Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z prof. Kazimierzem Wiechem rozmawia Janusz M. Paluch

[1/2013]

Panie Profesorze, zasłynął Pan jako piewca głuszy huculskiej, zafascynowany twórczością Stanisława Vincenza. Dlaczego porzucił pan Karpaty, a zaczął częściej wędrować po Lwowie, po cmentarzu Łyczakowskim? Przecież tak wiele dla tych miejsc zrobili już prof. Stanisław Nicieja czy Adam Bujak.

Karpat nie porzuciłem, a moja fascynacja Huculszczyzną i Lwowem trwała i trwa do dzisiaj równolegle. Wizyty w krainie Hucułów to m.in. rezultat wycieczki do Lwowa w 1996 roku. Odwiedziliśmy Kołomyję, Kosów, Pistyń, Jaremcze i Worochtę, z której już tylko krok na Howerlę – najwyższy szczyt Czarnohory. Z przełęczy patrzyliśmy na zamglony horyzont i majaczące w oddali szczyty gór. Wtedy powiedziałem – nie tylko do siebie: My tu musimy wrócić. Rzeczywiście, od tego czasu zaczęły się moje wędrówki po Czarnohorze trwające przez kilkanaście lat. Natomiast Lwów bardziej systematycznie odwiedzam od roku 2000. Jednak pierwszy raz szedłem ulicami Lwowa w 1976 r., kiedy nielegalnie opuściłem pociąg relacji Przemyśl–Kijów. Mogłem wtedy, ale tylko przez kilka godzin, wędrować po tym mieście nie znając go zupełnie, pamiętając tylko kilka widoków ze zdjęć, które zachowały się w domu rodziców. Ojciec, kiedy wybierałem się w tę podróż, powiedział: Jeśli tylko uda ci się być we Lwowie, przejdź się Wałami Hetmańskimi, idź do Katedry, bo na pewno będzie otwarta. To było dla mnie wyzwanie, polecenie, jakie mi ojciec zostawił. Spełniam je do dzisiaj, bo przecież ojciec już dawno zmarł. Urodził się we Lwowie i bardzo za tym miastem tęsknił. Lwowskie korzenie mojej rodziny są bardzo głębokie. Babcia Wiechowa – Kukawska z domu i prababcia Zofia Kukawska z domu Kunstmanowa, były nauczycielkami we Lwowie. Dziadkowie wzięli ślub we Lwowie, w kościele p.w. św. Marii Magdaleny. Dużo takich powiązań z kościołami, ulicami i różnymi miejscami przechowało się w tradycji rodzinnej i o tym zawsze się mówiło.

 Z jaką ulicą Pana ojciec był najbardziej związany?

Prapradziadkowie, prababcia i babcia, a także krótko mój ojciec mieszkali przy ul. Sodowej. Odwiedziłem kiedyś to miejsce, podobnie jak mój ojciec, który, kiedy po latach w końcu można było pojechać do Lwowa, pierwsze kroki skierował na ul. Sodową. Rodzina, która zamieszkiwała w mieszkaniu pradziadków i dziadków, przyjęła go bardzo serdecznie. Ojciec zauważył nawet, że niektóre meble stały dokładnie w tym samym miejscu, w którym pozostawiono je opuszczając dom w 1944 r. Wyglądało to tak, jakby specjalnie ich nie ruszano… Być może nowi właściciele mieszkania myśleli o przyszłości tak samo jak Polacy osiedlający się na ziemiach zachodnich? Że to wszystko jest tymczasowe?… Nawet zaproponowali ojcu, żeby zabrał ze sobą natkastlik, który kiedyś należał do prababci Józi… Tato był wzruszony, podziękował, nie było jednak takiej możliwości, a może nie chciał zabierać czegoś, co przecież od lat stało na swoim miejscu… Odebrał tę propozycję ukraińskiej rodziny jako chęć zadośćuczynienia. Oni przecież sami nie byli winni temu, że przydzielono im to mieszkanie. Ale pewnie podczas spotkania z moim ojcem poczuli się winni, a może poczuli wstyd za tych, którzy tak „namieszali” w Europie, zrobili taki bałagan, o którym mówimy już dzisiaj w miarę spokojnie, ale przecież nie tak dawno temu spokojnie o tych sprawach rozmawiać się nie dało. W latach dziewięćdziesiątych XX w. i na początku nowego stulecia bardzo często jeździłem do Lwowa z wielkim entuzjazmem, nawet 3–4 razy w roku.

Zaopatrzony w aparat fotograficzny…

Tak, ale przede wszystkim woziłem ze sobą książki. Wśród nich była oczywiście ta najważniejsza – książka prof. Niciei o cmentarzu Łyczakowskim. To był dla mnie najlepszy i wówczas jedyny przewodnik po Lwowie. Woziłem też książki Kornela Makuszyńskiego i Jana Parandowskiego… Dlaczego te książki ze mną jeździły? Chciałem być bliżej tego przedwojennego Lwowa. Już podczas pierwszej wizyty w 1996 roku poczułem, że w tym mieście czuję się bardzo swojsko, jak u siebie. Nie miałem tam takiego poczucia obcości jak w innych odwiedzanych, a nieznanych mi wcześniej miastach, w Polsce czy za granicą. Od początku czułem się we Lwowie jak ktoś, kto w tym mieście się urodził i mieszkał. Dlatego od samego początku traktowałem Lwów jako moje drugie miasto. Nie mogę przecież zapomnieć, że chociaż urodziłem się już w Krakowie, to prawie cała moja rodzina przybyła ze wschodu. Mama Jadwiga – z domu Mikołajczak, z babcią Oleńką przyjechały z Kowla, bo tam był garnizon wojskowy, w którym służył mój dziadek, mjr Kazimierz Mikołajczak, w grudniu 1939 r. aresztowany przez sowietów i zamordowany – prawdopodobnie w Bykowni. W Kowlu mieszkali także moi pradziadkowie Eleonora i Konstanty Soleccy. To był dom, który podobnie do lwowskiego z ulicy Sodowej gromadził rodzinę mojej mamy. A rodzina taty, jak już wspomniałem, przybyła ze Lwowa. Jeszcze w 1924 roku moi dziadkowie opuścili ukochany Lwów przenosząc się do Leżajska, gdzie dziadek, absolwent wydziału leśnego Politechniki Lwowskiej, został zatrudniony w dobrach leśnych hrabiego Alfreda Potockiego.

