Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z autorem Słownika Geograficznego Województwa Tarnopolskiego JERZYM STOPĄ rozmawia Anna Madej

[4/2013]

Jerzy StopaPorozmawiajmy najpierw o życiu. Urodził się Pan w Baranowiczach, w województwie nowogródzkim, ale jest Pan Podolaninem – jak to pogodzić?

Ojciec mój w latach 1919–1920 służył w Dywizji Litewsko-Białoruskiej Wojska Polskiego*, która stacjonowała w Baranowiczach. Tam poznał moją matkę i tam się urodziłem w 1926 r. Ojciec po demobili­zacji pracował w starostwie baranowickim. Po niecałych dwóch latach, po moim urodzeniu, skiero­wany został do pracy
w Urzędzie Wojewódzkim w Tarnopolu. Pracował w Wydziale Wojskowym urzędu i zajmował się przygotowaniem planów mobilizacyjnych instytucji cywilnych na wypadek wojny, ściśle współpracując z dowódcą Okręgu Wojskowego VI Lwów gen. dyw.
W. Langnerem. W Tarnopolu spędziłem najmilej wspominane lata młodzieńcze. Tu ukończyłem Szkołę Powszechną im. J. Słowackiego. Jej dyrektorem byli J. Czabanowski, później P. Sakaluk, wychowawcą był p. E. Kaczkowski.

 

Gdy w 1945 r. rodzina opuszczała Tarnopol, był już Pan (praktycznie) dorosłym człowie­kiem, a więc
w pamięci zostało dużo. Jakie to są wspomnienia – te szkolne i te wojenne. Jak pamię­ta Pan przedwojenny Tarnopol?

Tarnopol rzeczywiście opuszczałem w 1945 r., na kilka dni przed zakończeniem wojny, ale w mieszkałem tam tylko do maja 1940 r. Wtedy, przy wydawaniu sowieckich dowodów oso­bistych, tzw. paszportów, rodzice otrzymali § 11, co było równoznaczne z zakazem mieszkania i przebywania w strefie o promieniu 10 km od miast obwodowych i w strefie przygranicz­nej. Pospiesznie opuściliśmy Tarnopol i udaliśmy się do Borek Wielkich. Zatem mieszkańcem Tarnopola przestałem być jako co najwyżej 13-letni chłopiec. W pa­mięci utkwiły mi obrazy niektórych zdarzeń. A to harcerska wycieczka piesza do lasu w Pe­trykowie, gdzie nocą nie tylko strach było trzymać wartę, ale na dodatek zawalił się nam nasz namiot. Przed wybuchem wojny kopaliśmy na podwórku rowy przeciwodłamkowe, które bardzo przydały się podczas alarmów i nielicznych nalotów na miasto. We wrześniu 1939 wraz z kolegą K. Stecem (późniejszym generałem) zgłosiliśmy się do Straży Obywa­telskiej i czynnie w niej uczestniczyliśmy. Zastępcą dowódcy straży był
p. Cz.E. Blicharski. W Tarnopolu zaczynałem naukę palenia papierosów, początkowo z siana. Mieszkałem w są­siedztwie boiska sportowego. Byłem na wielu treningach i meczach piłki nożnej. Pamiętam z tego okresu Wacia Obuchowicza z ul. Tatarskiej, jak bronił bramki Legionu i Miśka Strygę z Kresów, któremu
w mojej obecności złamano nogę podczas gry. 17.09.1939 r. przed naszym domem ulicą Tarnowskiego wkraczały wojska sowieckie. Obserwujący ludzie zachowywali się biernie. Wtedy zaszokowała mnie matka, która po rosyjsku rozmawiała z żołnierzami, a ja jej nie rozumiałem. Dowiedziałem się wtedy, że matka kończyła za carskich czasów gim­nazjum w Stołpcach (woj. nowogródzkie) z rosyjskim językiem nauczania. Po około 10 dniach w kierunku przeciwnym przed naszym domem szły kolumny jeńców oficerów pol­skich do Wołoczysk, gdzie był jeden z 10 na Kresach punktów zdawczo-odbiorczych jeń­ców z wojsk operacyjnych w ręce NKWD. W tych kolumnach maszerowali moi dwaj wujo­wie: mjr. J. Bereśniewicz i kpt. I. Bazarnik.

