicki mieszkał. Raz nawet się w tym pokoiku spowiadałam. Kiedyś został napadnięty, pobity i bardzo długo chorował. Wtedy nie wychodził do konfesjonału, ale przyjmował w swoim pokoiku. Jedna z sióstr była po konserwatorium i grała na fortepianie, chodziłyśmy do niej na naukę śpiewu. Panie Pankówny miały dwa pokoje, a z kuchni było wejście do jeszcze jednego pokoju. Któregoś dnia jedna z sióstr powiedziała mi, żebym tam zaglądnęła i potem powiedziała, co tam zobaczyłam. Nic ciekawego w tym pokoju nie było. Łóżko, klęcznik i stuła przerzucona przez klęcznik, brewiarz, różaniec. – Pokazałam ci ten pokój, żebyś wiedziała, że ojciec Rafał tutaj mieszka – powiedziała.
Przed samym wyjazdem do Polski wylądowałam na operacji. Opierałam się, byłam wystraszona. Już żegnałam się z życiem. Musiałam się wyspowiadać, ale to nie było u nas takie proste. Pielęgniarka o. Kiernickiego pomogła mi po znajomości wyspowiadać się. Dopiero o dziewiątej wieczorem mógł mnie przyjąć, jak wrócił z wizyty u chorych w szpitalu. Wpuścili mnie do katedry drzwiami od zakrystii i poszłam do jego konfesjonału, tuż przy kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Wyspowiadał mnie i pocieszył. Chwała Bogu, wszystko się udało. On był jeden na wszystko. Ja dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak mi pani Zosia Panek opowiadała o nim: Dziecko, ile razy on mdlał, jak go ubierali do mszy… Dlaczego? – pytam. Zwyczajnie z głodu… W tamtych czasach post przed przystąpieniem do komunii świętej trwał 12 godzin! Jak on wracał późno ze szpitala od chorych albo z jakich podlwowskich miejscowości, często bez obiadu albo kolacji, to on już nie miał szansy nic zjeść do następnego dnia! A do tego te jego nogi. Kiedy mój teść był w szpitalu, a jego stan był już bardzo poważny, poprosił o księdza. Akurat był to czas rekolekcji, spowiedzi wielkanocnej. I żeby poprosić księdza o wizytę w szpitalu, mąż musiał przystąpić do konfesjonału w katedrze. Nie było innej możliwości. Ale o. Rafał zgodził się i przyszedł, oczywiście ubrany w świeckie ubranie, do szpitala i wyspowiadał go. Na sąsiednim łóżku leżał jakiś Ukrainiec. Chyba zauważył, że nie jest to taka normalna wizyta, a może zauważył, jak ojciec przyjmował komunię świętą. Kiedy ksiądz poszedł, zapytał teścia, kto to był. Teść powiedział, że ksiądz. I on wtedy mówi, że też by chciał. I wie Pan, jeszcze raz poszedł mąż do o. Rafała, poprosił go i on przyszedł raz jeszcze, by wyspowiadać tego starego człowieka?

Mieszka Pani w Krakowie od 1981 r. Przyjechała Pani z całą rodziną, nawet mama doczekała tego wyjazdu. I teraz jest Pani organizatorem wyjazdów do Lwowa. Dlaczego to Pani robi?
Nie zamierzałam i nie przypuszczałam, że będę się tym zajmowała. To przez męża. Zaangażowałam się w prace TMLiKPW. Kiedy pani Łucja Gedl przestała organizować wyjazdy, mąż namówił mnie, żebym tym się zajęła. I tak zostało do dziś, bo ludziom się to podoba, bo pytają się, kiedy pojedziemy. I po każdej wycieczce mówię, że to ostatni raz. No i co, czy mogę to zostawić? A Lwów także i mnie ciągnie…

Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę.