Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Janusz M. Paluch, ROZMOWA Z ANDRZEJEM NIKODEMOWICZEM

[2/2014]

Panie profesorze, pochodzi pan z kresowej rodziny z tradycjami. Prof. Stanisław Nicieja jakże pięknie opowiada w swej Kresowej Atlantydzie o Marianie Nikodemowiczu – pana ojcu.

Nasza rodzina ma korzenie polsko-rusińsko-ormiańskie. Mój ojciec, Marian Nikodemowicz, był wybitnym architektem. Nie pochodził ze Lwowa, urodził się na Podolu, w miejscowości Mielnica. Ojciec wychowywał się jako półsierota. Mój dziadek był urzędnikiem, zmarł bardzo wcześnie, w wieku czterdziestu kilku lat, na skutek skrętu kiszek. Ojciec miał wówczas ok. 6 lat. Gimnazjum ukończył w Brzeżanach, a potem we Lwowie studiował na politechnice. Już na uczelni wykładowcy zauważyli jego talent i zdolności, dzięki czemu był znanym i cenionym studentem. Od razu po ukończeniu studiów otrzymał szereg interesujących propozycji pracy. Mama Helena, z domu Dołżańska, nie pracowała, zajmowała się domem. Było nas trzech braci. Najstarszy – Eugeniusz, starszy ode mnie o prawie 9 lat, drugi – Aleksander, starszy ode mnie o półtora roku. Eugeniusz został lekarzem, skończył medycynę we Lwowie. Niestety już nie żyje. Aleksander mieszka w Krakowie, jest architektem, profesorem Politechniki Krakowskiej im. Tadeusza Kościuszki.

We Lwowie mieszkaliśmy najpierw na ul. Zdrowie. Naprzeciw naszego domu była fabryka wody sodowej „Zdrowie”. Wszyscy urodziliśmy się w tym mieszkaniu. W 1938 r. przeprowadziliśmy się na ul. Potockiego do nowej, zaprojektowanej i wybudowanej przez ojca trzypiętrowej kamienicy, która była owocem jego długoletniej pracy zawodowej. Radość nie trwała długo, bo w 1939 r. wybuchła II wojna światowa i zaczęły się trzy kolejne koszmarne okupacje. Miałem wtedy 14 lat. Pierwsza okupacja sowiecka trwała półtora roku. Na szczęście naszej rodziny nie dotknęły aresztowania i wywózka w głąb Rosji.

 

W czasie wojny był pan organistą w klasztorze ss. Karmelitanek…

Mieszkaliśmy wówczas niedaleko tego klasztoru. W kościele przyklasztornym nie było organów, tylko fisharmonia. Grał na niej jeszcze przed wojną organista, pan Gumienny. Kiedy przyszli we wrześniu 1939 r. sowieci, pan Gumienny rozpoczął inną pracę, która uniemożliwiała mu granie podczas mszy świętych i nabożeństw. Zacząłem go zastępować. Trwało to tylko w czasie pierwszej okupacji sowieckiej. Później, od 1944 r., jak wszyscy Polacy powyjeżdżali ze Lwowa, grałem w kościele św. Marii Magdaleny. Wtedy wszystkie kościoły były już zamknięte i chodziliśmy na msze święte do tego kościoła. Ponieważ nie miał kto grać, zacząłem pełnić tam rolę organisty aż do zamknięcia kościoła przez władze sowieckie w 1962 r.

 

Wróćmy jednak do czasów okupacji…

W czerwcu 1941 r. przyszła okupacja niemiecka. Niemcy wkrótce po zajęciu Lwowa wyrzucili nas z domu, a cały rejon ulic Potockiego i Czwartaków został przejęty przez gestapo, urządzono tam Bezirk, zamknięty rejon. Tuż przed samym Bożym Narodzeniem dostaliśmy dwa dni na wyprowadzenie się. Oczywiście nie dostaliśmy żadnego lokalu zastępczego. Tułaliśmy się po Lwowie po znajomych i krewnych. Nie mieliśmy wtedy stałego miejsca pobytu.

Polskie szkoły zostały zamknięte. Zapisałem się wówczas do zawodowej szkoły rzemieślniczej, a po roku do 2-letniej, również zawodowej, szkoły chemicznej. Równocześnie zatrudniłem się w Instytucie Bakteriologicznym prof. Weigla jako karmiciel wszy. Instytut ten bowiem produkował dla armii niemieckiej szczepionkę przeciwtyfusową opartą na preparacie pozyskiwanym z karmionych ludzką krwią wszy. Praca w Instytucie skutecznie chroniła przed łapankami i wywózką do Niemiec do przymusowej pracy. W ten sposób w Instytucie chronili się masowo Polacy. M.in. zatrudniony tam był wybitny poeta Zbigniew Herbert oraz znany polski pianista i kompozytor Zbigniew Szymonowicz.

W 1944 r. zaskoczyła nas ponowna okupacja sowiecka. Mieszkaliśmy wtedy w okolicach politechniki. Władze sowieckie pozwoliły nam wrócić do rodzinnego domu przy ul. Potockiego 76 dopiero w 1948 r. (wtedy nie była to już ulica Potockiego, ale Puszkina, a obecnie gen. Czuprynki). Sowieci nie znacjonalizowali od razu naszego domu, uznając, że jest to dorobek całego życia naszego ojca, wynikający z pracy jego rąk, nie zaś z wyzysku. Ojciec zmarł w 1952 r., mama w 1959 r. Dopiero po śmierci rodziców kamienica została znacjonalizowana, a ja ze swoją rodziną do schyłku lat 70. mieszkałem w niej na pierwszym piętrze jako lokator płacący państwu sowieckiemu czynsz za najem lokalu.

 

Bracia pana profesora opuścili Lwów. Kiedy to było?

Eugeniusz wyjechał jeszcze w 1946 r., zanim wróciliśmy we Lwowie do własnego domu. Nie zdążył ukończyć studiów medycznych przed wojną. Dopiero w czasie pierwszej okupacji sowieckiej otrzymał dyplom ukończenia medycyny. Po studiach został skierowany do pracy na Wołyniu, do wsi Diatkiewicze koło Równego. Tam przeżył ukraińską rzeź na Polakach. Udało mu się stamtąd wyrwać i przenieść w okolice Tarnopola, do wsi Jezierna. W międzyczasie założył rodzinę. W 1944 r. przeniósł się jeszcze na krótko do Lwowa. Po wyjeździe do tej nowej Polski (już w ramach ekspatriacji) najpierw osiadł w Łańcucie, gdzie pracował w szpitalu, a od 1952 r. rozpoczął pracę w krakowskiej Akademii Medycznej, gdzie pod kierunkiem prof. Hornunga, też lwowianina, zdobywał specjalizacje z zakresu ftyzjatrii i pulmonologii. Drugi brat, Aleksander, wyjechał nieco później do Krakowa, aby kontynuować zaczęte studia na wydziale architektury, ponieważ wydział ten został na politechnice lwowskiej zawieszony. Po wyjeździe braci do PRL ja zostałem z rodzicami we Lwowie, gdzie miałem możliwość studiowania. Potem podjąłem pracę w konserwatorium. W tym okresie założyłem rodzinę, wkrótce urodziły się nam dzieci – Jaś i Małgosia. Nie mogłem narzekać na życie w ukochanym Lwowie, choć nie była to już Polska. Jako ciekawostkę dodam, że moja żona Kazia była córką mojego pierwszego nauczyciela ze szkoły powszechnej Adama Grabowskiego. Ale kiedy chodziłem do pierwszej klasy, nie przypuszczałem, że uczy mnie mój przyszły teść. Z Kazią przeżyliśmy w szczęśliwym małżeństwie 44 lata.

 

Dlaczego nie wyjechaliście wtedy ze Lwowa całą rodziną?

Nie wierzyliśmy, że ta druga okupacja sowiecka zostanie na dłuższe lata. Wciąż była nadzieja, że Lwów wróci do Polski. We Lwowie było nasze życie, nasza przeszłość. Piękna kamienica, dom rodzinny, w którym tak krótko mieszkaliśmy. W końcu po kilku latach, kiedy nadzieja na powrót Lwowa do Polski znikła, ojciec zdecydował się też na opuszczenie Lwowa. Podjął nawet wstępne starania o wyjazd. Była to bardzo trudna decyzja. Mieszkaliśmy przecież we własnym domu, który on sam wybudował. Była to praca całego jego życia! Kiedy w końcu się zdecydował, ciężko zachorował, w 1950 r., miał wylew krwi do mózgu i o wyjeździe nie mogło być już mowy. Zmarł w 1952 r., pochowany jest na cmentarzu Janowskim.

Jeszcze w 1944 r. rozpocząłem studia w lwowskim konserwatorium na wydziale kompozycji i równocześnie na politechnice lwowskiej na wydziale chemicznym. Studia chemiczne przerwałem po dwóch latach, koncentrując się na studiach muzycznych.

 

Czy to nie zastanawiające? Ojciec architekt, bracia – jeden lekarz, drugi architekt, a pan profesor – wprawdzie niedoszły chemik – muzyk. Ale za to jaki!

Naukę muzyki rozpocząłem dość wcześnie. W wieku siedmiu lat rodzice zapisali mnie na prywatne lekcje fortepianu. Moją pierwszą nauczycielką była lwowska pianistka Nadia Biłeńka-Ławrowska, a następnie znany lwowski pianista ukraiński Roman Sawicki. Naukę tę jednak przerwał wybuch wojny w 1939 r. Po wkroczeniu do Lwowa sowietów mogłem ją jeszcze krótko kontynuować, ale po wkroczeniu Niemców takiej możliwości już nie było. I dopiero w 1944 r. mogłem ponownie podjąć studia muzyczne w otwartym wtedy konserwatorium.