Wszystkie trzy okupacje przeżyłem w Borkach Wielkich, 10 km na wschód od Tarnopola. Byliśmy tam elementem napływowym, bez roli, domu i znajomych. Były to dla nas ciężkie czasy, głód i niebezpieczeństwa. Przez więk­szość czasu pracowałem na kolei, pod koniec we młynie w Kozówce
w pow. tarnopolskim. Kilka razy cudem uniknąłem śmierci. Raz usiłował rozstrzelać mnie i ojca jako banderow­ców pijany sowiecki żołnierz, dwa razy uczestniczyłem w wypadkach kolejowych, w bom­bardowaniach ostatniej przed Tarnopolem stacji rozładunkowej sprzętu wojskowego, na ko­niec – spotkanie z banderowcem w akcji w Kozówce. W Borkach Wielkich przez pewien czas mieszkałem razem z p. Witoldem Zielińskim, obecnie członkiem TMLiKPW w Krakowie. W bezpo­średnim sąsiedztwie stacji kolejowej, która była na skraju wsi, w latach okupacji niemiec­kiej był obóz pracy przymusowej dla Żydów. Pracowali oni przy budowie drugiego toru do Podwołoczysk. Obóz ten, do którego wysyłano Żydów z licznych miejscowości wojewódz­twa, był we wsi Stupki. W literaturze często autorzy piszą o obozie w Borkach Wielkich, mimo iż faktycznie był na terenie Stupek, a tylko pracowali w Borkach Wielkich. Byłem świadkiem jego likwidacji. Od naszego domu do obozu było kilkaset metrów podmokłej łąki. Makabryczne przeżycie. Niemało trwogi budziły odgłosy walczących w pobliżu sowieckich od­działów partyzanckich gen. Sidora Kowpaka. Miejscowi Ukraińcy słusznie panicznie ich się bali. W roku 1944 ukończyłem 18 lat i podlegałem poborowi do wojska. Moja starsza siostra poszła do wojska, a ja nie. Gmina wystawiła mnie na liście na przymusowe roboty do Niemiec. Wówczas ojciec przedstawił podrobioną metrykę, z której wynikało, że jestem o 2 lata młodszy. Wójt szantażowany sabotażem, że usiłuje wysłać dzie­ci na roboty, szybko poprawił ewidencję swoją i tak stałem się niepełnoletnim.

 

Proszę krótko opowiedzieć o swoim życiu w powojennej Polsce, aż do momentu przejścia na emeryturę w 1988 r.

Po ekspatriacji znalazłem się w Bytomiu. Szybko sprostowałem rok urodzenia w RKU w Gliwicach. Ukończyłem szkołę średnią w 1948, po roku powołano mnie do woj­ska. Ukończyłem szkołę oficerską piechoty, zgłosiłem chęć studiowania, skierowano mnie na Politechnikę w Gdańsku na Wydział Elektryczny do tamtejszej kompanii akademickiej. Po roku utworzono Wojskową Akademię Techniczną i ściągnięto słuchaczy wszystkich kompanii akademickich z wyjątkiem łódzkiej (medycznej) do Warszawy. Po ukończeniu akademii z wyróżnieniem miałem prawo wyboru jednostki wojskowej, wybrałem Przedsta­wicielstwo Wojskowe**. Przez rok dokonywałem odbioru sprzętu łączności w warszawskich zakładach przemysłowych i odbioru prac naukowo-badawczych w instytutach i za granicą. Po roku znalazłem się w Szefostwie Wojsk Łączności MON w pionie technicznym. Moim zadaniem było formułowanie wymagań na nowo opracowywany sprzęt radiowy, nadzór nad realizacją opracowań sprzętu łączności przez szkoły wyższe, instytuty, biura konstrukcyjne zakładów przemysłowych, odbiór tych prac, badanie prototypów, nadzór nad uruchomie­niem produkcji oraz opracowanie wniosku o wprowadzenie sprzętu do wyposażenia wojsk. Po 39 latach służby w stopniu pułkownika przeszedłem w stan spoczynku.