Na moje dobre samopoczucie we Lwowie wpływały też kontakty, jakie nawiązałem od samego początku z Polakami tam mieszkającymi. Pamiętam panią Szymańską, wdowę po adwokacie, która mieszkała bardzo blisko katedry św. Jura. Do dziś przyjaźnię się z Marią i Krzysztofem Szymańskimi mieszkającymi w centrum miasta wraz z rodzicami, we własnym domu. I jeszcze jeden element mający na to wpływ – zdjęcia, które się zachowały, na które patrzyłem od dzieciństwa, nabierając przekonania, że Lwów to naprawdę piękne miasto. Podwójnie piękne, bo mieszkali w nim piękni duchem ludzie. Teraz może trochę idealizuję, ale taki właśnie obraz Lwowa powstał w mojej wyobraźni. Te obrazy ożywały podczas opowieści snutych w domu, a kiedy wędrowałem przez Lwów, ukazywały mi się w innym wymiarze. Kiedy szedłem Wałami Hetmańskimi czy ulicą Akademicką i patrzyłem na otaczających mnie zewsząd ludzi, miałem wrażenie, że oni nie są ze Lwowa, bo zupełnie nie pasują do tego miasta. Zresztą myślę, że oni też do końca jeszcze nie czują się prawowitymi mieszkańcami Grodu Lwa. Oczywiście przeczytałem całą masę książek o Lwowie, choćby Szolgini – jego książki to swoista lwowska biblia! Jest wielu innych autorów, chociażby prof. Kazimierz Juliusz Nahlik (We Lwowie i na Pokuciu. Ścieżki mojej młodości), prof. Jan Ostrowski (Kresy bliskie i dalekie), w końcu piękne opowieści Jerzego Janickiego! Po takiej lekturze nie mogłem też we Lwowie czuć się obco. Nie można także zapomnieć o prof. Niciei, którego dzieło to nie tylko opowieść o cmentarzu Łyczakowskim, ale także o wszystkich tych, którzy w XIX w. i w pierwszej połowie XX w. tworzyli wielkość tego miasta.

Nicieja był chyba pierwszym polskim historykiem, który w drugiej połowie XX w. mógł oficjalnie pracować we Lwowie, pisać i publikować w PRL-owskiej rzeczywistości…

Z perspektywy lat wygląda to niesamowicie. Jak on to zrobił? Jak przekonał nie tylko polskie władze, ale i sowieckie? Przecież to były lata 70. XX wieku. Głęboka komuna w ówczesnym Związku Radzieckim i w Polsce. Nie wiem, czy nie najgorszy i najtrudniejszy czas na odsłanianie polskości tamtych terenów. Przecież to były tematy zakazane, na które były zapisy cenzury.

Jak Pan Profesor zapamiętał rodzinne spotkania, podczas których opowiadano o Lwowie, o Kresach?

Wyrastałem w atmosferze kresowej. W latach 50. każdy pretekst był dobry, żeby się spotkać w gronie rodziny. Pamiętam śpiewny akcent lwowski, jaki słyszałem podczas ich rozmów. Ciągle wracali pamięcią do Lwowa: jak tam jest na Sodowej, jak tam w kościele u Marii Magdaleny, a jak na Akademickiej… Wciąż powtarzali, dobrze byłoby pojechać, dobrze byłoby wrócić… Przychodził na te spotkania brat babci – wujek Jan Kukawski. Był prawnikiem, który w czasie wojny mieszkał we Lwowie. Podczas pierwszej okupacji sowieckiej (1939–41) ukrywał swoje wykształcenie oraz stopień wojskowy i prawdopodobnie dzięki temu uniknął wywózki. Imał się wtedy różnych zawodów, m.in. pracował jako zdun. Nie wiedział za dobrze, jak się piece stawia, ale przecież trzeba było z czegoś żyć, więc został na jakiś czas zdunem. Jest taka rodzinna anegdota, że kiedyś sam się zamurował w piecu i piec trzeba było rozebrać, żeby go z niego wydostać… Przychodziła też ciocia Jadwisia Iwanow z domu Solecka – siostra babci ze strony mamy, która także mieszkała w domu rodzinnym w Kowlu. Odwiedzał nas także wujek Lonio Solecki – prawnik, później sędzia sądu wojewódzkiego w Krakowie, którego śpiewny wschodni akcent mam do dziś w uszach. Jego żoną była Janina Walczewska, której rodzina pochodziła ze Lwowa. Takie rodzinne spotkania kończyły się prawie zawsze niezwykle barwną i dramatyczną opowieścią babci Oleńki – relacją z pierwszego bombowego nalotu na Kowel we wrześniu 1939 r. Babcia starała się jak najwierniej oddać atmosferę tamtego dnia naśladując głosem dźwięk spadających bomb. A robiła to w taki sposób, że i dziś na wspomnienie tamtych wieczornych spotkań czuję ciarki przechodzące po plecach. Babcia także pięknie śpiewała, więc jak tylko była po temu okazja, to śpiewała, a czasem grała na gitarze pieśni swojej młodości. Już wtedy docierało do mnie, że była jakaś cezura czasowa. Skończyło się to piękne życie, opisywane w takich zupełnie niedoścignionych barwach. Jak oni się potrafili rozwodzić o tym, jak wyglądała choinka? I choć obok stała bajecznie ubrana i rozświetlona jodełka, to gdzie jej tam było do tej z Kowla czy ze Lwowa! Opowiadali też o obrazach, jakie wisiały na ścianach w domu w Kowlu, dziełach Fałata, Kossaka, Malczewskiego… Gdzie one teraz są?