Moja miłość do muzyki narodziła się już we wczesnym dzieciństwie. Obaj starsi bracia grali na fortepianie, wtedy też poznawałem muzykę wielkich kompozytorów. Nad moją edukacją muzyczną czuwał stale mój najstarszy brat Eugeniusz. On też pierwszy pchnął mnie na tory twórczości muzycznej, sam również próbował swoich sił w tym kierunku. Kiedy więc podjąłem studia w konserwatorium, była to kompozycja, tym bardziej że grać w tym czasie nie mogłem, ponieważ poprzednio przez zbyt intensywne ćwiczenie przemęczyłem ręce. Był to okres tzw. repatriacji, a ściślej mówiąc ekspatriacji ze Lwowa, w wyniku której Polacy masowo opuszczali Lwów. W konserwatorium pozostało tylko dwóch profesorów Polaków: Adam Sołtys i Tadeusz Majerski, którzy z powodów rodzinnych nie opuścili Lwowa. Miałem to szczęście, że właśnie u nich mogłem odbyć studia. Adam Sołtys, któremu wiele zawdzięczam, został moim profesorem kompozycji. Pochodził z lwowskiej rodziny muzycznej. Ojciec jego Mieczysław był wybitnym muzykiem, kompozytorem, dyrygentem i dyrektorem konserwatorium przy Polskim Towarzystwie Muzycznym. Towarzystwo to korzeniami sięgało Galicyjskiego Towarzystwa Muzycznego, założonego jeszcze przez syna Wolf­ganga Amadeusza Mozarta – Ksawerego. Po śmierci Sołtysa-ojca dyrektorem konserwatorium został jego syn Adam. Po wejściu sowietów do Lwowa stracił on oczywiście to stanowisko, jego miejsce zajął ukraiński kompozytor Wasyl Barwiński. Adam Sołtys cieszył się jednak wielkim poważaniem i szacunkiem, był nadal profesorem uczelni. Był człowiekiem wielkiej kultury, bardzo delikatnym, cieszył się ogromnym autorytetem. Moje studia u niego przypadły na lata, kiedy ukazał się osławiony dekret Żdanowa1 o formalizmie w sztuce. A Sołtys był prawdziwym artystą i nie mógł się z tym wszystkim pogodzić. Bolało go, że wszystkie nowocześniejsze kompozycje poddawano surowej krytyce w duchu antypolitycznym. Były to czasy bardzo ciężkie dla artystów . Byłem wtedy na trzecim roku studiów kompozycji. Miałem też inklinacje do nowoczesnych wpływów, ale prof. Sołtys zawsze dyplomatycznie potrafił mnie bronić przed atakami krytyki. Chyba dzięki jego postawie jakoś szczęśliwe dokończyłem studia. Gdy byłem już po studiach, nawiązał ze mną bliskie kontakty prywatne, a gdy urodziła mu się córeczka Maria, poprosił mnie, abym został jej ojcem chrzestnym.

 

Odnoszę wrażenie, że studia nie były dla pana takie gładkie…

Rzeczywiście studiowanie pod politycznym pręgierzem wspomnianego dekretu o formalizmie i socrealizmie nie było sympatyczne. Dla przykładu krótko opowiem historię, jaką przeżyłem na IV roku studiów. Zgodnie z programem należało napisać kantatę z tekstem. Po dłuższych poszukiwaniach tekstu wybrałem utwór znakomitego rosyjskiego poety Sergiusza Jesienina, nie wiedząc o tym, że twórczość tego autora była wtedy na indeksie książek zakazanych. W tym czasie biuro partyjne zainteresowało się pracami wydziału kompozycji. Ponieważ utwór mój był już zaawansowany, nakazano mi zmienić tekst. Znalazłem amatora wierszokletę, który napisał mi tekst odpowiedni, ale bez żadnej poetyckiej wartości. Można go było dostosować do rozpoczętej już kompozycji i dzięki temu praca moja została zaakceptowana.

 

Zapewne odwiedzał pan dom Sołtysów, który przed wojną był swoistym salonem artystycznym…

Tak, ale dopiero po ukończeniu studiów. Prof. Adam Sołtys opowiadał mi o Karolu Szymanowskim, którego poznał osobiście, kiedy w 1927 r. dyrygował we Lwowie jego III Symfonią. Z tej okazji po koncercie wypili nawet bruderszaft. Przed wojną Adam Sołtys był centralną postacią życia muzycznego Lwowa, nie tylko jako dyrektor Konserwatorium Muzycznego, ale też jako dyrygent koncertów symfonicznych. Przed wojną, jeszcze jako chłopak, bywałem na tych koncertach. Pamiętam m.in. koncert, na którym śpiewała znana śpiewaczka Ewa Turska Bandrowska2.

 

Nie mówiliśmy dotąd o prof. Tadeuszu Majerskim, którego wspomniał pan na początku.

Z profesorem Majerskim zetknąłem się nieco później. Był już wtedy starszym panem, bardzo eleganckim i kulturalnym. Nie koncertował już jako pianista, był tylko pedagogiem i bardzo dobrym kompozytorem. Jemu zawdzięczam, że po chorobie rąk znowu zacząłem grać. Wprowadził mnie w tajniki nowoczesnej techniki, dzięki czemu mogłem powrócić do gry i zakończyć drugi – obok kompozycji – wydział fortepianowy ze specjalizacją koncertowego wykonawcy. Prof. Majerski musiał być przed laty bardzo dobrym pianistą. Kiedyś wyznał mi, że niepotrzebnie w młodości pasjonował się pianistyką zamiast poświęcić się kompozycji, którą zajął się dopiero w późniejszych latach. Miał postępowe poglądy muzyczne, uważany jest za jednego z pierwszych dodekafonistów polskich. Interesował się nowymi kierunkami w muzyce, komponował też w modernistycznym stylu, co było bardzo niemile widziane przez sowietów. Ale pisał też utwory w umiarkowanym języku muzycznym. Pamiętam trzy wybitne utwory, które napisał właśnie w okresie, kiedy byłem jego studentem – Koncert fortepianowy, Sonata wiolonczelowa i Kwintet fortepianowy. Są to utwory bardzo dobre, chociaż utrzymane w stylu bardziej neoromantycznym. A pomimo to spotykały się z krytycznymi uwagami.

 

Czy spotykaliście się tylko w relacji mistrz i uczeń?

Początkowo tak. Ale później nawiązały się między nami bardzo przyjazne stosunki, podobnie jak z prof. Sołtysem. Prof. Majerski mieszkał blisko nas, przy ul. Modrzejewskiej. Bywał u nas w domu, przychodził na herbatki. Wtedy jeszcze żyła moja mama, przychodził też mój stryj Romuald. Były to bardzo miłe spotkania. Stryj Romuald był starszym, przyrodnim bratem mojego ojca. Warto tu wspomnieć, że był człowiekiem wszechstronnie uzdolnionym, posiadał wielkie zdolności manualne – potrafił samodzielnie, własnoręcznie zrobić wiele rzeczy, np. meble do swojego mieszkania, potrafił również uszyć swojemu synowi buty, szył też np. koszule dla rodziny itd. Miał bardzo duże poczucie humoru, nieraz dawaliśmy się nabrać na jego kawały.

 

Jak wyglądało życie artystyczne, kulturalne Polaków we Lwowie po wojnie.

Nasze życie okupacyjne dzieliliśmy we Lwowie na dwa okresy: „za pierwszych sowietów” i „za drugich sowietów”. Podczas drugiej okupacji nastąpiła tzw. repatriacja i Polacy masowo opuszczali Lwów, pozostało kilkanaście rodzin. Przyjaźniliśmy się z rodziną profesora Politechniki Lwowskiej Wilhelma Mozera. Jedna z jego córek, Teresa, wyszła za mąż za Stanisława Adamskiego. Druga córka, Maria, poślubiła Józefa Jagiełłę – były to więc trzy rodziny. Przyjaźniłem się również z jednym z synów, Henrykiem, który był muzykiem – pianistą, studiował podobnie jak ja u prof. T. Majerskiego. Po pewnym czasie wyjechał do Polski, zamieszkał w Warszawie, gdzie został reżyserem teatralnym.

W tamtych czasach we Lwowie działało kilka osób, które zajmowały się dziećmi i młodzieżą, młodymi Polakami. Dbały o ich patriotyczne i religijne wychowanie. Były to Zofia i Krystyna Panek, pani Maria Jarosiewicz – emerytowana gimnazjalna nauczycielka historii, pani Janina Fastnacht, siostry Irena i Jadwiga Zappé. Osoby te organizowały różne spotkania oraz urządzały wycieczki historyczno-krajoznawcze, np. do Kamieńca Podolskiego czy Krzemieńca. Braliśmy chętnie udział w tych wyjazdach. Urządzane też były wieczorki domowe. Najbardziej utkwiły mi w pamięci spotkania dzieci ze św. Mikołajem. Wieczorki te odbywały się każdego roku w innym domu.