 

Rozmawiamy podczas XXVII Zjazdu Tarnopolan. Wobec tego pytania: od kiedy przyjeżdża Pan na zjazdy, co one Panu dają, które wydarzenia zjazdowe w jakiś szczególny sposób wpłynęły na Pana życie, działalność, które wywarły największe wrażenie?

Pierwszym zjazdem, na którym się pojawiłem, był VII Zjazd w Ustroniu Śl., który organizowały pp. Stanisława Heilpern i Ludwika Grodzicka. Każdy zjazd jest dla mnie bar­dzo miłym przeżyciem. Spotykam się ze znajomymi ludźmi, życzliwymi, snującymi wspo­mnienia, przypominają mi zapomniane fakty. Zawsze odbieram szczere, z samego serca płyną­ce podziękowania za przekazaną moją wiedzę o ich stronach rodzinnych. Same słowa, niewymuszone podziękowania, są największą dla mnie zapłatą za wieloletnią pracę i mobiliza­cją do dalszych wysiłków. Pieniądze można wygrać w totalizatora, ale autentycznej wdzięcz­ności nie. W rozmowach poszerzam swoją wiedzę o Tarnopolszczyźnie.

 

Dla Tarnopolan jest Pan „zakręconym” – oczywiście w bardzo pozytywnym zna­czeniu tego słowa – kronikarzem, encyklopedystą Podola. Kiedy i jak to się zaczęło?

Zaczęło się od chwili zorganizowania Klubu „Podole” przy Stołecznym Oddziale TMLiKPW w Warszawie, tj. 20 lat temu. Na jednym z początkowych zebrań kolega wystąpił z wnioskiem o opracowanie informacji o zabytkach Ziemi Tarnopolskiej. Również wielu uczestników zjazdów i zebrań klubowych pytało o przeróżne detale, zaczęła się praca wy­dawnicza biuletynu. Należało podawać prawdę nie lokalną, lecz oficjalną. Tak zacząłem zbierać materiały i ta działalność tak mnie pochłonęła, że dziś tonę w zobowiązaniach. Ale Ziemia Tarnopolska jest tego warta. Im więcej wiedzy, tym więcej braków i luk i niestety coraz bardziej widoczne są błędy. Niektórzy uważają (a bronią tej tezy do upadłego), że wszystko jedno czy Nowa Huta, czy Huta Nowa. Dla mnie Nowa Huta to obecnie dzielnica Krakowa, a Huta Nowa to wieś w pow. buczackim. Podczas prac nad słownikiem łatwo stwierdziłem, że w województwie tarnopolskim istnieje wiele miejscowości o tej samej na­zwie. Rekord bije Dębina występująca 30 razy, a powiatów jest tylko 17!

 

Jak przeczytałam w „Głosach Podolan”, rok 2013 jest dla Pana rokiem jubileuszowym. Proszę przybliżyć naszym Czytelnikom co to za jubileusze?

W tym roku przypada 20 rocznica Klubu „Podole”, w tym roku oddałem setny numer biuletynu przeze mnie przygotowanego do druku (nr 118), w tym roku mija dwudziesty Zjazd Tarnopo­lan, w którym biorę udział, mija też 25 lat na emeryturze.

 


Najważniejszym dziełem Pana życia jest trzytomowy Słownik geograficzny byłego woje­wództwa tarnopolskiego. Proszę opowiedzieć o pracy nad tym dziełem.

Praca nad słownikiem była wynikiem moich dwóch nieuleczalnych chorób: kolekcjo­nerstwa i pracoholizmu. Pierwsze oznaki tych chorób ujawniły się już w Tarnopolu, gdy zacząłem zbierać znaczki pocztowe.