Mimo wszystko był Pan jednak turystą z Polski…

Nie do końca i nie zawsze… Podczas moich pobytów na Kresach zawsze staram się żyć miejscowym rytmem. Kiedyś przez tydzień każdego dnia rano wędrowałem brnąc w śniegu na przystanek marszrutki, w jednej ręce niosąc teczkę z książkami, a w drugiej rzutnik do przezroczy. I tak jak każdy mieszkaniec współczesnego Lwowa jechałem w strasznym tłoku do pracy, do polskiej szkoły, gdzie prowadziłem zajęcia z młodzieżą. Były to lekcje z entomologii i szeroko rozumianej biologii, ale nie mogłem nie opowiedzieć im o Krakowie czy współczesnej Polsce. Wtedy starałem się ich zachęcić do korzystania ze stypendiów i nauki na uczelniach polskich. Dzisiaj, kiedy już wiem, że polityka zachęcania młodych Polaków na Kresach do nauki w Polsce na dobre nie wyszła Kresom, odczuwam pewien dyskomfort. Przecież tak wiele z tych osób już do Lwowa, w swe rodzinne strony, nie wróciło. Odpływ młodzieży o polskich korzeniach w latach 90. XX w. był dla Lwowa dramatyczny. Kiedy zacząłem jeździć do tego miasta, mówiono, że mieszka tam 20–25 tys. osób pochodzenia polskiego. Ilu teraz ludzi przyznaje się do polskości? Podejrzewam, że jest ich już – z różnych względów – zdecydowanie mniej…

Proszę opowiedzieć o swoich fascynacjach Lwowem. Pamiętam interesującą wystawę fotografii autorstwa Pana Profesora poświęconych kościołom Lwowa…

Katedra lwowska widziana w wieży ratuszowej

Miałem kilka etapów fascynacji Lwowem. Rzeczywiście na początku zauroczyły mnie kościoły lwowskie. Pierwsza moja wystawa fotograficzna związana ze Lwowem poświęcona była kościołom tego miasta. W drugiej połowie lat 90. XX w. można było już do większości z nich wejść do środka, bo były przeznaczone dla celów kultowych. Wędrując wtedy, przypominałem sobie mój pierwszy – ten nielegalny – pobyt we Lwowie. Wyszedłem z pięknego, eklektycznego dworca kolejowego wzniesionego na przełomie XIX i XX w. według projektu Władysława Sadłowskiego, chyba najpiękniejszego i największego w ówczesnej Galicji. Poszedłem w dół ulicą Gródecką i najpierw minąłem kościół św. Elżbiety, zaprojektowany przez Teodora Talowskiego. Rzuciły mi się w oczy powybijane szyby w kościelnych oknach. Przez jakąś szparę zajrzałem do środka, leżała tam sterta czegoś nieokreślonego…

Tam był zdaje się – jak podają różne źródła – magazyn zakładu cukierniczego „Switocz”…

Potem szedłem dalej. U zbiegu ulic Gródeckiej i Janowskiej mijałem kościół św. Anny, który ma jakże interesującą historię. Po 1945 r. był tam sklep meblowy, a potem tzw. kasy gródeckie. Ta świątynia w środku była kompletnie zrujnowana. Wewnątrz leżała pryzma piachu czy cementu… Później poszedłem w kierunku opery. Oczywiście stał tam pomnik Lenina. Kierowałem się Wałami Hetmańskimi, tak jak kazał mi iść ojciec, a w oczach pojawiały mi się znane mi z domu fotografie. Byłem zadziwiony tym, że na najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta było tak mało ludzi. Jeżeli się pojawiali, to byli jacyś tacy skuleni, zapadnięci w siebie, jakby nic wokół nie dostrzegali, szli szybko nie rozglądając się ani nie odwracając. Byli wyraźnie zastraszeni. W końcu dostrzegłem wieżę katedry łacińskiej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jest katedra. Nie bardzo wiedziałem, jak wejść do środka. Wewnątrz panowała ciemność, w oddali majaczyła wieczna lampka przed Najświętszym Sakramentem, i cisza… W ławkach klęczały staruszki. Było ich kilka. Pustka, cisza, smutek… Ktoś mi potem powiedział, że do naszej katedry chodzili też w dużej części grekokatolicy, którzy byli zupełnie pozbawieni swych świątyń. W końcu katedra rzymskokatolicka i kościół św. Antoniego przy ul. Łyczakowskiej były w tamtych czasach jedynymi czynnymi świątyniami we Lwowie. Przeszedłem się jeszcze tylko wokół rynku i wróciłem na dworzec. Nie miałem czasu, a było to także ryzykowne, aby pójść na cmentarz Łyczakowski, nie wspominając o cmentarzu Orląt… Dwa lata wcześniej sowieci zniszczyli kolumnadę i rozjechali czołgami groby obrońców Lwowa…

W tamtym czasie założenia architektoniczne cmentarza jako ogrodu i parku, stworzone przez Karola Bauera i Tytusa Tchórzewskiego, były zapewne dużo wyraźniejsze niż obecnie. Od tamtego czasu, minęło przecież 40 lat, powstało wiele grobowców ukraińskich, nasza Aleja Zasłużonych została zupełnie zmieniona, wycięto wiele drzew. Niektóre są poprzycinane w sposób absolutnie niemieszczący się w ramach sztuki ogrodniczej. Stoją teraz same pnie, które wyglądają jak martwe słupy. Bez głębszego uzasadnienia niszczy się naturalne piękno tego miejsca. W przedwojennych przewodnikach jest napisane, że był to ogród, który sam się wkomponował w naturalną konfigurację wzgórz. Architekci planujący cmentarz Łyczakowski wspaniale wykorzystali naturalną otulinę roślinną, doskonale w nią i w krajobraz wkomponowując samą nekropolię. Myślę, że prof. Nicieja prowadząc badania musiał się jeszcze zetknąć z pozostałościami pierwotnych założeń. Niestety w wielu częściach Cmentarza coraz trudniej je zauważyć.