Pamiętam jeden z nich, który odbywał się u nas w domu. Dzieci były jeszcze małe. Mieliśmy duże mieszkanie. Był dzień św. Mikołaja. Przyszła spora grupa polskich dzieci i młodzieży. Wszyscy zebrali się w jednym pokoju i oczekiwali na św. Mikołaja. Jak już wytworzył się odpowiedni nastrój, rozległ się dzwonek u drzwi i wkroczył Mikołaj, a z nim Anioł, ciągnący ogromny kosz prezentów. Najpierw św. Mikołaj wygłosił mowę do zebranych o tym, jak tu wędrował i w jaki sposób trafił. Pytał, czy dzieci były grzeczne. A one to wszystko strasznie przeżywały! Rolę św. Mikołaja odgrywał wtedy pan Marian Kołaziński (oczywiście Polak), który był śpiewakiem w Operze Lwowskiej. Miał piękny mocny głos i wspaniałą posturę fizyczną. Często śpiewał również jako solista w katedrze lwowskiej, skąd udało mu się wtedy wypożyczyć oryginalne szaty biskupie. Dla dzieci to było niesamowite przeżycie zwieńczone rozdawaniem prezentów. Miało to bardzo duże wychowawcze znaczenie.

 

Czy organizowano też inne spotkania, np. literackie?

Oczywiście były takie spotkania. Organizowała je głównie pani Zofia Panek. Jedno z takich spotkań miało szczególny przebieg, o czym warto opowiedzieć. Uczestniczyła w nim wtedy m.in. moja córka Małgorzata...

 

Pani Małgorzato – zwracam się do córki prof. Nikodemowicza – proszę opowiedzieć o tym wydarzeniu.

Było to spotkanie z księdzem Mieczysławem Brzozowskim, lwowianinem z pochodzenia, po wojnie zamieszkałym w Jeleniej Górze, a następnie w Lublinie. Pod koniec lat sześćdziesiątych ks. Brzozowski zaczął przyjeżdżać do Lwowa w odwiedziny do swojej ciotki. Był to świetny kaznodzieja, profesor homiletyki na KUL i w Lubelskim Seminarium Duchownym. Pewnego razu przywiózł ze sobą cykl przygotowanych przez siebie konferencji, które zamierzał wygłosić na spotkaniach z młodzieżą. Spotkanie odbywało się w domu pań Pankówien. Ks. Brzozowski przyjechał wtedy z jeszcze jednym księdzem z Polski. W trakcie rozmów niespodziewanie wkroczyła do mieszkania milicja, widocznie ktoś doniósł władzom o tej imprezie, albo też księża byli śledzeni – nie udało się tego nigdy ustalić. Dziś może trudno to sobie wyobrazić, ale w tamtych czasach tego rodzaju spotkania, w dodatku z gośćmi (księżmi!) z zagranicy, były nielegalne. Dlatego byliśmy przygotowani na różne okoliczności. Gdy zjawili się nieproszeni goście, wszyscy zgodnie udawaliśmy, że jesteśmy na imieninach, pijemy przecież herbatę i jemy ciasto. Milicja zgarnęła nas i odprowadziła na posterunek. W trakcie całego zamieszania księżom udało się ukryć w innym pomieszczeniu i wyjść niezauważenie zapasowymi drzwiami. Dopiero po jakimś czasie milicjanci zorientowali się, że brakuje dwóch osób, zaczęli się o nie dopytywać, ale oczywiście nikt nic nie wiedział. Na szczęście skończyło się tylko na przesłuchaniach i po kilku godzinach wszystkich wypuszczono. Niestety dalszych spotkań nie można było organizować, ponieważ było to zbyt ryzykowne. Zrobiliśmy nagrania tych konferencji. Były to bardzo ciekawe wystąpienia, o treści historyczno-patriotyczno-religijnej. Później wielokrotnie odtwarzaliśmy je na różnych spotkaniach, zawsze były słuchane z zainteresowaniem. Wszystkie te nagrania zostały we Lwowie.

 

 

Poczesne miejsce w życiu Polaków we Lwowie zajmował i zajmuje do dzisiaj Teatr Polski. Proszę opowiedzieć o środowisku tego teatru, z którym był pan związany.

Teatr Polski we Lwowie powstał dość dawno i świetnie funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Zaraz po wojnie we Lwowie były trzy polskie szkoły. Jedna została wkrótce zlikwidowana. Nasze dzieci chodziły do „dziesiątki” – Marii Magdaleny. Wtedy jej patronką była Wanda Wasilewska. Ja i moi bracia też przed wojną chodziliśmy do tej szkoły. W drugiej szkole – „dwudziestce czwórce” – uczył prof. Piotr Hauswater. Zorganizował on z młodzieżą polską uczniowski, amatorski teatr, który bardzo intensywnie się rozwijał. Wystawiano przedstawienia na dość wysokim poziomie, a przede wszystkim po polsku. Kiedy prof. Hauswater zmarł w 1966 r., teatr objął jego wychowanek Zbigniew Chrzanowski, który prowadzi go do dzisiaj. Jest aktorem, reżyserem i dyrektorem tego teatru. Bywałem na prawie wszystkich spektaklach. To było święto dla Polaków. Działalność teatru cieszyła się zawsze wielkim powodzeniem, widownia podczas przedstawienia była zawsze pełna. Kto tylko mógł i choć odrobinę był wrażliwy na sztukę i literaturę oraz uważał się za człowieka kulturalnego, pokazywał się na tych spektaklach. Bywali tam m.in. profesor Politechniki Adam Kuryłło czy prof. Mieczysław Gębarowicz – znany historyk sztuki.