Posiadam zbiór niemal wszystkich znaczków polskich z wyjątkiem tych, których aktualna cena sięga od kilku do kilkudziesięciu tysięcy zł za egzemplarz. Z innych kolekcji – zbiór płyt z muzyką operową i klasyczną (około tysiąca krążków), kolekcja minerałów, odznak woj­skowych i odznaczeń państwowych, literatury tarnopolskiej i paratarnopolskiej. Z kolekcji tarno­polskich wymienię zbiór wierszy, pieśni i modlitw podolskich, zbiór planów miast, pocztówek foto­grafii itp.

Przystępując do pracy, nigdy nie zastanawiałem się nad czasochłonnością, jedynie nad tym, czy dysponuję odpowiednią wiedzą i materiałami. Zaczynałem od zebrania map województwa. W tym czasie Internet był niedostępny, a Centralna Biblioteka Wojskowa nie posiadała ok. 40% map województwa, a były to wyłącznie kserokopie. Odczytanie ich treści natrafiało na trudności graniczące z niemożliwością. Dziś dysponuję następującymi zestawami map województwa: mapy austriackie (w skali 1:75 000), mapy wojskowe taktyczne i operacyjne (1:100 tys. i 1:300), ukraińskie po ukraińsku (1:100 i 1:200), ukraińskie po rosyjsku (1:100) oraz mapy turystyczne. Później gromadziłem li­teraturę. Hasła słownika pisałem na oddzielnych kartkach formatu A5, tak że w miarę zdobywania materiału łatwo było włączyć go do hasła. Waga rękopisu wyniosła około 40 kg papieru. Potem re­dagowanie i wprowadzanie do pamięci komputera, korekta, wydruk, oprawa i dostarczenie potrze­bującemu.

 

Czy przy zbieraniu materiałów do Słownika korzystał Pan tylko z literatury zgromadzonej w bibliotekach warszawskich? Czy te źródła były do końca wiarygodne? Przecież tyle dokumentów zginęło w zawierusze wojennej.

Informacje do Słownika zbierałem z literatury (mapy, książki, encyklopedie, słowniki itp.), ale i rozmów na spotkaniach, zjazdach, promocjach itp. – wszędzie, przez wiele lat. Podam jeden przykład. Nie mogłem znaleźć w warszawskich bibliotekach książki doc. Jana Zaleskiego (ojca ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego) pt. Nazwy miejscowe Tarnopolszczyzny, wydanej po jego śmierci. Dopiero obecna pani prezes Klubu Złoczowian w Legnicy Szczepkowska w przypadkowym kontakcie poinformowała mnie, że istnieje błąd wydawnictwa i należy szukać pod nazwiskiem Jerzy Zaleski. Niemal w każdym haśle powołuję się na tę książkę. Dużo czasu straciłem nad ustaleniem prawdziwości danych znajdujących się w różnych źródłach. Przyznaję się, że zastosowałem naganną tzw. „zbiorową odpowiedzialność”. Jeśli w źródle znalazłem dużo błędów, to z tych danych nie korzystałem w ogóle, jedynie konfrontowałem. Przykładem takiego wydawnictwa jest Najnowszy skorowidz wszystkich miejscowości z przysiółkami w Królestwie Galicyi, Wielkiem Księstwie Krakowskiem i Księstwie Bukowińskiem z uwzględnieniem wszystkich dotąd zaszłych zmian terytorialnych kraju. Ułożył Jan Bigo CK kontroler poczty, Lwów 1904. Innym źródłem, wybiórczo wykorzystanym przeze mnie, zawierającym mniejszą ilość wątpliwości, a jednak i dziś często cytowanym, jest 16-tomowy Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, pod red. Sulimierskiego, 1890–1902.

 

A źródła najnowsze? Te chyba nie powinny być wątpliwe, chyba że mamy do czynienia z tzw. poprawnością polityczną.

Błędy lub nieścisłości są różnego „kalibru”. Są też niewybaczalne. Przykładem niech będzie 30-tomowa Wielka Encyklopedia PWN wydana w latach 2001–2005, która informuje np., że Bracław leży nad Bugiem. Współczesnych autorów nie przytaczam.