Wróćmy jeszcze do kościołów…

Po latach, kiedy ponownie wróciłem do katedry, towarzyszyli mi studenci. Weszliśmy do świątyni w trakcie nabożeństwa, odmawiano litanię do Matki Boskiej. Potem zaśpiewano jedną z wieczornych pieśni kościelnych. Wszystko w języku polskim. Spoglądałem na studentów. Byli autentycznie wzruszeni. Po nabożeństwie jedna ze studentek zapytała: Panie profesorze, gdzie my właściwie jesteśmy? Czy to jest Ukraina? A jeśli tak, to ta katedra jest jakąś wyspą polskości na tym ukraińskim oceanie! To było niesamowite skojarzenie młodej osoby. Ja też zdałem sobie wówczas sprawę, że katedra jest takim przyczółkiem dobrej nadziei, może jedynym miejscem we Lwowie, gdzie można było przyjść, a wizyta tam dawała człowiekowi otuchę. To było tak niesamowicie wzruszające! Ta jedna chwila warta była trudów związanych z organizacją i całą wyprawą na Kresy z młodzieżą studencką. Może niektórzy z nich już nigdy nie wrócą do Lwowa, ale ta chwila w katedrze na zawsze zapadnie w ich pamięci… Dużo później podobne wzruszenie przeżyłem w Katedrze Ormiańskiej. Tej świątyni całe lata nie można było obejrzeć, była zamknięta. Jerzy Janicki opisywał w jednej ze swych książek, jak udało mu się tam wejść z jakimś biskupem z Kolumbii. Janicki znał doskonałe tę świątynię sprzed wojny i kiedy udało mu wejść do środka, przechodząc wśród zdewastowanych mebli i fragmentów rzeźb, z obawą spoglądał na ściany, czy zachowały się słynne freski Henryka Rosena. Gdy zobaczył wreszcie na ścianie Pogrzeb Odylona w prawie nienaruszonym stanie, to, jak sam napisał, taka wielka radość go wypełniła. Ze mną było podobnie. Kiedy pierwszy raz wszedłem do katedry i spojrzałem na ściany, w osłupieniu odkrywałem malarstwo Rosena, o którym wcześniej nie słyszałem. Nie wiem, jak wielu ludzi, wyłączając oczywiście historyków sztuki, słyszało w Polsce w tamtym czasie o Rosenie. Dla mnie spojrzenie na polichromię na ścianach katedry było odkryciem zupełnie nowego rodzaju malarstwa. Potem byłem w kaplicy w seminarium lwowskim, gdzie też są freski Rosena, których nikt nie ogląda, nie wpuszczają tam żadnych wycieczek. Zacząłem szukać o nim informacji, o jego dziełach… Potem spotykałem go, a to w Sanoku, w Wiedniu na Kahlenbergu, w kaplicy w Castel Gandolfo, gdzie malował na prośbę papieża Piusa XI, potem spotkałem jego dzieła także w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyjechał w 1937 r. i pozostał do śmierci. W Katedrze Ormiańskiej zwróciłem uwagę na popiersie ks. bp Issakowicza „Złotoustego” wykonane przez Juliusza Wojciecha Bełtowskiego. O biskupie Issakowiczu wiedziałem, ponieważ w Krakowie u karmelitów na Piasku jest tablica pamiątkowa poświęcona temu kapłanowi, upamiętniająca wizyty w naszym mieście. W domu też Go wspominano, tam właśnie też usłyszałem ów przydomek „Złotousty”, bo pamiętano, że głosił piękne kazania. Mówiono, że takiego kaznodziei już nie ma i nie będzie. I tak wędrowałem po tych lwowskich kościołach. Miałem ambicję wszystkie odwiedzić i sfotografować. Nie wszędzie udało mi się wejść. W niektórych dopadał mnie smutek, np. w kościele Matki Bożej Śnieżnej czy wspominanej już świątyni św. Anny. Czytałem o tych kościołach, oglądałem ich fotografie sprzed wojny, a znajdowałem puste zrujnowane pomieszczenia, ściany pozbawione nie tylko obrazów, ale także pięknych, zabytkowych malowideł ściennych, albo ze świeżo namalowanymi obrazami w stylistyce w żaden sposób niepasującej do bryły architektonicznej świątyni.

Wszedłem kiedyś do kościoła bernardynów, jeszcze przed remontem. Czytałem o tym kościele sporo, między innymi – o czym wcześniej nie wiedziałem – o tym, że do bernardynów we Lwowie szło się po to, żeby zobaczyć obraz Golgota namalowany przez Tadeusza Sulimę-Popiela, przy udziale Jana Styki i Zygmunta Rozwadowskiego. Ten wspaniały i ogromny obraz raz do roku, na okres Wielkanocy, rozwijają teraz bernardyni w Krakowie! U lwowskich bernardynów chciałem zobaczyć deskę z namalowanymi scenami z życia św. Jana z Dukli, który żył we Lwowie kilkadziesiąt lat aż do śmierci. Oczy mi się wtedy otworzyły, bo choć o Świętym słyszałem wcześniej, to nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ważna to była postać dla Lwowa, jak ściśle związana z kościołem bernardynów i historią tego miasta, najazdem Bogdana Chmielnickiego i cudem, jaki się wtedy wydarzył. Przed kościołem stoi kolumna, na której znajdowała się kiedyś postać św. Jana z Dukli w pozie, w jakiej miał się ukazać we śnie Chmielnickiemu. Oczywiście rzeźba została zniszczona przez sowietów, a w jej miejscu na kolumnie wandale postawili jakiś wazon. Ale święty pozostał. Stanął obok, na dachu wieńczącym studnię… Zawsze pokazuję tę postać osobom, z którymi zwiedzam Lwów.