Alojzy PitułaMoja współpraca z teatrem rozpoczęła się od nawiązania znajomości ze Zbigniewem Chrzanowskim, który zwrócił się do mnie z prośbą o napisanie muzyki do kilku reżyserowanych przez niego przedstawień. Było to przede wszystkim Wesele Stanisława Wyspiańskiego i in. Organizowano też wieczory muzyczno-poetyckie (np. wieczór Norwida, Słowackiego, Chopina), podczas których grałem na fortepianie. W teatrze skupiali się nie tylko Polacy, ale również ci, dla których język i kultura polska były czymś ważnym, np. Rosjanin Jurij Bortiakow, bardzo zdolny plastyk. Zajmował się też później w teatrze scenografią, aktorstwem i reżyserią. Zastąpił Zbyszka Chrzanowskiego, który w latach 80. musiał opuścić Lwów i przenieść się do Polski, aby osiedlić się w Przemyślu, skąd do dziś dojeżdża do Lwowa. Oprócz opisanego kontaktu z teatrem polskim, próbowałem też swoich aktorskich możliwości, występując w komediowych rolach podczas wieczorków organizowanych w polskiej szkole dla rodziców. Wygłaszałem monologi według własnych scenariuszy, wcielając się w barwną postać szewca Alojzego Pituły.

 

Bez wątpienia najważniejszym miejscem dla Polaków we Lwowie była katedra łacińska.

Rzeczywiście katedra była bardzo ważnym miejscem skupiającym Polaków we Lwowie. Mogli oni tam szukać wsparcia i pomocy. Ogromną rolę odgrywał jej duszpasterz ojciec Rafał – Władysław Kiernicki, franciszkanin, postać bardzo wybitna i mająca wielkie znaczenie dla rozwoju Kościoła rzymskokatolickiego we Lwowie. Podczas drugiej okupacji sowieckiej prawie wszystkie kościoły zostały zamknięte, były czynne tyko katedra i kościół pw. św. Antoniego przy ul. Łyczakowskiej oraz do 1961 r. kościół św. Marii Magdaleny. Reszta świątyń została zamieniona na cerkwie prawosławne albo na świeckie obiekty – np. w kościele św. Anny był magazyn meblowy, w innych kościołach porobiono jakieś składy. Również kościół św. Marii Magdaleny, który został zamknięty w 1961 r., zamieniono na salę koncertową muzyki organowej, ponieważ były tam (na szczęście) wspaniałe organy. Dziś władze ukraińskie pozwalają odprawiać tam mszę świętą w niedzielę. Od lat trwa walka o zwrot tego kościoła, ale na razie bez rezultatu.

W tych czasach we Lwowie był stale wielki brak księży. W 1946 r. proboszczem katedry został ks. Karol Jastrzębski, dawny katecheta i kapelan u ss. karmelitanek przy ul. Potockiego. Pojawił się też młodszy, ale schorowany ks. Stanisław Płoszyński, który wkrótce, bo już w 1949 r. zmarł. Jego pogrzeb był wielką manifestacją we Lwowie, kondukt żałobny przeszedł z katedry na cmentarz Janowski. U św. Antoniego proboszczem był ks. Hieronim Kwiatkowski, który wkrótce wyjechał ze Lwowa, a jego miejsce zajął wypuszczony z więzienia ks. Ignacy Chwirut. W kościele św. Marii Magdaleny proboszczem był ks. Zygmunt Truszkowski, który zmarł w 1949 r.

W 1948 r. został zwolniony z obozu karnego i szczęśliwie powrócił z zesłania do Lwowa ks. Władysław Kiernicki, zwany powszechnie ojcem Rafałem. Każdego dnia rano odprawiał mszę św. w katedrze, masowo spowiadał ludzi, chodził z posługą kapłańską do chorych. Z ogromnym poświęceniem spełniał swoje duszpasterskie powołanie. W 1955 r. wrócił z zesłania ks. Zygmunt Hałuniewicz i objął funkcję proboszcza w kościele św. Marii Magdaleny. W 1961 r., kiedy zamknięto ten kościół, został duszpasterzem w katedrze, gdzie pozostał do końca życia, czyli do 1974 r. U św. Antoniego w tym czasie pracował ks. Kazimierz Mączyński, który obsługiwał głównie prowincję i raczej nie wspomagał ks. Kiernickiego. Tak więc w rzeczywistości ks. Kiernicki był sam i bez pomocy wykonywał olbrzymią pracę. W latach 1958–65 władze sowieckie zakazały mu pracy duszpasterskiej, został wtedy nocnym stróżem w Parku Stryjskim, pełniąc potajemnie posługę kapłańską. W 1965 r. pozwolono mu wrócić do katedry, gdzie pracował już do śmierci. W 1991 r. został mianowany biskupem pomocniczym lwowskim. W tym czasie nas już we Lwowie nie było.