Chcąc zmniejszyć ilość błędów w moim opracowaniu, zastosowałem kilkukrotną osobistą korektę, a także automatyczną korektę komputerową. Skutki tej ostatniej okazały się fatalne i zabawne. Oto niektóre z nich: słowo Jazłowiec komputer zamienił na Jałowiec, Małowody na Falowody, Dupliska na Dupiska, Kostiukową na Kostiumową, Uścieczko na Ucieczko, Turylcze na Tubylcze, Koszlaki na Poszlaki, Kutyski na Kutaski, Szypowce na Szybowce, Nagórzankę na Zagórzankę, Szumlan na Szuman, Świniuchy na Świntuchy, Okniny na Koniny itd.

Błędy i nieścisłości zastanowiły mnie, czy i ja ich nie popełniam. Otóż popełniłem, i to z różnych względów. W drugim wydaniu, które kończę przygotowywać, moje zastrzeżenia do materiału Sulimierskiego, dotyczące braku wewnętrznej spójności, zastosowałem do siebie. Efekt okazał się rewelacyjny. Opracowując pierwsze wydanie gromadziłem jak najwięcej materiału, każda nowa nazwa to zdobycz, stąd błędy dotyczące osad bez podania położenia na mapie. Przykładowo: Dębina, Pod Dębiną, Za Dębiną – trudno skojarzyć, że to ciągle to samo pod różnymi literami alfabetu – przy kilku tysiącach haseł.

Czy było coś, co Pana w tych poszukiwaniach zaskoczyło, zdziwiło?

Przy okazji poznałem ciekawostki. Okazuje się, że Sybir znajduje się 4 km od Złoczowa, Berlin 8 km od Brodów, Paryż leży w powiecie brodzkim. Nazwy miejscowości można podzielić na: czysto polskie, jak np. Tarnopol, Brody, Zaleszczyki; czysto niemieckie jak Berlin, Unterwalden; czysto ukraińskie jak Korościatyn, Batków, Krasne. Przekonałem się również, że rzekoma dyskryminacja mniejszości narodowych, lansowana przez Ukraińców, nie w pełni odpowiada prawdzie. W 1924 r. ponad 50% szkół powszechnych na wsiach województwa było z ruskim językiem nauczania. Kierownikami tych szkół i nauczycielami byli Polacy i Ukraińcy. Nie ma takiego kraju na świecie, by stanowiska ważne dla jego losów zajmowali przedstawiciele mniejszości narodowych.

 

Gdzie zainteresowani Czytelnicy mogą zakupić, znaleźć „Głosy Podolan” i publikacje z serii Biblioteczki Podolskiej?

„Głosy Podolan” można zaprenumerować w Klubie „Podole” albo zapoznać się na stronie www.wbc.poznan.pl w internecie. Zeszyty Biblioteczki Podolskiej u mnie lub poprzez Klub. Adres re­dakcji znajduje się w każdym biuletynie na wewnętrznej stronie okładki.

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Na zakończenie muszę powiedzieć, że pan Jerzy Stopa, człowiek niezwykle skromny, nie pochwalił się, że w 2007 r. został odznaczony medalem „Pro Memoria”, przyznawanym przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, a w maju 2013 r. – roku kilku Jego jubileuszy – Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa nadała Mu Złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Z całego serca gratulujemy!

 

*    Była to 2. Dywizja, wchodząca w skład Frontu Litewsko-Białoruskiego, dowodzonego przez gen. Szeptyckiego. Później, w czasach pokoju, została przemianowana na 20. DP, stacjonującą w Baranowiczach.

**  Jednostka organizacyjna resortu obrony narodowej, podporządkowana bezpośrednio szefowi Inspektoratu Uzbrojenia. Sprawuje bezpośredni nadzór nad jakością dostaw uzbrojenia i sprzętu wojskowego, środków bojowych, technicznych środków materiałowych oraz usług remontowych i serwisowych.