U wylotu ul. Łyczakowskiej stoi klasztor sióstr klarysek. Cały czas przed drzwiami stoi tam jakaś wojskowa warta. Wszedłem, bo to „narodnyj muziej” i coś na drzwiach było napisane o Pinslu… Najpierw Rosen, a tu Pinsel… Nowe odkrycie! Kościół z zewnątrz mało interesujący, a wewnątrz zaskoczenie! Po wejściu do środka zobaczyłem pełne niezwykłej ekspresji rzeźby właśnie Jana Jerzego Pinsla i zauważyłem podpisy pod tymi wspaniałymi dziełami: że zostały „uratowane” z różnych kościołów rozsianych po Ukrainie. Zaczęła mnie wtedy nurtować myśl… Jak to uratowane? Zabrane! Ale później, kiedy zacząłem zwiedzać te kościoły, kompletnie zrujnowane, zniszczone, odarte z wyposażenia aż do tynku… Czasem tynku też nie było, tylko zwietrzała cegła. Wtedy przyznałem trochę racji muzealnikom, którzy podpisując te bezcenne, ocalałe dzieła Pinsla dodali, że zostały uratowane. Ten sam rzeźbiarz wykonał na fasadzie katedry św. Jura postacie przedstawiające Atanazego i Leona Szeptyckich, a także św. Jerzego walczącego ze smokiem. Niewiele zostawił po sobie, albo raczej niewiele po nim zostało. Ale to, co zostało, było dla mnie kolejnym wielkim odkryciem! Udało mi się także w tym samym kościele wejść na górę, na chór, choć to było zabronione... I tu moje kolejne odkrycie. Rzeźby stojące na dole były oddzielone od ścian wielkimi płóciennymi ekranami. Dopiero z góry można było dostrzec, że zasłonięte nimi ściany pokryte są freskami! Dziełami Tadeusza Popiela, który namalował wydarzenia z historii Lwowa: Śluby Jana Kazimierza, Wjazd Jana III Sobieskiego do Wiednia i Obrona lwowskiego klasztoru bernardynów przed Tatarami i Kozakami. Jakież to zastanawiające – jedne dzieła pokazują, inne zasłaniają?… Dlaczego pokazują rzeźby Pinsla kosztem tamtych dzieł? Być może Pinsel, człowiek z ludu, jest bardziej swój, a obrazy na ścianach malowane przez Popiela czy kogoś innego to już są „pańskie obrazy”, obrazy namalowane przez Polaków, pokazujące wydarzenia z polskiego Lwowa na przestrzeni wieków… Czy nie lepiej to schować za dyktą, aby pokazać równie wielkie dzieła wybitnego artysty? Niektórzy nazywają go przedstawicielem baroku ukraińskiego. Z chóru można także podziwiać sklepienie świątyni wykonane przez Marcina Stroińskiego, a odrestaurowane przez Tadeusza Popiela, niestety nieoświetlone, ginące w mroku.

Byłem też w kościele benedyktynek. Jest tam niezwykła renesansowa wieża, dzieło Pawła Rzymianina. Aby wejść na dziedziniec, trzeba przejść przez bramę, na której pozostały resztki polichromii. Znowu wyobraźnia musi zadziałać, bo to tylko resztki pozostały. Kiedyś na ul Kopernika poszedłem do kościoła św. Łazarza, kościół zamknięty, ale na bramie zachował się zabytkowy napis: Szpital s. Łazarza. Na chwałę p. Bogu y na oratowanie ubogyh. Cory Obractwa Rożanca S:P Mariei iest wystawioni, a na dole dwa lwy, ponoć przeniesione jeszcze sprzed dawnego ratusza, tego, który się zawalił w XIX w., gdy wieża ratusza runęła.

Musiał pan spotykać ludzi. Miejscowi, jak słyszą polską mowę, niemal zawsze zaczepiają, zawsze chętni do rozmowy…

Rzeczywiście tych rozmów było sporo. Zastanawiało mnie to, że ci ludzie pytali mnie o sprawy dla mnie oczywiste. Oni traktowali mnie jak przewodnika. To ode mnie chcieli się dowiedzieć, co znajdowało się kiedyś w jakiejś kamienicy, która akurat wtedy mnie zainteresowała. Chodziłem też po rynku i przystawałem – tak dyskretnie obok wycieczki z miejscowym przewodnikiem, mówiącym po polsku. Język polski nie zawsze jest tu wyznacznikiem polskości, we Lwowie prawie wszyscy wychowywali się na telewizji polskiej… A tamtejsi przewodnicy często stwarzają wokół siebie aurę polskości, nie zawsze mając polskie korzenie, mimo iż doskonale posługują się językiem polskim. Opowiadają nieraz rzeczy niestworzone, tworząc zupełnie nową historię Lwowa. Nieraz stałem i słuchałem i złość mnie brała. Znam przecież historię Lwowa, ta historia jest jedna, można ją interpretować, ale jest jedna i nic jej nie zmieni! Przecież nie można podważać faktów, że przed wojną Lwów był polskim miastem i mieszkało w nim prawie 70% Polaków, 20% Żydów, nieco ponad 9% Rusinów, trochę Niemców, Ormian i innych! Nie powinno się przerabiać polskich nazwisk rzeźbiarzy, architektów – i robić z Zachariewicza Zacharewycza. Byli to lwowianie mówiący po polsku, mimo często obco brzmiących nazwisk, jak Vincenz, Schimser czy Witwer. Bo Lwów był takim miastem, że jak się do niego przyjeżdżało, to po kilkunastu latach stawało się lwowianinem mówiącym po polsku. Lwów miał taką magię… Pamiętam spotkanie ze staruszką na Górce Powstańczej na cmentarzu Łyczakowskim. Opowiadała mi o tym, co przeszła, jak się jej teraz żyje. Najbardziej dramatyczna opowieść była o tym, jak się z nią obeszła rodzina mieszkająca w Polsce. Za parę hrywien zajmuje się porządkami na grobach powstańczych. Takich opowieści wysłuchałem wiele…