 

Jak wspomina pan ks. biskupa Kiernickiego? Czy rzeczywiście był ostry i nieprzystępny, jak wspominają go niektórzy?

Ależ skąd! On po prostu nie dawał sobie na głowę wchodzić tym różnym babom kościelnym i im podobnym! Ja znałem go dobrze na prywatnej stopie, może rzeczywiście w kontaktach oficjalnych był trochę apodyktyczny. Pamiętam go doskonale choćby z wieczorków kolędowych organizowanych przez panie Pankówny w czasie Bożego Narodzenia. Ks. Kiernicki mieszkał u nich. I na tych wieczorkach zawsze był obecny. Wyśpiewywał ze wszystkimi kolędy, zawsze był taki wesoły. Był rozmowny i kontaktowy.

 

Pan profesor kontynuował studia po wojnie, czy pan był wtedy jedynym Polakiem na uczelni? Czy miał pan tam jakieś grono przyjaciół?

W czasie studiów miałem jedną koleżankę Polkę i kolegę Żyda. Z młodszych kolegów, jak już wspominałem, przyjaźniłem się z Henrykiem Mozerem. Była też pianistka pani Maria Tarnawiecka, która została później profesorem konserwatorium i do dzisiaj mieszka i pracuje we Lwowie. W tym też czasie poznałem swoją przyszłą żonę Kazię, która pracowała w aptece, gdzie kupowałem lekarstwa.

 

We Lwowie był pan profesor znanym i cenionym muzykiem i kompozytorem. Od ukończenia studiów pracował pan we lwowskim konserwatorium. Co się stało, że stracił pan pracę, co w efekcie spowodowało też opuszczenie przez pana z całą rodziną Lwowa?

Pierwsze studia – kompozytorskie – skończyłem w 1950 r., a drugie – pianistyczne – w 1954 r. Po pierwszych studiach przez rok byłem bez pracy. W 1951 r. zostałem zatrudniony w konserwatorium jako kierownik gabinetu historii muzyki. Był to rodzaj biblioteki i czytelni. Obok mieliśmy też gabinet nagrywania dźwiękowego. Przepracowałem tam pięć lat. Następnie otrzymałem pracę pedagogiczną przedmiotów teoretycznych, po kilku następnych latach zacząłem zaś pracować jako wykładowca fortepianu.

Po pewnym czasie zaczęły się jednak kłopoty. Władze konserwatorium wprawdzie wiedziały, że jestem człowiekiem wierzącym i że uczęszczam do kościoła. Kiedy jednak dzieci podrosły i w szkole nie wstąpiły do młodzieżowych politycznych organizacji pionierów i komsomołu, rozpoczęła się na mnie nagonka, zarzucono mi, że nie wychowuję dzieci w duchu komunistycznym. Zaczęto przeprowadzać ze mną różne rozmowy, dostawałem ostrzeżenia, nawet ze strony wyższych instancji partyjnych. Na wyższych uczelniach każdy pedagog obowiązany był do odnawiania co 5 lat kontraktu o pracę poprzez przystąpienie do tzw. konkursu, na podstawie którego był ponownie zatrudniany na swoim stanowisku. Nikt nie mógł oficjalnie mi zarzucić, że nie zgadza się z moimi poglądami religijnymi, ponieważ konstytucja sowiecka gwarantowała przecież wolność religijną. Wykorzystano więc moment, w którym kończył mi się termin zatrudnienia i zwolniono mnie z pracy pod pretekstem, że nie spełniłem wymagań konkursu, który zazwyczaj był zwykłą formalnością. W ten sposób zostałem bez pracy i przez kilka następnych lat utrzymywałem się wyłącznie z udzielania prywatnych korepetycji. Sytuacja taka była jednak bez żadnych perspektyw i wtedy, po kilku latach mojego bezrobocia podjęliśmy z żoną trudną decyzję o wyjeździe ze Lwowa do Polski.

 

W jednym z wywiadów mówił pan że wszystkie pana utwory nagrane w lwowskim radiu zostały zniszczone, czy rzeczywiście tak się mogło stać?