Pamiętam, że kiedyś spotkaliśmy się na cmentarzu Łyczakowskim. Pan Profesor jak zawsze ze sprzętem fotograficznym samotnie wędrował wśród polskich mogił...

Tych moich wizyt na Cmentarzu Łyczakowskim było kilkadziesiąt, o różnych porach roku, różnych porach dnia

Ale pierwsze zetknięcie się tym miejscem zawsze jest najważniejsze...

 

To prawda. To był rok 1996, rozpoczynano wtedy poważne prace na cmentarzu Orląt. Cmentarz był jeszcze w stanie ogólnego zaniedbania. Wszystko było zarośnięte chwastami, ale mogiły były już odsłonięte i stały na nich kamienne krzyże. Już widać było, że ktoś rozpoczął na tym cmentarzu prace porządkowe. Wtedy z kuzynostwem oderwaliśmy się od grupy i zaczęliśmy szukać naszych grobów rodzinnych. Znaleźliśmy grób mojego prapradziadka Zygmunta Kunstmana i jego żony Józefy – tych, którzy mieszkali przy ul. Sodowej. Kiedy dwa lata wcześniej mój kuzyn dotarł w to miejsce, mogiły nie było widać, tylko z ziemi wystawał fragment nagrobnej płyty. Po jej odczyszczeniu i odwróceniu okazało się, że są na niej wyryte imiona i nazwiska pradziadków. Po dziś dzień, mimo że ten grób to właściwie tylko ta płyta, jeździmy tam i palimy świece, odczyszczamy mogiłę. I Ukraińcy nie ruszają tego miejsca. Mają szacunek dla grobów, to trzeba im przyznać, i jeżeli tylko Polacy opiekują się mogiłami swoich przodków, to oni ich nie ruszają. Muszę podzielić się refleksją, że właściwie Ukraińcy nie niszczyli grobów. Oni zostawiali je zapomnieniu. Byłem na wielu cmentarzach na Kresach – i we Lwowie, i poza Lwowem. Cmentarze są w większości zachowane, w większości nie zostały zdewastowane. Wyglądają jak cmentarze, którymi nikt się nie opiekował przez sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat. Cmentarz Łyczakowski to osobna sprawa. Tam mieliśmy do czynienia z wyrazami nienawiści, elementami polityki, strzelaniem do polskich fotografii, pozostały do dziś ślady po kulach, ale to robili prawdopodobnie żołnierze rosyjscy. Natomiast w Polsce zniszczono wiele cmentarzy niemieckich i żydowskich, zwłaszcza na ziemiach zachodnich. W Opolu chociażby, tam po cmentarzu niemieckim została zarośnięta trawą aleja, ciąg spacerowy. Smutne, ale prawdziwe… Szliśmy do alei zasłużonych, do obelisku z orłem, pod którym spoczywa Juliusz Konstanty Ordon, a po drodze mijaliśmy piękne grobowce przyozdobione rzeźbami… Wtedy jeszcze nie wiedziałem nic na ich temat, ani kto jest tam pochowany, ani kto jest autorem nagrobnej rzeźby. Teraz już wiem, że mijaliśmy wizerunki Matki Boskiej dłuta Markowskiego, zatrzymaliśmy się przed grobowcem Sachsów, kupieckiej rodziny. Ten grobowiec jest szczególny. Na postumencie klęczy młoda dziewczyna ze złożonymi rękami. Wtedy, 15 lat temu, kiedy po raz pierwszy patrzyłem na jej wizerunek, był deszczowy dzień, krople spływały po kamiennej twarzy dziewczyny… Przejmujący widok! I wtedy zdałem sobie sprawę z niesamowitości chwili, że my przyjechaliśmy na cmentarz, a tu cała natura płacze nad losem tego cmentarza, nad losem Lwowa. Oglądając fotografie, jakie pozostały z tej pierwszej wizyty na cmentarzu Łyczakowskim, zdałem sobie sprawę z tego, że to przecież nie jest tylko cmentarz. To jest także galeria. Tam jest takie nagromadzenie rzeźb, takie nagromadzenie sztuki cmentarnej, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Kraków ma swój cmentarz Rakowicki, młodszy trochę od cmentarza Łyczakowskiego. Trudno je porównywać. Cmentarz Rakowicki jest płaski, posiada wiele ciekawych pomników, ale gdzie mu do Łyczakowskiego?! Ten położony jest na wzgórzach, poprzecinany pięknymi alejami wśród drzew, w które wkomponowano rzeźby, tam na każdym kroku widać zamysł architektoniczny i przewodnią myśl, że ma to być nie tylko cmentarz, ale także park. Wspominana już książka prof. Stanisława Niciei, jakże wielowątkowa, zawierająca nie tylko opisy grobów, ale i wydarzeń, opisy pogrzebów, życiorysy osób, wiersze – była moim przewodnik po cmentarzu. Odwiedzałem go o różnych porach dnia i roku. Zawsze wyglądał inaczej. Latem zarasta rdestem i różnymi chwastami. Zimą – widok okaleczonych nieumiejętną przycinką drzew pogłębia smutne wrażenie. Dąb jest piękny dlatego, że ma rozłożyste konary. Podobnie lipa. Jak się skaleczy korony drzew, poobcina grube gałęzie, to drzewa stają się słupami i nie pełnią już funkcji, jaką miały pełnić, czyli być żywym uzupełnieniem martwej kamiennej rzeźby. Wiosna jest najciekawsza – także wczesne lato. Wtedy trzeba jeździć na cmentarz Łyczakowski i fotografować. Podczas pierwszych wizyt irytowało mnie, dlaczego, skoro mam tu rodzinne groby, muszę kupować bilet upoważniający do wejścia na cmentarz? Było to dla mnie oburzające i wywoływało wewnętrzny protest. Tym bardziej że wchodząc na cmentarz i kupując bilet, widziałem siedzących przy bramie cwaniaków, którzy pewnie połowę pieniędzy brali na lewo. Ileż razy kupując bilety, płaciłem za dwa, a dostawałem jeden… Wiele lat temu poznałem w Krakowie dyrektora lwowskiego ogrodu botanicznego – Andrija Prokopiwa, z którym się zaprzyjaźniłem. Kiedyś wychodząc z ogrodu, który znajduje się kilkaset metrów od cmentarza, zauważyłem, że w pobliżu jest boczne wejście, gdzie nie potrzeba biletów, wejście znane i używane przez Ukraińców. W pobliżu jest grób Łozińskiego, młodo zmarłego pisarza, który zginął w pojedynku o kobietę. Prorokowano mu dużą karierę literacką, która została przedwcześnie przerwana. To jest jeden z najpiękniejszych pomników na cmentarzu Łyczakowskim, znajdujący się obecnie w otoczeniu ukraińskich grobów. Do tych biletów trzeba się jednak przyzwyczaić. Bardzo chętnie będę płacił za bilet jak do muzeum, ale żeby rzeczywiście było to muzeum. To byłaby jakaś gwarancja, że tego cmentarza się nie zniszczy, że będzie się o to miejsce dbało. A obecnie tak nie jest. Przykładem może być kaplica Dunin-Borkowskich, piękna i najstarsza na cmentarzu Łyczakowskim. Po obu stronach wejścia znajdują się rzeźby Hartmana Witwera: płaczka i mężczyzna, którego można kojarzyć z Apollinem. Pierwotnie kaplica stała na zboczu i ze wszystkich stron była widoczna. W tej chwili w krótkiej alejce prowadzącej do niej wybudowano monstrualny grobowiec z jakimiś modernistycznymi rzeźbami postaci o powykręcanych rękach, coś całkowicie niezgodnego się z klasycyzmem Witwera, pierwszego liczącego się rzeźbiarza, którego prace spotykamy na cmentarzu Łyczakowskim. Hartman Witwer jest autorem czterech rzeźb: Neptuna, Diany, Afrodyty i Adonisa, które możemy podziwiać na rynku lwowskim, a także epitafium Jabłonowskiej w katedrze łacińskiej. Witwer to postać z początków XIX w. Na cmentarzu Łyczakowskim zostawił kilka rzeźb. Niedaleko kaplicy Dunin-Borkowskich, zależy, o jakiej porze roku się przyjdzie, jeśli zimą, to stoi na śniegu płaczka, która pierwotnie na czymś się opierała, a teraz trochę wisi… Latem wspiera się na porastających ją chwastach… Jego rzeźby znalazły swoją kontynuację w pracach Schimserów, zwłaszcza Antona Schimsera, który wzorował się na Witwerze i w bardzo podobnym stylu rzeźbił „swoje” płaczki, ale już nie z taką wiernością, z takim szacunkiem dla szczegółów, jak robił to Witwer. To jest najstarsza część cmentarza. Tam też znajdują się rozbudowane rzeźby grupowe – dzieła Antona i Leona Schimserów przedstawiające grupy postaci w alegorycznych scenach, takich jak na grobowcach Bauerów czy Tranklów.