Tak się stało. W tamtym systemie było to normalne. Kto znalazł się na cenzurowanym, znikał z bibliotek, płytotek, archiwów radiowych. Nie było go! Co się stało z tymi nagraniami, nie wiem. Jak mnie zwolniono z konserwatorium, pomyślałem, że warto by zrobić dla siebie kopie moich utworów, które były nagrane w lwowskim radiu. Kiedy poprosiłem o skopiowanie, poinformowano mnie, że tych utworów już nie ma, że zostały skasowane. Szkoda…

 

Wydaje się to takie nieprawdopodobne! W końcu za swe osiągnięcia artystyczne był pan uhonorowany licznymi nagrodami i wyróżnieniami.

Otrzymałem szereg nagród. Najważniejsze z nich to: III nagroda na Wszechzwiązkowym Konkursie Kompozytorskim w Moskwie (1961), Nagroda im. św. Brata Alberta za całokształt twórczości (1981), dwukrotnie Nagroda Artystyczna Miasta Lublina (1998 i 2002), Nagroda Związku Kompozytorów Polskich (2000), Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2000), Dyplom i Medal Ojca Świętego Jana Pawła II „Pro Ecclesia et Pontifice” (2003), tytuł „profesora honoris causa” Lwowskiej Akademii Muzycznej (2003), Order Kapituły Czasopisma „Ï” – „Za intelektualną odwagę” (Lwów 2005), „Honorowy Obywatel Miasta Lublina” (2008), Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2012), od 1989 r. jestem prezesem Lubelskiego Oddziału Związku Kompozytorów Polskich.

Do Lublina przywiozłem ze sobą ze Lwowa dość pokaźny dorobek kompozytorski, po czym już w Lublinie napisałem cały szereg nowych utworów, w tym kilkanaście kantat, 7 koncertów fortepianowych, 2 koncerty wiolonczelowe, utwory organowe, fortepianowe, wokalne i inne. Najmilej wspominam pierwsze lubelskie wykonanie mojego dzieła zaprezentowanego w 1983 r. w katedrze lubelskiej. Była to kantata Słysz Boże wołanie moje, śpiewała Jadwiga Rappe, orkiestrą filharmonii lubelskiej dyrygował Adam Natanek.

 

W jednej z publikacji znalazłem pana zdjęcia z Janem Pawłem II. Czy miał pan jakieś bliższe kontakty z papieżem?

Specjalnych kontaktów z Ojcem Świętym nie miałem. W 1970 r. nasze dzieci, Małgosia i Janek, pojechały z wizytą do Krakowa. Nadarzyła się wówczas szczególna okazja, podczas której dzieci otrzymały z rąk jeszcze wtedy kardynała Karola Wojtyły sakrament bierzmowania. I jeszcze jedno wydarzenie. W 1985 r. wybraliśmy się z żoną na pielgrzymkę do Rzymu. Niedługo przedtem skomponowałem utwór Antyfona do Najświętszej Marii Panny, który dedykowałem Ojcu Świętemu. Podczas audiencji w Watykanie miałem okazję osobiście wręczyć partyturę tego utworu Janowi Pawłowi II. Po pewnym czasie otrzymałem z Watykanu oficjalną informację, że utwór ten został zarejestrowany w Bibliotece Watykańskiej. Poza tym moja córka Małgorzata kilkakrotnie była z Chórem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego na audiencjach prywatnych w Castel Gandolfo i Watykanie.

W czerwcu 2001 r., kiedy Jan Paweł II odwiedzał Ukrainę i przyjechał do Lwowa, nie mogłem pojechać na spotkanie z Ojcem Świętym. Ale ponieważ papieska wizyta we Lwowie była wielkim wydarzeniem i przeżyciem dla wszystkich lwowiaków, postanowiliśmy, że ktoś z rodziny na pewno pojedzie. Osobą tą była córka. Reprezentowała naszą rodzinę na spotkaniu papieża z wiernymi na lwowskim Hipodromie przy ul. Stryjskiej.

 

Pańscy dwaj bracia osiedli w Krakowie. Pan profesor wybrał Lublin. Dlaczego?

W Lublinie mieszkał zaprzyjaźniony z nami ksiądz Mieczysław Brzozowski, z którym utrzymywaliśmy bliski kontakt. Namawiał nas do osiedlenia się w Lublinie. Będąc z wizytą w Krakowie u braci, wspomniałem o tym w rozmowie z Jerzym Bresticzkerem, muzykiem i muzykologiem, który jak się okazało znał dobrze ówczesnego dyrektora Filharmonii lubelskiej prof. Adama Natanka. Przez pośrednictwo pana Natanka udało się załatwić dla mnie pracę na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej i w Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej I i II stopnia. Przez uniwersytet otrzymałem z puli wojewody lubelskiego mieszkanie. Wiele pomagał mi też wspominany wcześniej ks. Mieczysław Brzozowski, który zresztą zatrudnił mnie w późniejszym czasie do prowadzenia chóru w Seminarium Duchownym w Lublinie. W 1983 r. podjąłem również pracę pedagogiczną w Instytucie Muzykologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

 

Serdecznie dziękuję panu profesorowi za rozmowę.