Panie profesorze, pan się zaczął specjalizować w historii sztuki, a przecież jest pan znanym i cenionym specjalistą w zupełnie innym zakresie – entomologii!

No właśnie. Dlaczego ja to robię? Ta cała galeria sztuki na Cmentarzu Łyczakowskim tworzona była przez znanych rzeźbiarzy, o których wciąż tak naprawdę niewiele wiemy, nie znamy ich twórczości. Kiedy opowiadam, że ta rzeźba wyszła spod dłuta Schimsera, tamte stworzyli Witwer, Filippi czy Eutele, to przeciętnemu turyście zwiedzającemu cmentarz te nazwiska nic nie mówią. I teraz jeśli się pokazuje grobowiec Artura Grottgera – artysty malarza, który ma pomnik na krakowskich plantach, a także ulicę w naszym mieście – i popiersie Karola Szajnochy i mówi się że są to najlepsze dzieła Parysa Filippiego, to niewiele osób, nawet z Krakowa, pamięta jego nazwisko. A on przecież połowę życia spędził w Krakowie, współtworzył miejscową bohemę, zbierali się u niego różni wybitni twórcy, nawet Jan Matejko go odwiedzał. A potem, gdy przeniósł się do Lwowa, tak samo potrafił wokół siebie zgromadzić miejscowych twórców, bywał u niego Grottger i cała lwowska śmietanka artystyczna, a że miał słabość do alkoholu – to pewnie (także z tego powodu) wcześnie zakończył życie. Piękne rzeźby dzieci, które spotyka się na cmentarzu, to głównie dzieło Pawła Eutele. To tajemnicza postać, nie wiadomo skąd przybył, a rzeźby uczył się u Schimserów. Na cmentarzu Łyczakowskim swoje dzieła pozostawili także też Leonard Marconi, Tadeusz Barącz – Ormianin, Ostrowski, Jaskólski, Dyka, Drexler, Łepnicki i wielu innych. Już podczas jednej z pierwszych wizyt na cmentarzu odkryłem (kolejny raz we Lwowie) Juliana Markowskiego – wybitnego twórcę nie tylko rzeźby sepulkralnej. Warto dodać, że z trzech polskich pomników, jakie zachowały się we Lwowie – czyli Adama Mickiewicza, Bartosza Głowackiego i Jana Kilińskiego, dwa ostatnie wykonane są przez Jana Markowskiego. To rzeźbiarz, który obok Pawła Eutele pozostawił na cmentarzu Łyczakowskim najwięcej rzeźb. Oczywiście najbardziej znana jest śpiąca (lub umierająca) dziewczyna – nagrobek Markowskiej. Ten grobowiec w pierwotnej postaci miał jeszcze anioła, który rozpościerał nad nią skrzydła. Zresztą anioły Markowskiego rozpościerające skrzydła nad XIX-wiecznymi grobowcami można spotkać na całym cmentarzu. Jego dziełem są także pomniki Konstantego Ordona, Seweryna Goszczyńskiego, postacie Matki Boskiej z pochyloną głową czy Chrystusa upadającego pod ciężarem krzyża. Kiedy zacząłem szukać w literaturze informacji o tych rzeźbiarzach, niewiele udało mi się znaleźć. Poza Stanisławem Nicieją, który o nich pisze, nie znalazłem nic. Nie ma albumu, który pokazywałby cmentarz Łyczakowski przez pryzmat rzeźbiarzy. Nie ma książki, która opisywałaby ich życiorysy, ustaliła chronologię, pokazała np., że Hartman Witwer tworzył samotnie, a warsztat rodzinny Schimserów był szkołą dla wielu późniejszych twórców. Potem była szkoła Parysa Filippiego, z którym związany był Markowski, a potem rodzinne firmy, które przy ulicy Piekarskiej wokół cmentarza miały swoje zakłady. A przecież to wszystko można usystematyzować.

Czy Cmentarz Orląt podobnie Pana zafascynował?

To bardzo interesujące założenie architektoniczne, ale współcześnie odrestaurowane. Tam zawsze składam hołd tym młodym ludziom, patriotom polskim, bez walki których nie byłoby może dzisiejszego Lwowa. W mojej rodzinie jest taka opowieść związana z obroną Lwowa. Wujek Janek Kukawski, brat mojej babci, którego już wcześniej wspominałem, miał zaledwie 7 lat, gdy Ukraińcy postanowili przejąć Lwów. Jak to chłopak – był ciekawski i gdy zaczęła się strzelanina, poszedł zobaczyć, co się dzieje. Wieczorem do domu na Sodowej dotarła wiadomość, że Jaś Kukawski zginął od ukraińskiej kuli. W domu opłakiwano go do późnego wieczora. Kiedy jednak po paru godzinach Jaś pojawił się w domu, okazało się, że zginął inny chłopak, nieco starszy, ale o tym samym imieniu i nazwisku! Znalazłem jego grób na cmentarzu Łyczakowskim. Tymi, którzy aktywnie uczestniczyli w obronie Lwowa, byli wujkowie Adam Kunstman i Zygmunt Kukawski. W listo­padzie roku 1918 męską opiekę nad nimi sprawował ich dziadek, a mój prapradziadek, profesor Zygmunt Kunstman. W kilka dni po rozpoczęciu walk obaj chłopcy bez wiedzy dziadka zgłosili się jako ochotnicy do obrony Lwowa. Ale Adam miał 15, a Zygmunt 14 lat i dlatego nie przyjęto ich bez zgody opiekuna. Wartownik odprowadził ich do domu, gdzie dostali obaj od dziadka lanie za samowolę. Następnego dnia jednak sam dziadek zaprowadził obydwu wnuków do tego samego punktu zgłoszeń i zostali ochotnikami. Obaj służyli w oddziale sanitarnym dowodzonym przez dr. med. Lesława Węgrzynowskiego. Zostali uhonorowani Krzyżem Obrony Lwowa. Wujek Adam opowiadał, że nosił go odświętnie do 1939 r., a gdy szedł ulicą, to żołnierze mu salutowali. Krzyż Obrońcy Lwowa był dla Lwowiaków świętością!

Dziękując za rozmowę, możemy chyba obiecać Czytelnikom opowieść na temat fascynacji Pana Profesora huculszczyzną.

KAZIMIERZ WIECH, ur. 1950 w Krakowie. Tu po maturze w 1968 r. podjął studia na Wydziale Ogrodniczym Wyższej Szkoły Rolniczej. Od 1973 zatrudniony jako asystent w Instytucie Ochrony Roślin Akademii Rolniczej w Krakowie. W 1982 obronił pracę doktorską dot. fitofagicznych chrząszczy ryjkowcowatych. Od 1993 doktor hab., od 1997 profesor AR, a w 2002 Prezydent RP nadał mu tytuł profesora nadzwyczajnego. Od 1980 odbył staże na Uniwersytecie w Kairze, w Stacji Eksperymentalnej University of Georgia w Tifton (USA) i na Uniwersytecie w Reading (Anglia). W 1988 zaproszony do współpracy w Stacji Eksperymentalnej w Hurley (Wielka Brytania). W latach 1995–2000 wyjeżdżał parokrotnie do USA. W latach 1996–1999 oraz od 2002–2007 prodziekan Wydziału Ogrodniczego. Od 2004 r. kierownik Katedry Ochrony Roślin; członek Komitetu Ochrony Roślin PAN.